Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Smok na wojnie
 
Katalog - dodano
 Dotąd dobrze
- Ursula K. Le Guin
 Coś
- John W. Campbell
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 Czara Cieni
- Frances Hardinge
 Śpiew kukułki
- Frances Hardinge
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Rock'n'roll, bejbi! - Piotr Rogoża

Mózg, ghe, ghe, je dobry


Wchodząc do szkoły wyraźnie już czułem, że coś jest nie tak. Podejrzana cisza nie wróżyła nic dobrego. Ostatni raz taka cisza uderzyła mnie tego pamiętnego dnia, gdy katechetę opętał szatan. Trzech czy czterech egzorcystów poległo wówczas w nierównej walce, a stan klasy Ic uszczuplił się dość znacznie. Masakra była, cały gabinet we krwi. Kilka nauczycielek zabrali potem do psychicznych i do dziś nie wiadomo, co się stało z katechetą.
W każdym razie przez skórę czułem, że coś nie gra. Budzigniew musiał mieć podobne odczucia, bo zerkał na boki wyraźnie zaniepokojony.
- Coś mi się tu nie podoba - powiedział. - Musimy być ostrożni.
Na wszelki wypadek wyjąłem z kieszeni srebrny Pentagram Protekcyi, sprawdzony amulet ochronny; nie przypuszczałem wprawdzie, żeby opętanie miało się powtórzyć, ale Budzigniew miał rację - ostrożności nigdy za wiele.
Trwała lekcja biologii. Weszliśmy więc po schodach i stanęliśmy przed drzwiami gabinetu biologicznego. Wziąłem głęboki oddech i zapukałem.
Weszliśmy do środka. Na pierwszy rzut oka wszystko było normalne: biologica odczytywała listę obecności, uczniowie spali na ławkach, a w klasie znajomy syf.
- Bry, pani profesor - grzecznie zagaił Budzigniew. - Przepraszamy za spóźnienie.
Kurde, właściwie to powinniśmy byli uciec już wtedy. Coś się musiało stać i to coś poważnego. W przeciwnym wypadku biologica, która nieszczęśliwym zrządzeniem losu była naszą wychowawczynią, opierdzielałaby nas tak długo i namiętnie, że pod koniec jej wywodu bliscy bylibyśmy uwierzenia, iż naprawdę jesteśmy najgorszymi szumowinami, jakie widziały mury tego liceum. Stalibyśmy struchlali, a z jej gardzieli płynąłby wartko strumień coraz to bardziej wyszukanych epitetów; z lubością obserwowałaby, jak uginamy się pod ich ciężarem, a w końcu zasiadamy w ławce ze spuszczonymi głowami i ze łzami szczęścia dziękujemy Bogu, że raczyła wpisać nam uwagi do dziennika.
A tymczasem nic. Zły znak.
Spojrzała tylko na nas matowym wzrokiem i wróciła do odczytywania listy obecności. Usiedliśmy więc, nieco skonsternowani, nie zwracając na siebie niczyjej uwagi.
Tylko Nietopyr zareagował na nasz widok; oderwawszy gębę od blatu ławki, uśmiechnął się niemrawo. Erpegował razem z nami, ale zwinął się do domu jeszcze przed północą i teoretycznie powinien jako jedyny trochę się wyspać. Resztę klasy toczył bowiem ciężki postdyskotekowy kac.
Wychowawczyni podniosła zza biurka swe doskonale wpisujące się w sześcian cielsko i przetoczyła je pod tablicę. Dopiero wtedy zauważyłem subtelne zmiany w jej wyglądzie. Świńskie oczka jakby jej ropą podeszły, była nienaturalnie blada i poruszała się ciut niezdarnie. Po brodzie ciekła jej strużka śliny.
Po chwili przemówiła:
- Zapiszcie temat lekcji.
Głos miała strasznie niewyraźny. Jakby się jej język kleił do podniebienia.
- Dzisiaj będzie o mózgu - wybełkotała, szczerząc zęby. Chwyciła kredę i koślawymi literami napisała na tablicy: MUSK. Zastanowiła się chwilę i dopisała: JE DOBRY.
- Mózg, ghe, ghe, je dobry. Zapamiętajcie.
Wolno przeszła przez klasę.
- Więc mózg, widzicie - zaczęła, stojąc nad Andzią, zwaną Gandzią. Andzia z niewyraźną miną odsunęła się na brzeg ławki. - Mózg je, ghe, ghe, dobry. Mózg, ghe,ghe, wiecie. Dobry.
I wtedy się zaczęło.
Zaatakowała błyskawicznie. Skoczyła niczym tygrys, przygniatając zaskoczoną Gandzię setką swych kilogramów, i z rozmachem wgryzła się w jej głowę. Chrupnęło. Dziewczyna krzyknęła rozdzierająco. Krótkie, grube rączki biologicy zakleszczyły się wokół jej drobnego ciała. Biedaczka szamotała się z krzykiem, próbowała wyswobodzić, bez skutku. Wychowawczyni wgryzała się coraz mocniej. Szczęki miała mocarne, kości czaszki nie stanowiły dla nich wyzwania. Zęby wzmacniał aparat korekcyjny, solidna radziecka technologia. Nie wiem, co mogłoby ją powstrzymać. Przegryzłaby zbrojony beton. Coraz mocniej zaciskała też żelazny uścisk pulchnych ramion.
Nikt nie ruszył Gandzi z pomocą, wszyscy siedzieli jak sparaliżowani. Wszystko trwało raptem paręnaście sekund. Po chwili dziewczyna z jękiem skonała.
Biologica żerowała. Sądząc po makabrycznych odgłosach, wysysała mózg ofiary.
W klasie wreszcie wybuchła panika. Parę dziewczyn zaczęło histerycznie wrzeszczeć, kilka osób rzygało gwałtownie. Ktoś rzucił w babę krzesłem. Stęknęła i oderwała się od ciała Gandzi.
- Ghe, ghe - wymamrotała. Upaćkana była krwią i strzępami tkanki mózgowej. - Dobry.
Powoli, kołysząc się jak kaczka, ruszyła w naszą stronę.
- O fuck - szepnął Budzigniew.
Tymczasem zwłoki Gandzi podniosły się niezgrabnie, rozejrzały z głupkowatym uśmiechem i odwróciły ku Bercie, z którą dzieliły ławkę.
- Mózg - mruknęły.
Berta nie próbowała uciekać. Ale tylko dlatego, że kilkanaście sekund wcześniej zemdlała ze strachu.
I już, już post-Gandzia miała zatopić w niej zęby, gdy bohaterska żyłka odezwała się w Nietopyrze. Doskoczył do post-Gandzi i wbił jej pod brodę długopis.
Wszystko to widziałem tylko kątem oka, bo z Budzigniewem przewracaliśmy ławki i krzesła, żeby zablokować drogę nadciągającej biologicy. Szybko zdaliśmy sobie sprawę z bezcelowości naszych działań; suka wprawdzie potykała się i przewracała, ale zawsze wstawała i parła do przodu.
- Ghe, ghe - zakwiliła, gdy ktoś z tyłu klasy przypierniczył jej w łeb doniczką. Zatrzymała się, ale tylko na chwilę.
Spojrzeliśmy sobie w oczy. Podjęliśmy szybką decyzję.
- Spieprzamy - wykrztusił Budzigniew. Machnął ręką na Nietopyra, który parł już w naszą stronę. - Szybciej!
We trzech wybiegliśmy na korytarz. W drzwiach obejrzałem się jeszcze za siebie. Akurat zobaczyłem, jak Teflon przebija biologicę zerwanym ze ściany porożem jelenia. Krew chlusnęła na tablicę, wyglądającą teraz jak dzieło szalonego malarza abstrakcjonisty: czarne tło, szkarłatne zacieki i krzywy napis MUSK JE DOBRY.
W kącie Siwy darł się wniebogłosy i próbował strącić z siebie post-Gandzię, która siedziała mu na ramionach i najwyraźniej próbowała ugryźć go w kark. Sterczący z brody długopis trochę jej to utrudniał.
Na korytarzu też było wesoło.
Drzwi od gabinetów stały otworem, a spanikowany tłum wylewał się z nich niczym fala powodziowa.
- Z drogi! - ryknął nieznany mi z imienia grubas z maturalnej. Pędził w samych bokserkach, roztrącając ludzi na boki; fałdy tłuszczu falowały na nim malowniczo. Pewnie akurat był na badaniach. Na ramieniu miał paskudną ranę. Ni chybi gryzioną.
Nagle z hukiem otwarły się drzwi gabinetu historycznego. Wypadł z nich zalany krwią historyk; z dziury w jego piersi sterczał stojak na mapy. W szarej twarzy brakowało kilku fragmentów. Trafił widocznie na waleczną klasę.
- MóóóóózgH! - zawył z wściekłością i padł na ziemię. Po chwili popełzł w stronę pokoju nauczycielskiego.
A schodami wbiegł na górę dyrektor. Miał w oczach obłęd.
- Spooookój! - krzyknął. - Co się tu dzieje? Wszyscy do klas i kontynuować zajęcia!
- Pierdol się! - wrzasnął drugoklasista walczący z siną geografią, która zajadle kłapała przed nim zębami i bez wątpienia usiłowała go ukąsić.
- No wiesz ty co, Makłowski! Co to miało znaczyć? Możesz czuć się usuniętym ze szkoły! To karygodne...
Nie dokończył, bo Fafik z I la pociągnął mu przez nery gazrurką.
- Całe życie na to czekałem! - krzyknął.
Zlecieli się jego kumple i zaczęli butować dyrektora. Nasz patron Adam Mickiewicz przyglądał się temu z twarzą tak kamienną, jak naścienna tablica, na której był przedstawiony.
Akurat zbiegaliśmy schodami na dół, jak wpadła na mnie Mała.
- Jezu, Modrzew, żyjesz jeszcze! - krzyknęła.
- Żyję, żyję. Właśnie miałem cię szukać. Chwila - zreflektowałem się. - Z którym wcieleniem rozmawiam?
- Chyba Ja - oświadczyła. - Z całą pewnością.
Mała to najkochańsza dziewczyna pod niebem. Ale niestety, jej wszechświat wewnętrzny nie był do końca spójny. Umysł dzieliły między siebie Ja, Chyba Ja i jeszcze Coś Trzeciego. Były z tym czasami problemy - błędne rozpoznanie aktualnego jestestwa nie prowadziło do niczego przyjemnego.
Złapałem ją za rękę i zbiegliśmy na dół. Nietopyr i Budzigniew pędzili za nami.
Zamierzaliśmy wybiec głównym wyjściem, wyczułem jednak, że to nie najlepszy pomysł. Pobiegliśmy w stronę hali sportowej.
Wtedy zabrzmiały pierwsze strzały. Dobiegały z drugiego skrzydła szkoły. Czyjś pełen bólu krzyk wzniósł się ponad dziką kakofonię głosów.
- Co tu się dzieje? - wydyszał Nietopyr.
- Nie wiem - odparł mu Budzigniew. - Dokąd teraz?
- Do kibla, to może przeżyjemy - powiedziała Mała. Postanowiliśmy zawierzyć kobiecej intuicji.
Zatrzasnęliśmy za sobą drzwi. Nietopyr wetknął w zamek kawał drutu; zawsze miał po kieszeniach pełno wszelkiego badziewia.
- Jezu, co tu się dzieje? - zapytał.
- Jak to co? - skrzywiła się Mała. - Amerykańce.
- Amerykańce? -No.
- Nie rozumiem.
- Ja też nie - wtrąciłem.
Budzigniew nawet nie musiał się odzywać. Jego mina mówiła za niego. Mała westchnęła.
- Rano zrzucili na miasto jakieś białe gówno z tych swoich samolotów. Widzielibyście, gdybyście nie spali.
- Jak mogliśmy nie spać - oburzył się Budzigniew. -W erpega przecież żeśmy wczoraj grali.
- Grałam z wami - łagodnie przypomniała Mała. -Tylko że potem ograniczyłam się do jednej butelki.
- No widzisz. I co z tym białym gównem?
- Jak to co? Zamieniło ludzi w zombiaki. Pewnie jakąś broń dranie opracowali i nie mieli gdzie jej przetestować.
- A Irak?
- Co Irak?
- Czemu se w Iraku nie przetestują?
- Bo im tam cały świat patrzy na ręce.
I zapadła cisza.
- Czyli pieprznęli nam w Cielęcin jakimś swoim wynalazkiem - podsumował Budzigniew.
No tak. Gdzie by indziej, jak nie w Cielęcin. Cielęcin przyciągał nieszczęścia jak magnes. Jeśliby przyrównać nieszczęścia do much, Cięlęcin byłby największą padliną w okolicy. Jeśli do panienek lekkich obyczajów - byłby najbardziej uczęszczaną autostradą... Rozumiecie. Cielęcin był mekką wszelkich nieszczęść. Jestem niemal pewien, że miasto leżało nie tyle na przecięciu, co na węźle drogowym żył wodnych. Doszedłem do tego wniosku już w zeszłym roku, gdy skutkiem fatalnego zbiegu okoliczności na rondzie koło monopolowego rozwalił się tabor cyrkowy i przez dwa dni miasto terroryzowane było przez dziesięć oszalałych goryli, wspomaganych przez dwa słonie. Zresztą... Zdarzyło się wam może wykopać w ogródku skorodowane pojemniki ze lśniącym symbolem radioaktywności? Nie? No widzicie. Chcecie mocnych wrażeń, przyjedźcie do Cielęcina.
Znowu rozległy się strzały. Chwilę potem usłyszeliśmy krótkie wykrzykiwane komendy i tupot ciężkich butów.
- Wow - powiedział ponuro Nietopyr. - Marines nam przysłali.
- Ciekawe po co? - zainteresował się Budzigniew.
- Eeee? No, żeby zlikwidować świadków.
- Czyli...
- Czyli?
- Kurwa mać.
- Właśnie.
- Może uciekniemy oknem? - zapytała Mała.
Ktoś spróbował otworzyć drzwi kopniakiem. Zatrzeszczały, ale nie puściły; drut spisał się znakomicie.
- Who’s there? - padło pytanie.
Jasna cholera, wystarczy usłyszeć taki głos, bas głęboki jak Rów Mariański, żeby oczyma wyobraźni zobaczyć wielkiego, obwieszonego bronią Murzyna, takiego, co w pojedynkę dokonałby zamachu stanu.
Jedna Mała zachowała zimną krew.
- Just wait a moment - powiedziała głosem tak słodkim, że w Moulin Rouge nie usłyszelibyście słodszego, nastrojonym na specyficzną nutę, bijącym na głowę anyż i kwiat ylang-ylang razem wzięte.
Moja Mała. Mogłem się domyślać, co działo się teraz w libido Amerykańca.
- Uciekamy oknem - syknęła.
Otworzyliśmy okno i po kolei zwialiśmy na zewnątrz. Podejrzewam, że Amerykaniec stał pod drzwiami z rozmarzoną miną jeszcze przez przynajmniej dziesięć minut. A i tak mógł się tylko cieszyć, że nie trafił na Coś Trzeciego.
Szkołę otoczono. Oddziały marines zajmowały strategiczne pozycje wokół budynku, komandosi spuszczali się ze śmigłowców na dach. Snajperzy zajęli pozycje w oknach pobliskiej Biblioteki Pedagogicznej. Sytuacja wydawała się przesądzona. Świadkowie bestialstwa imperialistów mieli zostać unieszkodliwieni.
Jednakże Pierwsze Liceum Ogólnokształcące im. Adama Mickiewicza w Cielęcinie nie zamierzało poddać się bez walki.
Granaty zaczepne poleciały na Amerykańców z otwartych okien gabinetu do przysposobienia obronnego. Terenem wstrząsnęła seria eksplozji, padli ranni i zabici. Po chwili zaterkotały kałasze; wszyscy wiedzieli, że peowiec zgromadził niemały arsenał i od lat czekał tylko, aby go wypróbować.
Woleliśmy nie czekać na przybycie posiłków z Liceum Wojskowego. Korzystając z faktu, że jeszcze nas nie zastrzelono, rzuciliśmy się do ucieczki.
Pentagram ochronny ocalił nam skórę nie po raz pierwszy. Pentagram i feromony intensywnie rozsiewane przez Małą. Gdy do głosu dochodziło Chyba Ja, Mała szlachtowała seksapilem jak Wołodyjowski szablą.
Przeskoczyliśmy płot, odprowadzani niewidzącymi spojrzeniami amerykańskich żołdaków. Mała w biegu posłała jednemu całusa; biedny osunął się bezwładnie na ziemię.
- Kategorycznie zabraniam - sapnąłem gniewnie. Cóż, okoliczności okolicznościami, ale pewnych zachowań tolerować nie można.
- Przepraszam - odparła potulnie. - Nie mogłam się powstrzymać.
Wpadliśmy do parku. Przecięliśmy boisko i skierowaliśmy się w stronę pekaesu. Minęliśmy dwie emerytki, siedzące na ławce.
- Ta dzisiejsza młodzież - powiedziała jedna z nich, krzywiąc się na nasz widok z oburzeniem. - Nic, tylko alkohol i wagary. Zero poszanowania...
- Mmmmsk - wymamrotała druga, najwyraźniej bezzębna, i wpiła się w twarz towarzyszki. Najpewniej z zamiarem zamemłania jej na śmierć.


Fragment udostępniło Wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-01-29 (1601 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej