Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Galeony wojny, t.1
 
Katalog - dodano
 Żółte ślepia
- Marcin Mortka
 Lanny
- Max Porter
 Pułapka Tesli (wyd.2)
- Andrzej Ziemiański
 Port Cieni
- Glen Cook
 Notebook
- Tomasz Lipko
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Koń Wodny. Legenda głębin - Dick King-Smith



1

RYBIE JAJO


Znalazła to Kirstie. Leżało tuż nad linią przypływu – kanciasty przedmiot, przypominający paczkę pocztową o barwie wodorostów, z długimi wąsami, wyrastającymi z każdego rogu. Kształt miało dokładnie taki sam jak tak zwane torebki syren, czyli niewielkie jaja rekinków psich, często wyrzucane przez morze na plażę. Jednakże to tutaj osiągnęło wielkość sporej puszki na herbatniki!

– Zobaczcie, co znalazłam! – krzyknęła Kirstie. – Chodźcie szybko!


* * *


Wczesnym rankiem 26 marca 1930 roku u zachodnich brzegów Szkocji rozszalał się potężny sztorm. Wielkie fale tłukły o podnóże klifów, a ryczący wicher omiatał skalne ściany i chwycił w szczęki biały domek na szczycie urwiska.

Domek drżał w posadach, a Kirstie, która obudziła się z przerażeniem, była pewna, że dach lada chwila odfrunie.

Ryk burzy budził grozę. Angus na pewno się boi, pomyślała Kirstie i wyskoczyła z łóżka, by pognać do pokoju braciszka. W tej samej chwili nadeszła z lampą oliwną mama. Ujrzała w jej świetle Angusa, śpiącego spokojnie niczym niemowlę, którym był ledwie kilka lat wcześniej. Na dworze grzmiały gromy, błyskawice rozjaśniały niebo, wył wiatr i lał deszcz. Angus chrapał.

– Wracaj do łóżka, Kirstie – powiedziała mama. – Zostanę tutaj trochę, na wypadek gdyby się obudził.
– A jak Maruda? – spytała Kirstie. – Wszystko u niego dobrze?

Maruda był ojcem mamy i mieszkał z nimi. Kiedyś Kirstie, kiedy była jeszcze bardzo mała, usłyszała, jak mama mówi do niego „ale z ciebie maruda”, i pomyślała, że tak ma na imię. Jemu to nie przeszkadzało.
Kuśtykając, nadszedł teraz korytarzem – potężny, stary mężczyzna z sumiastym wąsiskiem.

– Nie mogę zmrużyć oka! – warknął Maruda do córki i wnuczki, jakby to one zawiniły. – Okropna pogoda! W taką noc niech Pan ma w opiece żeglarzy na morzu!

Kirstie i mama uśmiechnęły się do siebie, bo ojciec Kirstie był żeglarzem, morskim kupcem. Wiedziały jednak, że teraz jego statek przebywa na spokojnych, tropikalnych wodach, z dala od szalejącego na Atlantyku sztormu. W tym momencie rozległ się grzmot, tak bliski i głośny, że Angus obudził się i usiadł na łóżku.

– Słyszałem jakiś hałas – oznajmił.

– To burza – wyjaśniła Kirstie. – Wielka burza.

– Nie zdziwię się, jeśli zaraz zdmuchnie dom – powiedział Maruda.

Wiatr osłabł na chwilę i usłyszeli łoskot fal o plażę w dole. Co wyrzuci morze? – zastanawiała się Kirstie. Co jutro znajdą na brzegu? Wszyscy uwielbiali przeczesywanie plaży, nawet Maruda, chociaż udawał, że
jest inaczej, a po takim sztormie na piasku na pewno zostanie mnóstwo kawałków drewna do zebrania.

– Wracać do łóżek – nakazała matka – a rano możemy zejść na dół i zobaczyć, co tam znajdziemy.

– Jak to „rano”? – spytał Maruda. – Już jest rano. Teraz nie zasnę, to pewne.

– Spróbuj liczyć barany – poradził Angus. – Ja tak robię.

– Umiesz liczyć tylko do dziesięciu – zauważyła Kirstie.

– Wiem. Kiedy dojdę do dziesięciu, zaczynam od początku – oświadczył chłopiec, po czym położył się i zamknął oczy.

Wróciwszy do łóżka, Kirstie leżała, słuchając ryku burzy. Sądziła, że nie można być już bardziej przebudzonym. A potem nagle nastał jasny dzień.


* * *


Kirstie była zbyt podekscytowana, by zjeść porządne śniadanie. Sztorm nieco się uspokoił, wiatr zelżał, a mama obiecała, że zejdą na plażę zaraz po zjedzeniu śniadania i pozmywaniu. Emocje Kirstie budziła myśl o tym, co mogą znaleźć na brzegu. Przeszukiwanie plaży było dobrą zabawą. Człowiek nigdy
nie wiedział, co mu się trafi. Na piasku zawsze leżało mnóstwo wodorostów, zwierzęta, takie jak rozgwiazdy, meduzy i jeżowce, masa muszelek: trąbików, małży, porcelanek, przegrzebków. Były też śmieci, puste butelki (może w którejś znajdzie się wiadomość od rozbitka?) no i oczywiście drewno – drewniane kufry i skrzynie, deski i drzewca (raz zdarzyła się nawet para wioseł), dziwne pokręcone gałęzie, a czasem całkiem grube konary, wyblakłe i wygładzone podczas długiego rejsu nie wiadomo skąd. Przy takim sztormie jak ten ostatniej nocy, kto wie, co mogą znaleźć!

– Jedz, Kirstie – powiedziała mama.

Angusowi nigdy nie trzeba było powtarzać tego polecenia. Jego zdaniem posiłki służyły jedzeniu, a nie rozmowie. Od momentu, gdy siadał przy stole, do chwili, gdy od niego wstawał, otwierał usta tylko po to, by wpychać do nich jedzenie.

– Jak myślisz, co znajdziemy? – spytała go Kirstie.

Angus wlepił w nią wzrok, rytmicznie poruszając szczękami. Nie odpowiedział.

– Jesteś podekscytowany? – spytała.

Brat pokiwał głową.

– Moje jajko jest niedogotowane – stwierdził Maruda.

W końcu ruszyli ścieżką wiodącą w dół klifu. Kirstie prowadziła, niosąc niewielki worek na znaleziska, za nią szła mama, która trzymała Angusa za rękę, Maruda zaś kuśtykał na końcu, z dużym workiem i ze zwojem sznura do związywania kawałków drewna.

Morze wciąż było dość niespokojne, a fale wysokie, teraz już jednak odległe, bo nastąpił odpływ. Na kamienistej plaży jak zwykle nie dało się dostrzec ani śladu ludzi. Jedynymi żywymi istotami były dwie mewy, dziobiące coś, co leżało tuż za linią fal. Poderwały się, gdy Kirstie pobiegła naprzód.

– Chodźcie zobaczyć! – zawołała. – Szybko!

– Co to takiego?! – odkrzyknęła mama.

– Nie wiem. Ale wygląda jak wielka torebka syreny!

Angus puścił się biegiem tak szybko, jak tylko pozwalały jego krótkie nóżki. Popatrzył sceptycznie na przedmiot na brzegu. Mewy z pewnością nie skubały go zbyt długo, bo wydawał się nienaruszony.

– Nie wiedziałem, że istnieją olbrzymie syreny – powiedział Angus.

– Żaden rekinek psi nie złożyłby czegoś takiego – stwierdziła mama, która nadeszła z Marudą. – Jest chyba ze dwadzieścia razy większe od zwykłej torebki syreny. Co o tym sądzisz, tato? Myślisz, że pochodzi od jakiegoś ogromnego zwierzęcia, na przykład rekina olbrzymiego?

– Mnie nie pytaj – odparł Maruda. – Przyszliśmy tu zbierać drewno na opał, więc bierzmy się do roboty. Ten zimny wiatr przenika mnie do szpiku kości. – Trącił przedmiot nogą. – Czymkolwiek to jest, na nic nam się nie przyda – stwierdził i poszedł dalej, a mama ruszyła za nim.

– Poruszyło się! – powiedziała Kirstie.

– Pewnie, że tak – odparł Angus. – Maruda to kopnął.

– Chodzi mi o to, że potem... Widziałam, jak zewnętrzna warstwa, ta skóra, się poruszyła, jestem tego niemal pewna. Tak jakby się zatrzęsła.

Angus wbił spojrzenie w wielką torebkę syreny.

– Teraz się nie trzęsie – stwierdził. – Pewnie nie żyje. Pewnie on to zabił. – Podniósł wzrok na siostrę i zauważył, że ta myśl budzi w niej dreszcz. – To tylko stare rybie jajko – dodał. – Jajka nic nie czują. Te, które mama ugotowała na śniadanie, czuły zupełnie nic.

– Nie czuły zupełnie nic – poprawiła Kirstie.

Chłopiec westchnął.

– Już ci to mówiłem – stwierdził. – Czasami czuję się od ciebie starszy.

– Ale nie jesteś – odparła ostrym tonem. – Jesteś o trzy lata młodszy. Potrzymaj ten worek. – Pochyliła się i podniosła tajemniczy przedmiot. Był ciężki niczym duża puszka pełna herbatników.

– Chyba nie chcesz zabrać tego do domu? – spytał Angus.

– Chcę.

– A gdzie zamierzasz to trzymać?

– W wiadrze z wodą. Na wypadek, gdyby żyło. Może coś się z niego wykluje, nigdy nie wiadomo.

– Mamie się to nie spodoba.

– Mama się nie dowie.

– Spyta, co masz w worku.

Kirstie się zastanowiła.

– Wodorosty – powiedziała. – Maruda rozrzuca je w ogródku jako kompost. – I ułożyła na wierzchu parę garści brunatnic.

Gdy wspięli się z powrotem ścieżką na urwisko, wysłuchując narzekań Marudy na ciężar drewna, które niósł, dzieci poszły razem do ogródka, niewielkiego spłachetka ziemi po osłoniętej przed wiatrem stronie białego domku na wzgórzu. Tutaj ich dziadek uprawiał warzywa, bez ustanku skarżąc się na kiepską jakość ziemi, niesprzyjającą pogodę i szkody wyrządzane w uprawach przez ptaki, ślimaki i gąsienice.
Kirstie położyła wodorosty na stercie kompostu, po czym nalała wody do sporego wiadra i zamoczyła w nim wielką torebkę syreny. Okazała się za duża, by całkiem ją zanurzyć, i dwa z czterech wąsów sterczały smętnie nad powierzchnią wody.

– Za duża – stwierdził Angus.

– Widzę, głupku – odparła Kirstie. – Ale przynajmniej nie wyschnie.

– I co z tego, skoro i tak nie żyje?

– Nie wiemy, czy nie żyje.

– Tak czy siak, nie pożyje długo.

– Czemu?

Chłopiec westchnął.

– Wyrzuciło ją morze, prawda? A to jest woda z kranu. Potrzebna byłaby słona.

– Angus! – wykrzyknęła Kirstie. Uściskała go. – Jesteś genialny! – powiedziała.

– Wiem.

Upewniwszy się, że mama jest gdzie indziej, Kirstie zabrała ze spiżarni pojemnik z solą, po czym sypnęła do wiadra hojną jej porcję. Uważnie popatrzyła na wystające wąsy, te jednak ani drgnęły.

– Musi mieć więcej miejsca – orzekła. – Wiem! Wanna!


* * *


Dzień ciągnął się niemiłosiernie, ale pod jego koniec szczęście im sprzyjało. Mama wykąpała się po porannej pracy. Maruda, kiedy go zapytali, odrzekł, że nie chce się kąpać, bo zbyt częste mycie szkodzi skórze, a zresztą woda zawsze jest albo za gorąca, albo za zimna. Zostały więc tylko dzieci. Mama wykąpała Angusa przed snem i zostawiła wodę w wannie dla Kirstie.

– Nie był taki brudny – wyjaśniła i zniosła Angusa na dół, by osuszyć go przy ogniu, gdzie siedział Maruda i słuchał radia (nastawionego bardzo głośno, jako że był przygłuchy), narzekając, że audycja jest do niczego.

Kirstie działała szybko. Najpierw wypuściła wodę po kąpieli Angusa.

Potem wetknęła korek z powrotem, odkręciła kran z zimną wodą i na palcach zeszła po schodach do ogrodu. W ciągu kilku minut była z powrotem w łazience.

Obiema rękami trzymała olbrzymią torebkę syreny, pod pachę zaś wcisnęła sobie pojemnik z solą. Delikatnie włożyła znalezisko do wody, na wszelki wypadek dolała trochę gorącej, wsypała sól, zakręciła oba krany, po czym wyszła z łazienki i zamknęła drzwi.

Kirstie obudziła się w środku nocy i nie mogła się oprzeć chęci, by otworzyć drzwi do łazienki i zajrzeć do środka. Tajemniczy przedmiot po prostu unosił się na wodzie.

– Głupia jesteś – powiedziała do siebie i ruszyła z powrotem do łóżka. – To pewnie tylko jakiś wodorost, nic więcej. Z samego rana, zanim wszyscy wstaną, wyrzucę go na kompost Marudy.

Rano poszła na paluszkach do łazienki. Kiedy kładła rękę na klamce, wydało jej się, że coś słyszy. Pochyliła się i przyłożyła ucho do dziurki od klucza. Rozległ się cichy plusk, jakby mała rybka wyskoczyła nad powierzchnię strumienia, potem zaś pisk, jak ćwierkanie pisklęcia przebijającego skorupkę jajka.
Kirstie otworzyła drzwi łazienki.













Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-02-01 (1632 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej