Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Samotnica
 
Katalog - dodano
 Żółte ślepia
- Marcin Mortka
 Lanny
- Max Porter
 Pułapka Tesli (wyd.2)
- Andrzej Ziemiański
 Port Cieni
- Glen Cook
 Notebook
- Tomasz Lipko
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Pierwszy krok - Adam Przechrzta

I krzyczał przez wieczność


Ashura szedł niespiesznie, podążając do zajętych przez joannitów starych koszar.
Mijał obojętnie stosy trupów przy wejściach do budynków i barykadach, nie zwracał najmniejszej uwagi na leżące niczym porzucone zabawki ciała. Miał zadanie. Niezatrzymywany minął dwa wojskowe posterunki i bez problemu przebył barierę z rozjarzonych błękitem glifów.
Na obszernym placu przed budynkiem koszar kręciło się kilkudziesięciu joannitów roznoszących wodę i jedzenie wśród tysięcy Rzymian, którzy schronili się tu przed plagą Nieumarłych. Nikt nie zwrócił uwagi na ubranego w łachmany starca. Ot, jeszcze jeden biedak jakich wielu.
Ashura pochylił głowę i szepcząc mantrę Szarej Mgły, wszedł do koszar ignorowany przez strażników. Wyczuł magiczne zabezpieczenia, jednak nie były one w stanie zatrzymać kogoś, kto mógł się mierzyć nawet z Potęgami. Ruszył szerokim, nieoświetlonym korytarzem do gabinetu wielkiego mistrza. Pilnujący drzwi joannici zareagowali natychmiast.
Pierwszy rzucił się naprzód, wyciągając w biegu miecz, drugi usiłował użyć magii – bezskutecznie. Ashura zasłonił się niedbale i lśniące błękitem ostrze wydało jękliwy dźwięk, osuwając się bezsilnie po jego przedramieniu.
– Nie jesteście w stanie mnie zabić ani wezwać pomocy – powiedział spokojnie. – Odejdźcie.
Mężczyźni obserwowali go w skupieniu, nadal zagradzając przejście.
 – Jeśli nie zejdziecie mi z drogi, zabiję was.
– Kim jesteś?
– Jestem Ashura – odparł łagodnym tonem. – To nazwa rasy, nie imię... Może coś wam to mówi?
Mówiło. Świadczyły o tym ich nagle kredowobiałe twarze.
– Zawiedliśmy! – jęknął szpakowaty zakonnik i zaatakował.
Nie użył miecza, wszedł duchem w przestrzeń Tańca Gwiazd i odciął jedną ze srebrnych strun chroniących duszę Ashury. Moc rycerza nie pozwalała na więcej, ale zanim zaskoczony wróg zareagował, uderzył w drugą. Umarł w chwilę później.
Ashura czekał czujnie na ruch pozostałego przy życiu Joannity. Nie próbował już negocjować. Jego duszę chroniły pięćdziesiąt cztery struny. Teraz już tylko pięćdziesiąt dwie. Nawet gdyby walczył jedynie w świecie Tańca Gwiazd, mógł pokonać kilkudziesięciu przeciwników. Struny regenerowały się z czasem. Jednak pewność siebie Ashury zmalała. Po raz pierwszy ktoś zadał mu cios za cenę własnego życia.
Drugi Joannita uchylił w tym czasie drzwi do komnaty wielkiego mistrza.
– Ratuj się, panie! – zawołał.
Ashura bez zdziwienia przyjął kolejny atak. Śmierć za przecięcie następnej struny. Zostało pięćdziesiąt jeden...
Wszedł do skromnie urządzonego pokoju. Za zbitym z sosnowych desek stołem siedział mistrz zakonu joannitów, Armand de Montmorency. Stary rycerz bez zdziwienia spojrzał na przybysza.
– Przegraliście – powiedział, wskazując ruchem głowy unoszącą się nad blatem błękitną kulę. – Natarcie zostało odparte, miasto znowu jest nasze.
– A jeśli tylko odwróciliśmy waszą uwagę? – zapytał z uśmiechem Ashura.– Może genialny Adam de Sarnac się mylił i chodziło nam o zabicie ciebie? Bo ciebie przecież zabiję...
De Montmorency bez słowa przeniósł się w przestrzeń Tańca Gwiazd i rozpoczął grę. Był silny. Zanim umarł, długo tańczył, przenikając niematerialne ściany, wykorzystując płynące z całego wszechświata strumienie energii. Zdążył przeciąć trzynaście strun nim przegrał partię.
Ashura powrócił do swego ciała, żeby opuścić budynek. Wyszedł na korytarz i zamarł. W wąskim przejściu tłoczyły się setki joannitów.
– Bracie Arno... – powiedział stojący w pierwszym szeregu rycerz.
Z tłumu wysunął się potężnie zbudowany mężczyzna z blizną na twarzy.
– Zabiłeś naszego ojca, więc zginiesz –  warknął, mierząc Ashurę płonącym wzrokiem.
– Naprawdę? Ilu z was jeszcze odda życie za możliwość zadania jednego ciosu?– parsknęła szyderczo stojąca naprzeciw zakonnika istota.
Już nie wyglądała jak staruszek. Jej rysy zmieniały się nieustannie, ciało falowało niczym dym.
– Moja potęga równa się sile waszych bogów! Jestem Ashura, jestem Dewantar!
Pierwsze szeregi postąpiły do przodu, napierane przez przybywających z całego miasta joannitów. Tłum rósł.
– Każdy z nas wyczuł odejście mistrza – odparł Arno Hakonsson. – Pytasz, ilu z nas umrze, aby go pomścić? Gdy zajdzie potrzeba, umrą wszyscy. Ashura – stwierdził w zamyśleniu. – Bóstwo mrocznego wszechświata... Umrzesz – powtórzył.
– Za pozwoleniem. – Uniósł dłoń jeden z rycerzy. – Najpierw trzeba wybrać nowego mistrza, on i członkowie rady nie mogą brać udziału w walce. Niepotrzebne nam długie dyskusje, znamy swoje serca, bracia. Mistrzem może być tylko Arno.
– Nie! - syknął z wściekłością zakonnik z blizną. – Nie zrobicie mi...
– Arno! Arno! – zakrzyknęli zakonnicy.
Mroczne przejście pojaśniało od stali, kiedy wyciągnęli miecze i zaczęli uderzać w tarcze.
– Arno! Arno!
Powoli, z ociąganiem, Arno Hakonsson machnął dłonią. Wrzawa momentalnie ucichła. Potężny mężczyzna wzniósł ku górze pobrużdżoną cierpieniem, zalaną łzami twarz.
– Jeśli muszę... – jęknął. – Niech będzie wasza wola, bracia.
Rozległ się łoskot, gdy tysiące zakutych w zbroje rycerzy uklękło, oddając mu hołd. Ci, dla których nie wystarczyło miejsca na korytarzu, otaczali budynek koszar.
– Mistrzu! – krzyknęli jednym głosem.
Ashura zaatakował znienacka energią burzy i ognia. Powietrze zatrzeszczało prute wężami błyskawic, ściany wyżarzyła fala gorąca. Nowy mistrz zakonu odwrócił się powoli i ociężałym ruchem uniósł ręce. Fala magii została powstrzymana mocą tysięcy rycerzy, którzy poddali swą wolę rozkazom wielkiego mistrza. Hakonsson pokręcił głową.
– Nie będzie magii – powiedział. – Tylko Taniec Gwiazd. Kiedy się skończy, umrzesz taką śmiercią, że nawet piekło zadrży.
Pierwsi rycerze przenieśli się do świata Tańca Gwiazd. Zginęli w mgnieniu oka. Później następni. Wszyscy umierali w milczeniu.
To Ashura zaczął krzyczeć. I krzyczał przez wieczność.


Fragment udostępniło Wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-01-25 (1558 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej