Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Wody głębokie jak niebo
 
Katalog - dodano
 Cinder
- Marissa Meyer
 Adres nieznany
- Lee Child
 Plus/minus
- Olga Gromyko
 Artemis
- Andy Weir
 Marsjanin
- Andy Weir
 
Ostatnie recenzje
 Armagedon dzień po dniu – J.L. Bourne
 Rozgwieżdżone niebo – Lars Wilderäng
 Fałszywy pocałunek – Marry E. Pearson
 Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony – Rafał Kosik
 Legion – Brandon Sanderson
 
- skomentowano
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 Rok szczura. Świeca
- Olga Gromyko
 Na przekór przeznaczeniu
- Oksana Pankiejewa
 

Aleksandra Janusz rozmawia z FantasyBook



 FB: Witam serdecznie i dziękuję, że zgodziłaś się na rozmowę.
Młoda, zdolna, a w przyszłości sławna i bogata dzięki szczęśliwemu terminowi przyjścia na ten świat. Tak można żartobliwie podsumować początek Twojej notki biograficznej zamieszczonej w Internecie. Czy coś, wg Ciebie, już się spełniło, bądź spełniać zaczęło?


AJ: Nie przesadzajmy :-) Jest na rynku kilku autorów młodszych i znacznie, excuse le mot, płodniejszych. Na razie, gdziekolwiek spojrzeć, znajduję się na początku drogi. Debiutowałam powieścią, pracuję w zawodzie, ogólnie rzecz biorąc, coś tam się kręci. Źle nie jest. A jak będzie dalej - na tym etapie wiele zależy nie tylko od mojego wysiłku, ale także od szczęścia.

FB: Dyplomowany biolog molekularny i fantastyka. Skąd takie połączenie u Ciebie?
Co spowodowało, że ręką sięgnęła po długopis i pojawił się tekst pierwszego opowiadania?


AJ: Pytanie powinno raczej brzmieć odwrotnie - jak to się stało, że zdeklarowany mól książkowy, zamiast na kierunek humanistyczny, zdecydował się na biologię molekularną?
Bardzo wcześnie nauczyłam się czytać i od zawsze interesowało mnie wszystko, co tylko zawierało w sobie literki. Mam za sobą dość dziwne lektury wieku dziecięcego, ponieważ oprócz kolekcji baśni, bajek, książek dla dzieci itp. czytałam takie pozycje, jak poradniki dla akwarystów, podstawy astronomii i archeologii, serie encyklopedii Larousse’a no i grubą księgę „Świat biologii”, która zawierała tak fascynujące i przerażające ryciny, jak szkic budowy ludzkiego szkieletu albo różnych faz rozwoju płodu. Rodzice oczywiście szybko zauważyli te czytelnicze skłonności, więc dbali, żeby źródeł wiedzy w domu nie zabrakło.
Nieuchronnie doszłam do wniosku, że książka to najlepszy wynalazek ludzkości, a pisarze są jak bogowie i ja też tak chcę. Po całkiem sporej ilości historyjek obrazkowych i niedokończonych komiksów z dialogami mocno inspirowanymi Papciem Chmielem, napisałam pierwsze prawdziwe opowiadanie sf i przyniosłam je mamie, pytając, czy mogłabym gdzieś to opublikować. Rodzicielka przeczytała, podumała, po czym stwierdziła dyplomatycznie, że pierwszego opowiadania się nie publikuje i że mam ćwiczyć. No to ćwiczyłam. I ćwiczyłam. Minęło wiele lat, a obmyślanie i zapisywanie opowieści jakoś weszło mi w krew. I już tak zostało.
Po drodze pojawiła się kwestia obrania konkretnego zawodu. Bo z pisaniem, jak wiadomo, bywa różnie, z młodocianej grafomanii często nie wynika nic konstruktywnego.
Lubiłam tworzyć, ale nie znosiłam wypracowań, a z pozostałych zainteresowań biologia i chemia były najsilniejsze. Stwierdziłam więc, że zostanę genetykiem i wybrałam klasę licealną z profilem biologiczno-chemicznym.
Kiedy już raz się na coś zdecyduję, rzadko zmieniam zdanie. W liceum praktykowałam dziennikarstwo, ale traktowałam je bardziej jako sposób na zdobycie kieszonkowego niż przyszły zawód. Obydwie dziedziny, biologia i pisarstwo, były trudne i fascynujące, stanowiły wyzwanie. Nie widziałam powodu, dla którego miałabym z czegokolwiek rezygnować.
Skończyło się tak, że staram się jakoś łączyć dwie specjalności. Co było dobre w trakcie studiów, okazało się niezwykle wyczerpujące w sytuacji, kiedy trzeba pracować na pełnym etacie - i wkładać w to odpowiedni wysiłek. Jest trudno. Czasami bardzo trudno. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

FB: Opowiadania, wiersze, rozprawy ‘’naukowe’’ dotyczące magii, jedna wydana powieść, a kolejna na warsztacie – to szeroki zakres. Która z tych form jest dla Ciebie najbardziej pociągająca?


AJ: Zależy od pomysłu. Umiejętność tworzenia spójnych tekstów przydaje się praktycznie do wszystkiego, więc po co się ograniczać? Artykuły dziennikarskie są proste i często służą mi do podzielenia się z czytelnikiem moim aktualnym półrocznym hobby. Teraz mam na warsztacie planety z układów pozasłonecznych, dobrze trafiłam, bo temat zrobił się gorący i przełomowe odkrycia pojawiają się jedno po drugim. Świetny moment na wciągnięcie się w dziedzinę, polecam.
Utwory literackie wymagają dużo większej pracy. Poprawny język, dobre dialogi, przyzwoita kompozycja - to tylko podstawy. Jeżeli ktoś chce zostać publikowanym pisarzem, musi liznąć trochę wiedzy praktycznie z każdej dziedziny, począwszy od charakterów ludzkich, skończywszy na architekturze. Trzeba się bez przerwy dokształcać, nie pomijać niczego, obserwować świat, uważnie słuchać ludzi, po prostu żyć - i wyciągać wnioski. Ale im większy wysiłek, tym później większa satysfakcja.
Stanowczo odżegnuję się natomiast od bycia poetką. Wierszami pączkuję niechcący i spontanicznie, zapewne wskutek przekarmienia mnie Brzechwą we wczesnej młodości. Nie jest to jakaś wysoka sztuka, potrafię tylko robić kabaret albo naśladować twórczość zespołów rockowych. Kiedy obmyślałam historie z serii farewellowej, doszłam do wniosku, że potrzeba im soundtracku. Że to jest opera rockowa, jak „The Wall” Pink Floydów, tylko w formie książkowej. Do każdego opowiadania, a później - po przeróbkach - do każdego rozdziału dobierałam po dwie piosenki, czekając na wenę. Gdybym chciała w ten sposób zarabiać, szybko bym zbankrutowała.

FB: A większość utworów nierozerwalnie związana z magią. Przeczytałam gdzieś, iż uważasz, że magia jest niezbędna w codziennym życiu. Czy to prawda?


AJ: Bezwzględnie. Kiedy tracimy zachwyt światem, takie pierwotne zdziwienie, to jest początek końca. Zostaje tylko szara rzeczywistość, zaczynamy się starzeć. Natomiast ruchów New Age’owych nikomu nie polecam, to robienie wody z mózgu, taka sama indoktrynacja jak lekcje religii w szkole. Człowiek później myśli gotowymi myślami, cytuje rozmaitych guru z poradników za piętnaście zeta. To może dawać ulgę, ale jednocześnie usypia i wyjaławia.

FB: Miasto Farewell pojawia się w kilku Twoich opowiadaniach. Osadziłaś w nim akcję „Domu Wschodzącego Słońca”. Skąd wziął się na nie pomysł?


AJ: Farewell to nic innego, jak Warszawa a’la Gotham. W książce istnieją nawet dokładne odpowiedniki dobrze mi znanych lokacji. Na przykład Park Miejski do złudzenia przypomina Pola Mokotowskie. Jednocześnie miasto zostało zbudowane tak, żeby czytelnik czuł się jak u siebie w domu, nieważne, gdzie mieszka. Unikałam konkretnych nazw ulic i lokacji, a także precyzyjnego określania czasu; dodatkowo atmosfera bardziej przywodzi na myśl Europę niż Amerykę. Taki baśniowy Neverland, jak wiele innych światów fantasy.
Gdybym umieściła akcję w Polsce, zamiast Willi Suarez musiałabym tam utknąć przedwojenny dworek, Gabriel mógłby liczyć zaledwie na skromną sławę w muzycznym undergroundzie, a postaci Lloyda albo wampira Juliusa w ogóle sobie nie wyobrażam. Poruszalibyśmy się wśród konkretów i baśń przestałaby istnieć.
Kiedy jeszcze dużo grałam w gry fabularne, każdy nowy pomysł wtykałam graczom, więc Farewell przespacerowało się też po moich scenariuszach. Teraz służy celom pierwotnym, czyli literackim. W najstarszej wersji, tej osobistej, wyglądało i nazywało się zupełnie inaczej, mieszkało tam zaledwie kilku magów znanych z książki. Nie było nawet czwórki głównych bohaterów.
Za istnieniem Farewell kryje się także głębszy zamysł, ale na jego rozwinięcie musicie poczekać do następnej części :)

FB: Jak dojrzewał pomysł na książkę, która notabene stanowiła dla mnie świetną lekturę w poprzednie wakacje i miałam nadzieję na szybkie ukazanie się tomu drugiego. Kiedy można go będzie wypatrywać w księgarniach? Możesz coś o nim bliżej powiedzieć? Czy zakończy cykl?


AJ: Książkę pisałam w sposób postawiony na głowie. Najpierw pojawiły się opowiadania „Z akt miasta Farewell” i „Światłocienie”, parę lat później nowela „Ojciec marnotrawny” i tę właśnie wysłałam do wydawnictwa. Powiedziano mi, że zasadniczo fajnie, ale to musi mieć jakiś początek i dopiero zobaczą, co się da zrobić. Napisałam więc początek, czyli „Srebrnego rycerza”, a potem na szkielecie starych opowiadań powstały rozdziały „Apollo” oraz „Światło i cień”. Później musiałam jeszcze podretuszować „Ojca marnotrawnego”, który nie trzymał stylu. W pewnym sensie można powiedzieć, że rozdziały zostały napisane w odwrotnej kolejności. Ponieważ nie zatarłam konstrukcji opowiadań, trudno powiedzieć, czy to jest powieść, czy zbiorek. Były różne opinie, a ja wolę nie decydować.
Drugi tom się spóźnia, ja wiem, że on się spóźnia. Napisałam już kawałek, ale w międzyczasie zrobiłam wielką głupotę i zapisałam się na podyplomowe studia dziennikarskie. Bardzo ciekawe, nie powiem, ale czasochłonne.
Dokończyłam właśnie pracę dyplomową (a było pamiętać, że nie znoszę wypracowań...) i jestem wolna. Więc kontynuuję. Drugi tom nie zakończy cyklu. Prawie na pewno będzie jeszcze trzecia część.

FB: Debiutowałaś powieścią w okresie, kiedy pojawił się na rynku zalew młodych pisarzy. Jednak udało Ci się zapaść w pamięć czytelników. Jaki był oddźwięk na Twoją książkę w pracy, wśród znajomych? Jaka Twoja reakcja na pierwsze recenzje?


AJ: Miło słyszeć, ze się udało. Czasem dostaję sympatyczne emaile, ale nie mam żadnej skali porównawczej prócz ilości sprzedanych egzemplarzy, a ta jest myląca, bo ludzie pożyczają sobie książki nawzajem. I dobrze, bez pożyczania nie mielibyśmy w ogóle czytelnictwa.
Recenzje natomiast wprawiały mnie w wielką konsternację. Otóż dobry nawyk przyszłego autora polega na tym, żeby brać pod uwagę krytykę i dzięki temu się rozwijać. I nagle pojawia się kilka, kilkanaście recenzji, każdemu podoba się co innego i każdy krytykuje inny aspekt książki. Mnóstwo sprzecznych informacji. Nie można wszystkiego przyjmować do siebie, bo człowiek by zwariował. Przez długi czas, kiedy pojawiała się nowa recenzja, pozytywna czy też negatywna, miałam ochotę schować się do mysiej dziury, tak bardzo byłam stremowana.
Teraz wyrobiłam sobie już odpowiednie filtry i jestem wdzięczna recenzentom, ponieważ pokazują mi na żywym materiale (czyli sobie), w jak niesamowicie różny sposób potrafią myśleć ludzie. A jesteśmy, naprawdę, wszyscy z innych planet.
Znajomi oczywiście się cieszą, tak samo rodzina. W pracy trochę się ze mnie śmieją. To dla nich dość egzotyczna sytuacja. Niektórym się nie podoba, że tracę czas na błahostki, a zdarzają się tacy, którzy naciskają, żebym porzuciła próby literackie. Powinnam chyba pomyśleć o pseudonimie, ale teraz już trochę za późno...

FB: Czy masz swojego ulubionego autora? Kogoś kto jest Twoim mentorem?


AJ: Ulubieni autorzy ulegają ciągłej rotacji. Nie mam jednego mentora - do pewnego stopnia taką rolę pełni Neil Gaiman, który na swoim blogu nie skąpi porad dla początkujących pisarzy, od niego nauczyłam się też doceniać czarny humor. Tak na dzień dobry mogę jednak wymienić kilkoro innych - mistrza Tolkiena, Ursulę le Guin, C.S. Lewisa z jego Narnią. Temu pisarzowi wyrządza się teraz zresztą straszną krzywdę - od czasu ekranizacji gazety przynudzają, jaka ta Narnia chrześcijańska, chrześcijańska - aha, i czy zapomnieliśmy wspomnieć, że chrześcijańska? A tam się prócz tego znalazł praktycznie cały europejski podkład kulturowy, włącznie z mitologią grecką. Plus trzy tony wyobraźni. I nawet jeżeli Lewisowi to się udało niechcący (a nie sądzę, bo miał osobowość równie bogatą, jak jego powieści) nie można tych książek spłycać.
Co jeszcze... Ray Bradbury, Clifford Simak, Brian Aldiss, Isaac Asimov. Ich książki są spójne jak równania matematyczne, nie ma w nich współczesnego przegadania.
Roger Zelazny, który miesza gatunki i nic sobie z tego nie robi. Robin Hobb i jej sadystyczna skłonność do dręczenia bohaterów. Walter Moers, który wyprodukował „Miasto śniących książek”, klasyk jaki zdarza się raz na ...dziesiąt lat. Guy Gavriel Kay, a głównie „Tigana”. Bardzo nie lubię, kiedy upraszcza się jego powieści: tutaj Włochy, tutaj Celtowie, tutaj Francja. Bo gdyby Kay chciał pisać książki historyczne osadzone w naszym świecie, zrobiłby to. Jego światy są fikcyjne i nie ma w tym nic przypadkowego. Terry Pratchett, ze względów oczywistych. Diana Wynne Jones, u nas prawie nieznana, autorka „Ruchomego zamku Howl”, jego kontynuacji oraz cyklu „Światy Chrestomanciego”.
Z polskich między innymi Janusz Zajdel z naciskiem na „Limes inferior”. Ewa Białołęcka, której „Tkacza iluzji” czytałam niejeden raz. Jarosław Grzędowicz, którego książki cieszą, czasem trochę wkurzają, ale jest to kawał sycącej literatury.
Joanna Chmielewska, która robi wszystko, czego pisarzom nie wolno i świetnie się przy tym bawi. Konstanty Ildefons Gałczyński, który robił wszystko, czego poetom nie wolno i świetnie się przy tym bawił. Nasi klasycy poezji - Julian Tuwim, Jan Brzechwa, Czesław Miłosz i Wisława Szymborska - tutaj mam statystyczne gusta, ale trudno, to mistrzowie... Poza tym cały modernizm przyprawia o zawrót głowy, oni się strasznie zachwycali samymi sobą, ale czytać warto.
Oczywiście dobrze jest sięgać poza fantastykę, do XIX wiecznego realizmu i klasyki książek przygodowych, a nawet po takie cegły jak „Jan Krzysztof” Romaina Rollanda. Podczas pisania pracy dyplomowej odkryłam na nowo Jana Parandowskiego i Oscara Wilde - tutaj warto rozejrzeć się poza lekturami szkolnymi. Parandowski napisał coś takiego, co się nazywa „Alchemia słowa” i jest książką - esejem o pisarzach, razem ze wszystkimi aspektami ich życia. On miał takie nakłady, że bez problemu można dostać jego książki za parę złotych w antykwariatach.
Poza tym - Arthur Conan Doyle wiecznie żywy...
Uff. Można tak długo, naprawdę. Wspomniałam o żelaznym repertuarze dla każdego czytelnika, ale na pewno pominęłam coś ważnego. Poza tym lubię też złe książki. Kiczowate książki. Ale się z nich nie uczę, to nie byłby najlepszy pomysł...

FB: Piękny przegląd twórców. Wielu z nich jest i na mojej liście ulubionych ‘’lekturodawców’’.
Bardzo Ci dziękuję za poświęcony czas i życzę dalszych sukcesów, nie tylko literackich. Niecierpliwie czekam także na kolejne tomy ’’Miasta magów’’.


Z Aleksandrą Janusz rozmawiała Zuna.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-02-27 (2864 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej