Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Dzikie karty t.I
 
Katalog - dodano
 Fuga (wyd.2)
- Wit Szostak
 Człowiek, który był Czwartkiem
- Gilbert Keith Chesterton
 Dotąd dobrze
- Ursula K. Le Guin
 Coś
- John W. Campbell
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Rock'n'roll, bejbi! - Piotr Rogoża

Mantra: Bla bla bla!




Miętus wiercił się w ustach, kanciaste brzegi drażniły podniebienie. W sinym świetle jarzeniówek jajko leżące na brzegu ławki wyglądało zwyczajnie i smutno, jak polny kamień. Wcale nie wydawało się złote, raczej szarożółte.
Konstanty nie lubił szkoły. Widział w niej wielkogłowego potwora, trawiącego uczniów w licznych żołądkach klas. Szkoła wysysała człowieka jak pająk muchę, wchłaniała wszystko, co wartościowe, aby potem wydalić tylko suchą, pustą skorupkę. Godziny toczyły się tu po grzbietach niczym nabijany kolcami walec w średniowiecznej torturze; każda zostawiała trwały ślad.
Bez miętusów nie dałby sobie rady.
Geograf zmarszczył groźnie czoło. Powiedział:
- Bla bla bla.
Kłapnęły okładki, jakby to nagły podmuch wiatru wpadł do klasy i pozamykał zeszyty. Zapadła lodowata cisza; ktoś szczęknął zębami. W powietrzu unosił się mocny zapach potu.
Geograf podniósł się zza biurka i omiótł klasę złym spojrzeniem. Bez słowa wskazał wysoką blondynkę, której imienia Konstanty nie pamiętał, zresztą nie było ważne. Dziewczyna pobladła. Gdy wstawała, trzęsły się jej ręce.
Geograf kazał jej rozwinąć mapę, a sam rozsiadł się w fotelu.
- Bla bla bla?
Dziewczyna zatrzepotała powiekami.
- Bla bla... bla - odparła.
Na usta nauczyciela wypełzł zadowolony uśmiech. Energicznie pokręcił głową.
- Bla bla bla. Bla!
Dziewczyna struchlała. Drobne kropelki wykwitły na jej skroniach. Pisała na tablicy, kreda wypadła jej z rąk. Schyliła się; geograf oblizał mięsiste wargi. Jego oddech przyśpieszył, palce zabębniły na krawędzi biurka.
Dziewczyna zająknęła się:
- Bla... bla?
- Bla bla bla! - zagrzmiał i wybuchł śmiechem. - Bla bla bla!
Wyjął z szuflady opiekacz do tostów, usłużni dyżurni podłączyli go zaraz do kontaktu. Dziewczyna wypatrywała się w podłogę, z całych sił tłumiąc wzbierający płacz. Nauczyciel delikatnie ujął jej dłoń, pogładził palcem i wepchnął do opiekacza, zamykając pokrywę.
- Bla bla bla - powiedział z czułością.
Dziewczyna drżała, lecz uśmiech nie zniknął z jej posiniałych ust. Szklista glazura pokryła oczy. Sekundy ciszy były ciężkie jak głazy.
Geograf szarmanckim, przesadnym gestem otworzył opiekacz i odesłał uczennicę do ławki. Wróciła na miejsce, chowając za sobą spieczoną dłoń i połykając łzy.
- Bla bla bla - oznajmił nauczyciel.
Przez klasę przetoczyło się westchnienie ulgi. Koniec odpytywania! Uczniowie otworzyli zeszyty, czekając, aż geograf podyktuje temat.
Konstanty spojrzał na jajko i wrócił do pisania wiersza.
Ściana naprzeciw miała nierówną, chropawą fakturę, jak pancerz lewiatana. Rury centralnego ogrzewania przypominały żyły. Konstanty podejrzewał wręcz, że krąży nimi gorący szlam krwi.
Siedział na ławce. Przechodzący korytarzem ludzie zamieniali się w niewyraźne plamy, a gdy przyglądał im się bliżej, byli tylko szarawą mgłą, półprzezroczystą galaretką, która ledwie załamywała światło. Czas zwalniał i przyśpieszał.
- Duszno mi.
- Coś mówiłeś? - zainteresował się siedzący obok kolega X. - Nie, nic.
Minęła ich grupka szczebioczących dziewcząt. Potem kilku chłopców. Kęsy pokarmu, przepychane skurczami jelit w stronę żołądka. Ciekawe, czy oni wszyscy mają dusze?
Nagle Konstanty zamarł. Zobaczył dziewczynę-zjawisko. Wolno szła korytarzem, wysoka i smukła, z falami czarnych włosów opadających na ramiona. Wszystko inne stawało się tłem, traciło barwy i głębię. Konstanty spostrzegł z fascynacją, że dziewczyna ma na plecach skrzydła; ich zarys w mgnieniu oka wypełnił się śnieżną bielą. Wiedział, że gdyby wyciągnął rękę, poczułby ciepły puch. Dotarło do niego, że dziewczyna nie dotyka własnego cienia: nie idzie, lecz płynie w powietrzu.
Gdy znikła w drzwiach, pozostawiając po sobie tylko subtelny zapach kwiatów, zapytał: - To anioł?
- Niewykluczone - kolega X poważnie skinął igłową. - Tyłek iście niebiański. Widziałeś, jak opinała się ta spódnica...?
Konstanty spojrzał na niego surowo. Tamten podrapał się w ucho i kontynuował:
- No, tak na poważnie to Alicja. Alicja... Jak jej tam?
Nie pamiętam. A co? Ech, Konstanty... Bla bla bla? – X trącił go łokciem. - Bla bla bla!
Usta wiły się jak robak, ale wydobywające się z nich dźwięki przestały mieć jakiekolwiek znaczenie.
Konstanty patrzył, a pod ciężarem jego wzroku X zaczął się kurczyć, maleć, zapadać w sobie, aż zniknął zupełnie.
Konstanty podniósł się z ławki.
Pochylała się nad nim Daria: blond grzywka, kucyk, wesołe zielone oczy, kilka piegów koło nosa. Konstanty przeglądał się w jej źrenicach.
- Och - uśmiechnęła się. - Uwielbiam, gdy tak patrzysz mi w oczy. Czytasz mnie, prawda?
Konstanty zmarszczył brwi.
- Nie - szepnęła. - Nie czytasz. Ty mnie piszesz - chwyciła jego dłoń i przycisnęła do swej piersi. – Jesteś przecież poetą.
Nie miała nic pod bluzką. Konstanty wyczuł twardy, zmarszczony sutek. Naprawdę jak cytryna.
- O tak - oczy Darii zasnuła mgiełka. - Jestem czystą kartką. Mój poeta.
Na peryferiach pola widzenia Konstantego jajko świeciło teraz jak złota żarówka. Może to gwiazda, pomyślał. Spadła z nieba i jest jej zimno.
- Jesteś taki milczący - zachwycała się dziewczyna, prężąc młode ciało. - Taki tajemniczy.
A może wykluje się z niego złocisty smok, który oczyści świat sprawiedliwym ogniem? Konstanty zginie jako pierwszy, a kiedyś na jego popiołach zakwitną przepiękne kwiaty; Alicja zerwie je i wepnie we włosy.
- Och, Konstanty! - Daria przywarła do niego ustami. Białe ząbki rozcięły dolną wargę chłopaka; nawet tego nie zauważyła. - Smakujesz miętą... Bla bla bla!
Konstanty! Bla bla bla!
Nagle bardzo rozbolała go głowa. Zanim się spostrzegł, leżał już na plecach wśród bezładnie rozrzuconych części garderoby, niczym martwy żołnierz na pobojowisku; Daria rozpinała mu koszulę. Chciał oswobodzić się z wężowego uścisku nóg dziewczyny - ale nie wiedział jak. -Blablabla!
Nie mógł się ruszyć. Miał nieodparte wrażenie, że przypatruje mu się Miron; czekał na drwinę.
Nagle otworzyły się drzwi. Do pokoju weszła matka Darii, postawna kobieta o szerokiej szyi i nogach grubych jak młode drzewa. Zobaczyła ich na podłodze i przystanęła, a na jej ciastowatej twarzy rozlał się zachwyt. Dwa kubki z herbatą upadły na dywan.
- Ojej! - krzyknęła. - Jak słodko się dzieci kochają!
Konstanty spróbował się oswobodzić, nadaremnie.
Matka dziewczyny zawisła nad nim niczym rój os.
- Jakiś ty śliczny! - rozpływała się w zachwycie. - I ty też! - przygarnęła do siebie Darię.
Zaalarmowany hałasem, do pokoju wpadł dziadek, a za nim babcia i sąsiadka. Spoglądali sobie ponad głowami, przepychali się, chcąc zająć jak najlepsze miejsce.
Tego było już za wiele. Konstanty wyszarpnął się wreszcie z objęć Darii i odepchnął jej matkę. Podchwycił jajko, które dziewczyna położyła na biurku i, zanim ktokolwiek zdążył zareagować, wyskoczył przez okno; mieszkanie znajdowało się na parterze. Nie odwracał się, ale i tak wiedział, że w otwartym oknie zakwitły głowy, szepczące teraz w zdumieniu i podziwie.
Machinalnie zapiął koszulę i ruszył w stronę domu. Zgryzł miętusa: mokra trawa zapachniała na zielono.
W rękach Alicji pędzel stawał się magiczną różdżką, kolejnymi pociągnięciami wyczarowywała nowy świat. Na płótnie rozświetlona dolina kipiała życiem: jednorożec spokojnie pił wodę ze strumienia, sarny przystanęły na skraju lasu, motyle nad łąką mieniły się feerią barw. Alicja uważała, że kolory mają swoje brzmienie. Brąz dudnił dźwiękiem basowego bębna, błękit był delikatnym kobiecym zaśpiewem, jasna zieleń rwanymi nutami drewnianej piszczałki. Sztuka malowania polegała na takim dobraniu barw i kształtów, aby gotowy obraz zagrał harmonijną melodię.
Odgarnęła włosy za uszy, uśmiechnęła się: chciałaby kiedyś zamieszkać w tej dolinie. Kto wie, kto wie...? Zanurzyła pędzel w farbie i zaczęła malować domek; niech czeka przycupnięty na wzgórzu. Jeśli nawet nie ona, ktoś wprowadzi się tam z przyjemnością.
Konstanty niechętnie otworzył oczy.
- Nareszcie.
- Miron?
- Głupie pytanie - Miron-sumienie był ponury. Siedział na skraju łóżka, gniotąc w dłoni rąbek kołdry. - Bo któżby inny?
Konstanty ziewnął.
- Co tu robisz? O tej porze?
- O tej, o tej. Wczoraj w ogóle mnie nie zauważyłeś. Ciężko trafić na taki moment, żebyś akurat nie ciamkał tych przeklętych miętusów.
- Muszę - usprawiedliwił się Konstanty. - Jestem chory, przecież wiesz.
- Pieprzenie - Miron-sumienie machnął ręką. - Lepiej podejdź do okna.
- Coś się stało?
- Sam zobacz.
Konstanty podniósł się z łóżka. Zachwiał się, zawibrowało mu w głowie, ale nie upadł, sumienie w porę przytrzymało go silnym ramieniem.
- I co o tym myślisz?
Konstanty oparł się łokciami o parapet. Milczał.
W oddali niebo ściekało na horyzont bladoróżowe, gęste jak kisiel. Dachy domów wybrzuszały się, unoszone dychawicznym oddechem, kominy kaszlały kłębami dymu. Rosnące wzdłuż ulicy drzewa tańczyły, ich gałęzie falowały niczym cudaczne ukwiały Byli też ludzie - pełzali na brzuchach, nadzy, podobni do tłustych pędraków. Wszystko spowijała przerażająca cisza.
- Co teraz? - zapytał w końcu Konstanty. Miron-sumienie wzruszył ramionami.
- Nie wiem.
- Co mam teraz zrobić?!
- Nie wiem. Chciałem ci tylko pokazać.
- Ty tak zawsze! - wybuchnął Konstanty. - Potrafisz tylko mówić, wiecznie byś gadał i gadał. A gdy przychodzi co do czego, zostaję sam. Zabiję cię, wiesz? Pod poduszką trzymam nóż, specjalnie dla ciebie!
- Spokojnie - uśmiechnął się Miron-sumienie. - Raz już próbowałeś. Nie możesz mnie zabić, kiedy to wreszcie do ciebie dotrze?
Konstanty opadł na łóżko.
- Przepraszam.
Miron-sumienie poklepał go po łopatce.
- Nic się nie stało. Wiesz, gdybym to ja był na twoim miejscu... zabrałbym jajko i poszedł.
- Tak po prostu?
- A dlaczego nie?
Konstanty musiał przyznać mu rację. Chociaż nie wiedział, co się dzieje, w głębi serca czuł, że jest temu winny.
- Więc dobrze - wyprostował się. Podniósł z półki jajko (świeciło teraz znacznie jaśniej niż do tej pory, a jego powierzchnia była ciepła), wsunął stopy w pluszowe kapcie i ruszył do wyjścia. Miron-sumienie odprowadził go wzrokiem.

Wiał lekki wiatr, ziemia wyczuwalnie drżała. Konstanty szedł powoli przez oszalały świat, zastanawiając się, jakimi słowami opisałby to, co widzi.
Obok czołgał się człowiek, nagi i odpychający. Krótkie kończyny nadawały mu pozór wyjątkowo wyrośniętego niemowlęcia. Gładka, miejscami przetarta do krwi różowa skóra, kępka miękkiej szczeciny na czubku głowy, a także karykaturalnie wielkie genitalia; wszystko składało się na okrutną kpinę z dziecięcej niewinności. Wykrzywione, szponiaste palce darły chodnik.
Czując na sobie wzrok Konstantego, człowiek odwrócił ku niemu twarz czerwoną, płaską, bez nosa i warg. Odsłonięte zęby szczerzyły się w upiornym uśmiechu.
- Bla bla bla - wycharczał.
Konstanty wyjął z kieszeni jajko. Rozbłysło niczym słońce, ale nie oparzyło go; zmrużył oczy. Człowiek u jego stóp zawył, skulił się i zakrył twarz rękoma.
Schował jajko z powrotem. Człowiek patrzył na niego z nienawiścią.
- Bla bla bla.
Konstanty wzruszył ramionami.

Było ich coraz więcej. Zdeformowani, groteskowo spuchnięci; niektórzy ciągnęli za sobą pęta jelit z rozprutych brzuchów, ślad innych znaczyły lśniące pasma śluzu. Mężczyźni i kobiety, dzieci i dorośli, wszyscy pełzli w jednym tempie, w tym samym kierunku, chórem powtarzając mantrę:
Bla bla bla.
Konstanty kroczył wśród tych ludzi-larw nie myśląc już o niczym; wiatr rozwiewał mu pidżamę. Spojrzał przed siebie: ulicą płynęła rzeka ciał. Było duszno.
Nagle dojrzał Alicję.
Z rozpostartymi skrzydłami unosiła się w powietrzu ponad kłębowiskiem ludzi-larw, jasna i czysta, niczym emisariusz z lepszego świata. Promieniała pięknem i niezwykłą mocą. Zdawało się, że wszystko wokół niej celowo uczyniono plugawym i brzydkim, aby oto mogło ukorzyć się przed tą nieskończoną doskonałością; byłby to najpełniejszy z triumfów.
Konstanty przyśpieszył.

Szkoła wyrastała ponad parkowe drzewa, pradawna i straszna. Ogromnymi, bladymi ślepiami patrzyła gdzieś poza czas i przestrzeń; potężne skrzela poruszały się miarowo, niczym miechy piekielnej kuźni. Pokryta łuskami skóra miała barwę rdzy, z grzbietu sterczał szereg kolców wyższych niż uliczne latarnie i połączonych szarą błoną.
Procesja ludzi-larw wpełzała w otwarte, okrągłe usta szkoły. Na ten widok Konstanty przystanął, a jego serce ściął mróz; wiedział, że i on będzie musiał tam wejść. Uspokoił go ciężar jajka w kieszeni na piersi.
Ćma, pomyślał, widząc, że Alicja swobodnie wyślizguje się w paszczę szkoły. Co tam ciągnie tę dziewczynę? Przecież tak różni się od ludzi-larw... Ciekawość? A może to tylko przynęta: ktoś chce, żebym podążył za nią?
Konstanty ruszył naprzód, nagle bardzo żałując, że nie wziął miętusów; bez nich kontury rzeczywistości stawały się boleśnie ostre.
W wielkim holu powietrze było gęste i ciężkie. Konstanty zdjął kapcie i boso kroczył po miękkim, wilgotnym języku. Obejrzał się: za jego plecami monstrualne zęby wyrastały z podniebienia niby stalaktyty.
Śmierdziało rybą.
Kim jesteście? - chciał zapytać. Czuł dotyk chłodnych ciał ludzi-larw, ocierających się o jego nogi, gdy pełzli dalej, w stronę czarnego otworu gardzieli. Zatrzymał się; był jak filar mostu, opływany przez rzekę, a przecież do niej nienależący
-Blablabla!
Konstanty rozpoznał kobietę, którą przed dwoma dniami spotkał w parku. Leżała na plecach, z zaplecionymi za głową rękami, niekształtna i nijaka jak skórzany worek; jamnik uczepiony fałd na jej podbródku przypominał wielką pijawkę. Odpychając się nogami, kobieta sunęła po oślizgłej powierzchni języka. Po chwili wtopiła się w ruchliwe kłębowisko sobie podobnych sinych brył mięsa i razem z nimi zniknęła za krawędzią gardzieli.
Konstanty poczuł lęk. Stracił z oczu Alicję.
Pobiegł.
Na przemiał, pomyślał Konstanty. Na przemiał!
Porwała go rzeka ciał. Parł naprzód między ludźmi--larwami, w nieprzeniknionych ciemnościach i ścisku tak wielkim, że z trudem oddychał. Było coraz bardziej mokro. Brodził po kolana w gęstej cieczy spływającej też ze ścian i kapiącej ze sklepienia. Ludzie-larwy kotłowali się w niej, przewalali jeden przez drugiego, kaszląc i charcząc. Bezkształtna, bezwolna masa, śmieci w zsypie.
Z trudem utrzymywał równowagę. Przed oczami pękały mu czerwone pęcherzyki, szum w uszach stawał się nie do zniesienia. Napór ludzi-larw rósł, chłopak wystraszył się, czy jajko w kieszeni jest bezpieczne.
W co się wpakowałem, pomyślał, nagle czując w ustach kwaśny smak wymiocin. Z trudem sięgnął do kieszeni i wyszarpnął jajko wysoko nad głowę.
A potem odpłynął w ciemność. Na przemiał. Na przemiał!



Fragment udostępniło Wydawnictwo Fabryka Słów









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-02-15 (1557 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej