Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Nocna mara (wyd.2)
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Dziki ogień - Nancy Farmer



Wiał wiatr i płatki śniegu tańczyły w powietrzu. Chłopiec usłyszał pianie koguta, ale nie był to złocisty ptak, siedzący na gałęziach Yggdrasila, lecz wojowniczy kogut Johna Grotnika, który straszył każdego, kto przechodził koło zagrody. Dotarli do rzędu zabudowań i skręcili przy domu kowala.

- Nie ma ognia - mruknęła matka. Piec, służący do roz­grzewania żelaznych sztab, był równie czarny, jak stojące pod dębem kowadło.

Jack poczuł zimno jeszcze bardziej dojmujące niż chłód zi­mowej nocy. Nigdy dotąd nie widział, by ten piec był wyga­szony. Stanowił serce wioski, przy którym ludzie zbierali się, by porozmawiać i gdzie można było ogrzać stopy po długim marszu. Teraz ogień nie płonął. Wkrótce wszystkie ognie zgasną, włącznie z dwiema brązowymi plamkami światła, które nieśli.

Potem zostanie rozpalony nowy ogień, za pomocą drewna, czerpiącego swoją moc z ziemi. Dziki ogień musiał bowiem płonąć, by obracać koło roku. Tylko wtedy lodowe olbrzymy wrócą w swoje góry, a przejście między światami zostanie za­mknięte.

(...)

Chłopiec zapukał laską w drzwi domu wodza i po chwili oj­ciec przepchnął się przez drzwi, trzymając w ramionach Lucy. Dom pełen był mężczyzn, którzy mieli uczestniczyć w uroczy­stości. Musieli mieć krzepę, bo rytuał był trudny i mógł trwać bardzo długo. Słabi, starzy, dzieci i większość kobiet, zostali w domach, skuleni pod owczymi skórami. Bard i brat Aiden siedzieli razem przy palenisku, w którym wciąż buzował ogień.

(...)

Powiem bardowi o naszyjniku, kiedy wrócę, postanowił. Wiedział, że ogień należy rozpalić bez krzemienia i żelaza, którym się zwykle posługiwali. Metal służył śmierci - albo, jak to ujął bard, "Nieżyciu". Dzisiaj Nieżycie miało wyjątko­wą siłę. Jeśli zanieczyści nowy ogień, ceremonia pójdzie na marne.

- Szybko! - zawołał wódz, gdy Jack przecisnął się przez drzwi. Pośrodku pomieszczenia położono na krzyż dwie de­ski. Kilku mężczyzn przyciskało do podłoża dolną deskę, podczas gdy kilku innych trzymało końce górnej, przesuwa­jąc ją w tę i z powrotem. Rozpalenie ognia za pomocą dwóch patyków było niezwykle trudne. A tutaj próbowano to zrobić przy użyciu desek.

Lucy zdjęła wełniany płaszcz, by pokazać swoją białą su­kienkę i ufarbowaną w pszczelim pyłku szarfę, którą zrobiła dla niej mama. Jej cudowne, złote włosy lśniły w słabym bla­sku. W ręce trzymała jedną ze świec matki.

Jack nie widział naszyjnika. Dzięki Niebiosom! Widocznie matka go zdjęła, domyślił się, potem jednak dostrzegł błysk nad skrajem sukienki. Lucy ukryła naszyjnik pod spodem.

- Teraz! - krzyknął bard. Ktoś wyrwał Jackowi lampę i zdmuchnął płomyk. Wódz wylał ceber wody na palenisko. Węgle zasyczały i wzbiła się z nich para. Jack poczuł, jak cie­pło słabnie i pod drzwiami wdziera się chłód. Dom pogrążył się w całkowitych ciemnościach.

Muszę coś zrobić, pomyślał gorączkowo chłopak. Nie chciał krzyczeć na całe gardło o naszyjniku. Ojciec by się na niego rozzłościł, a potem wszyscy pozostali rozzłościliby się na ojca. Wybuchłaby bójka. Konflikt zatrułby uroczystość tak samo jak metal. Może srebro nic nie zmieni. Nie używa się go w broni, powiedział sobie Jack, choć naprawdę wiedział, że zło zanieczyszczało metal. Ten naszyjnik nosiła półtrollka Frith, a niewiele było istot równie złych, jak ona.

Słyszał szur-szur-szur deski, przesuwanej w tę i z powro­tem. Kiedy jedna grupa mężczyzn była zmęczona, ich miejsce zajmowali inni. Bard mówił, że uzyskanie płomienia trwa czasami kilka godzin. Odgłos ciągnął się w nieskończoność, aż w pewnej chwili Jack usłyszał, że ktoś upada.

- Zmienić strony! - wykrzyknął bard.

- Nareszcie - ktoś jęknął.

Mężczyźni wpadali na siebie w mroku, a John Grotnik za­klął, mówiąc, że w jego dłoniach jest więcej drzazg niż w de­skach. Szur-szur-szur rozbrzmiało ponownie i Jack poczuł za­pach żywicy. Wiedział, że drewno się rozgrzewa.

- Szybciej! - ryknął wódz.

Jeśli podejdę do Lucy, będę mógł zabrać naszyjnik, nie wzniecając kłótni, pomyślał Jack. Gdy jednak przeciskał się przez pomieszczenie, za bardzo zbliżył się do pracujących. Czyjś łokieć walnął go prosto w brzuch i zaparło mu dech.

- Przepraszam, kto by tam nie był - mruknął jakiś męż­czyzna.

- Stoisz mi na nodze - warknął ktoś inny.

Jack oddalił się, trzymając się za brzuch. Stracił poczucie kierunku.

- Lucy! - zawołał.

- Jack? - odpowiedziała. A niech to! Była po drugiej stro­nie pomieszczenia. Pomylił się. Zaczął wracać i znowu wpadł na mężczyzn.

- Przepraszam - sapnął jeden z nich. Chłopak był pewien, że tym razem ma podbite oko.

Zmiana stron! - zawołał bard. Teraz Jack czuł już woń dymu i mężczyźni nie potrzebowali dodatkowej zachęty, by pracować szybciej. Pojawiła się iskra, a potem jeszcze jedna i kolejna. Chłopak ujrzał nikły blask i parę rąk, kruszących suszoną hubę, powszechnie używaną na rozpałkę. Zalśnił płomień.

- Huraaaa! - krzyknęli wszyscy jednym głosem. Wódz za­sypał ogień garściami słomy i na ścianach zatańczyły cienie. Lucy wystąpiła naprzód i zapaliła świecę.

- Stać! - ryknął bard. Zaskoczona dziewczynka upuściła świecę, która zgasła na podłodze. - Co to jest? - wykrzyknął starzec. Rzadko pokazywał swoją prawdziwą moc, ale teraz tak właśnie było. Nic dziwnego, że Ludzie Północy zwali go Smoczym Językiem i dbali o to, by zawsze trzymać się z jego prawej strony.

- Nosisz metal! - stwierdził bard, wyciągając srebrny na­szyjnik na światło. Lucy pisnęła.

- Nie rób jej krzywdy! - krzyknął ojciec.

- A ty wiedziałeś, że to ma - powiedział starzec.

- To na cześć świętej Łucji - zaoponował ojciec.

- Nie opowiadaj bredni! Płakała, więc jej go dałeś. Słaby głupcze! To ty powinieneś nią pokierować. Jest tylko dziec­kiem. Naraziłeś całą wioskę na niebezpieczeństwo.

Giles Kuternoga skulił się, a Jack w tym momencie był ca­łym sercem po jego stronie, choć wiedział, że ojciec nie ma racji. Wśród mężczyzn podniósł się szmer.

- Tyle pracy - mruknął kowal.

- Mam w rękach pełno drzazg... i po co? - odezwał się John Grotnik. Lucy wybuchnęła płaczem i skryła twarz w su­kience mamy.

- Nie będziemy się kłócić - powiedział z naciskiem bard. -Gniew nie służy sile życiowej, ani mój, ani wasz. Pracowali­śmy z sercem, a możliwe, że cała szkoda ograniczy się do tego dziecka. - Ojciec wstrząśnięty podniósł wzrok. Jack też był zdumiony, dotąd bowiem myślał tylko o zanieczyszcze­niu dzikiego ognia, a nie krzywdzie, która mogłaby spotkać Lucy.

(...)

- Muszę ci coś wyjaśnić - powiedziała matka - Od czasu ceremo­nii dzikiego ognia z głową Lucy nie wszystko jest w porząd­ku. Przy innych zachowuje się zupełnie dobrze. Umie jeść i mówić, ale nabrała przekonania, że jest prawdziwą księż­niczką.

- W kraju Ludzi Północy też oszalała - przypomniał Jack.
Kobieta spojrzała na dom. Z otworu dymnego unosiła się smużka dymu.

- Lucy zawsze była osobliwa. Tak jak Giles.

Jack widział, że czuje się nieswojo, krytykując męża.

- On wie, co jest prawdą, a co nie - ciągnęła. - Lucy tego nie wie. Wydaje nam polecenia jak służącym. Nie pozwala, żeby ojciec ją dotykał, mówi, że to chłop. To go rani.

- I ja go zraniłem - odrzekł Jack. - Czemu sądzisz, że zno­wu mnie nie wyrzuci?

- Twój ojciec żałuje tego, co zrobił. Nie chce tego przy­znać, ale przebaczy ci, jeśli go o to poprosisz.

- A przy okazji mnie zbije.

Matka westchnęła.

- Pewnie tak. - A potem dodała ironicznie: - Zawsze mo­żesz ofiarować swoje cierpienie Bogu.

Jack był zdumiony. Ojciec ciągle mówił o tym, że cierpienie jest dobre i że można je ofiarować Bogu. Matka nigdy się te­mu nie sprzeciwiała. Wyglądało jednak na to, że ma własny pogląd na sprawę.

Dlaczego to zawsze musi być moja wina? - zastanawiał się Jack, gdy szli dalej. Ale wiedział, że zasługuje na lanie za to, że uderzył Pegę. Co go opętało, że zrobił coś takiego?

Od miesięcy nie był w domu i wygląd ojca wywołał w nim wstrząs. Mężczyzna miał przygarbione ramiona, jakby nosił jakieś ciężkie brzemię. Twarz miał pochmurną. Przykucnął na stołku przy palenisku i strugał kawałek drewna. Zwykle o tej porze ojciec nie siedział w domu. Wiosną gospodarstwo wy­magało uwagi.

- Co za lichota! - zadrwiła Lucy, niezdarnie rzucając do ognia rzeźbione zwierzątko. - Nigdy nie będziesz taki dobry, jak Olaf Jednobrewy. Nigdy, nigdy, nigdy! On robił mi piękne zabawki. - Miała na sobie białą sukienkę z uroczystości przesi­lenia, ubabraną teraz sadzą, a także srebrny naszyjnik w kształ­cie liści.

- Ojcze? - odezwał się Jack, przełykając ślinę. Giles Kuter­noga podniósł głowę. - Ojcze, przyszedłem przeprosić.

- I powinieneś - stwierdził mężczyzna.
Jack stłumił przypływ gniewu.

- Źle zrobiłem, chowając pieniądze. Byłem nielojalny i nie­szczery. Przyszedłem, by poddać się każdej karze, jaką uznasz za stosowną.

- Bez wątpienia zasłużyłeś. - Giles sięgnął do sterty opału i wybrał brzozowy kij. Jack zebrał w sobie całą odwagę. Oj­ciec bił mocno i Jack pomyślał, że mniej niż sześć silnych ra­zów będzie wielkim szczęściem.

- Byłeś niegrzeczny - oznajmiła z zadowoleniem Lucy, wy­cierając dłonie o brudną odświętną sukienkę. - Z przyjemno­ścią popatrzę, jak cierpisz.

Jack obiecał sobie, że zabierze jej srebrny naszyjnik, kiedy tylko zostaną sami. Ojciec złapał go za włosy i wzniósł kij. Chłopak zebrał się w sobie.

Ale zamiast go uderzyć, Giles Kuternoga odrzucił kij i opadł na kolana.

- Nie mogę! Nie mogę! - wykrzyknął. Zaczął wyć.

Jack był przerażony. Nigdy nie widział ojca w takim stanie.

- W porządku, tato - powiedział niepewnie.

- Nie powinienem był kłamać - zawodził mężczyzna. - To moja wina. Lucy to moja wina. To był grzech pychy.

- Musisz się położyć, Giles - powiedziała matka, klękając przy nim. - Chyba masz gorączkę... Tak, czuję to. Chodź na strych. Zrobię ci leczniczy napój.

Jack i matka poprowadzili ojca do drabiny. Wspinał się po­woli, z bólem, a Jack wchodził za nim, na wypadek gdyby spadł. Mężczyzna wpełzł do łóżka, wciąż szlochając, a matka przyniosła mu napar z sałaty i wierzby, by zasnął. Zamknął oczy i podążył ku czekającym go snom.

Jack siedział przy ogniu, zbyt oszołomiony, by coś powie­dzieć. W jakiej kwestii ojciec skłamał? Jaki grzech popełnił?

- Nie pozwoliłam mu spać - odezwała się Lucy, okręcając sobie kosmyk włosów na palcu i wydymając różowe wargi. - Każę swoim rycerzom spuścić mu baty.

Jack poczuł dreszcz grozy, patrząc na swoją siostrzyczkę. Oszalała, a wyglądało na to, że ojciec także. Po tym, jak tego ranka uderzył Pegę, Jack zastanawiał się, czy i on nie przekro­czył granicy szaleństwa.










Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-02-15 (1613 odsłon)

[ Wróć ]




Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej