Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Narodziny smoków (K.kieszonkowa)
 
Katalog - dodano
 Dotąd dobrze
- Ursula K. Le Guin
 Coś
- John W. Campbell
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 Czara Cieni
- Frances Hardinge
 Śpiew kukułki
- Frances Hardinge
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Ruda sfora - Maja Lidia Kossakowska

Bagna


Chociaż ciemności opadły na las, podobne do końskiej skóry, którą zarzucono żar ogniska, Ergis doskonale wiedział dokąd iść. Od najmłodszych lat czuł, że tajga go lubi. Otwierała przed nim ramiona, wyciągała naprzeciw kłujące gałęzie świerków, miękkie łapki modrzewi. Gadała głosami ptaków, kwitła wątłymi, białymi porostami wiosny, nawoływała wiatrem. Nie bał się cienia zalegającego w lesie. Miał go za przyjaciela i sprzymierzeńca.
Biegł lekko, ani razu nie potknąwszy się o wystający korzeń czy wykrot.
Czasami przez ciemniejące w górze konary prześwitywało blade, zasnute bielmem ślepie księżyca, lecz chłopiec nie potrzebował jego nikłego światła. Na Martwy Kurhan trafiłby nawet z zawiązanymi oczami.
Biegł wytrwale, aż wreszcie wzgórze zamajaczyło w łysinie między wysokimi pniami. Bezdrzewne, porośnięte jedynie zielonkawą mgiełką mchu, w mroku wydawało się czarniejsze niż tron Ułun Tojona, władcy demonów. Powietrze tu sprawiało wrażenie chłodniejszego, pachniało wilgocią i mdłą wonią rozkładu. Wiatr szumiał niespokojnie, drzewa czekały ogarnięte nienaturalną ciszą, jakby nocne ptaki nie śmiały się odezwać.
Zwiewna postać śpiącej księżniczki dziś nie unosiła się ponad bagnami. Mrok wydawał się ciężki niczym kotara, a wrota do drugiego świata zamknięte. Teraz miała się liczyć jedynie rzeczywistość i haniebny czyn oszukańczego szamana, Dyraja Bogoja.
Ergis przypadł do najbliższego modrzewia, objął szorstki pień i poprosił o dar zjednoczenia. Duch drzewa milcząco wyraził zgodę, więc chłopiec zamarł w bezruchu i czekał.
Czas przestał istnieć. Ergis, ukryty w cieniu gałęzi, niewidoczny w ciemności, stał się myślącym, obdarzonym wzrokiem i słuchem modrzewiem. Plecami przywierał do pnia, czerpiąc stamtąd siłę i spokój. Cierpliwość drzewa.
Nie wiedział jak długo czekał, zanim nie usłyszał chrzęstu kroków, trzasku łamanych gałązek i ciężkiego sapania. Uśmiechnął się leciutko, z pogardą. Dyraj Bogoj lazł przez las niezgrabnie, niczym wielka, na wpół ślepa krowa. Hałas, który czynił, wybijał ze snu duchy i irytował ziemię. Nawet bagno burzyło się nieprzyjaźnie, słysząc odgłos stąpania nowego szamana.
Dojdu Iczczite nic nie przesadziła, pomyślał Ergis. Więcej mocy można znaleźć w końskim łajnie. Może nie mam się czego bać.
W duszy chłopca ocknęła się i zatliła słabym płomykiem odrobina nadziei.
Ale zgasła, gdy tylko ujrzał przemykający między drzewami, drobny, skulony cień. Pachniał złem tak silnie, aż Ergis zachłysnął się oddechem. Mroczny, ciężki zapach okrucieństwa ciągnął się za wspólnikiem Bogoja na kształt całunu otulającego ożywionego nieboszczyka. Wasyl szedł śmiało, cicho i spokojnie, jakby posiadł umiejętność widzenia w ciemności. Znalazłszy się na wysokości Ergisowego modrzewia zatrzymał się nagle, nasłuchując. Obrócił ku niemu bladą plamę twarzy, wąską niczym klinga noża. Lśniła w ciemności fosforycznie, strasznie. Księżycowa, zielonkawa poświata biła od niej, wydobywając zarys widocznej pod skórą czaszki i oczodołów.
Chłopiec zadrżał, mocniej przywarł do pnia.
- Jest niebezpieczny, niebezpieczny i zły! - ostrzegało drzewo zielonymi słowami igliwia. - Widzi poprzez noc!
Wiem, pomyślał rozpaczliwie chłopiec. Ale nic nie potrafię zrobić.
Powiew wiatru zakołysał gałęziami, gdzieś daleko odezwał się pojedynczy ptak i szybko urwał, spłoszony. Ergis tkwił przylepiony plecami do pnia długą, nieskończoną wieczność. Wreszcie Wasyl- upiór odwrócił głowę i ruszył przed siebie. Zwinnie jak łasica wspiął się na wzgórze. Stanął, niedostrzeżony, za plecami samozwańczego szamana. Dyraj Bogoj przytupywał nerwowo, ogarnięty nieprzyjemnym poczuciem niepokoju. W pobliżu kurhanu zawsze czuł się nieswojo.
- Czego tak drepczesz, przyjacielu Bogoj? - spytał niespodziewanie Wasyl - buty przyciasne, czy co? A może sumienie gryzie?
Dyraj podskoczył w górę, wydawszy stłumiony pisk przestrachu. Przypominał przerażonego psa, którego właściciel zastał w spiżarni z połciem w zębach.
- Wybaczcie, dobre duchy... - zaczął dukać - ja nigdy... Ja przecież...
Srebrzystoblady Wasyl roześmiał się głośno, nadspodziewanie serdecznie i wesoło: - No co ty, Bogoj! To ja. Gębę sobie pomalowałem fosforem, żeby było straszno. Oczy na czarno sadzą i masz upiora. Ty też tak możesz. O, patrz.
Sięgnął do torby i wyciągnął jarzący się zielonkawym blaskiem słoik. Dyraj z trudem się opanował. Sapał głośno ze złości i wstydu. Zachował się jak tchórzliwy głupek i świetnie zdawał sobie z tego sprawę.
Fosforyzujący w mroku Wasyl wyszczerzył zęby: - Dobra sztuczka, co? Przydatna. Wielki szaman powraca wprost z krainy upiorów. Zesrają się ze strachu jak cię zobaczą, Bogoj.
Dyraj obracał w palcach słoik.
- Może być - rzucił tak obojętnie jak potrafił. - Masz coś jeszcze czy tylko po to lazłem taki kawał?
- Zaraz, zaraz. Chwilunia. Teraz będziesz rządził błyskawicami. Tylko spójrz.
Wysypał do płaskiej, metalowej puszeczki trochę białego proszku.
- Odsuń się - powiedział, bo Bogoj pochylił się ciekawie.
Błysnął słaby płomyk zapałki i niemal w tej samej chwili kurhan zalał potok białego światła. Dyraj odskoczył odruchowo.
- Jak ci się podobał piorun, przyjacielu? - Wasyl pokazał mu wypaloną puszkę - wyobraź sobie, że stoję w ukryciu i w odpowiedniej chwili walę w metalową michę. Bam! Dyraj Bogoj, władca grzmotu!
Zaśmiał się wesoło. Szaman skinął sztywno głową, ale jego oczy zapłonęły.
- Co to takiego? - spytał, siląc się na obojętność.
- Mangnezja - powiedział z dumą Wasyl. - Taka do fotografa. Prawdziwa.
- Na długo wystarczy? - zainteresował się Bogoj.
- No, na trochę... - mruknął Wasyl, który nie lubił się przyznawać do jakiejkolwiek niewiedzy. - Nie bój się. Zrobię z ciebie czarownika jak się patrzy. Spróbuj sam.
Ponownie napełnił puszkę. Dyraj zerknął niepewnie na biały proszek.
- Zaraz – burknął - chcę zobaczyć, co jeszcze przyniosłeś.
- To - uśmiechnął się Wasyl - masz, popatrz sobie.
Wsadził szamanowi w dłoń niewielki kawałek metalu. Bogoj podsunął dar pod nos.
- Przecież to miedź - sapnął zawiedziony.
Wasyl skinął głową.
- Czyściutka. Jak wrzucisz niepostrzeżenie do ognia, pali się na niebiesko i sypie zielonymi iskrami. Prawdziwe diabelstwo.
Dyraj podrapał się w ciemię.
- Bo ja wiem. Jeśli się trafi jakiś kowal, od razu się domyśli.
Rosjanin machnął ręką.
- E tam, co się ma domyślać. Jak chcesz, to przed kowalami się nie popisuj, bracie Bogoj. Lepiej pociągnij łyka.
Wydobył zza pazuchy niewielką flaszkę. Nabrał płynu do ust i podał towarzyszowi. Szaman powąchał podejrzliwie. W nozdrza uderzył go ostry zapach spirytusu. Przełknął palący płyn i wytrzeszczył oczy, bo ujrzał jak Wasyl zapala zapałkę i wypluwa fontannę płynu. Spirytus zapłonął jaskrawo, strzelając ogniem wprost z warg Rosjanina.
Wasyl zakaszlał, otarł usta rękawem.
- I tej sztuczki nie znałeś, Bogoj?- zapytał kpiąco. - Oj, kiepski z ciebie szaman. Niczego pożytecznego cię nie nauczyli? Ale nie martw się. Przy mnie nie zginiesz. Zobaczysz, zrobię cię nie tylko tojonem, ale nawet samym kineesem. Będziesz rządził rodem, Dyraj. Tylko pamiętaj o układzie. Dwie trzecie dla mnie, reszta twoja. No jak, pamiętasz?
- Jeszcze by nie - burknął Dyraj. - A jeśli się domyślą? Co zrobisz, Wasyl?
Mały nożownik uśmiechnął się szpetnie, a jego zielonkawa twarz rozbłysła niczym brzydki, kaleki księżyc, księżyc złych ludzi.
-To już zostaw mnie, Dyraj- szepnął i przeciągnął palcem po gardle.
Ergis drgnął, zdjęty grozą. Niskie gałęzie modrzewia zakołysały się nieznacznie.
Wasyl poderwał głowę.
- Co to?- syknął.
- Nic - usta Bogoja wykrzywił drwiący uśmieszek. Wreszcie zdybał wspólnika w chwili słabości. - Tylko wiatr, bracie Wasyl.
Nożownik uciszył go niecierpliwym gestem.
- Zamknij się, durny. Tu ktoś jest – warknął. - Czuję to.
Serce Ergisa uderzyło na alarm. Chłopiec przywarł mocno plecami do pnia. Bał się. Lęk paraliżował ruchy, zatruwał umysł.
Co mogę zrobić?- myślał gorączkowo, lecz odpowiadała mu pustka. Tkwił pod modrzewiem, niczym zając w bruździe.
- E, zdawało mi się, bracie Bogoj - powiedział stłumionym głosem Wasyl i w tej samej chwili srebrne ostrze poszybowało przez mrok.
Ergisa uratował jedynie zwierzęcy, bezmyślny odruch. Drgnął, skulił się, a nóż, chybiwszy ledwie o szerokość palca, wbił się głęboko w korę.
- Dawaj światło! Podpalaj! - krzyknął Wasyl.
Magnezja wybuchła błękitnawym błyskiem w momencie, gdy Ergis oderwał się od pnia, rzuciwszy do ucieczki. Nożownik skoczył do przodu i na sekundę ich oczy się spotkały. Chłopak ujrzał tuż przed sobą upiorną zielonkawą maskę z płonącymi wściekłością oczami. Obrócił się zwinnie i wpadłszy znów w dobroczynną ciemność, puścił się pędem, byle dalej od potwornego Wasyla.
- Ruszaj! Na co czekasz, idioto! - usłyszał jeszcze stłumiony głos Rosjanina, gnając przed siebie niczym wystraszona sarna.
Uciekając, słyszał kroki prześladowców. Lekkie, miękkie stąpanie Wasyla i ciężki tupot Bogoja. Skręcił prosto w bagno, gdzie skacząc po znajomych kępach, zapadając się w czarną, mętną wodę, oddalał się coraz bardziej od wrogów. Bogoj zatrzymał się tuż przy granicy topieli, lecz Rosjanin nie ustąpił. Do uszu Ergisa dobiegały grząskie cmoknięcia błota. Biegł. Znał drogę, a blada, senna księżniczka czuwała nad jego ucieczką. Wreszcie Wasyl, pogrążywszy się w błocie po kolana, zaprzestał pogoni. Nóż, ciśnięty sprawną ręką, ze świstem przeleciał obok skroni chłopca niczym osobliwy, nocny ptak i upadł w bagnisku.
Ergis pędził w objęcia przyjaznej, znajomej tajgi.
Gdzieś w głębi lasu złowróżbnym chichotem odezwał się zbudzony hałasem i światłem dudek.
Spalona tajga
Tajga szumiała niespokojnie, ale Ergis nie rozumiał jej słów. Szepty i szelesty zaplątane w gałęziach były mu zupełnie obce. W domu rozmawiał z drzewami, wsłuchiwał się w szum modrzewi i sosen, wyczuwał las. Tutaj czuł się obco. Olbrzymia tajga przemawiała głosem, którego nie znał. Była dziksza, potężniejsza, głęboka niczym nocne niebo. Opowiadała o tajemnicach niezrozumiałych dla człowieka. Jednak Ergis potrafił podświadomie wyczuć w rozmowie drzew niepokój, a czasem nawet lęk. Coś się wydarzyło w Drugim Niebie i nie było to nic dobrego. Jakaś nieznana siła zaburzała porządek w zaświatach, przepajając tajgę obawą.
Chłopiec też czuł się trochę nieswojo. Rankiem, ledwo przeprawili się przez odnaleziony wreszcie bród, przeżyli niemiłą przygodę. Wielki konar zwalił się tuż przed nimi na ziemię i tylko przytomności konika, który zręcznie uskoczył w bok, zawdzięczali ocalenie. Ogromna gałąź wyglądała na zdrową, a wiatr ledwie muskał drobne listki w koronach drzew. Odłamany koniec wydawał się jakoś nienaturalnie poszczerbiony, jakby gryzła go oszalała, za to bardzo duża wiewiórka. Przyjaciele uznali wydarzenie za wypadek, ale gdzieś w głębi ich dusz zrodził się niepokój, który nie rozwiewał się przez cały dzień.
Bębenek szedł wolno, ze spuszczoną głową. Znowu zaczął lekko utykać, więc młody szaman zastanawiał się czy nie powinien zsiąść, żeby mu ulżyć, ale nie chciał urazić przewrażliwionego na punkcie swojej niesprawności wierzchowca.
Wędrowali między mrocznymi filarami pni, po nieskończonych komnatach odwiecznego lasu, z każdym krokiem silniej odczuwając, że nie należą do świata, w którym przyszło im się znaleźć.
- Drzewa są gniewne, Ergis - odezwał się konik szeptem. - Chyba lepiej byśmy zrobili trzymając się brzegu rzeki.
Chłopiec pochylił się nieco ku kosmatemu uchu Bębenka.
- One się boją - wyjaśnił półgłosem. - Ale nie nas. W lesie stało się coś złego...auuu!
Urwał, chwyciwszy się nagle za głowę.
- Hej, co jest? - zaniepokoił się srokacz, starając się odwrócić łeb tak, żeby widzieć jeźdźca.
- Nie wiem! - jęknął Ergis. - Coś mnie walnęło w potylicę...
I tym razem nie skończył zdania, bo spomiędzy drzew ze świstem zaczęły się sypać ciskane sprawną ręką kamienie. Zabębniły po okrągłych bokach konika, spadały na plecy skulonego chłopca. Bębenek zarżał dziko i uskoczył w bok tak gwałtownie, aż młody szaman zachwiał się na beczkowatym grzbiecie.
- Uciekaj! – krzyknął. - W nogi, prędko!
Konik zerwał się do galopu i pognał najszybciej jak potrafił, lawirując między pniami masztowych sosen i zwisającymi konarami starych świerków. W ostatniej chwili przeskoczył głęboki wykrot, a Ergis, uczepiony grzywy, oszołomiony uderzeniem w głowę, o mało nie zleciał na ziemię. Kamienie śmigały za nimi jak wściekłe szerszenie, nim nie skryli się głęboko w lesie.
Bębenek zwolnił do żwawego kłusa. Przebiegł jeszcze spory kawałek zanim zatrzymał się, sapiąc z wysiłku i gniewu.
- Co to za obyczaje! – wybuchnął. - Obrzucać kamieniami spokojnych podróżnych! Wszystko mnie boli! Przeklęty bydlak bez wychowania! Nic dziwnego, że drzewa są złe, skoro mieszka między nimi podobny potwór! Oburzające! To skończony cham! Mam odbite żebra i...
- Cicho! - syknął Ergis rozcierając sobie potłuczoną głowę - może być gdzieś w pobliżu.
- Na pewno nie!- obruszył się Bębenek. - Przecież biegłem ile sił.
Chłopiec usiadł ciężko na ziemi. Był trochę przestraszony, a trochę zły. Tajga wydawała mu się nieprzyjazna, mroczna, zaś cały zaświat obcy i dziwaczny. Tęsknił za domem, za starym, kwadratowym bałaganem, przewiewną urasą, rzeźbionym rodowym koniowiązem, oborami dla bydła, zagrodą, gdzie na noc zapędzano konie. Zdawał sobie jednak boleśnie sprawę, że gospodarstwo jest opuszczone, a jego rodzina nie żyje. Nie miał się do kogo zwrócić o pomoc czy chociaż radę. Dziadek Kiten, którego postanowił szukać, też przecież od dawna był martwy. Na Ziemi czyhał na niego zły Dyraj Bogoj oraz jego upiorny wspólnik. Nawet tutaj, w łagodnej Krainie Koni, pod kobaltowym niebem zaświatów, ktoś dybał na jego życie podstępnie obrzucając kamieniami.
- Zostały mi tylko wspomnienia, nawet duchy bliskich są daleko, sam nie wiem gdzie - pomyślał i zebrało mu się na płacz. Pod powiekami poczuł napływające łzy. Zamrugał rozpaczliwie, żeby nie pozwolić popłynąć słonym kroplom.
Konik pochylił nisko łeb, trącił chłopca nosem.
- Hej, mały – parsknął. - Nie przejmuj się. Razem sobie poradzimy, zobaczysz. W końcu jesteś wielkim szamanem, a ja twoim rumakiem.
Jeden wart drugiego, podsumował Ergis, ale nic nie powiedział.
Wstał, wytarł oczy rękawem.
- Nie ważne kto to był - powiedział, starając się nadać głosowi stanowcze brzmienie. - Atak może się powtórzyć. Musimy uważać.
Bębenek potrząsnął grzywą, jakby się wzdrygnął.
- Wolałbym już wyjechać z tego lasu – szepnął. - Słyszysz jak tu cicho? Nawet gałęzie nie szumią.
Ergis obrócił głowę, nasłuchując.
- Rzeczywiście - stwierdził odruchowo zniżając głos. - Jak w grobie.
Wytężył wzrok i między martwymi słupami pni dostrzegł plamę popielatej szarości.
- Co to może być?- srokacz też patrzył w tę stronę.
Ergis odetchnął głęboko. W powietrzu unosiła się ostra, żelazista woń. Drgnął, bo rozpoznał niezwykły odór.
- Nic dobrego. Pachnie złem i smutkiem - wyszeptał - jak mój dom po napadzie.
Konik cofnął się o krok.
- Lepiej wracajmy.
Chłopiec potrząsnął przecząco głową.
- Nie. Chcę się przekonać co przeraża tajgę.
Ruszył przed siebie. Gałązki pod stopami trzaskały niczym strzały z bicza.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł - burknął Bębenek, jednak poszedł za swym panem.
Z bijącym sercem Ergis zbliżał się do cuchnącej złem strefy. Zatrzymał się na skraju, tam gdzie trawa i poszycie lasu nabierało barwy popiołu.
- Mateczko Dziewico i święty Mikoło!- jęknął konik - smoki tędy lazły?
Szara pręga ciągnęła się przez tajgę niczym droga do piekła. Przypominała szeroką bliznę, zniszczoną tkankę w zwartej ścianie lasu, wypaloną przez nieznaną, a złowrogą siłę. Odbarwione, kruche liście przypominały płytki z wypolerowanej kości. Gruzłowata, spękana kora pokrywała pnie na kształt obrzydliwych narośli, zakrzepłego śluzu potwora. Szare, jakby ulepione z popiołu drzewa wyciągały ku przybyszom martwe kikuty konarów. Młode samosiejki i nieliczne krzaki pokrywała gęsta warstwa lepkiego kurzu, przywodząca na myśl upiorny szron. Szadź z krainy umarłych. Rzeczywiście, las w tym miejscu wyglądał, jakby spopielił go gorący oddech jakiejś bestii.
- Popatrz - szepnął srokacz stłumionym, nienaturalnie cienkim głosem - tam jest lis. I jenot. I kozioł górski.
W brązowych oczach konika lśniło przerażenie. Ergis spojrzał, a potem z trudem przełknął ślinę. Otworzył usta, ale się nie odezwał.
Zwierzęta stały w nienaturalnych pozach, w samym środku smugi szarości. Lis zamarł, obiegając pień wysokiego modrzewia. Kozioł wspinał się na tylne nogi, jakby chciał wdrapać się na sosnę, a jenot trzymał w zębach koniec własnego ogona. Ergis podniósłszy nieco wzrok, zauważył, że na gałęzi siedzi skamieniały ptak, nieruchomy na kształt fujarki z gliny.
Świstawka dla diabła, przebiegło mu przez głowę.
Wszystkie stworzenia miały popielatą, jakby pokrytą pyłem sierść, sklejoną i brudną. Przywodziły na myśl odlewy z brzydkiego, chropowatego gipsu. Cuchnęły ciężkim, słodkawym odorem zgnilizny.
Nie tak wyglądało Drugie Niebo, kiedy opisywał je dziadek Serken, pomyślał ogarnięty nagłą grozą Ergis. To zło naruszyło równowagę. To jego boją się drzewa.


Fragment udostępniło Wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-02-01 (1693 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej