Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Czarodziejski statek, cz.2
 
Katalog - dodano
 Cinder
- Marissa Meyer
 Adres nieznany
- Lee Child
 Plus/minus
- Olga Gromyko
 Artemis
- Andy Weir
 Marsjanin
- Andy Weir
 
Ostatnie recenzje
 Armagedon dzień po dniu – J.L. Bourne
 Rozgwieżdżone niebo – Lars Wilderäng
 Fałszywy pocałunek – Marry E. Pearson
 Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony – Rafał Kosik
 Legion – Brandon Sanderson
 
- skomentowano
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 Rok szczura. Świeca
- Olga Gromyko
 Na przekór przeznaczeniu
- Oksana Pankiejewa
 

Zbigniew Wojnarowski dla FantasyBook



 FB: Bardzo mało w gruncie rzeczy można na Pana temat znaleźć w prasie lub w internecie. Tylko ogólniki, że urodził się w roku..., że mieszka..., że ukończył.... Unika Pan świadomie rozgłosu wokół swojej osoby? Dlaczego?

ZW: Jak już ktoś kiedyś na to odpowiedział – wolę, żeby mnie pytali „dlaczego cię wszędzie tak mało” niż „dlaczego cię wszędzie tak dużo”. U literatów możliwości są z grubsza dwie. Że ich życie jest ciekawsze niż ich utwory – i wtedy biada utworom, bo są trochę zbędne, albo też ich życie jest nudniejsze niż ich utwory – i wtedy po co dręczyć nim czytelników. W zasadzie jest i trzecia możliwość, że życie pisarza jest tak interesujące jak jego utwory – ale to nie mój przypadek.

FB: Skąd zainteresowanie fantastyką i chęć spróbowania swoich sił w tym gatunku?

ZW: Czytelnicze - z dzieciństwa, a kiedy zaczynałem się interesować fantastyką pisarsko, siły miałem już spróbowane w innych gatunkach. I miałem parę pomysłów, które nadawały się do realizacji tylko na gruncie fantastyki. Ale to musiałem raczej spróbować nie tyle sił, ile tego, czy red. Parowski nie ma brutalnie odmiennego zdania na ten sam temat.

FB: Nie miał jak widać, bo Pańskie opowiadania ukazywały się kilkakrotnie w „Nowej Fantastyce”. Chyba, że Maciej Parowski miał jakiś wpływ na ich ostateczną formę?

ZW: Przy pierwszych opowiadaniach nie miał do mnie jeszcze zaufania, czemu się nie dziwię, skoro nie znał moich możliwości. Przy tym czy tamtym zdaniu, jak mówił, „ołówek mu skoczył”. Już nie wspomnę, jak mnie potem skakało serce, gdy czytałem te zdania w druku. Ale z czasem, jak widziałem, zaufał mi chyba. Ja zresztą należę do dłubaczy i cyzelatorów, więc oddaję tekst dopiero wtedy, kiedy uważam, że nie ma w nim nic do poprawienia, na żadnym poziomie, także językowym. Co nie znaczy, że nigdy niczego nie przeoczę – a w takim przypadku pomoc redaktora zawsze jest nie do przecenienia.

FB: Czy to, że opowiadania z „Nowej Fantastyki” zostały przychylnie przyjęte przez czytelników sprowokowało Pana do sięgnięcia po dłuższą formę?

ZW: Nie da się pisać w zależności od przychylnego lub nieprzychylnego przyjęcia, bo człowiek popadłby w schizofrenię. Czytelnicy to – jak wiadomo – hydra wielogłowa, nie sposób wszystkich głów obciąć ani nakarmić, ani pogodzić ich ze sobą, ani pogłaskać ich jednocześnie, choć niektórzy autorzy bohatersko próbują. Czytelnik jest kapryśny, jeśli dziś powie „tak”, to nie znaczy, że jutro powie to samo. Więc raczej pisze się niezależnie od rodzaju czytelniczego przyjęcia, niż w związku z nim.

FB: Bardzo ładne i trafne określenie czytelnika. :) Z pewnością odbiór utworu uzależniony jest od nastroju w jakim w danej chwili jesteśmy, a tego pisarz przewidzieć nie może, choćby nie wiem jak bardzo się starał.

ZW: Wejdę w słowo, bo to właśnie zagadka. Czy pisarz ma się o to starać. Są dwie szkoły pisania – jedna, kiedy pisarz się łasi do nóg czytelnika, a druga – kiedy go kąsa po łydkach. To już zależy od oczekiwań pisarza wobec świata. A z drugiej strony, czytelnik ma święte prawo, żeby podobały mu się piosenki, które zna (stąd powodzenie różnych cykli), ale mimo wszystko pretensja do pisarza „dlaczego napisałeś według swojego gustu, a nie mojego” – jest już może zbyt ambitna.

FB: Czy jednak opinie czytelników mają jakiś wpływ na Pańską twórczość?

ZW: Tak, naturalnie. Choć nie wprost. Opinie mają wpływ na świadomość autora, a ta ma wpływ na jego działania. Np. te opinie przy okazji „Posoki”, które były trafne i mądre (niekoniecznie zachwyty, zaznaczam) były inspirujące. Generalnie lubię, żeby opinia miała związek z utworem, co niekiedy nie jest takie oczywiste, i próbowała go zrozumieć. Nawet, gdyby się nie podobał. Natomiast nie przepadam za tym nurtem recenzowania, który jest pod wpływem czegoś, co – kiedy mnie uczono - nazywało się ironicznie „wpływologią”, tzn. mówienie „to było tu, to jest wzięte z powieści takiej, to było jeszcze gdzie indziej, o, to już znam”. I zatrzymując się na tym poziomie – co skąd pochodzi, oceniający zapomina zapytać – po co to stamtąd pochodzi. Z góry zakłada, że po nic, po to tylko, żeby on mógł błysnąć erudycją. Dlatego w „Posoce” wszystko skądś pochodzi, żeby już nie trzeba się zastanawiać, co jest oryginalne, a co nie, tylko postawić sobie pytanie – czemu to ma służyć. Ale tutaj to było akurat możliwe, ponieważ „Posoka” jest dobrotliwą, mam nadzieję, kpiną z tzw. postmodernizmu, przeciw któremu nic zresztą nie mam. Kpi się nie tylko z tego, czego jest się zaprzysięgłym wrogiem. Można kpić także kierując się miłością, np. zakochani w chwilach wolnych od innych zajęć sympatycznie z siebie żartują.

FB: Wracając do opowiadań, czy któreś z nich doczeka się kontynuacji? Może nawet w formie powieści?

ZW: Nie mam pojęcia. Nie zakładam tego dzisiaj, ale może za rok, dwa będę miał pomysł, który zaowocuje kontynuacją. Zasadniczo to, co raz już napisałem, przestaje mnie interesować, więc dlaczego miałoby interesować czytelnika.

FB: Wielokrotnie zdarzało się już tak, że opowiadanie owocowało powieścią. Z różnym efektem końcowym, co prawda, więc nie byłby to taki odosobniony przypadek. Powiedział Pan, że to, co napisał przestaje go interesować. Czy nie zdarzyło się nigdy by po jakimś czasie od publikacji pojawiła się chęć zmiany, np. zakończenia? Czy też myśl: ‘’Mogłem to inaczej rozegrać”?

ZW: Tak, to bardzo często. Im dalej w czasie jest się od utworu, tym chętniej by się go poprawiło. Dlatego najlepiej nie czytać swoich starych rzeczy. To niesamowicie nerwowe zajęcie. Bo albo nam się wciąż podoba, co znaczy, że się nie rozwijamy i należy zapłakać nad sobą ze wstydem, albo się rozwijamy – i nie mamy pojęcia, jak mogliśmy kiedyś napisać takie byle co, że wstyd na cały powiat.

FB: „Posoka smoka” to pierwsza i jak dotąd jedyna Pana powieść. Wzbudziła sporo kontrowersyjnych opinii. Czy pisząc ją liczył się Pan z tym, iż będzie taki oddźwięk?

ZW: Nie pierwsza, czwarta. Ale poprzednie napisałem pod pseudonimem, dla zarobku i nie mają nic wspólnego z fantastyką. „Posokę” za to pisałem dla sztuki, choć niektórzy w to nie wierzą. Co do niej, nie liczyłem się może z jednym - że wśród recenzentów zaistnieje różnica zdań na temat jej czysto rzemieślniczej sprawności, od zachwytu po obrzydzenie. Zdawało mi się, że akurat ta warstwa w każdej powieści jest najmniej dyskusyjna. A generalnie nie zaskakuje mnie, jeśli coś się komuś nie podoba, bo to normalne, natomiast zaskakuje mnie czasem, z jakiego powodu. Np. że nudne – jakby recenzent nie wiedział, że to nie jest argument krytyczny, a tym bardziej wartościujący. Żeby miał wagę, trzeba by dodatkowo wiedzieć, że tego recenzenta pasjonuje V Symfonia Mahlera i nudzą go zapasy kobiet w kisielu, a nie odwrotnie, zaś czytając recenzję, nie przy każdej z nich ma się taką pewność, niestety.

FB: „Posoka” świadomie powstała na zasadzie misz maszu językowego, kulturowego?

ZW: Miała być parodią tzw. „epickości”, charakterystycznej dla wielu klasycznych powieści fantasy, np. tolkienowskiego typu. Tyle że tu akcja dzieje się w jednym zamku w ciągu trzech dni, czyli nic bardziej odwrotnego do fantasy w jej rozbuchaniu przestrzennym i czasowym. „Epicki rozmach” żartobliwie tworzą więc te robaki i łyżeczki w formie równoprawnych bohaterów, bo to groteskowo rozszerza przestrzeń dziania się, stwarza swoisty „wszystkoizm”, o który mi chodziło. Natomiast przestrzeń czasową na równie żartobliwej zasadzie buduje postać pirata, który w te trzy dni przebywa drogę praktycznie od początku do końca świata. Ciska nim żądza zemsty, co jest humorystycznym zapożyczeniem z głośnych „Gwiazd, mojego przeznaczenia” Bestera, będących z kolei wariacją na temat najsłynniejszej historii mściciela, czyli „Hrabiego Monte Christo” Dumasa. Te różnorakie nawiązania, zapożyczenia, trawestacje też „rozszerzają epicką przestrzeń” na zasadzie aluzji do znanych nam skądinąd światów literackich czy filmowych.
Jest tego rzeczywiście sporo, często nie z obszaru fantastyki, bo jej znajomość nie jest moją mocną stroną, chyba że fantastyki filmowej, to bardziej. Ale w każdym razie starałem się wybierać dzieła i autorów powszechnie znanych, żeby byli rozpoznawalni. Najelitarniejszy jest w tym towarzystwie bodajże Szekspir, więc jednak pisarz powszechnie wałkowany w szkołach – choć i tak pewien recenzent wziął go za Sapkowskiego.

FB: Zaskoczyło mnie, iż to już czwarta powieść. Mogę zapytać o poprzednie? Dlaczego pisał je Pan pod pseudonimem?

ZW: No właśnie dlatego, żebym nie musiał odpowiadać. Wybaczy mi Pani? W każdym razie nie dlatego, że są złe i się ich wstydzę, tylko są pewną zabawą literacką, której było to potrzebne, moim zdaniem.

FB: Wobec tego zostawiamy je w spokoju.
Przyznam, że sama nie wychwyciłam wszystkich ‘’smaczków’’ podczas lektury „Posoki”, ale kilka odniesień odnalazłam. Do jej lektury zresztą zachęcił mnie fragment, który udostępniło wydawnictwo, wydał mi się taki nieco rubasznie złośliwy. Właśnie chyba ta swawolna rubaszność wielu czytelników zszokowała. Dla mnie momentami również była zaskoczeniem, może z racji tego, iż wcześniej nie spotykałam jej w takim natężeniu. Jednak była to przyjemna lektura, zwłaszcza dzięki Deyerpothowi, który jest wg mnie najciekawszą i najbardziej barwną postacią. Pozostali bohaterowie, jak Walek, Tabrys czy Teleportas też mają w sobie taką iskierkę życia, która sprawia, że dobrze się ich widzi na kartach książki. Czy ma Pan swoją ulubioną postać z ‘’Posoki’’? Czy może któraś z nich ma swoje odniesienie w realnym życiu?

ZW: Jeśli czytało się dobrze, to się cieszę. Ile aluzji się przy tym wychwyci, nie ma najmniejszego znaczenia. Czy to Państwo napisali o „powieści-prowokacji”? Mnie się ten termin podoba, bo uświadomił mi coś chyba trafnie spostrzeżonego, z czego nie do końca zdawałem sobie sprawę. To właśnie bywa najcenniejsze w recenzjach. Natomiast co do tej swawolnej rubaszności, jeśli ktoś czytał jakiekolwiek moje opowiadanie, wie, że nie jest to moim stałym stylem pisania. Czyli w „Posoce”, jak z tego wynika, zostało użyte świadomie i w konkretnym celu, a nie dlatego, że autor inaczej nie umie. Inna rzecz, czy to się komu podoba, czy nie. Ja mówię tylko o zasadzie. A co do postaci – nie tyle mam ulubioną postać, ile ulubione „fragmenty postaci”, jeśli można tak powiedzieć. To są te monologi, które zapisano kursywą, a które wielu wypowiadających się zupełnie zignorowało jako mało ważne. Moim zdaniem są ważne i na dodatek, jeśli się ich nie uwzględni, powieść rzeczywiście za mocno przechylałaby się ku rubaszności. One mają także za zadanie trzymać ją w równowadze. Ale też trudniej się je czyta. Zdaje się, że w pogoni za rubasznością omijali je nawet ci, którzy potem uznali tę rubaszność za niedopuszczalną. W każdym razie one nie przykuły ich uwagi, choć także dowcip tam jest znacznie wyższej rangi, nie rubaszny. To trochę tak jak ów sławny poseł, który ganiał tylko na te imprezy, gdzie mogły zostać urażone jego uczucia - żeby zaprotestować. Któregoś recenzenta czy recenzentkę (już nie pamiętam, więc przepraszam) tak zgorszyła pieśń wojaka, napisana w poetyce „pieśni rezerwy” i tym samym rzeczywiście dość ostra, że ją w całości zacytował w recenzji, na wypadek, gdyby ktoś tego świństwa dotychczas nie znał. Tyle że wykropkował brzydkie wyrazy, czyli cytat w zasadzie składał się z kropek.

FB: Krytyczne, a nawet bardzo krytyczne recenzje nie budzą rozgoryczenia i niechęci?

ZW: Rozgoryczenie budzi zazwyczaj niemożność zrozumienia się z czytelnikiem. A tak bywało przy okazji „Posoki”. Oparta jest na kontraście stylu wysokiego i niskiego, a niektórzy, jak przed chwilą wspomniałem, odbierali wyłącznie ten niski, czyli brzydkie słowa, sprośności, to co jest z błazeńskiego nurtu literatury sowizdrzalskiej, z radosnego świntuszenia w „Gargantui” Rabelais’ego, gdzie jak wiadomo mamy np. rozdział poświęcony technikom ucierania zadka.
Jest taki stary dowcip o psychologu, który przeprowadza pacjentowi coś w rodzaju testu Rorschacha, rysuje mu na kartce bazgroły i każe podawać skojarzenia. Pacjentowi za każdym razem kojarzy się to z żeńskimi organami intymnymi. W końcu lekarz diagnozuje: „Pan jest erotomanem.” Na co oburzony pacjent krzyczy: „Ja?! Przecież to pan doktor te świństwa rysował!” Przy niektórych recenzjach miałem wrażenie, że ich autorzy potraktowali „Posokę” jak ten test, uznali ją za zagmatwaną, oparli się na podświadomości, podali własne dowolne skojarzenia – co ciekawe, też przeważnie różne świństwa – i są głęboko przekonani, że to ja im tam to napisałem, to i tylko to.
W sensie technicznym postawiłem sobie zadanie, żeby stworzyć parodystyczną powieść, jaka mogłaby powstać w czasie, o którym opowiada i wśród ludzi, o których opowiada, gdyby tam pisywano podówczas powieści. Prosty język, silva rerum, mnóstwo krótkich rozdziałów, specyficzna niefrasobliwość i dziwaczność przygód itp.

FB: Myślę, że spełnił Pan swoje zamierzenie.
Jak by Pan sam określił swój dotychczasowy dorobek autorski? Kilka opowiadań, powieść… Czy czuje się Pan doświadczonym twórcą literatury fantastycznej?

ZW: Nie, nie czuję się nikim takim, nawet pisarzem nieszczególnie, mimo że są obszary sztuki całkiem dostojnej (niczego nie ujmując fantastyce), gdzie jestem uhonorowany zaszczytnymi nagrodami przez bardzo szacowne gremia artystów, fachowców. A mimo to także tam się nie czuję. Któryś aktor opowiadał, że kiedy się chwalił przed matką swoim aktorstwem, ona mu powiedziała z politowaniem: „Syneczku, aktorem to jest pan Łomnicki albo pan Holoubek, a ty to po prostu występujesz na scenie.” Jestem podobnego zdania, co ta nieznana mi, ale mądra pani. Pisarzem, doświadczonym twórcą to jest Dickens albo Marquez, a ja to składam słowa do kupy. Zresztą jest nas takich więcej.

FB: Bez wątpienia są to szczytne wyróżnienia i warto o nich wspomnieć, bowiem zdobył Pan II nagrodę (za "Happy end") i wyróżnienie (za "Portfel Doriana Graya") w konkursie Teatru Polskiego Radia i Programu I PR na słuchowisko-komedię współczesną, jak również II nagrodę za słuchowisko "Ptaki" w konkursie Redakcji Katolickiej i Teatru Polskiego Radia.
Jakie ma Pan dalsze plany literackie?

ZW: Coś napisać i coś wydać. A co konkretnie – to albo jeszcze nie wiem albo już nie mogę powiedzieć, żeby nie zapeszyć.

FB: Co jest dla Pana źródłem inspiracji? Skąd np. pomysł na „Wskrzes” czy „Posokę smoka”?

ZW: Prawdopodobnie to, co dla każdego – coś się usłyszy, zobaczy i to coś uruchamia punkt w mózgu, gdzie kłębi się niesprecyzowana dotąd idea. Z „Posoką” nie pamiętam, jak było, bo ona powstawała w wielu etapach, a co do „Wskrzesu’ to miałem chęć, żeby napisać opowieść o duchach bez duchów, tak jak jest „ghost story”, to jakieś takie, powiedzmy, „no ghost story”. O kimś, kto po śmierci odkrywa, że został zamordowany. To jest częsty motyw w fantastyce – duch człowieka, który nie wie, że umarł. Tylko, jak mówię, chciałem, żeby to nie był dosłowny duch, stąd wymyśliłem instytucję wskrzesu. A w praktyce to się rozwinęło jeszcze w trochę inną stronę, jak to zawsze bywa.

FB: Czy ma Pan ulubionego autora? Co Pan czyta najchętniej, np. „do poduszki”?

ZW: Jestem raczej oglądaczem filmów i słuchaczem muzyki. Czytam chaotycznie, całkiem różnych autorów, od Agaty Christie do Dickensa, od Pasternaka do Marka Aureliusza, co nieuchronnie owocuje powierzchownością, niestety. Zawsze najbardziej lubię tego autora, którego właśnie czytam. Dlatego go czytam.

FB: Bardzo szeroki zakres zainteresowań, muszę przyznać. A z polskiej lub zagranicznej literatury fantastycznej ma Pan autora, po którego książki sięga z przyjemnością bądź ciekawością?

ZW: No już myślałem, że jakoś udało mi się przebrnąć przez ten wywiad bez większych strat własnych, a tu mi Pani takie zabójcze pytanie strzela na koniec. Może być Lem? To jedyny znany mi dość dobrze autor jednocześnie polski i zagraniczny. Ale za to czasem mam poszczególne utwory, które zapadają we mnie na dłużej i pod tym względem rekordzistą są chyba „Kroniki marsjańskie”.

FB: Wobec tego już Pana nie męczę i bardzo serdecznie dziękuję za tę rozmowę. Życzę również powodzenia w spełnieniu swoich planów literackich, nie tylko fantastycznych.

ZW: Kto z nas kogo zmęczył to kwestia otwarta. Ja także bardzo Pani dziękuję.

Rozmowę przeprowadziła Zuna.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-01-23 (2448 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej