Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Rzecz o zbłąkanej duszy, t.2
 
Katalog - dodano
 Fałszywy Pieśniarz
- Martyna Raduchowska
 Opowieści o duchach
- Jim Butcher
 Legion. Kłamstwa patrzącego
- Brandon Sanderson
 Zmiany
- Jim Butcher
 Upiorne opowieści po zmroku
- Alvin Schwartz
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Czarna Bandera - Jacek Komuda

Życie bez palców jest niewesołe


Życie bez palców jest niewesołe. To jasne jak słońce, które nigdy nie zachodzi nad Port Royal, że nie da się wówczas nie tylko grywać na fecie, czy obmacywać wystawionych na sprzedaż wdzięków portowych narożnic. Nie da się także, a może przede wszystkim, zawiązać węzła na kołkownicy statku. A to oznacza pożegnanie z żeglugą po błękitnych wodach. Koniec dostarczania do hiszpańskich i holenderskich osad pewnych rzeczy tudzież odbierania stamtąd towarów, których każdy funt przewieziony do portów starej ladacznicy Europy zamienia się na jakże miło brzęczące pesety i dublony. Koniec chleba z omastą. Koniec... wszystkiego?
Dlatego dla czcigodnego pana Jamesa Wallisa, szypra i właściciela dwumasztowej sniggi Speedy Fortune, trudniącego się przewożeniem – nazwijmy rzecz po imieniu – kontrabandy ukrytej pod pokładem przed wzrokiem celników i strażników portowych, utrata jednego palca stawała się bardziej bolesna, niż urwanie połowy kuśki razem z korzeniami.
Niestety, w tej chwili i w obecnej sytuacji strata owa była równie prawdopodobna, jak to, że po sztormie następuje cisza. Wallis siedział bowiem w tawernie Pod Ślepym Komodorem, przywiązany liną do krzesła, z rękoma ułożonymi na stole, palcami unieruchomionymi między gwoździami wbitymi w równych odstępach w brudny, zalany rumem i winem blat. Sytuacja była nad wyraz przykra i paskudna, a przedstawienie zbliżało do finału, albowiem rosły jak góra i śmierdzący niczym beczka zjełczałego sadła Negr, zwany Tomem, przeciągał właśnie z lubością i zgrzytem osełką po ostrzu marynarskiego noża.
Osiem palców! Na zrośniętą piczę świętej Zuzanny! Każdy z nich wart był dokładnie tyle, co rulon złotych, hiszpańskich monet. Osiemset dublonów! Taką sumę Wallis winien był Pietowi Corneliszoonowi Buskenowi, holenderskiemu lichwiarzowi z Rybnego Targu w zachodniej części Port Royale, człowiekowi równie wyrachowanemu, co bezlitosnemu, któremu okaleczenie bliźniego przyczyniało mniej więcej tyle wyrzutów sumienia, co rozgniecenie dorodnego karakana.
Ma się rozumieć, że wcześniej, podczas swobodnego kolokwium, poprzedzającego przyszpilenie rąk do stołu, Wallis w swej desperacji uczynił wszystko, aby poczet palców, które miał obciąć Tom zmniejszyć do czterech, co w sumie byłoby dość rozsądną liczbą. W końcu, jak umawiali się w skrypcie dłużnym, jeśli czcigodny pan James nie będzie w stanie oddać pożyczonych pieniędzy, zapłaci palcami, z których każdy liczyć się miał za dwieście dublonów. Na nieszczęście, Holender okazał się równie nieugięty, co archanioł Michał ważący złe uczynki grzeszników, niespodziewanie do całej sumy doliczył bowiem pokaźne kwoty za zwłokę, wynoszące ni mniej, ni więcej, tylko pięćdziesiąt od sta. A ponieważ w jego umyśle, przypominającym księgę strat i zysków, rubryki ma i winien musiały się równoważyć, po dodaniu zaległych sum, każdy z czterech palców wart był już ponad czterysta dublonów, a jeśli doliczyć w dodatku zwykłe procenty, wynoszące dwadzieścia od sta za każdy dzień zwłoki, wychodziło z tego jakieś czterysta dwadzieścia sześć dublonów i jeden pistol na paznokieć.
I tu niestety Wallis musiał przyznać z rozpaczą, iż wszystko zgadzało się jak w angielskim zegarku. W sumie winien był Buskenowi grubo ponad tysiąc sześćset dublonów. Nieszczęściem, lichwiarz nie był skłonny zawyżyć wartości palca. Zamiast liczyć każdy z nich po czterysta dwadzieścia sześć złotych monet, podzielił całą sumę przez dwieście, jak się umawiali w skrypcie, co dawało właśnie ową feralną liczbę ośmiu palców, które już za chwilę urżnąć miał Tom. I trzeba przyznać, iż całość została obliczona wyjątkowo skrupulatnie. Holender nie był bowiem okrutnikiem, zwyrodnialcem czy szelmą, ale po prostu przeklętym matematycznym geniuszem. Niestety, zamiast poszukać sobie do towarzystwa kogoś o umyśle Newtona, albo Boyle’a, marnował swój talent w Port Royal na Jamajce, wśród ladacznic, piratów i portowego błota. W każdym razie Willis był o tym przekonany, z każdą chwilą coraz bardziej. Tylko dlaczego, do złamanej stengi, zamiast używać liczydeł, potrzebował do swych matematycznych rebusów palców Wallisa?
Tom przeciągnął ze zgrzytem osełką po ostrzu. Obejrzał nóż pod światło, mlasnął tłustymi, spękanymi wargami. Minę miał niczym artysta, który właśnie doszlifował ostatni detal na pięknym posągu Wenus.
– Tom już gotów, massa! – zameldował uniżenie swemu panu.
Piet Corneliszoon uśmiechnął się krzywo, nie wypuszczając spomiędzy pożółkłych, poszczerbionych zębów ustnika fajki. Wśród lichwiarzy Port Royal – przygarbionych, opasłobrzuchych gnomów lub gderliwych starców – Busken wyglądał niczym angielski lord, wysoki, chudy, w skórzanym kapeluszu z błyszczącą sprzączką. Z krótką brodą i okiem przesłoniętym przepaską sprawiał wrażenie kapitana albo kwatermistrza z pirackiego statku, a nie człeka rozmieniającego ludzkie żywoty i palce na pistole, pesety i dublony. W jego przypadku pozory wszakże myliły, o czym boleśnie przekonał się Wallis, podobnie jak wielu portowych awanturników przed nim.
Szyper szarpnął się, lecz więzy trzymały mocno. Chciał krzyczeć, ale to już było zupełnie bez sensu. Tutaj, na tyłach Starego Kościoła, na zapleczu zamtuza Mamy Bonelli, w tawernie będącej jedną wielką wylęgarnią wszy, francy i pluskiew, przerażające krzyki tu­dzież przedśmiertne jęki ludzi połechtanych żelazem były równie powszednią rzeczą, co dźwięk kościelnych dzwonów bijących na nieszpory.
Negr pochylił się nad stołem. Nieszczęsny przemytnik zajęczał, załkał i zaszlochał. Sprzedałby teraz duszę diabłu i dołożyłby cnotę swojej siostry, byleby tylko wyjść z tej krotochwili ze wszystkimi palcami na swoich miejscach.
Holender zaśmiał się, zacharczał, wyjął na chwilę fajkę z ust.
– Boicie się, mynheer Wallis?! – mruknął, bardziej stwierdzając, niż pytając. – Stawiam sto dublonów, że macie już pełno w gaciach.
Wallis pokiwał głową. Miał może strugać bohatera? Chyba tylko po to, aby pożegnać się ze wszystkimi dwudziestoma palcami, które w swej łaskawości Pan poprzydzielał każdemu człowiekowi.
– To oczywiste, że przepełnia was strach – pokiwał głową Holender. – Zaprawdę, godne to i sprawiedliwe, albowiem znaczy, że zeszliście wreszcie z ciernistej drogi grzechu i występku.
Nieszczęsny dłużnik ponownie pokiwał głową, chłonąc gadaninę Buskena niczym świeżo nawrócony katolik błogosławieństwa padające z ust papieża.
Lichwiarz nie spieszył się. Obojętnie stuknął fajką o kant stołu, wytrząsnął popiół z główki i uśmiechnął się promiennie, niczym słoneczko widziane zza więziennych murów.
– Mam chyba dzisiaj dzień dobroci dla niewypłacalnych klientów, mynheer Wallis. Dalibóg rzeknę wam, że sam siebie nie poznaję. To źle, to bardzo źle, ale chyba się zestarzałem, mój panie. Ale do rzeczy, bo czas nagli, czas płynie i ucieka, a nie zatrzymać go nam wiosłem, ni kijem. I powiem tyle, że Fortuna stoi dziś po waszej stronie. Nie tylko bowiem możecie zachować większość palców, ale – jeśli Opatrzność Boża będzie czuwać nad wami – spłacić dług, a nawet wyjść na swoje.
Jezu... To, chyba nie mogło być prawdą! Wallis od razu zwrócił uwagę na słowo słodkie jak miód, które spłynęło z ust lichwiarza. Większość palców. Miał cichą, skromną nadzieję, że liczba ta, choć z samego założenia mniejsza od dziesięciu, będzie wszelako większa od pięciu, albo sześciu.
Tak czy owak każde słowo Buskena miało teraz wagę owych nieszczęsnych ośmiuset złotych hiszpańskich dublonów, wziętych na borg i pogrzebanych na dnie oceanu razem z kontrabandą, którą Wallis wyrzucić musiał za burtę, uchodząc przed pościgiem dwóch holenderskich tjalków, które chciały dobrać się do jego rzyci niczym ogary do rannego jelenia.
– Ja... Ja wszystko... Co tylko każecie... Zawsze! Zaraz, już... – wybełkotał.
Holender starannie ubijał w fajce nową porcję tytoniu. Powoli, bez pośpiechu. Wszak jego interlokutor nie wybierał się na żadną przechadzkę. Nie pędził do kościoła, ani do sprzedajnej dziewki.
– Zależy mi na frachcie z pewnego statku – rzekł w końcu. – Stara, holenderska fluita, trzy maszty, szeroki kadłub. Wrak, który osiadł przy wysepce zwanej Lwią Głową, jakieś cztery mile na zachód od Isla de Pinos. Morze tam roi się od raf i skał, jak tyłek kurwy z Port Royal od pryszczy.
Wallis nerwowo przytaknął.
– Fluita siedzi na skałach od kilku dobrych lat. Ale ponieważ spoczęła w lagunie osłoniętej od fal, zachowała się w całkiem niezłym stanie. Co tu dużo gadać, mynheer, wiozła srebro, skóry i korzenie. Popłyniesz tedy do niej, wejdziesz na pokład, a potem przywieziesz mi tutaj przynajmniej sześćset cetnarów cynamonu, wanilii i innych rzeczy, które ocalały na statku. A które ja odkupię od ciebie po uczciwej cenie, odliczając twój dług wraz ze wszystkimi procentami. Co wy na to, mynheer?
Fluita... Wrak na skałach. Na rany Chrystusa, Wallis gotów był rzucić się prosto w morze już zaraz i pożeglować tam na byle desce, aby tylko wyrwać się z cuchnących łap Toma. I nie oglądać złośliwego uśmiechu Buskena, od którego dobrej woli i fantazji zależało, czy James ciągle będzie liczył się w przemytniczym fachu, czy też stanie się pogardzanym kaleką.
– Oczywiście – jęknął. – Co tylko chcecie, panie Busken. Ja zaraz, natychmiast... Od razu.
– Za cztery dni – jakby na potwierdzenie swych słów Holender stuknął czterokrotnie wskazującym palcem w brudne dechy stołu – chcę tu mieć przynajmniej sześćset cetnarów korzeni. W beczkach, skrzynkach, workach oraz czym tam jeszcze... I nie przeciągajcie struny, mynheer. Bo jeśli – ściszył głos, przypalił świeżo nabitą fajkę od świecy – jeśli zawiedziecie mnie i tym razem, tedy klnę się na Lewiatana, Belzebuba i Asmodeusza. Na moce piekieł i wodne żywioły, że znajdę cię nawet w szczurzej norze, choćbym przeszukać miał całe Indie Zachodnie! A wtedy zajdę do ciebie z Tomem – dalibóg – utnę ci nie tylko wszystkie dziesięć palców, ale zagram twoimi oczami w marelles, a jajca sprzedam wędrowne­mu sprzedawcy komfortatywy dla starych grzybów, co chcą udawać, iż są młodymi ogierami. Czy wyrażam się jasno, mynheer?


Fragment udostępniło Wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-02-25 (1641 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej