Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Fabryka Życzeń
 
Katalog - dodano
 Królestwo
- Jess Rothenberg
 Nasi przyjaciele z Frolixa 8
- Philip K. Dick
 Żółte ślepia
- Marcin Mortka
 Lanny
- Max Porter
 Pułapka Tesli (wyd.2)
- Andrzej Ziemiański
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Smok z Nigdylandii - Ann Downer



Prolog
Zniknięcie Ellica Lailokena


Ellic Lailoken właśnie wagarował. Tego dnia miał się odbyć egzamin z tematu węże i żmije – znanego w akademii czarnoksięskiej pod bardziej formalną nazwą „Ewolucja i historia naturalna smoków” – lecz Ellic się do niego nie przygotował. Poprzedni dzień spędził nad rzeką; pływał łódką i objadał się dzikimi jeżynami, których krzaki porastały brzegi. Kiedy wrócił późną porą do swojego pokoju, zadowolony i opalony, znalazł wiadomość od współlokatora, który specjalizował się w przepowiadaniu przyszłości.
Jutro niezapowiedziany quiz z węży i żmij.
Przeczytaj rozdział 11 w Walkerze.
Ellic otworzył z jękiem egzemplarz dzieła „Smoki starego świata” i próbował skupić się na rozdziale „Formy bezskrzydłe”, ale z powodu jeżyn miał niestrawność i zaczynał właśnie odczuwać coś, co jego prababka nazywała „rozeźleniem”. Lailokenowie słynęli z porywczego temperamentu. W przypływie zniechęcenia cisnął podręcznik za okno.
Problem polegał na tym, że wystarczyło jedno drobne potknięcie, by Ellic wyleciał z akademii, a mógł sobie wyobrazić, co powiedziałby jego ojciec przebywający w rodzinnym gnieździe w Edynburgu, gdyby ostatni z Lailokenów, pradawnego i szanowanego rodu czarnoksiężników, nie zdołał ukończyć rocznika 1906 i okryty hańbą powrócił do domu. Stawką była przyszłość Ellica. Gdyby został absolwentem szkoły, ojciec posłałby go zapewne na Jukatan, gdzie Ellic objąłby prestiżową posadę w rodzinnej firmie i zajął się szukaniem pierzastych węży oraz złotych ropuch.
A zatem Ellic nie mógł dopuścić do tego, by przyłapano go na wagarach. Gdzie się jednak ukryć? Ten stary smok, rektor Sparkstriker, regularnie penetrował znane uczniom kryjówki, toteż wieża zegarowa, labirynt i pokój kredensowy były wykluczone. Tylko niedoświadczeni studenci pierwszego roku próbowali chować się wśród portretów wiszących w galerii fundatora akademii. Nigdy nie można się było dostatecznie spłaszczyć, poza tym zawsze istniało ryzyko, że wypadnie się z ramy obrazu.
Jednak pozostawała jeszcze Klatka.
Rzeczywiście, gdy tylko przyszło mu to do głowy, od razu zadał sobie pytanie, czy w piękny letni dzień istnieje kryjówka lepsza niż Klatka – zamykany na klucz pokój w bibliotece akademickiej, gdzie przechowywano najrzadsze księgi zaklęć i zwoje. Nikt nie zapuszczał się bez potrzeby do tego zakurzonego sanktuarium. Wiadomo też było, że bibliotekarka, Flannery Bellweather, zejdzie ze swego posterunku przy kontuarze punktualnie o 10.27, by w trzy minuty później zrobić sobie przerwę na kawę. Ellic postanowił, że gdy tylko pani Bellweather zniknie, on wślizgnie się do Klatki i schowa, by spędzić kilka godzin na przeglądaniu ksiąg, które według starych i nudnych czarnoksiężników należało bezwarunkowo trzymać z dala od rąk uczniowskich.
Zaczekał, aż panna Bellweather wyjdzie na przerwę, a szelest jej bufiastych spódnic ucichnie w głębi korytarza. Potem wystarczyło tylko wypowiedzieć zaklęcie nad zamkiem, bardzo szczególne zaklęcie, przekazane mu przez tego nicponia Oakiego, starszego brata, który zdrowo narozrabiał i naprawdę wyleciał z akademii. Przeniósł się do Londynu i spędzał całe dnie w klubie „Pod sową i księżycem” – zarabiał na życie jako szuler i bawił się po amatorsku w seanse spirytystyczne, pozostawiając Ellicowi obowiązek ratowania reputacji rodziny na niwie nauki. Oakie wracał do Edynburga wyłącznie pod nieobecność ojca i krążył chyłkiem po domu z głupawym uśmieszkiem na twarzy, ale nie był w stanie ukryć wstydu.
Kiedyś wydobył wspomniane zaklęcie z sekretnego schowka w nowej lśniącej papierośnicy i wręczył bratu z tajemniczą miną. „Nie zużyj go zbyt szybko” – uprzedził, mrugając przy tym znacząco.
Teraz, wypowiedziawszy słowa zaklęcia, Ellic wstrzymał oddech, nie do końca przekonany, czy Oakie nie robił sobie z niego żartów. Zaklęcie jednak okazało się autentyczne i skomplikowany zamek ustąpił z cichym trzaskiem.
Gdy tylko Ellic znalazł się w środku, zaczarowane księgi zaczęły pokasływać i mruczeć. Wyciągnął z kieszeni małe pudełko pełne papierożernych owadów i potrząsnął nim znacząco. Książki z miejsca umilkły.
Ellic powiódł wzrokiem po półkach małego pokoiku. Większość tych dzieł była zbyt delikatna, by brać je do ręki, dlatego też trzymano je w Klatce; znajdowały się wśród nich kruche mapy zaczarowanych krain, wykonane z pajęczej nici i kropli rosy, a także „Księga syreniego snu”, innymi słowy pełen plotek pamiętnik dworski, spisany na rekiniej skórze atramentem kałamarnicy. Inne jednak dzieła trzymano tutaj po to, by nie mieli do nich dostępu uczniowie, którzy mogliby posłużyć się w niecnych celach zawartymi w owych księgach zaklęciami. Tak więc do Klatki trafiły czterdzieści trzy niebiańskie zwoje Jadeitowego Cesarza (jedno niewłaściwie wypowiedziane w starożytnej chińszczyźnie zaklęcie mogło spowodować nieobliczalne konsekwencje) i szamańska księga czarów, spisana na kawałkach kory akacjowej – kilka lat wcześniej doszło do nieszczęśliwego wypadku, kiedy to paru uczniów przyrządziło piwo ze sfermentowanych chrabąszczy i korzeni, i zamieniło jednego z pierwszoklasistów w anakondę.
W głębi pomieszczenia stał egipski sarkofag, który Ellic wyposażył podczas poprzedniej wizyty w poduszki i zapas piwa korzennego z mandragory. Ułożył się do drzemki i niebawem nawiedził go przyjemny sen o Mirandzie Mothwings-Brown i wieczornych korepetycjach z dziedziny miłosnych napojów i eliksirów.
Nagle zbudziły go głosy.
Jakiś mężczyzna przemówił cichym, pełnym niepokoju szeptem:
– Jesteś pewien, że tu będzie bezpieczna?
Odpowiedział mu drugi, a jego słowa zabrzmiały bardziej niecierpliwie niż uspokajająco.
– Szkatułka ze smoczej skóry będzie jej strzec do jutra. Poza tym tylko ty masz klucz.
– No, nie wiem – wyznał ten pierwszy, zaniepokojony. – Wiadomo, że uczniowie włamywali się wcześniej do Klatki. Zabierali stąd zaklęcia, żeby spłatać „spsikusa”. – (Spsikusy były magicznymi figlami, które płatali uczniowie wyższych roczników, by przed podjęciem czarnoksięskiej kariery odcisnąć swój ślad w akademickiej tradycji.) – Pamiętasz rocznik 1904? Zmaterializowali dżiny w butelkach wina przeznaczonych na bankiet z okazji zjazdu absolwentów. Przez cały tydzień mieliśmy na głowie tuzin pijanych duchów.
Ellic oprzytomniał. W pierwszym rozmówcy rozpoznał rektora, Nicholasa Sparkstrikera, i poczuł drżenie serca. Ten potrafił wyczuć wagarowicza na milę; w każdej chwili mógł podejść do sarkofagu i unieść z triumfalnym okrzykiem jego wieko. Sparkstriker i drugi mężczyzna wciąż jednak rozmawiali przyciszonymi głosami.
– Nawet najzdolniejszy student akademii nie zdoła włamać się do smoczej szkatułki – powiedział nieznajomy. – Spokojnie. Jest maksymalnie zabezpieczona.
Teraz Ellic rozpoznał ów głos. Był to Septimus Silvertongue, nowy dyrektor akademii. Ellic przewrócił oczami w niemej rozpaczy. „Wspaniale. Jestem załatwiony”.
– Chyba masz rację – przyznał Sparkstriker.
Dlaczego nie wiedzą, że tu jestem? – zastanawiał się Ellic, a potem zauważył, że wnętrze kapłańskiego sarkofagu pokrywają potężne zaklęcia przeciwko magii. Z ulgą opuścił głowę na poduszkę.
W końcu obaj mężczyźni wyszli, Ellic zaś wygramolił się ze swej kryjówki, zlany zimnym potem. Przekradł się ostrożnie do przedsionka Klatki i tam zobaczył na półce małe pudełko pokryte opalizującą białą skórą ze wzorem łusek – smoczą szkatułkę.
Początkowo zamierzał wydostać się z Klatki i przekraść do swojego pokoju; lepiej nie kusić losu. Lecz smocze pudełko niemal fosforyzowało w przyćmionym świetle pomieszczenia, a jego powierzchnia lśniła perłowo. Prosiło wręcz, by je otworzyć. Ellic poczuł dziwne mrowienie, wędrujące od pięt aż do koniuszków palców. Pradawny ród Lailokenów od wieków odznaczał się pewną słabością. W przypadku Oakiego było to zamiłowanie do hazardu, jeśli zaś chodzi o Ellica – skłonność do impulsywnego działania, nadmierna pewność siebie i przymus sprostania każdemu wyzwaniu. Szkatułka zdawała się kusić go bezgłośnie: „Otwórz mnie”.
Cóż było tak cennego, że wymagało zamknięcia w owej skrytce? Musiał się tego dowiedzieć. Może zaklęcie, które przekazał mu Oakie, wciąż miało w sobie trochę mocy? Pomimo jednak kilku prób skomplikowany zamek nie chciał ustąpić. Ellic wypróbował wszelkie zaklęcia otwierające, jakie znał – a znał ich niemało – i nie był szczególnie zdziwiony, gdy żadne z nich nie okazało się skuteczne. Postanowił więc podejść do problemu z innej strony. A może tak porzucić zamiar sforsowania zamka i w inny sposób dostać się do wnętrza szkatułki?
Kierując się przeczuciem, Ellic wypowiedział proste zaklęcie, jedno z pierwszych, jakich nauczył się w latach chłopięcych. Było to zaklęcie, które odwracało wszystko – absolutnie wszystko – wewnętrzną stroną na wierzch. Ledwie wypowiedział stosowne słowa, gdy rozległ się dziwny odgłos – jakby ktoś przewlekał żółwia przez ucho igielne – i oto Ellic stwierdził, że ma przed oczami dwa zagadkowe przedmioty.
Pierwszy przypominał nieforemną torbę sukienną. To właśnie było pudełko, które przecisnęło się wewnętrzną stroną przez dziurkę od klucza, pokryte teraz z wierzchu szkarłatnym welwetowym wyłożeniem.
Drugim była mała książka, a welinowa oprawa świadczyła o jej pradawności. Wyglądała tak, jakby kiedyś wyjęto ją z ognia i polano wodą; stronice były osmalone, pokryte plamami i zagięte. Ellic wziął ją ostrożnie do ręki i otworzył. Spisano ją w archaicznej odmianie łaciny czarnoksięskiej. Chłopiec wyjął składane okulary translatorskie, jeden z wielu zakazanych w akademii rekwizytów magicznych.
Pismo od razu stało się czytelne, Ellic zaś niemal upuścił książkę z przerażenia.
Na pierwszej stronie widniały słowa:
Prawdziwa relacja Nowego Mistrza.
Każdy czarnoksiężnik powyżej lat sześciu wiedział o „Księdze Nowego Mistrza”. Był to zbiór zaklęć spisanych przez odszczepieńca wyrzuconego z gildii czarnoksięskiej jeszcze w dziesiątym wieku. Gildia miała swe nienaruszalne reguły, wyraźnie określające to, co wolno przywoływać, a czego nie, magiczne słowa, których lepiej nie wymawiać. Pewne zaklęcia uważano za zbyt niebezpieczne, nawet dla najbardziej biegłych mistrzów. Ta właśnie księga je zawierała, wszystkie bez wyjątku. Zakazano jej podczas konwokacji konstantynopolskiej w roku 1100. Od tamtej pory gildia wytropiła i zniszczyła wszystkie istniejące kopie książki – tak w każdym razie mówiono uczniom akademii.
Lecz Ellic trzymał w dłoniach jej egzemplarz. Jedna strona, mocno poplamiona, ukazywała młodego czarnoksiężnika, długowłosego chłopca w zbroi, który poruszał się w promienistej kuli ponad falami. Na stronie obok widniał fragment tekstu, niemal zatarty przez szkodniki i wodniste kleksy. Ellic wypowiedział zaklęcie, by odtworzyć spłowiały atrament, i na chwilę ustęp stał się czytelny:
Od Zachodu nadejdziesz
W Świetle i Ciemności poddasz się próbie
Wody, i nie zatopi cię
Ziemi, i nie pogrzebie cię
Ognia, i nie spłoniesz
Jestem tylko czarnoksiężnikiem małej magii
Jednak słucham i wierzę
Iż koniec wszystkiego
Będzie nowym początkiem.
Przewracając strony w poszukiwaniu zakazanych czarów, znalazł inne proroctwa, wszystkie mówiące o czarnoksiężniku, który dysponował wielką mocą.
Ellic zmarszczył czoło, zdumiony. Nie bardzo rozumiał. Nie było to dzieło zawierające groźne zaklęcia. Gdy zaczął je wertować, uświadomił sobie, co kryje: inny rodzaj zakazanej wiedzy, tej, która była sprzeczna z wszystkim, czego go uczono, z wszystkim, co przez wieki arcymagowie gildii objawiali czarnoksiężnikom jako prawdę o dobrej i złej magii, o granicach między światem doczesnym i magicznym. Ale dlaczego w takim razie gildia z takim wysiłkiem przekonywała wszystkich, że „Księga Nowego Mistrza” jest niebezpieczna?
I wtedy to odnalazł. Na końcu książki zamieszczono drzeworyt przedstawiający czarnoksiężnika, który trzymał jakiś kamień. Rozchodziły się z niego zygzakowate linie, które według artysty miały przedstawiać promienie światła. Z dziury u stóp czarnoksiężnika wyłaniały się przysadziste, zniekształcone demony i skrzydlaci ludzie. Kamień w ręku czarnoksiężnika był kluczem, który otwierał wrota do czarnoksięskiej otchłani, magicznego podziemnego świata Nigdylandii.
Usłyszał nagle jakiś dźwięk i odwrócił się, przekonany, że zobaczy Sparkstrikera. Ale to nie był rektor i upłynęła chwila, nim Ellic rozpoznał nowego dyrektora akademii, Septimusa Silvertongue’a, który miał na sobie dziwny ubiór, coś w rodzaju kombinezonu szermierczego, i długie rękawice z metalowej siatki; Ellic zorientował się, że to strój pradawnego pogromcy smoków, taki sam, jaki znajdował się w gablocie w wielkim holu akademii.
Idiota ze mnie, pomyślał. Oczywiście, gdy tylko opuścił sarkofag, zdradził swoją obecność. Ale co Silvertongue robił tu w stroju chroniącym przed smokami?
– Dyrektorze. – Ellic poczuł, jak oblewa się od stóp do głów gorącym rumieńcem. Wiedział, że jego postępek zostanie uznany za coś poważniejszego niż tylko drobne potknięcie. Wyjąkał: – Mogę to wyjaśnić.
Lecz dyrektor akademii nie wydawał się zagniewany czy zdziwiony faktem, że zastał Ellica w Klatce z zakazaną książką w dłoni. Wpatrywał się w trzymany przez chłopca egzemplarz, a twarz jaśniała mu nieskrywanym triumfem. Podniósł w końcu wzrok i spojrzał na Ellica z tak dziwnie bezosobową złośliwością w oczach, że zmroził mu krew w żyłach. Wyciągnął rękę i wyjął Ellicowi książkę z dłoni.
– Nie ma potrzeby niczego wyjaśniać. Sam mogę to zrobić – smocza szkatułka z nieznaną zawartością została odkryta w starym zbiorniku na terenie akademii przez pracowników zajmujących się pewnym problemem kanalizacyjnym. Książkę umieszczono w Klatce, a pewien student pragnący uczcić koniec semestru „spsikusem” zdołał otworzyć pudełko – z tragicznym skutkiem.
Minęła chwila, nim Ellic zrozumiał, o co chodzi Silvertongue’owi. Dyrektor zamierzał przywłaszczyć sobie książkę, a winę za jej zniknięcie zrzucić na niego. Ale co miał na myśli, mówiąc „tragiczny skutek”?
W tym momencie Ellic zauważył, że coś dziwnego dzieje się z pudełkiem, tym samym, które za pomocą czaru wywrócił na drugą stronę.
– Co… jak…? – wyjąkał z niedowierzaniem.
Pudełko zaczęło obracać się na właściwą stronę, ale smocza skóra, która przedtem stanowiła jego zewnętrzną powłokę, teraz kryła ciało i kości. Był to mały smok – biały, pozbawiony skrzydeł i ślepy, ale żywy. Zwrócił się ku Ellicowi, badając powietrze niebieskim rozwidlonym językiem. Ellic cofnął się, przerażony.
– Nikomu nie powiem, przysięgam! Proszę mnie puścić. Odejdę z akademii, nigdy więcej pan o mnie nie usłyszy. Niech pan weźmie książkę i mnie puści. Błagam.
– Obawiam się, że jest już za późno. Poza tym przydasz mi się w inny sposób. Kiedy robotnicy znaleźli szkatułkę, przekazali ją Sparkstrikerowi. To człowiek małej ambicji i jeszcze mniejszej wyobraźni. Nalegał, żebyśmy umieścili książkę w Klatce, a rano przekazali ją gildii. Wyobraź sobie mój ból. Szukałem jej przez lata, a teraz nie mogłem pozostać z nią sam na sam przez pięć minut! A gdyby zaginęła, dowody świadczyłyby przeciwko mnie. Wtedy wyłoniłeś się z sarkofagu i nagle dostrzegłem rozwiązanie wszystkich swoich problemów. Sama szkatułka podsunęła mi pewien plan. Wszyscy uwierzą, że ona i jej zawartość zostały zniszczone wraz z tobą.
Smok wychwycił woń Ellica i szarpnął głową, jakby chcąc ocenić przed atakiem odległość dzielącą go od celu.
Ellic usiłował rozpaczliwie przypomnieć sobie, co wie o bezskrzydłych istotach, ale nim zdołał przywołać którekolwiek z Zaklęć Unieszkodliwiających Wężowy Kieł, bestia uniosła się na tylnych łapach i ugryzła go przez rękaw koszuli w ramię. Ellic z miejsca poczuł, że ręka piecze go i swędzi, jakby dotknięta do żywego płomieniem.
– Ile… ile czasu mi pozostało?
– Spokojnie – powiedział Silvertongue. – Nie czytałeś Walkera, co? Jad nie jest śmiertelny, choć wywoła pewne objawy.
Ellica ogarnęło dziwne wrażenie. Pokój zaczął wirować, jego barwy zlewały się w jedno. Nie wydawał się już czymś trwałym, ściany i półki jakby się roztapiały, księgi zaś i zwoje tworzyły wielokolorową plamę. Ellic powiódł wokół przerażonym wzrokiem, szukając rozpaczliwie jakiegoś oparcia, antidotum. Ramię go paliło, ale serce miał zimne jak lód.
Septimus postąpił krok w jego stronę, trzymając w dłoniach otwartą książkę. Odczytał głośno kilka słów w czarnoksięskiej łacinie. U stóp Ellica, w miejscu gdzie przedtem leżał spłowiały dywan wschodni, utworzył się mały krąg nicości, nieduża szczelina w Tutaj i Teraz. Ellic poczuł, jak po plecach przebiega mu dreszcz strachu.
– Nie! Nie może pan! – krzyknął i wyciągnął gwałtownie rękę, by złapać się Silvertongue’a.
Dyrektor cofnął się i schylił, by podnieść małego smoka. Uśmiechnął się i ze słowami „obawiam się, że muszę” cisnął w Ellica stworem, który wylądował jak kot, wpijając ostre szpony w plecy chłopca i oplatając mu szyję ogonem. Po chwili krąg nicości rozwarł się i odsłonił absolutną czerń, która przechodziła w nieskończoność, bezdenną studnię absolutnej pustki.
Ellic opierał się rozpaczliwie, ale ciągnęło go nieubłaganie w stronę owej dziury. Pokój przechylił się i obaj, chłopiec i mężczyzna, zaczęli sunąć ku otworowi. Strój ochronny Silvertongue’a przyczepiony był przewodem do masywnych drzwi izby, ale na twarzy dyrektora pojawił się wyraz przerażenia, gdy lina napięła się do granic możliwości. Ellic, czepiając się rozpaczliwie Silvertongue’a, zacisnął dłonie na kruchej książce i wyrwał garść stronic, reszta zaś cennego dzieła rozpadła się na kawałki. Porwani prądem wielkiej mocy, Ellic i smok zniknęli, a w ślad za nimi pofrunęły liczne karty zakazanego dzieła. Studnia pustki skurczyła się do nicości, wirujący pokój zwalniał stopniowo, by w końcu znieruchomieć na dobre. I znów książki spoczęły w milczących rzędach wzdłuż półek, a niebiańskie zwoje i tom z zaklęciami szamana zajęły swe dawne miejsca.
Silvertongue pełzł na czworakach po podłodze, próbując pozbierać to, co zostało z książki. Było jasne, że większość zniknęła w głębi studni wraz z Ellikiem Lailokenem.
Dyrektor osunął się ciężko na podłogę i wydał z siebie zwierzęcy pomruk furii. Siedział tak długą chwilę z głową w dłoniach, potem wstał i odczepił przewód od drzwi Klatki. Następnie wypowiedział kilka słów w czarnoksięskiej łacinie. Jedno zaklęcie zrzuciło kilka książek na podłogę, a inne wypaliło dużą, czarną dziurę w dywanie, tam gdzie wcześniej znajdowała się ziejąca czernią otchłań. W końcu wymówił trzecie, które przemieniło strój pogromcy smoków w akademicką togę.
Przygotowawszy odpowiednio scenę, Silvertongue wyszedł z Klatki i zawołał do Flannery Bellweather, która właśnie nadbiegała:
– Panno Bellweather, proszę natychmiast sprowadzić rektora. Obawiam się, że doszło do strasznego wypadku.


1
Przykre przebudzenie

Wywern śnił.
Wyciągnięta w nogach łóżka z rozwartym dziobem, mała smoczyca imieniem Wirna drgała od czasu do czasu i wydawała ciche pomruki, trzepocząc nieznacznie powiekami. Ścigała we śnie dziką świnię przez nakrapiany słońcem i cieniem las kostarykański; przeskoczyła nad żywym strumieniem mrówczej armii, podrywając do lotu rozskrzeczane papugi na drzewach figowych i prowokując małpy do ostrzegawczych krzyków.
Po chwili obudził ją nagły metaliczny stukot i głośne przekleństwo. Smoczyca prychnęła, zaskoczona i niezadowolona. Jej kocie żółte ślepia penetrowały badawczo nieznane pomieszczenie, a język szukał w powietrzu równie nieznanych woni.
Gdzie się znajdowała? Nie było to jej wiklinowe łóżko na osłoniętej werandzie, na której przesiadywała nocą, nasłuchując chóru gekonów. Miejsce pachniało dziwnie: wilgocią i stęchlizną, pożółkłymi gazetami, mokrym popiołem i myszami. I było zimne. Wirna wzdrygnęła się, otworzyła dziób i wydała z siebie długi, stłumiony świergot niezadowolenia.
Teraz sobie przypomniała: ciasne pomieszczenia psiego wybiegu, gdzie Merlin umieścił ją na czas podróży, głuchy huk silników odrzutowych, niewygodny i obcisły kostium, który wraz z czarami Merlina nadał jej wygląd małego owczarka niemieckiego. Przybyli drogą powietrzną, a potem dotarli łodzią do tego samotnego i odległego domu na wzgórzu, pozbawionej wygód i zimnej budowli z kamienia. Nie było tu dzikich świń ani gekonów. Były tylko owce, za którymi nie mogła gonić.
W drzwiach stanął jej pan. Iain Merlin O’Shea odszedł na emeryturę, rezygnując z funkcji zasłużonego profesora historii średniowiecznej i folkloru w Harvardzie. Wciąż był praktykującym czarnoksiężnikiem, a także czynnym członkiem Gildii Mistrzów Sztuk Czarnoksięskich, zwanej również jako GMSC.
Tego ranka wydatny brzuch Merlina przykrywał ochronny fartuch, na twarzy zaś widniał grymas znużenia. Jednak w niebieskich oczach za szkłami okularów krył się cień prośby.
– Możesz przyjść do kuchni, Wirno? Nie potrafię zapalić piecyka.
Smoczyca dźwignęła się z niechęcią i zeskoczyła z łóżka. Była młodym wywernem, wciąż niewyrosłym, o niezgrabnych proporcjach i nieporadnych ruchach dużego szczeniaka. Odznaczała się lśniącą niebiesko-czarną barwą i miała ciało pokryte łuskami, z wyjątkiem nietoperzych skrzydeł, które spoczywały złożone na jej grzbiecie. Stukając pazurami o starą kamienną podłogę, podążyła za Merlinem przez hol i weszła do wielkiej, rozbrzmiewającej echem kuchni, gdzie czarnoksiężnik otworzył drzwiczki prastarego pieca.
– Stały płomyk zgasł, zapałki są beznadziejnie mokre, a sama wiesz, jak to jest z magicznym ogniem… kawa nigdy nie smakuje jak należy.
Wirna prychnęła, wzięła głęboki oddech i posłusznie wystrzeliła ogniem w głąb pieca. Stały płomyk powrócił z szumem do życia, Merlin zaś, zakłopotany, ale i pełen ulgi, ustawił pogięty emaliowany czajnik na palniku. Potem wyciągnął rękę i podrapał Wirnę pod brodą.
– Przepraszam za to przykre przebudzenie – oznajmił. – Za chwilę przyrządzę ci śniadanie.
Wirna popatrzyła na swego pana z wyrzutem, jakby pytała: Czy możemy wrócić na Kostarykę? Wycofała się pod kuchenny stół i ułożyła łeb między przednimi kończynami. Wzrokiem śledziła czarnoksiężnika, gdy zbliżył się do równie pradawnej jak piecyk lodówki i wyjął kawałek bekonu, który nie nastręczał tylu kłopotów, co kawa, więc jego przyrządzenie sprowadzało się do wydania prostego polecenia. Usłyszawszy, jak czarnoksiężnik nakazuje: „Usmaż się”, bekon posłusznie spoczął w kilku paskach na patelni i zaczął skwierczeć.
O ile Merlin się orientował, był jedynym czarnoksiężnikiem na świecie, posiadającym własnego wywerna. Wirna pojawiła się w jego życiu przypadkiem: smoki stanowiły w dwudziestym pierwszym wieku gatunek wymarły lub prawie wymarły, lecz Wika, matka Wirny, przeszła z trzynastego wieku przez dziurę w czasie, coś w rodzaju tunelu, i złożyła jajo na szczycie Customs Tower w Bostonie. Wika znajdowała się teraz we własnej epoce, ale Wirna nie mogła z nią powrócić. Była uzależniona od czekolady, a w trzynastym wieku czekolady nie znano. Wika zdołała uwolnić się od nałogu i powrócić do czasów, kiedy to nikt nie słyszał o tym przysmaku, ale Wirna, pozbawiona codziennej dawki słodyczy, zachorowałaby i zdechła. Tak więc Merlin krążył przez cały rok między Kostaryką, gdzie w razie potrzeby i z dużej odległości Wirna mogła uchodzić od biedy za dużego nietoperza owocowego, a Orkadami. Merlin wydzierżawił tu maleńki skrawek ziemi, omijany z daleka przez turystów, którzy pragnęli popatrzeć na kurhany wikingów i kręgi kamienne. Na wyspie nie było niczego prócz ruin zamku, stróżówki, w której mieszkali, i kilku owiec.
Lecz Wirnie nie dane było pozostać z Merlinem na zawsze. Czarnoksiężnik miał nadzieję, że któregoś dnia smoczyca będzie gotowa powrócić do swej pani, Teodory. Teodora Oglethorpe była człowieczą dziewczyną, która znalazła Wirnę w wieku pisklęcym i ocaliła jej życie. Na pierwszy rzut oka Teodora jawiła się jako przeciętna dwunastolatka, ale pochodziła z niezwykłej rodziny – jej protoplastką była córka pewnego czarnoksiężnika z trzynastego wieku. Na razie jednak Teodora nie miała pojęcia o swym rodowodzie i nie podejrzewała się o magiczne moce. Wciąż dochodziła do siebie po Wydarzeniach Minionego Lata.
Wika bowiem nie przeszła przez dziurę w czasie z odległego wieku sama. Podążyli za nią dwaj czarnoksiężnicy. Pierwszym był Gideon, mag królewski i jej pan. W ślad za Gideonem natomiast ruszył jego arcyrywal, Kobold, który próbował schwytać Wikę i posłużyć się zakazaną magią, by obrócić wywerna przeciwko prawowitemu właścicielowi. Była to wyjątkowa niegodziwa sprawka, grożąca ujawnieniem czarnoksiężników, którzy żyli w ukryciu wśród normalnych śmiertelników. Nim wszystko zakończyło się szczęśliwie, doszło do wykorzystania księgi zakazanych zaklęć, niefortunnego przywołania smoka chińskiego i przypadku demonicznego opętania.
Dla Merlina oznaczało to także mnóstwo papierkowej roboty i konieczność powiadomienia o incydencie przełożonych z bostońskiej delegatury Gildii Mistrzów Sztuk Czarnoksięskich. Najważniejsze jednak, że podczas całej tej niefortunnej sprawy Teodora dała się poznać jako osoba niezwykła. Z czasem zamierzano poinformować dziewczynkę o jej magicznym rodowodzie i gdyby kierownictwo gildii uznało ją za odpowiednią kandydatkę, Teodora zaczęłaby szkolenie jako czarnoksiężnik i przejęła opiekę nad Wirną.
Obecnie opieka owa polegała na zaopatrywaniu dorastającego wywerna w jej ukochany przysmak. Merlin napełnił wielką miskę czekoladowym musli i postawił ją na podłodze, obok zaś umieścił psią miseczkę na wodę z gorącą czekoladą, doprawioną na meksykański sposób cynamonem i chili.
Wirna wynurzyła się spod stołu i zaczęła pochłaniać musli wielkimi kłapnięciami dzioba, pomrukując i uderzając o kamienną posadzkę długim, kolczastym ogonem.
Merlin obserwował smoczycę i zastanawiał się, jak jego przyjaciółka w Bostonie, dr Madhavi Naga, radzi sobie z opieką i karmieniem Teodory.

– Bilety, poproszę. Bilety.
Konduktor zatrzymał się w przejściu, sprawdził bilet ulgowy Teodory, zwrócił go i ruszył w stronę następnego pasażera.
Teodora schowała kartonik do portfela i wróciła do swego szkicownika, stukając piórem o zęby i przyglądając się zdaniu na stronie. Nie potrafiła jednak wymyślić niczego więcej. Patrzyła na dwa słowa, które zdążyła dotychczas napisać, jakby fakt, że wlepia wzrok w kartkę, zdołał przydać im sensu czy realności.
Mikko odchodzi
Mikko była opiekunką Teodory od chwili śmierci jej mamy, a gdy Teodora osiągnęła wiek, w którym mogła obyć się bez opiekunki, Mikko pozostała w domu państwa Oglethorpe’ów jako gospodyni. Zeszłej nocy ojciec posadził przed sobą córkę i oznajmił, że Mikko odchodzi.
– Wróci? – spytała Teodora.
– Nie wiem. Uznaliśmy zgodnie, że powinna chwilowo wziąć sobie wolne i przekonać się, jak to wpłynie na ciebie i na mnie. Masz teraz dwanaście lat i nie potrzebujesz opiekunki.
– Ale Mikko to ktoś więcej niż opiekunka.
Ku zdumieniu Teodory ojciec oblał się rumieńcem i powiedział:
– No cóż, myślę, że właśnie dlatego Mikko postanowiła przyjąć nową posadę.
„Nowa posada” oznaczała rejs dookoła świata w charakterze towarzyszki dwóch starszych pań.
Siedząca po drugiej stronie przejścia para w wieku licealnym, która wsiadła w Chelsea, połączyła się w długim, namiętnym pocałunku. Nie zawracali sobie głowy, by zdjąć z uszu albo ściszyć iPody, więc ze słuchawek płynął strumień przytłumionej muzyki. Kiedy konduktor wrócił wzdłuż przejścia, musiał potrząsnąć chłopaka za ramię, by zwrócić jego uwagę. Romeo oderwał się od swojej Julii i wygrzebał z kieszeni bilety, a konduktor rzucił jakąś zgryźliwą uwagę o trzymaniu nóg na podłodze.
– Revere – oznajmił śpiewnym głosem, ruszając na drugi koniec wagonu. – Następny przystanek w Revere.
Teodora wróciła do szkicownika i tak długo zakreślała słowa „Mikko odchodzi”, że w końcu litery zlały się ze sobą, a potem zaczęła wypełniać stronę tym właśnie zdaniem, „Mikko odchodzi”, raz za razem, coraz szybciej; wreszcie zamieniło się w jeden rozpaczliwy ciąg bazgrołów, jakby cały ten smutny, splątany ból i gniew, które czuła, spływały z jej ramienia i pióra na kartkę. Teodora spojrzała przez okno na nagie drzewa i spłowiałą trawę lutowego krajobrazu, na migające za szybą podwórka, domy i budynki z cegły, podczas gdy pociąg sunął meandrami wzdłuż wybrzeża. Jej bijące szaleńczo serce uspokajało się powoli, wrażenie głębokiego nieszczęścia zmalało do rozmiarów irytującej dolegliwości.
Pamiętała, kiedy uświadomiła sobie po raz pierwszy, że coś jest nie tak. To było trzy miesiące wcześniej, w dzień po przyjęciu z okazji Halloween. Weszła do kuchni, gdzie zastała ojca i Mikko w trakcie poważnej rozmowy. Nie całowali się ani nic w tym rodzaju – prawdę mówiąc, stali z dala od siebie, pod przeciwległymi ścianami – ale oboje byli odrobinę zakłopotani, kiedy Teodora pojawiła się w drzwiach, i od tej pory w domu wszystko się zmieniło.
Po wewnętrznej stronie okładki dziennika przyklejone były dwa zdjęcia. Jedno wyglądało na stare i spłowiałe. Widniała na nim Teodora i jej mama; obie spoglądały na rozgwiazdę w plażowym kubełku. Fotografia pochodziła z lat dziecięcych Teodory, zrobiono ją, zanim matka zachorowała. Nie był to na dobrą sprawę jej udany portret – twarz w połowie spowijał cień – ale z jakiegoś powodu Teodora lubiła to zdjęcie. Kiedy zamykała oczy, mogła sobie niemal wmówić, że pamięta ten dzień i chwilę, piasek na swojej skórze, matczyny głos.
Druga fotografia została zrobiona podczas zeszłorocznego Halloween. Widniał na niej ojciec ubrany jak Indiana Jones, w korkowym hełmie i hawajskiej koszuli, ze sterczącą z pleców strzałą, którą kupił w sklepie ze śmiesznymi rzeczami, a także Teodora odziana w sari. Mikko stała obok, jako syrena w zielonym cekinowym kostiumie, z falbankowymi skrzelami na szyi, przytwierdzonymi za pomocą kleju od sztucznych rzęs.
W przekonaniu Teodory wszystko zaczęło się od tego nieszczęsnego błyszczącego kostiumu syreny i rosyjskiego profesora Borysa, który zaczął wydzwaniać do Mikko i zabierać ją do kina (Teodora nakryła ich kiedyś, jak się całowali). Według niej widok Mikko w syrenim stroju sprawił, że ojciec spojrzał na nią innymi oczami. Ale zamiast samemu zabrać ją do kina, zaczął zamykać się wieczorami w swoim gabinecie albo pracować do późna na uczelni, unikając Mikko w miarę możności i zwracając się do niej w oficjalny sposób po raz pierwszy od czasu, gdy zawitała do ich domu.
Podróż miała trwać siedem miesięcy, jak wyjaśniła Mikko, a jesienią, po jej powrocie, zastanowiliby się, co robić dalej. Teodora wiedziała, co przez to rozumieć: zaczęliby życie jako normalna rodzina albo Mikko odeszłaby na dobre. I znów dom ziałby pustką, jak po śmierci mamy. Mikko nie wypełniła pustki po odejściu pani Oglethorpe, ale jej obecność czyniła sytuację znośniejszą i mniej przerażającą. Gdyby Mikko odeszła naprawdę, Teodora musiałaby się ponownie nauczyć żyć bez matki.
Romeo i Julia wysiedli w Revere i gdy konduktor zawołał: „Salem!”, Teodora schowała szkicownik do plecaka. Gdy zapinała zewnętrzną kieszeń, emblemat Gildii Mistrzów Sztuk Czarnoksięskich – sowa trzymająca w szponach kryształową kulę – zakołysał się na metalowym kółeczku.
Pociąg wjechał na stację w Salem, a Teodora wysiadła i ruszyła w stronę domu dr Nagi. Jeździła tam dwa razy w miesiącu na lekcje sztuki. Bez względu na to, czy udawało jej się skończyć rysunek albo obraz, lekcje stanowiły dla niej okazję, by powiedzieć o Wydarzeniach Minionego Lata bez obaw, że zostanie posądzona o utratę zmysłów. Dr Naga uczestniczyła w tamtych wydarzeniach i wiedziała, że wszystko jest prawdą: wywerny, czarnoksiężnicy, demon, i w ogóle wszystko.
Dr Naga była starą przyjaciółką Mikko, a także – jak dowiedziała się Teodora ubiegłego lata – osobą obeznaną z magią, choć nie czarnoksiężnikiem, przynajmniej nie w takim znaczeniu, jak Gideon i Merlin. Miała liczne hobby, między innymi penetrowanie jaskiń; wykazywała w tym biegłość, wedle własnych słów, i „potrafiła przeciskać się przez ciasne pomieszczenia w całkowitych ciemnościach”. Jednak nie opuściła Teodory w najmroczniejszych chwilach związanych z Wydarzeniami Minionego Lata i wciąż była jedyną osobą z jej niemagicznego normalnego życia, która wiedziała o Gideonie, wywernie i wszystkim, co się stało.
Zdarzały się dni, kiedy Teodora nic nie mówiła, tylko rysowała albo malowała. Odkryła, że w ten sposób może opowiedzieć o wszystkim, nawet jeśli nie umiała ubrać tego w słowa. Potrafiła wyrazić wszystko bez konieczności myślenia czy też nazwania swych odczuć.
A problem polegał na tym, że nie można było mówić o jednym odczuciu czy różnych odczuciach, ale o wielkim ich chaosie, który zmieniał się bezustannie. Czarnoksiężnik Merlin przekazał jej tę naprawdę przerażającą umiejętność zwaną zgłębianiem, którą trudno było wyjaśnić, a która przypominała skok na linie w głąb własnej jaźni. Wraz z Merlinem złączyli swoje umysły i zdołali powstrzymać potężną mroczną magię, próbująca zniszczyć Gideona i ich wszystkich. A gdy rzecz dobiegła końca, powrót do własnego ciała wydał się dziwny… Ręce, stopy, ramiona i nogi Teodory sprawiały wrażenie niezgrabnych, obcych i ciężkich, i choć w jakimś stopniu pragnęła znów zgłębiać, jednocześnie wywoływało to u niej przestrach.
Zgłębianie było dziwne i nawet budziło grozę, inne wydarzenia też napawały ją lękiem, ale przecież w tym samym czasie miała pod swą opieką pisklę wywerna, poznała prawdziwego czarnoksiężnika i doznała czegoś… no cóż, magicznego. Nawet w najgorszych chwilach nie żałowała, że to wszystko się wydarzyło. Chciała jednak, by Merlin i inni czarnoksiężnicy gildii powiedzieli jej czym prędzej, jak ma sobie radzić ze zwykłym życiem w sytuacji, gdy doświadczyła czegoś tak niezwykłego.
Kiedy dotarła do wąskiego szeregowca z zielonymi drzwiami i mosiężną kołatką w kształcie delfina, na progu powitały ją dwa psy dr Nagi, Rudy i Kip, na stoliku w przedpokoju zaś znalazła karteczkę ze słowami: „Wejdź na górę”.
Teodora zostawiła kurtkę na oparciu kuchennego krzesła i ruszyła po schodach do słonecznej pracowni na szczycie domu, skąd rozciągał się widok na przystań. Dr Naga stała na taborecie i zawieszała pod sufitem szkielet nietoperza. Obok, na podwyższeniu, przycupnął wypchany ptak drapieżny – mały, kształtny i szary. Teodora wyciągnęła rękę i dotknęła miękkich piór.
– Rany, skąd ma pani te okazy?
– Wypożyczyła mi je pewna przyjaciółka, która pracuje w Muzeum Nauki.
– Co to za ptak? – spytała Teodora, przystawiając ostrożnie palec do haczykowatego czubka groźnie wyglądającego dzioba.
– To rodzaj małego sokoła zwanego merlinem. Ulubiony towarzysz i pomocnik czarnoksiężników. Chcę, żebyś dzisiejszego popołudnia narysowała kości w skrzydłach nietoperza i spróbowała oddać właściwie oczy, dziób i szpony sokoła.
Teodora stłumiła jęk rozpaczy. Tyle miała wcześniej kłopotu z narysowaniem skrzydeł i dzioba u wywerna. Ciężko było nakreślić te pierwsze, zarówno przezroczyste jak i mocne, ale także dziób, który miał w sobie coś z uśmiechu kota z Cheshire, tego z „Alicji w Krainie Czarów”.
– Rany, to wszystko? – mruknęła. Usiadła na wysokim taborecie przy stole kreślarskim, do którego umocowano pinezkami czysty karton grubego papieru. Wybrała odpowiedni ołówek z pojemnika w zagłębieniu blatu i zaczęła rysować. Tymczasem dr Naga usadowiła się na podłodze i zajęła przeglądaniem szkicownika Teodory. Pełno było w nim rysunków wywerna – czteronogiego smoka o nietoperzych skrzydłach, przedstawionego w różnych pozach: wznosił się w górę, by schwytać frisbee, leżał zwinięty w kłębek w gnieździe, mył się na kocią modłę, frunął, wyginał grzbiet i zionął ogniem. Rysunki na pierwszych stronach szkicownika były nieporadne i niepewne, ale pod koniec stanowiły już dzieło artysty, który co prawda dużo się jeszcze musi nauczyć, lecz który jednocześnie posiadł znaczną pewność ręki.
Pośród wielu szkiców smoka można było dostrzec wizerunki młodego człowieka o miłej, mądrej twarzy i kręconych włosach ciemnej barwy – wydawało się, że uwiecznienie owych pukli przekracza możliwości Teodory. Raz, pełna frustracji z powodu chybionego efektu, zastąpiła je peruką klauna, a potem wzbogaciła twarz o równie jaskrawy makijaż, na koniec zaś skreśliła u dołu strony: „Poddaję się… to zbyt trudne”. Na następnej jednak kartce uchwyciła charakter włosów, a pod spodem napisała niezgrabnymi gotyckimi literami: „Gideon”. Rysunek przedstawiał twarz młodego człowieka, który uśmiechał się nieznacznie, ale jednocześnie miał w oczach smutek. Smutek i mądrość.
Na jednej z ostatnich kartek szkicownika widniał pojedynczy rysunek przedstawiający matkę Teodory, skopiowaną z ulubionego zdjęcia rodzinnego. Wokół portretu dziewczynka umieściła liściastą obwódkę, której gałązki roiły się od ptaków i kwiatów – coś w rodzaju zielonego raju, do którego zgodnie z wyobrażeniem Teodory odeszła jej mama.
Kiedy Teodora studiowała z uwagą skrzydła nietoperza i połączenie poszczególnych kości, dr Naga doszła do strony wypełnionej jednym i tym samym zdaniem „Mikko odchodzi”, z gniewnym bazgrołem u dołu.
– Widzę, że Mikko oznajmiła ci nowinę.
Teodora przerwała rysowanie.
– Wiedziała pani?
Dr Naga przytaknęła.
– Kazała mi obiecać, że ci nie powiem. Do końca zeszłego tygodnia nie była pewna, czy zdecyduje się na tę posadę.
– Nie rozumiem tego – wyznała Teodora. Wyjęła z pojemnika ołówek, zbyt miękki, by za jego pomocą oddać delikatne kości, które zamierzała narysować, i wpadła w złość, gdy nakreśliła nim grubą, niewyraźną linię zamiast cienkiej i ostrej, o jaką jej chodziło. Potem oświadczyła zdesperowana: – Nie mogę uwierzyć, że Mikko wyjeżdża i że tata jej na to pozwala. Dlaczego nie pojmują, że najprościej by było, gdyby się pobrali? Rozwiązałoby to wszystkie problemy.
– Jesteś pewna? – spytała dr Naga. Podeszła do stołu i wybrała ołówek o odpowiedniej twardości, a potem pokazała Teodorze, jak przy właściwym nacisku nakreślić całkowicie odmienną linię.
– Oczywiście, że tak – odparła nieco opryskliwie Teodora. Wzięła do ręki gumkę i szybko starła połowę rysunku, po czym zdmuchnęła drobinki na podłogę energiczniej, niż było to konieczne.
– Zastanawiam się, Teodoro, czy twój ojciec jest gotów ponownie się ożenić, wbrew temu, co sądzisz. Myślę, że Mikko postępuje mądrze, wyjeżdżając właśnie teraz, choć wszystkim będzie ciężko.
U szczytu schodów pojawili się Rudy i Kip. Każdy z psów trzymał w pysku różową piłkę tenisową i merdał niecierpliwie ogonem.
– No dobrze – oznajmiła dr Naga. – Teraz cię zostawię z rysunkiem i pójdę porzucać piłki Rudy’emu i Kipowi.
Dr Naga, szeleszcząc różowymi i srebrnymi spódnicami sari, zniknęła w głębi schodów razem z psami, Teodora zaś została sama w pracowni na szczycie domu. Dziewczynka pracowała około dwudziestu minut, aż wreszcie nakreśliła skrzydło tak, jak pragnęła. Potem próbowała narysować z pamięci pisklę wywerna i stwierdziła, że oddaje jego kształt z większą wprawą niż ta, o którą się dotąd posądzała. Skrzydło przypominało skrzydło nietoperza, ale niezupełnie. Dziób wyglądał jak dziób merlina, ale niezupełnie. Jakimś cudem na kartce zlały się ze sobą i utworzyły coś nowego – smoka.
Czy kiedykolwiek odzyskam dawny spokój? – zastanawiała się Teodora. Po Wydarzeniach Minionego Lata czuła się rozdarta, jakby od czegoś odłączona, niczym układanka z brakującymi elementami. I wiedziała, że to nie tylko kwestia wieku, przypadek dwunastolatki wchodzącej w trzynasty rok życia bez matczynej obecności. Czuła się odmieniona przez całą tę czarnoksięską historię, ale było tak, jakby wyposażono ją w skrzydła, ale nie nauczono latać.
Odrętwiała od długiego siedzenia, podniosła się i trąciła leciutko zawieszony pod sufitem szkielet, obracając nim. Nie dość delikatnie jednak. Pinezka przytrzymująca sznurek z nietoperzem nie wytrzymała; szkielet spadł na podłogę i rozpadł się w drobny mak.
Teodora popatrzyła na szczątki z przerażeniem. Eksponat należał do muzeum, a ona go zniszczyła. Osunęła się w panice na kolana i pozbierała roztrzaskane kości. Od razu się zorientowała, że nie zdoła poskładać szkieletu, w każdym razie nie bez specjalnych narzędzi, drutu, kleju i wiedzy. Żadnego z powyższych nie posiadała.
Wciąż ogarnięta paniką, wreszcie coś zrobiła. Nie było to właściwie zgłębianie, ponieważ nie nawiązała z nikim psychicznej więzi, tylko poczuła nagle, jak jej umysł się rozciąga, traci ciężar, uwalnia się z jej ciała. Wydawało jej się, że zaczęła nagle upadać, potem zatrzymała się gwałtownie i wreszcie dźwignęła się szybkim ruchem w górę. Miała wrażenie, że potrafi wyrzucić z siebie umysł, tak jak brzuchomówca wyrzuca z siebie głos.
Rozległ się dziwny grzechot, niczym nagranie odgłosu setek spadających pałeczek, tyle że przewinięte do przodu. Teodora odjęła dłonie od twarzy i zobaczyła, że szkielet nietoperza ponownie kołysze się na swoim sznurku, cały i nieuszkodzony.
Usiadła na podłodze, gapiąc się na nietoperza, a potem na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą leżał beznadziejnie roztrzaskany. Nie dostrzegła nigdzie drobniutkiej, najdrobniejszej nawet cząstki, kawałka czy odprysku kości. Podnosząc się z podłogi, zauważyła, że ani jeden element szkieletu nie uległ uszkodzeniu.
Zrobiłam to – pomyślała. – Naprawdę to zrobiłam.
Kręciło jej się odrobinę w głowie, serce waliło jak młotem. Widziała przez okno dr Nagę w otoczonym murem ogrodzie, rzucającą piłki tenisowe w stronę dwóch rozmazanych plam, czyli Rudy’ego i Kipa. Nagle stwierdziła, że nie chce być sama. Zeszła na dół do ogrodu.
Zamierzała opowiedzieć dr Nadze o szkielecie nietoperza, ale gdy otworzyła usta, poczuła nagle lęk, jakby uważała, że jeśli nie będzie o tym mówić, nigdy więcej się to nie wydarzy, i jednocześnie zdoła zamknąć dostęp do tej części swego umysłu, która umiała dokonywać zgłębiania. Wydawało się ono zbyt ryzykowne, niczym stanie przy otwartym włazie samolotu tuż przed skokiem. Pragnęła zamknąć ten właz na głucho. Pomyślała o tacie i o tym, że ma zbyt dużo do stracenia.
Dr Naga popatrzyła na nią ciekawie.
– Chcesz mi o tym opowiedzieć?
– O czym?
Kobieta obrzuciła Teodorę sceptycznym spojrzeniem. Dziewczynka przykucnęła, żeby podrapać Kipa po brzuchu.
– Nie wiem, o czym pani mówi.
– Rozumiem. No cóż, wejdźmy do domu – zaproponowała łagodnie dr Naga. – Myślę, że filiżanka herbaty dobrze ci zrobi.
Przyrządziła indyjską herbatę zapachową, nie jakąś namiastkę oferowaną w supermarketach i kawiarniach, ale oryginalny napój. Było coś kojącego w widoku tej kobiety, gdy odmierzała do czajniczka odpowiednią ilość herbaty i mleka, dodawała zwinięte pałeczki kory cynamonowej, liście anyżu w kształcie gwiazdki i cieniutkie jak papier zielone strączki kardamomu. Kuchnię wypełnił zapach mleka i słodkich przypraw. Kiedy herbata była gotowa, dr Naga przelała ją do czarek i dodała miodu. Napój był zbyt gorący, więc Teodora zamknęła oczy i zaczęła wdychać wonną parę. Dr Naga podmuchała w swoją czarkę i pociągnęła ostrożnie łyk parzącego płynu.
– Kiedy zeszłego lata pomogłaś ocalić Gideona, dokonałaś zgłębiania.
– Proszę mi wierzyć, nie zapomniałam o tym.
– Zgłębianie wymaga użycia jednego mięśnia w umyśle. Kiedy już zaczniesz się nim posługiwać, być może odkryjesz inne mięśnie. Trzygłowe, dwugłowe, jednogłowe. Ale jeśli nie wiesz, co robisz, owa zdolność może wzbudzić w tobie niepokój. Zwłaszcza gdy odkryjesz ją w samotności, znienacka.
Teodora zaczerwieniła się i poczuła nagły przypływ palącego gniewu.
– Nie dokonałam zgłębiania ani żadnej innej bzdury, okej? Nic się nie wydarzyło.
– Teodoro – powiedziała łagodnie dr Naga i sięgnęła przez stół, by ująć dłoń dziewczynki. Teodora jednak wstała z taboretu i odsunęła swoją czarkę tak energicznie, że herbata wylała się na blat.
Nagle poczuła złość na wszystkich: na dr Nagę, Mikko, Gideona i Merlina. I na tatę. Nawet na mamę. Ale przede wszystkim była wściekła na siebie. Wiedziała, że gdy gniew w końcu przeminie, tak jak zawsze będzie po prostu wystraszona i samotna. Chwyciła kurtkę i plecak.
– Muszę iść. Spóźnię się na pociąg.

2
Dziedzictwo Greenwoodów

Merlin próbował zmusić Wirnę, by zażyła lekarstwo z robaków i pozwoliła sobie przyciąć pazury, ale ponieważ młode wywerny są szczególnie uparte i łaskotliwe, nawet wedle smoczych standardów, niewiele zdziałał.
Na dworze nowo narodzone jagnięta kuliły się przed wiatrem od morza, który uparcie sądził, że wciąż jest luty. Po przycięciu Wirnie pazurów Merlin zaznaczył na jej wykresie wzrostu, w rubryce „maj”, rozpiętość skrzydeł i fakt, że ogień wywerna zdaje się dojrzewać szybciej niż jego zdrowy rozsądek.
Od strony holu dobiegł głuchy łomot; ktoś pukał do stróżówki. Wirna zerwała się do biegu jak pocisk, a korpulentny czarnoksiężnik rzucił się za nią w pogoń, próbując ją złapać, nim dotrze do drzwi, które już nosiły ślady jej szponów i palącego oddechu. Merlin podejrzewał, że jak tak dalej pójdzie, stróżówka będzie niebawem wymagała nowych drzwi.
– Wirna, do nogi! Och, ty worku łusek i żaru, szkoda, że nie obciąłem ci szponów! To był kiedyś najlepszy dywan latający mojej prababki! I zabraniam ci stosować ogień w domu! Absolutnie!
Gdy wywern zbliżył się do drzwi, z drugiej strony dobiegł stłumiony okrzyk, coś, co w czarnoksięskiej łacinie brzmiało jak: „Pacynka, popotam, piszczałka!”. Zaklęcie przemknęło zygzakiem przez dziurkę od klucza i trafiło celnie smoczycę w nos. Wirna zatrzymała się gwałtownie na kamiennych płytach holu i zaczęła nagle gonić za własnym ogonem.
>
– Dobra robota – mruknął z uznaniem Merlin, odsuwając żelazny skobel.
Przed nim stała kobieta o niezwykłym wyglądzie, cała w czerni, na którą narzuciła rozpięte złote kimono ze wzorem w liście miłorzębu. Krótkie srebrne włosy piętrzyły się na jej głowie jak dobrze wypieczona beza. Wydawała się znajoma – przez charakterystyczny cierpki grymas ust podkreślonych czerwoną szminką. Ciemne oczy błyszczały inteligencją i może stłumionym uśmiechem. Merlin odnosił niejasne wrażenie, że już gdzieś widział tę osobę.
– Witaj, Iainie – odezwała się kobieta, wyciągając do niego rękę.
Ujął jej dłoń i skrzywił się nieznacznie, czując moc uścisku.
– Przepraszam, czy my się znamy?
– W porządku. Nie oczekiwałam, że będziesz mnie pamiętał – odparła. Jej oczy zamigotały odrobinę groźnie, wciąż nie puszczała jego ręki. – Margery MacVanish. Młodsza siostra Evandera MacVanisha. O ile sobie przypominam, ty i reszta chłopców nazywaliście mnie za plecami „Czerwiem”.
– Wielkie nieba! Czerw! – zaczął bełkotać Merlin. – Gdzie… kiedy… co porabiałaś? Nie widziałem cię od… od…
– Od wiosny 1906. Bal czarnoksiężników. Ty wybrałeś Esmeraldę Quncup, a ja musiałam zadowolić się Fergisem Fowlerem, który deptał mi po palcach i dał bukiecik z osą. Tańce spędziłam w szpitalu, przykładając lód do nosa. – Usta Margery wykrzywiły się w grymasie udawanego dąsu. – Złamałeś mi serce, Iainie.
Merlin zaczerwienił się po koniuszki rzednących włosów. W 1906 oboje byli młodzi, ale i teraz nie wydawali się wiekowi. Uprawianie magii to swoisty środek konserwujący i w rezultacie czarnoksiężnicy odznaczają się stosunkowo długim wiekiem średnim. Pierwsze zmarszczki pojawiają się u nich dopiero, gdy skończą 170 lat.
Margery wybuchnęła śmiechem i poklepała go uspokajająco po ręku.
– Nie przejmuj się, wybaczyłam ci bodajże między trzecim a czwartym mężem. Dobrze wyglądasz – dodała, biorąc go przyjacielskim gestem pod ramię. – Nawet jeśli włosy ci się trochę przerzedziły, a w talii przybyło ciała. A teraz zaproś mnie do środka, żebyśmy mogli normalnie porozmawiać. Mam ci mnóstwo do przekazania.
Otwierając szerzej drzwi, Merlin dostrzegł insygnia wiszące na szyi Margery MacVanish. Nie był to zwyczajowy emblemat czarnoksiężnika, czyli sowa z kryształową kulą w szponach, noszony przez wszystkich członków gildii, tylko kruk usadowiony na ludzkiej czaszce – symbol Biura Interwenta Generalnego.
BIG stanowiło wydział gildii, który zajmował się sprawami śmiertelników, gdy mogły one kolidować ze światem czarnoksiężników ze szkodą dla jednych i drugich. Niezapowiedziana wizyta agenta BIG nie sprawiała radości żadnemu czarnoksiężnikowi, nawet jeśli tym agentem była osoba, którą nazywał Czerwiem, gdy jeszcze nosiła kucyki.
– No dobrze, a teraz mi powiedz, co ciebie i Biuro Interwenta Generalnego sprowadza do mego odludnego domu w ten piękny majowy dzień? – spytał Merlin, gdy usadowili się w fotelach przy kominku. – Kontrolujesz postępy Wirny? A może pominąłem coś w raporcie dotyczącym Wydarzeń Minionego Lata?
– Owszem, chcę z tobą pomówić o pewnej interesującej młodej osobie, czyli pannie Oglethorpe. Ale nie tylko o niej.
– Jestem pewien, że nie zdołam dodać nic, czego nie zawarłbym we wspomnianym dokumencie. Przekazałem wszystko w trzech egzemplarzach północnoamerykańskiemu wydziałowi gildii.
Gideon wrócił do swego Kiedy pod koniec lata, pozostawiając Merlinowi obowiązek wypełnienia niezliczonej ilości formularzy, chociażby 99-DWC dotyczącego nowej dziury w czasie czy 37-PP o przypadkowym przywołaniu, nie wspominając już o 49-stronicowym załączniku, zawierającym wyjaśnienie całej sprawy. Miał nadzieję, że Margery MacVanish nie zamierza go prosić, by ponownie przechodził tę gehennę.
– Chciałabym doprowadzić do końca wszystkie wątki – wyjaśniła Margery. – A jest ich w tej sprawie niemało. Wydaje mi się, że trudno mówić o przypadku, gdy dwóch czarnoksiężników z trzynastego wieku staje do walki w salonie dziewczynki o tak niezwykłym magicznym rodowodzie, jak trafnie to ująłeś w swoim raporcie. Prawdę powiedziawszy, zastanawiam się nawet, czy Gideon był rzeczywistym celem. Kobold działał w imieniu tajemniczego czarnoksiężnika, mistrza, któremu udało się pozostać w cieniu. Nigdy nie odkryliśmy, kto to taki.
– Mów dalej – poprosił Merlin. – Słucham cię z uwagą.
Margery wstała z fotela i podeszła do biblioteczki. Zaczęła przesuwać palcem po grzbietach książek, zarówno tych nowszych, oprawnych w sukno, jak i grubych woluminów w skórze popękanej ze starości.
– Wiesz, dlaczego gildia z takim wysiłkiem próbowała zakazać „Księgi Nowego Mistrza” dziewięćset lat temu?
– Została napisana przez heretyckiego czarnoksiężnika i zawierała mnóstwo zakazanych czarów. Przez wieki wyszukiwano i niszczono poszczególne kopie.
– Istnieje teoria, że gildii chodziło nie tyle o owe czary, ile o pewną przepowiednię zawartą w księdze. Przepowiednię mówiącą o tym, że pojawi się potężny czarnoksiężnik i otworzy wrota między tym światem a Nigdylandią.
Merlin zadrżał na wzmiankę o magicznym świecie podziemnym. Nigdylandia była miejscem poza czasem, magiczną otchłanią zaludnioną przez wyrzutków, szaleńców, przeróżne chimery i potwory. Albo tak też głosiła legenda, powtarzana jedynie szeptem.
– Czarnoksiężników można było zsyłać do Nigdylandii, ale według gildii nie było stamtąd powrotu. I nagle pewien zdeprawowany czarnoksiężnik zagroził otwarciem wrót i wypuszczeniem mieszkańców Nigdylandii do ówczesnego Kiedy i Gdzie. To właśnie była herezja. Dlatego książkę należało zniszczyć. Gildia nie mogła dopuścić do tego, by wrota do Nigdylandii zostały otwarte. Obawiała się także o swój autorytet. Co by się stało, gdyby ten nowy mistrz zjawił się nagle i założył konkurencyjną gildię z wszystkimi czarnoksiężnikami uwolnionymi z Nigdylandii? Mogłoby to wywołać długą i straszną wojnę domową między rywalizującymi gildiami.
– A więc sądzisz, że Kobold działał na zlecenie tego czarnoksiężnika? Nowego mistrza, o którego przyjściu mówi przepowiednia?
– Kto wie? Nie można tego z pewnością wykluczyć. Doskonale się maskuje.
– On albo ona.
Ciemne oczy Margery błysnęły, a jej emblemat w kształcie kruka, wycięty z czarnego szkła wulkanicznego, zamrugał w blasku ognia.
– On albo ona. Kobold sądził, że jego panem jest mężczyzna, ale być może został oszukany.
– A więc co to ma wspólnego z Teodorą?
Teraz Margery stała przed gobelinem, jednym z kilku, jakie Merlin przywiózł ze sobą z dawnego mieszkania w Cambridge w Massachusetts. Tkanina ukazywała młodego chłopca w niebieskiej zbroi, walczącego z białym smokiem.
– Przypuszczam, że grozi jej niebezpieczeństwo – odparła Margery. – Potrafiła zgłębiać, choć nikt wcześniej jej tego nie uczył, co pozwala ją zaliczyć do maleńkiej cząstki niezwykłych śmiertelników.
– Zgadza się – przyznał Merlin. – Jest prapraktórąś tam wnuczką czarodziejki imieniem Gwynlyn.
– Tak napisałeś w swoim raporcie – powiedziała Margery. – Dowiedzieliśmy się trochę więcej o Gwynlyn i jej potomkach. Przeszła przez dziurę w czasie do dziewiętnastowiecznego Manhattanu i zapoczątkowała długi ród kobiet, które doskonale radziły sobie ze smokami. Tyle że były to smoki namalowane na chińskich wazach lub skamieliny pterodaktyli. Jak dotąd talent Gwynlyn, w pełni dojrzałe dziedzictwo Greenwoodów, jeśli wolisz, nie ujawnił się jeszcze w całej pełni u żadnej z jej potomkiń.
– Dziedzictwo Greenwoodów? – zainteresował się Merlin.
– O, tak – odparła Margery. – Zgromadziliśmy pokaźną dokumentację dotycząca kobiet z tego rodu, aż do 1970 roku, kiedy to na świat przyszła matka Teodory. Potem dokumentacja wykazuje pewne braki. Oglethorpe’owie natomiast to absolutna klapa, tak przy okazji. Uzdolnieni ludzie, ale nawet cienia talentów czarnoksięskich.
– Nie wyjaśniłaś mi jak dotąd, dlaczego według ciebie Teodora znalazła się w niebezpieczeństwie – zauważył Merlin.
Margery dopiła herbatę i teraz wpatrywała się ze zmarszczonym czołem w filiżankę, obserwując wzór listków, które unosiły się w odrobinie mleka.
– Istnieje duże prawdopodobieństwo, jak mi się wydaje, że ten nieznany czarnoksiężnik, kimkolwiek jest, zechce przeciągnąć ją na swoją stronę.
Herbata Merlina dawno już wystygła. Przyglądał się gobelinowi. W jego oczach twarz młodego chłopca mogła mieć równie dobrze rysy dziewczęce. Młoda Joanna D’Arc – albo młoda Teodora.
– Niech zgadnę. BIG uważa, że Teodora wyciągnęła główny los na loterii genetycznej. Posiada w stu procentach dar Gwynlyn. A ci z Biura postanowili, że dotrą do niej pierwsi, wykradną ją z normalnego śmiertelnego domu i rodziny, a następnie wprowadzą do gildii jako adeptkę magii.
– Jeśli będzie miała szczęście – zastrzegła Margery. – Niektórzy uważają, że należy pozbawić ją posiadanych mocy, nim w pełni się rozwiną. Lepiej nie mieć jednego Greenwooda, niż mieć takiego, który zszedł na złą drogę.
Czarnoksiężnicy, którzy tak bardzo zgrzeszyli, że gildia wykluczała jakąkolwiek rehabilitację, przechodzili wielką deprecjację – coś w rodzaju usunięcia adwokata z palestry czy pozbawienia kota pazurów. Nie była to łagodna procedura. Nieudana, czyniła z najbardziej nawet potężnego czarnoksiężnika bełkocząca kukłę. Merlin wolał nie myśleć, jaki byłby skutek w przypadku młodej dziewczyny. Blady i posępny, podniósł się z fotela.
– Nie pozwolę na to. Osobiście przemycę ją przez dziurę w czasie, zanim ty…
Margery uniosła dłoń.
– Iainie, proszę. Gdybym naprawdę miała taki zamiar, czy przychodziłabym tutaj i opowiadała ci o wszystkim?
Merlin powoli opadł na fotel. W kominku obsunął się kloc drewna, tryskając fontanną iskier. Wirna uniosła głowę znad legowiska i w odpowiedzi też prychnęła małym strumieniem ognia.
– Więc o co właściwie chodzi? – spytał Merlin. – Dlaczego się tu zjawiłaś?
– Od czasu ostatniego Halloween przebywam służbowo na małej wysepce w archipelagu Hebrydy, Scornsay. Monitory gildii zarejestrowały na tym terenie ogromną falę magicznej energii. Wysłano mnie tam, żebym sprawdziła, co ją wywołało. Jak dotąd nie wykryłam dziury w czasie ani niczego, co wyjaśniłoby ów fenomen. Z wyspą też zaczęło się dziać coś dziwnego. Połowy ryb znacznie się zmniejszyły, a w zeszłym tygodniu pewien chłopiec znalazł dziwną łuskę.
Merlin wyprostował się w fotelu.
– Łuskę? Pochodzącą od wywerna?
To właśnie jedną z łusek Wiki ojciec Teodory opisał w periodyku naukowym i artykuł ten pomógł mu uzyskać stopień profesorski.
– Nie, była zbyt duża jak na wywerna. Dyrektor niewielkiego muzeum na Scornsay napisał do profesora Oglethorpe’a z prośbą, by przyjechał i zbadał łuskę, próbując ją zidentyfikować. Kiedy sprawdzałam dane profesora, znalazłam dokumentację z twoim raportem dotyczącym Wydarzeń Minionego Lata. Potem zapoznałam się z materiałami Biura na temat Greenwoodów i opracowałam własną teorię na temat Teodory – tego, kim jest. Ale sądzę, że ty powiedziesz mi więcej, niż zdołałam się dowiedzieć na własną rękę.
– Ja? Dlaczego?
– Zgłębiałeś wraz z nią, Iainie. Znasz umysł tego dziecka. Wyczułeś coś, gdy się połączyliście?
Merlin popatrzył na gobelin i twarz chłopca, tak młodą, a jednak pełną determinacji i odwagi.
– Pomagaliśmy Gideonowi w walce z Koboldem. To był chaos wrażeń. Sama wiesz, jak wygląda zgłębianie.
– Iainie, to ważne.
Merlin spoglądał przez długą chwilę na Margery.
– Tak – przyznał w końcu. – Wyczułem, że przebywam w towarzystwie osoby, której umiejętność zgłębiania jest dla mnie nieosiągalna. To dziedziczka Greenwoodów w stu procentach. Może nawet w stu jeden.
Wyraz, który przy tych słowach pojawił się na twarzy Margery, był uderzający. Na ułamek sekundy jej oblicze rozbłysło triumfem i radością, lecz niemal natychmiast, kierując się zawodowym wyszkoleniem, czarodziejka stłumiła w sobie ten nagły wybuch i znów była opanowana.
– Tak myślałam – powiedziała tylko.
– Zamierzasz sprowadzić ją na wyspę, nie mylę się? – spytał Merlin.
– Podjęto już pewne kroki – wyjaśniła. – Teodora i jej ojciec przybędą na Scornsay bez jakiejkolwiek pomocy z mojej strony. I myślę, że Teodora musi się tam zjawić, by odkryć, kim naprawdę jest.










Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-01-19 (1714 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej