Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Księga cieni. Tom 1
 
Katalog - dodano
 Kroniki Jaaru. Tajemne imię
- Adam Faber
 Hajmdal. Księżyce monarchy
- Dariusz Domagalski
 Alyssa i czary
- A.G. Howard
 Prawda i iluzja
- Jennifer Sommersby
 Księżniczka Popiołu
- Laura Sebastian
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Wieszcz, prorok, szyderca?

Rozmowa z Jackiem Inglotem


 FB: Witam serdecznie i dziękuję, że zgodziłeś się na rozmowę, choć nie ukrywam, że mam pewne obawy. W jednej z charakterystyk twojej osoby przeczytałam te słowa: „nieustraszony i nieprzekupny recenzent, który nikomu i niczemu nie daruje”. Czy taki jesteś w rzeczywistości?

JI: Sporo w tym przesady, choć istotnie nigdy nie przejmowałem się tym, „co ludzie powiedzą”, ważniejsza jest dla mnie rzetelność. Uważam, że ludzie – czytelnicy, widzowie – mają prawo poznać zalety i wady jakiejś produkcji, żeby zdecydować, czy ewentualnie chcą wydać na nią pieniądze. Oczywiście recenzja z definicji jest subiektywna, więc nie można oczekiwać, że wszyscy będą się zgadzali z moim – recenzenta – zdaniem, ale staram się zawsze jasno wypunktować, co jest udane, a co nie bardzo, i w ten sposób pomóc podjąć decyzję: czytać lub nie czytać. Rzecz jasna, można mieć do mnie pretensje, że wyrażam swoje opinie jasno i bez ogródek, ale wypowiedzi dyplomatyczne często bywają zinterpretowane niezgodnie z założeniem autora, a tego staram się unikać. Na szczęście, koledzy „po piórze”, których teksty zdarza mi się recenzować, nie mają do mnie pretensji, być może dlatego, że nigdy nikomu nie starałem się przypodobać pochlebną recenzją, nigdy nie próbowałem w ten sposób niczego „ugrać”. Zresztą, jaki miałby być tego cel? W Polsce środowisko twórców fantastyki jest dość wąskie, więc znamy się wszyscy, wiemy, na co kogo stać i generalnie ocena, której poddajemy swoje nawzajem prace, owocuje – a przynajmniej powinna owocować – poprawą jakości pisarstwa. Na szczęście pisarze, jako byty kontemplacyjne, raczej nie mają skłonności do wyrażania niezadowolenia metodami bezpośrednimi. Z jednym wyjątkiem – nie będę wymieniał nazwiska, bo fandom wie, o kogo chodzi.
Zresztą, ostatnio recenzuję książki dość okazjonalnie i zacytowana w pytaniu opinia odnosi się do tego, co niegdyś, zwłaszcza na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, jako recenzent wyczyniałem. Teraz inni zajmują się tym autorsko-krytycznym boksem. Mnie w tej chwili bardziej interesuje pisanie własnej prozy niż recenzowanie innych.

FB: Zaś sam o sobie mówiłeś: „Ongiś pisarz miał być wieszczem, prorokiem, wiodącym naród wybrany ku świetlanej przyszłości — dziś został zredukowany do roli błazna, dostarczającego tłumom lekkostrawnej rozrywki. A cóż mają robić ci, którzy nie chcą być ani jednym, ani drugim? Ja, wybierając los swój, wybrałem szyderstwo”. Czy to jest łatwa droga?

JI: Ha, oczywiście, że nie! Liczę, może naiwnie, że ten „miecz szyderstwa” przebije się czasem przez papkę, którą serwują nam media, rzekomo na podstawie badań oczekiwań społecznych. Jeżeli nie jestem w stanie się przemóc i pisać kolejnych kawałków o niczym, które za to fajnie się czyta, to wolę się czepiać i mieć nadzieję, że moje uwagi spotkają się choćby z niewielkim oddźwiękiem. Żywię takie romantyczne przekonanie, że literatura powinna coś wnosić w życie, powinna zmuszać do refleksji, motywować do rozwoju – nie ma tu znaczenia, czy opowiedziana historia będzie miała entourage fantasy, SF, kryminału, czy choćby romansu. Szydercy nigdy nie idą przez życie prostą drogą, ale mogą liczyć na to, że któraś z wbitych przez nich szpilek zdoła przebić balonik samozadowolenia, zarówno twórców, jak i odbiorców literatury. Chociaż czasem za to obrywają. No i mogą mieć problemy z poczytnością, bo mało kto lubi, aby mu przypominać, że oprócz żołądka ma także duszę.

FB: „Inquisitor. Zemsta Azteków” to w pewnym sensie właśnie satyra. Dlaczego umiejscowiłeś akcję książki w szkole? Miał na to wpływ fakt, iż z wykształcenia jesteś polonistą? Praktykującym?

JI: Kiedy zaczynałem swoją karierę pisarską, byłem nauczycielem z kilkuletnim stażem. Przyniosłem jedno ze swoich wczesnych opowiadań do „Nowej Fantastyki”, której redaktorem naczelnym był wówczas Maciej Parowski. Maciejka przeczytał te moje wypociny, pomyślał, i mówi „wiesz co, ty pisz o tym, na czym się znasz”. Po przemyśleniu sprawy uznałem, że facet ma rację. Zadałem sobie głośno pytanie, na czym ja się najlepiej znam? Odpowiedź była oczywista, na szkole. I pan redaktor kazał mi napisać opowiadanie o szkole. I to był początek „Inquisitora”, opublikowanego w NF jako opowiadanie.
Dziś, po latach, ten wybór wydaje mi się oczywisty – gdybym najwięcej czasu spędzał na rąbaniu drewna, pewnie pisałbym o drwalu z problemami egzystencjalnymi. Jednak w szkole tyle się dzieje, kotłuje się tam tak wybuchowa mieszanka nastrojów i osobowości, że nie sposób się czymś nie zainspirować. W połowie lat dziewięćdziesiątych taka wizja szkoły wydawała mi się nowatorska. Teraz jednak stwierdzam, że rzeczywistość mnie wyprzedziła – co chwila media donoszą o szkolnych strzelaninach, samobójstwach, „fali”… w tym kontekście klasowe czarownice to naprawdę małe piwo.

FB: Skąd właściwie wzięła się w Tobie chęć pisania? I dlaczego fantastyka?

JI: Oczywiście z czytania. Zawsze jest ta faza wstępna: aby cokolwiek napisać, trzeba najpierw furę książek przeczytać. Raczej nie odwrotnie, bo efekty mogą się okazać dyskusyjne. W każdym zajadłym czytaczu w mniejszym lub większym stopniu drzemie autor, tak jak każdy szeregowiec nosi w plecaku buławę marszałkowską. U mnie widać się taka mała buława poniewierała, pierwsze próby pisarskie podjąłem jeszcze w liceum. A dlaczego fantastyka? Myślę, że żądzy „dziwności”, jaką zawsze odczuwałem. Są ludzie, którym świat realny wydaje się zbyt prozaiczny, przyziemny, nudny… Fantastyka pozwala się od tego świata oderwać, choćby na czas poświęcony lekturze powieści czy opowiadania.

FB: Wracając do „Inquisitora”, osobiste doświadczenia znalazły w nim odzwierciedlenie?

JI: Cóż, skoro akcję umieściłem w placówce oświatowej, to z pewnością, chcąc nie chcąc, znalazły tam pewne moje osobiste odczucia i doświadczenia. Oczywiście, opisane przeze mnie wypadki nie miały odzwierciedlenia w rzeczywistości, swoje odbicie znalazły tam raczej szczegóły czysto techniczne – czyli to, co ze szkołą kojarzy się najbardziej – lekcje, sprawdzanie obecności, odpytywanie… Oraz pewne osoby, które posłużyły za pierwowzór postaci literackich.

FB: Nie przemknęła ci przez głowę myśl dotycząca książki: „może przesadziłem”? Zwłaszcza, że po jej wejściu na rynek pojawiły się różne głosy, także bardzo oburzone.


JI: Nie, nie miałem takich odczuć. Jeżeli podejmuje się temat, na którym lepiej lub gorzej znają się wszyscy – w końcu prawie każdy spędził jakiś czas w szkole – to zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie oburzony. Szczerze mówiąc, uważam, że głosy oburzenia to woda na twórczy młyn. Przypomina mi się, jak kilkanaście lat temu na ekrany kin wszedł obraz „Ostatnie kuszenie Chrystusa”, a zaraz potem „Ksiądz”. Gdyby nie afera rozpętana wtedy przez ZChN, filmy te – skądinąd nie należące do wybitnych – przeszłyby bez echa. Na religii w tym kraju też znają się wszyscy. Jednak, jeśli takie awantury mogą spowodować dyskusję, to są jak najbardziej pożądane. Poza tym Polacy to nacja najbardziej obrażająca się o prawdę i nie potrafiąca znieść jakiejkolwiek krytyki. Nie znoszę tego rodzaju postawy, stąd prowokacyjny charakter wielu fragmentów powieści.

FB: Z pewnością prowokacyjny, bo wiele momentów dotyczących szkoły wzbudziło we mnie rozmaite uczucia.
Czytałam wznowienie „Inquisitora” i okazało się, że dodałeś w nim kilka nowoczesnych gadżetów, scen. Wokół jednej z nich pojawiły się ostatnio kontrowersje. Mam na myśli scenę z Mickiewiczem i jednym z uczniów Przemysławem Mardą. Skąd jej pomysł? Czy pierwowzorem Mardy był Radosław Parda, wrocławski polityk związany z Młodzieżą Wszechpolską i Ligą Polskich Rodzin?


JI: „Inquisitora” pisałem w czasach, kiedy rewolucja technologiczna, przynajmniej w Polsce, była w powijakach (choć powieść powstała już na komputerze). Oczywistym jest, że, planując wznowienie, musiałem tekst przystosować do współczesnych warunków. To, co w połowie lat dziewięćdziesiątych było szczytem nowoczesności, obecnie budzi uśmiech politowania, a w najlepszym razie nostalgię. Cywilizacja techniczna rozwija się w takim tempie i w tak nieoczekiwanych kierunkach, że to, co teraz jest hitem, za pięć lat będzie można oglądać tylko w muzeum starożytności.
Scena z Mickiewiczem to całkowicie świadoma i zamierzona trawestacja epizodu z „Ferdydurke” Gombrowicza, która to powieść w swoich czasach narobiła potężnego zamieszania. Daleko mi do Gombrowicza, ale lubię myśleć, że też udało mi się trochę zamieszać.
Natomiast, jeśli chodzi o pojawiające się w powieści postaci – każdy widzi to, co chce widzieć, nie można jednak uogólniać. Jeśli w powieści pojawił się rudy listonosz, to jeszcze nie znaczy, że autor opisał jakiegoś konkretnego listonosza. Być może gdzieś faktycznie pracuje doręczyciel obdarzony rudą czupryną, ale jeśli jest człowiekiem rozsądnym, nie zacznie się awanturować, że szarga się jego wizerunek. Tak samo tutaj – jeżeli w bohaterze literackim o nazwisku Przemysław Marda ktoś chce widzieć konkretną osobę – ma do tego prawo. To kwestia interpretacji. A obecnego polityka Radosława Pardę rzeczywiście uczyłem w liceum i doprowadziłem do matury. Już wtedy nie ukrywał swych ideologicznych skłonności. A literatura, cóż, żywi się życiem, taka jej, tfu, sobacza natura. Cała scena „lekcji z Mickiewicza” jest ujęta w podwójny nawias (groteska i fantasmagoria) i odnoszenie jej do rzeczywistych wypadków jest nieuzasadnione. W końcu „Inquisitor” to powieść od a do z fantastyczna. No, prawie.

FB: Czy „no prawie” odnosi się również do słów, które kiedyś podobno miałeś powiedzieć: „w szkołach pracują albo zapaleńcy, albo pipy, które nie umiały znaleźć sobie lepszej pracy’’?


JI: Taki pogląd, choć może nie tymi słowy, wygłaszałem wielokrotnie – jak ktoś chce coś w życiu fajnego dokonać, niech trzyma się daleko od polskiej szkoły! To miejsce jest jak otchłań wypełniona lepką magmą, grzęźnie się jak w bagnie. Najbardziej męczy urawniłowka, żywcem przeniesiona z komunizmu i mająca się doskonale – można być superbelfrem i mieć z tego figę z makiem. Nauczyciel, który wyprawia w świat dziesiątki olimpijczyków, dostaje taką samo kasę jak koleś-belfer czyniący to samo z kontenerami po wódce. Osiągnięcia są nieistotne, liczą się jedynie staż pracy razy stopień (w naliczaniu poborów). Trzeba być zapaleńcem, fanatykiem tego zawodu – znam kilku takich – lub człowiekiem kompletnie bez ambicji, aby to znosić. Ja miałem w końcu tego dosyć i pożegnałem się ze szkołą.

FB: Odchodząc od wątku „szkolnego” – skąd pomysł by wspólnie z Andrzejem Drzewińskim napisać zbiór opowiadań „Bohaterowie do wynajęcia”?


JI: Przypadek. W połowie lat osiemdziesiątych we Wrocławiu była moda na pisarskie duety, np. Drzewiński z Ziemiańskim napisali coś ze cztery powieści. Zwłaszcza Andrzej Drzewiński lubił tego rodzaju przedsięwzięcia, choć dziś już nie pamiętam, kto komu pierwszy zaproponował współpracę. Pierwszym naszym wspólnym tekstem był „Diament Lady Wilett”, opublikowany w „Problemach” (dziś nieistniejącym miesięczniku popularnonaukowym). Tekst się spodobał i jakoś poszło. Po paru latach stwierdziliśmy, że zebrało się na tomik.

FB: Jak to jest pisać wspólnie książkę? Czy wzajemnie dopracowywaliście swoje pomysły, czy dochodziło do starć o jakiś wątek?


JI: Nie, z Andrzejem trudno się kłócić, to bardzo zgodliwy człowiek. Ale oczywiście omawialiśmy poszczególne pomysły, czasem dość długo, nie zawsze się zgadzaliśmy. O kłótni nie ma jednak mowy, bo wtedy diabli biorą całą spółkę. W końcu dochodziliśmy do konsensusu, wybieraliśmy wariant i pisaliśmy tekst. Zwykle dzieliliśmy opowiadanie na sceny, opisane w konspekcie, i każdy pisał swoją porcję. Choć kilka tekstów w „Bohaterach” to nasze samodzielne opowiadania, jako wspólne funkcjonują tylko w tym zbiorze. Taka sobie osobliwość.

FB: Przeczytałam, że masz zamiar napisać coś w klimatach średniowiecznej Inkwizycji. Epos fantasy z dziejów wypraw krzyżowych. Czy pojawiły się już jakieś zarysy?


JI: Nie, zostawiłem to na razie, zresztą, pomysł był dość luźny, nie miałem czasu go dopracować. A fantasy teraz piszę, tyle że młodzieżową. Taka baśń dla nieco starszych dzieci.

FB: Jak posuwają się prace nad wspomnianą w jednym z wywiadów powieścią współczesną? Mógłbyś zdradzić jakieś bliższe szczegóły? Pojawiło się tylko hasło, iż ma to być twój rozrachunek z pokoleniem "Solidarności".


JI: Prace są na ukończeniu, wydawnictwo zapowiada premierę na kwiecień 2008. Szczegółów zdradzić nie mogę, poza tym, że wielu moich czytelników będzie tą książką zaskoczonych. Wskoczyłem na zupełnie nowe podwórko – w powieści nie ma grama fantastyki, choć staram się tu przestrzegać I Prawa Fantastyki: Przede wszystkim nie nudzić. Nie wiem, czy ktoś tak to już formułował – jeśli nie, alternatywną nazwą niech będzie I Prawo Inglota. Nad II i kolejnymi jeszcze się zastanowię.

FB: Czy to, iż obecnie mamy taki wysyp książek nastraja optymistycznie do popatrzenia na poziom czytelnictwa? Ja mam co do tego mieszane uczucia, prawdę mówiąc. Jakie jest Twoje zdanie?


JI: Jest dużo tandety, literatury jednorazowego użytku, ale taki jest los literatury popularnej. Ilość nie zawsze idzie w jakość. Także łatwość debiutu nie sprzyja podnoszeniu poziomu. Ale jeśli z tej masy choć 5% jest literaturą wartościową, to gra jest warta świeczki. Rynek książki złożony z samych genialnych dzieł byłby nie do zniesienia – jak szkoła, w której uczyliby sami laureaci Nobla. Ileż można słuchać geniuszy czy jeść sam kawior? Pierwsze kęsy są smaczne, ale kolejne byłyby już bardziej zwyczajne, a następne wręcz wstrętne. Brylanty najmocniej błyszczą na kupie śmiecia, nie na innych brylantach.

FB: Czytając Twoje wypowiedzi pojawiające się w internecie odniosłam wrażenie, że jesteś bardzo upolityczniony, jeśli mogę tak to nazwać. Faktycznie tak jest?


JI: Jestem z przekonań liberalnym konserwatystą, z pewnymi odruchami lewicowymi. Ale nie uważam się za osobnika jakoś zaangażowanego politycznie czy nawet publicystycznie, jak np. Rafał Ziemkiewicz. Tyle, że nie ukrywam swoich poglądów.

FB: Odbywasz sporo spotkań z czytelnikami. Lubisz taką formę kontaktu? Czy ona coś wnosi w Twoją twórczość?


JI: Owszem, lubię pogawędzić z czytelnikami, zawsze chętnie słucham, co mają do powiedzenia na temat moich tekstów. Nie jestem pisarzem doskonałym (niestety!), więc każda konstruktywna krytyka się przyda. Ale oczywiście nie piszę pod żadne czytelnicze „dyktando”. Jak ktoś nie wie, co, jak i po co chce pisać, niech się weźmie np. za handel spirytusem. Radziłem to jednemu i drugiemu, ehm, „pisarzowi”, ale niestety, nie słuchają i piszą dalej. Stąd tyle zbędnej literatury.

FB: Pytanie może banalne, ale jednak musze je zadać. Prócz pisania, „konwentowania”, czym się jeszcze zajmujesz? Co Cię interesuje?


JI: Nie mam żadnego sprecyzowanego hobby – lubię dobre kino, rowerowe przejażdżki, towarzyskie dysputy przy piwie, nie pogardzę dobrą książką. Lubię też uczyć, nie w szkole oczywiście, ale na zajęciach bardziej niekonwencjonalnych, warsztatach literackich. Możliwości przekazania praktycznej wiedzy o literaturze sprawia mi naprawdę wielką frajdę, tym bardziej, że uczestnicy takich zajęć to nie niewolnicy osadzeni w szkolnych ławkach przez rodziców i państwo (zapisujące w konstytucji obowiązek szkolny), lecz ochotnicy, całkowicie dobrowolnie, con amore, przychodzący popracować ze mną nad swymi tekstami. Ci są z plemienia mego, dlatego – jeśli będę kiedyś jeszcze nauczycielem – to tylko takim.

FB: Serdecznie dziękuję za poświęcony czas i wyczerpujące odpowiedzi. Niecierpliwie czekam również na następną książkę Twojego autorstwa.


Z Jackiem Inglotem rozmawiała Zuna.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-02-07 (2078 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej