Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Nigdy nie ufaj smokom
 
Katalog - dodano
 Żółte ślepia
- Marcin Mortka
 Lanny
- Max Porter
 Pułapka Tesli (wyd.2)
- Andrzej Ziemiański
 Port Cieni
- Glen Cook
 Notebook
- Tomasz Lipko
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Barry Trotter i bezczelna parodia - Michael Gerber



     Lon czekał na niego przed portretem w sali wspólnej Grafittonu. Miał na głowie czapkę i był wyraźnie gotów do drogi. W dłoni trzymał grubą książkę. Lon nie zdołałby przeczytać takiej powieści, pomyślał Barry.
- Hej, Lon, do czego ci to?
- To mój pamiętnik - odparł Lon. - Na wypadek gdybyśmy mieli przygody.
    Zazwyczaj Barry zanadto chronił swą markę, by pozwalać na coś podobnego. Ale to przecież był Lon, pozostający wciąż na poziomie elementarza; w żaden sposób nie zdołałby zostać pisarzem. Barry uznał, że nie będzie wredny.
- Ty pierwszy - rzekł.
- Majteczki w kropeczki - zaśpiewał Lon i wszedł w głąb obrazu, który posłusznie uniósł szeroką spódnicę przepuszczając go. Barry podążył za nim i wkrótce znaleźli się za murem Hokpoku. Barry narzucił na nich pelerynę niewidkę, by nie dostrzegły przelewające się wokół tłumy Gumoli. Niestety Lon znacznie przewyższał go wzrostem, toteż w dole widać było ich łydki i stopy.
- Za mną! - rzucił Barry, kierując się w stronę Zabronionego Lasu.
- Barry, nie powinieneś chyba w tej chwili spotykać się ze swoimi dziewczynami - rzekł Lon z osobliwą moralną wyższością przedszkolaka.
- Zamknij się, durniu. Idziemy po Herbinę.
    Lon na moment pokornie zwiesił głowę, wkrótce jednak znów zajął się fascynującymi zapachami niesionymi przez wiatr.
    Barry bardzo pilnował, by nie zbliżać się do niesławnej Odtylnej Osiki. Gdy ktoś podchodził do niej zbyt blisko, ohydna ta roślina sięgała ku niemu i... nie, to zbyt obrzydliwe, by opisywać co robiła.
- Jak dostaniemy się do Hogsbiede? - spytał Lon.
- Oczywiście żywopłotką - odparł Barry.
    Całą gumolską Anglię pokrywała gęsta sieć żywopłotów, dość duża, by ukryć podziemną kolej, zwłaszcza przy zastosowaniu odrobiny magii zaginającej przestrzeń. Kolej ta stanowiła podstawowy środek transportu magicznej społeczności Wielkiej Brytanii; Barry zmusił J.G. Rollins, by pominęła ten fakt w swoich książkach, bo odkrycie kolei przez Gumoli stanowiłoby prawdziwy problem - opłaty, podatki, normy emisji gazów i Bóg jeden wie co jeszcze. Z drugiej strony możliwe też, że nic by się nie stało, bo wśród najdzikszych fantazji w jej książkach znalazły się też słowa świętej prawdy: Gumole nigdy nie zwracają uwagi na nic poza sobą. A tych, którzy zwracają, uważa się za świrów. Sieć kolei ukrytych pod żywopłotami i wykorzystywanych przez magiczny lud? Niewiarygodne. Faktycznie niewiarygodne, co nie znaczy nieprawdziwe.
    Żywopłot należał do specjalnej odmiany – nie tylko ukrywał w sobie sieć transportu publicznego, ale jego liście miały kształt liter. Litery te odczytywane w odpowiednim porządku tworzyły słowa i powiadano, że każdy żywopłot opowiada własną historię. Każdej jesieni z gałęzi spadało arcydzieło, lecz wiosną wyrastały nowe rozdziały. Historie te nie rosły w miarę opowiadania - opowiadały się w miarę rośnięcia.
- Tędy - odczytał wśród liści Barry, gdy dotarli do wejścia do żywopłotki. Zwinął szybko pelerynę, a Lon uniósł gałęzie, odsłaniając spory otwór. Niektórzy Gumole dostrzegali podobne otwory w powietrzu, uznawali je jednak za efekt niedogotowanych młodych centaurów zalegających w żołądkach.
- Dzięki, Lon - mruknął Barry i wcisnął się do środka. Lon podążył za nim.
    Nagle znaleźli się w sali znacznie większej niż żywopłot, rozmiarami dorównującej Grand Central Station (jeśli kiedykolwiek tam byliście). Barry uwielbiał tę iluzję. Większość magii była dość utylitarna, mało imponująca. To jednak wyglądało zupełnie inaczej. Efekt migających świateł przenikających przez dach, masa gałęzi i zieleni sprawiały, że czuł się jak wciśnięty pod choinkę, gdy z włosami polepionymi żywicą uskakuje przed spadającymi ozdóbkami. W każdym rogu kwadratowej sali stał szereg pojazdów przypominających sanki, czerwone, z dwoma miejscami - jednym z przodu, drugim z tyłu - i pionową dźwignią z przodu, służącą do kierowania i kontroli nachylenia. Przed nimi w kolejce czekała grupa istot magicznych, półmagicznych i pseudomagicznych. Ktoś wsiadał do sań, znikał w głębi tunelu w ścianie sali, jego miejsce zajmowała następna grupa i tak dalej. Barry’emu zawsze kojarzyło się to z wesołym miasteczkiem.
    Podeszli do kolejki pod rozłożystą gałęzią z napisem: PORTAL POŁUDNIOWO-WSCHODNI i stanęli za plecami odzianego w garnitur z lat trzydziestych centaura, który niecierpliwie kręcił w palcach długą dewizkę i postukiwał kopytami. Kolejka przesuwała się powoli, lecz stale i wkrótce Lon i Barry wsiadali już do swych sań.
- Proszę uważać na nogi - ostrzegł konduktor. Jego nos wyglądał jakby częściowo padł ofiarą jakiejś choroby. Reszta twarzy, choć pozostała na miejscu, sprawiała równie nieprzyjemne wrażenie.
    Barry’emu nie spodobał sięani on, ani sanie: stare, zardzewiałe, pokryte prymitywnie nałożonymi łatami i śladami palnika. W podłodze ziała spora dziura, a na tylnym siedzeniu leżało coś przypominającego zużyty kondom.
    Pytakrzyk na jego czole zapulsował w soczystej sambie bólu. Barry zawahał się. Czy nie powinien poprosić o inne sanie?
- Proszę wsiadać, proszę wsiadać, kolejka czeka - konduktor posłał im szczerbaty uśmiech, który Barry’emu wydał się... złowrogi. W jego umyśle pojawił się obraz tego człowieka - potarganego, nieogolonego, ubranego jedynie w sięgającą kolan nocną koszulę i szlafmycę, tańczącego w blasku księżyca wokół olbrzymiego ogniska z książek - książek o Barrym. Na koszuli widniał napis: „Nie cierpię Barry’ego Trottera” ułożony z wielkich, czarnych, wprasowanych liter. Podskakując demonicznie w umyśle Barry’ego mężczyzna ze zwierzęcym rykiem zerwał z siebie koszulę odsłaniając upiorny tatuaż na piersi - portret Barry’ego z nałożonym znakiem zakazu: kółkiem i ukośną linią.
- Chyba nie powinniśmy jechać tymi... - powalony atakiem bólu Barry osunął się na ziemię.
- Twój przyjaciel chyba zemdlał - oznajmił konduktor. - Pomogę ci go załadować.
    Lon i podejrzany funkcjonariusz kolejowy wsadzili bezwładnego Barry’ego na tylne siedzenie. Lon usiadł za sterami i sanie śmignęły w głąb tunelu, pozostawiając za sobą złowieszczy śmiech konduktora. Gałąź nad ich głowami wypisała: POŻAŁUJECIE, ale tylko Lon mógł ją odczytać.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2006-10-30 (1783 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej