Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Królowa Alimor
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Wojna Zombie - Max Brooks




Wstęp




Ta wojna miała wiele nazw: Wielki Kryzys, Lata Ciemności, Chodząca Zaraza, a ostatnio doszły także nowsze i bardziej chwytne, jak Światowa Wojna Z, czy Pierwsza Wojna Z. Mnie osobiście ta ostatnia bardzo się nie podoba, bo wskazuje na nieuchronność Drugiej Wojny Z. Jak dla mnie, to była po prostu Wojna Zombie, Wojna Z. Wielu zakwestionuje poprawność naukową terminu zombie, ale z trudem przyjdzie znaleźć bardziej powszechnie przyjęty termin na te przerażające stwory, przez które nieomal wyginęliśmy. „Zombie” to słowo niosące w sobie olbrzymi ładunek negatywnych emocji, w niezrównany sposób ożywiające wspomnienia i przeżycia, które są treścią tej książki.

Ten zapis dziejów największej wojny w dziejach ludzkości zawdzięcza swe powstanie innemu konfliktowi, na znacznie mniejszą skalę – właściwie zwykłej osobistej kłótni, która wybuchła między mną a przewodniczącą Komisji Raportu Powojennego ONZ. Praca dla Komisji była dla mnie dziełem miłości, niemal moim ukochanym dzieckiem. Uwielbiałem swoją pracę, a ona zdawała się kochać mnie. Dostałem szczodry budżet na podróże, moje dokumenty dawały mi dostęp do najtajniejszych archiwów świata. Bateria tłumaczy, zarówno ludzkich, jak elektronicznych, zmagała się z tysiącami stron ­zapisów z mojej najukochańszej zabawki: komputera zamieniającego na tekst pisany każde słowo wypowiadane przez moich rozmówców. To był najwspanialszy dar, o jakim może marzyć takie stenograficzne beztalencie, jak ja. Wydawało się, że to wszystko były dowody szacunku, jakim cieszyłem się ja i moja praca. Nie muszę więc wyjaśniać, jakim szokiem było dla mnie, gdy okazało się, że z ostatecznej wersji raportu usunięto ponad połowę materiału, który tak pieczołowicie zebrałem!

– To było zbyt osobiste, zbyt szczegółowe – usłyszałem od pani przewodniczącej w czasie jednej z „ożywionych dyskusji”, które wówczas się odbywały. – Zbyt wiele opinii, za dużo uczuć. Ten materiał wykracza poza zakres raportu. Potrzeba nam faktów i cyfr, wolnych od ingerencji czynnika ludzkiego.
Oczywiście, miała rację. Oficjalny raport komisji śledczej musiał być zbiorem zimnych, namacalnych faktów, obiektywnym meldunkiem o zdarzeniach, pozwalającym przyszłym pokoleniom na pozbawione emocji studium wydarzeń tej apokaliptycznej dekady, bez roztkliwiania się nad „czynnikiem ludzkim”. Czyż to jednak nie właśnie ten „czynnik ludzki” sprawia, że czujemy związek z historią? Co silniej przemówi do przyszłych pokoleń: beznamiętna chronologia wydarzeń i suche wyliczenie strat w ludziach, czy osobiste wspomnienia i relacje ludzi, którzy nie będą się przecież wiele różnić od nich samych? Czy odrywając „czynnik ludzki” od wydarzeń, nie sprawimy, że nauki wynikające z tych danych staną się na tyle oderwane od rzeczywistości, by – nie daj Panie Boże! – doprowadzić któregoś dnia do ich powtórzenia? I w końcu: czyż to nie właśnie obecność tego „czynnika ludzkiego” przesądza o różnicy pomiędzy nami a naszym przeciwnikiem, którego nazywamy „żywymi trupami”? Przedstawiłem swojej szefowej mój punkt widzenia – być może w nie dość profesjonalnej formie, przyznaję – kończąc pełnym rozpaczy okrzykiem: „Przecież nie możemy pozwolić umrzeć tym historiom!”. Odpowiedź była natychmiastowa:
– Napisz książkę, to nie umrą. Masz wszystkie materiały, prawa autorskie, co tylko chcesz. Na jej stronach możesz utrzymywać przy życiu co ci się tylko, [przekleństwo usunięte], podoba!
Część krytyków na pewno podejmie temat stosowności wydania równie osobistej książki tak wcześnie po zakończeniu wojny. W końcu minęło zaledwie 12 lat od ogłoszenia dnia zwycięstwa w Ameryce, a niecałe 10 lat temu swoje zwycięstwo świętowały Chiny. Biorąc pod uwagę, że właśnie ta druga data jest przez większość ludzi uznawana za rzeczywisty koniec wojny, ciężko o prawdziwą perspektywę, skoro, jak powiedział mój kolega z ONZ, „mamy pokój od zaledwie tylu lat, ile trwała wojna”. To ważny argument, który domaga się odpowiedzi. W przypadku pokolenia, które zmagało się i cierpiało, by wywalczyć nam tę dekadę pokoju, czas jest zarówno wrogiem, jak i sojusznikiem. Owszem, upływ lat poprawi perspektywę, zapewniając wspomnieniom fundament wniosków wysnutych z doświadczeń i wiedzy, co pozwoli ujrzeć tamte wydarzenia w świetle doświadczeń dojrzalszego, powojennego świata. Ale ceną za to będzie utrata wielu wspomnień, uwięzionych w ciałach lub umysłach zbyt okaleczonych, by ujrzeć plon odniesionego zwycięstwa. Nie jest tajemnicą, że w powojennym świecie długość ludzkiego życia znacznie się skróciła i stanowi jedynie ułamek tego, do czego przywykliśmy przed jej wybuchem. Niedożywienie, zanieczyszczenie, a w końcu odrodzenie ostatecznie – zdawałoby się – pogrzebanych chorób zakaźnych (nawet w Stanach Zjednoczonych, z ich rozpędzającą się gospodarką i powszechnym systemem opieki zdrowotnej) są na porządku dziennym. Po prostu nie wystarcza środków na przeciwdziałanie wszystkim fizycznym i psychicznym skutkom wojny. I to właśnie z tego powodu, że czas ucieka i staje się naszym wrogiem, zdecydowałem się porzucić luksus perspektywy, publikując relacje tych, którzy przeżyli. Być może po upływie kilku dziesięcioleci ktoś podejmie na nowo trud zbierania kolejnych relacji od znacznie już starszych weteranów tej wojny. Być może nawet przyjdą wysłuchać także mojej relacji.
Pomimo że książka ta jest w założeniu zbiorem relacji, zawiera też wiele szczegółów natury technologicznej, socjologicznej, ekonomicznej itp., zawartych w Raporcie ONZ. Wiele tych danych pochodzi właśnie z relacji, które zbierałem. To jest właściwie ich – moich rozmówców – książka, toteż starałem się możliwie jak najbardziej ukryć swój udział w jej tworzeniu. Jeśli w relacjach pojawiają się didaskalia czy pytania, to tylko po to, by pomóc czytelnikom w zrozumieniu bardziej specjalistycznych zagadnień. Starałem się także unikać wszelkiego rodzaju ocen i komentarzy. Jeśli jakiś „czynnik ludzki” ma być z tych stron usunięty, niech to będzie osoba autora.



Chongqing,
Zjednoczona Federacja Chińska



W okresie przedwojennym region ten zamieszkiwało ponad 35 milionów ludzi – dziś pozostało ich niespełna 50 tysięcy. Z trudem docierają tu fundusze na odbudowę, gdyż władze centralne za priorytet uważają bardziej ludne i gęściej zamieszkane okolice wzdłuż wybrzeża. Obecnie nie ma tu sieci elektrycznej ani bieżącej wody – poza Jangcy. Widać jednak oznaki powrotu do normalności – ulice są uprzątnięte z gruzu, a lokalny Komitet Bezpieczeństwa zapobiega nawrotom zarazy. Jego przewodniczącym jest Kwang Jing-Shu, miejscowy lekarz, który mimo podeszłego wieku i ran odniesionych w czasie wojny, wciąż dojeżdża do wszystkich swoich chorych na wizyty domowe.




– Na pierwszy przypadek natknąłem się w odległej wiosce, która nawet nie miała oficjalnej nazwy. Mieszkańcy nazywali ją Nowym Dachang. Ich poprzednia wioska, Stare Dachang, istniała od czasu Trzech Królestw, a domy, pola i drzewa miały po kilkaset lat. ­Potem zbudowano Tamę Trzech Przełomów i gdy woda się podnosiła, część budynków Dachang rozebrano, cegła po cegle, po czym odbudowano na płaskowyżu. Ale to oficjalne „nowe Dachang” nie było wioską dla ludzi, gdyż zrobiono z niego martwy skansen. Dla biednych wieśniaków to była ironia losu. Zrujnowano ich życie, zabrano im domy, kosztem wielkich nakładów przenosząc je w bezpieczne miejsce tylko po to, by teraz musieli płacić za bilety, jeśli chcieli zobaczyć własną stodołę. Może to właśnie dlatego ochrzcili mianem Nowego Dachang osiedle betonowych pudełek, do których ich przesiedlono, by utrzymać ze swoją historią jakiś kontakt, choćby tylko przez zachowanie nazwy. Nie miałem o tym pojęcia, więc możecie sobie wyobrazić, jak bardzo byłem zbity z tropu, kiedy z Nowego Dachang wezwano mnie na wizytę.

W szpitalu panowała błoga cisza; była spokojna noc, nie przywożono nawet pijanych motocyklistów. Motocykle stały się obsesją młodych Chińczyków z prowincji. Mawiano, że Harley-Davidson zabił nam więcej młodzieży, niż wszyscy wasi żołnierze w czasie wojny koreańskiej. Dlatego byłem bardzo wdzięczny losowi za spokojny dyżur. Położyłem się, żeby odpocząć, bolały mnie plecy i stopy. Akurat wstałem, żeby wyjść na papierosa, kiedy usłyszałem wezwanie. Na dyżurze była młoda telefonistka z miasta, z nakazem pracy, która niezbyt dobrze rozumiała miejscowy dialekt. Nie była pewna, czy to choroba, czy wypadek, w każdym razie było to coś nagłego, a zgłaszający bardzo prosił o pomoc.
Co mogłem odpowiedzieć? Młodzi lekarze, dzieciaki, dla których medycyna była tylko sposobem zarabiania pieniędzy, pewnie by tylko wzruszyli ramionami. Oni nie mieli w zwyczaju telepać się po nocy do byle kmiotka, któremu akurat zachciało się chorować. No, a ja... Ja chyba jednak jestem z innego materiału, w sercu ciągle mam rewolucyjne ideały. „Naszym obowiązkiem jest ponosić odpowiedzialność wobec ludu”. Dla mnie te słowa wciąż coś znaczą, nie są tylko pustym dźwiękiem. Kołatały mi się w głowie, kiedy Jeleń podskakiwał i trząsł na prowadzących do Nowego Dachang polnych drogach. Rząd wciąż obiecywał pokrycie ich asfaltem, tylko jakoś mu to wypadało z pamięci.
Co ja się naszukałem tej dziury! Oficjalnie to osiedle w ogóle nie istniało, więc nie było go na żadnej mapie. Parę razy zabłądziłem i pytałem o drogę miejscowych, a ci odsyłali mnie do skansenu Dachang. Gdy wreszcie dotarłem do zbiorowiska paskudnych betonowych kostek na szczycie wzgórza, byłem nieźle zdenerwowany. Mamrocząc przekleństwa, wygramoliłem się z samochodu, ale jeden rzut oka na twarze pacjentów wystarczył, bym pożałował swoich słów.
Było ich siedmioro – wszyscy na narach, ledwie przytomni, z wysoką gorączką. Wieśniacy zgromadzili ich w „świetlicy”, sali zebrań w baraku przewodniczącego wioski. Ściany i podłoga były z gołego betonu, w powietrzu wisiała wilgoć i zaduch. Od razu było widać, że są chorzy, i to ciężko. Zapytałem wieśniaków, kto opiekuje się chorymi. Odparli, że nikt, bo to nie jest „­bezpieczne”. Widać było, że się boją. Drzwi do świetlicy ­zamknęli z zewnątrz na zamek, a na sam widok tego budynku aż się kulili ze strachu, szepcząc bojaźliwie. Większość trzymała się z dala od tego miejsca, wznosząc modły. Ich zachowanie zaczęło mi działać na nerwy. Nie byłem wściekły na nich osobiście, ale na sposób myślenia, który prezentowali. Oto po stuleciach obcej opresji, wyzysku i upokorzeń wracaliśmy na należne nam miejsce Królestwa Środka. Byliśmy najbogatszym i najbardziej dynamicznie rozwijającym się supermocarstwem, niepodzielnymi władcami wszystkiego, od cyberprzestrzeni po przestrzeń kosmiczną. Staliśmy na progu czegoś, co mogło być „Złotym Wiekiem Chin”, a tu, w samym środku tego rozwoju, dostatku i światłości, gromada ciemnych wieśniaków żyła w zacofaniu, ignorancji i przesądach, niczym najwcześniejsze dzikusy z Yangshao!
Wciąż kipiąc wyniosłą pogardą, klęknąłem nad narami, by zbadać chorą. Miała wysoką gorączkę, ponad 40 stopni, nic więc dziwnego, że majaczyła niezrozumiale, gdy ująłem jej rękę. W czasie oględzin znalazłem na jej prawym przedramieniu ranę od ugryzienia. W czasie dokładniejszych oględzin przekonałem się, że ukąszenie to nie zostało zadane przez zwierzę: krzywizna łuku i znaki zębów były jednoznacznie ludzkie. Nie znalazłem nic innego, co mogłoby być źródłem zakażenia, ale sama rana wyglądała zadziwiająco czysto. Raz jeszcze zapytałem wieśniaków, kto się opiekował chorymi. I znów odparli, że nikt. Przecież nie jestem idiotą, wiedziałem, że to nie mogła być prawda! Ludzkie usta są pełne bakterii, jest ich tam nawet więcej niż u zdziczałego psa. Skoro nikt jej nie oczyścił rany, to jakim cudem nie wdało się zakażenie?
Zbadałem pozostałych sześcioro pacjentów. Wszyscy wykazywali podobne objawy, wszyscy mieli ślady pogryzienia na różnych częściach ciała. Zapytałem najbardziej przytomnego z nich, co się wydarzyło, skąd te rany? Odparł, że do ataku doszło w chwili, gdy próbowali związać „tamtego”.
Pacjenta Zero znalazłem za zamkniętymi drzwiami opuszczonego domu, po drugiej stronie miasta. Miał może dwanaście lat, a nadgarstki i nogi w kostkach związane plastikowym sznurkiem do pakowania. Szpagat poprzecinał mu skórę niemal do kości, ale nie było ani kropli krwi, podobnie jak w innych ranach, paskudnych rozcięciach na ramionach i nogach. Nawet z prawej stopy, u której brakowało dużego palca, nie było krwawienia. Chłopak drżał jak zwierzę, a knebel tłumił skowyt.
Z początku wieśniacy próbowali mnie powstrzymać. Chcieli, żeby go zostawić w spokoju, bo on jest „przeklęty”. Wzruszyłem ramionami, założyłem maskę i rękawiczki, po czym przystąpiłem do badania. Skóra chłopca była zimna i sina jak cement, na którym leżał. Nie byłem w stanie wyczuć ani oddechu, ani akcji serca. Oczy miał dzikie, szeroko otwarte i zapadnięte w oczodołach. Cały czas czułem na sobie jego spojrzenie, wbijał we mnie wzrok, jak drapieżnik tuż przed atakiem. Przez cały czas badania zachowywał się bardzo agresywnie, próbował złapać mnie związanymi rękami i gryzł knebel.
Po jakimś czasie ruchy pacjenta stały się tak gwałtowne, że musiałem wezwać dwóch krzepkich wieśniaków, żeby pomogli mi go utrzymać. Z początku, kiedy dotarło do nich, o co proszę, ani myśleli podejść bliżej, kulili się w drzwiach jak króliki. Wyjaśniłem, że jeśli używają masek twarzowych i rękawiczek, to nie ma ryzyka zakażenia. Gdy dalej kręcili głowami, wydałem im ostry rozkaz, chociaż w zasadzie nie miałem do tego żadnego prawa.
Podziałało. Obaj uklękli obok mnie. Jednemu kazałem trzymać chłopaka za nogi, drugiemu za ręce. Próbowałem pobrać próbkę krwi, ale strzykawka naciągnęła tylko jakiegoś brązowego świństwa. Gdy wyjmowałem igłę, chłopak znowu zaczął się gwałtownie rzucać.
Jeden z moich „sanitariuszy”, ten od rąk, uznał, że lepiej go unieruchomi, jeśli, zamiast trzymać za ręce, klęknie mu na ramionach, przyciskając je do podłogi. W tej chwili chłopak znów się rzucił i usłyszałem, jak lewe ramię pękło. Postrzępione końce kości promieniowej i łokciowej przebiły szarą skórę na wylot. Chłopak nie krzyknął z bólu, w ogóle nie zauważył tak poważnego zranienia! Moim pomocnikom mimo woli tego było już za wiele – zerwali się na równe nogi i uciekli z krzykiem.











Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-01-28 (1515 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej