Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Pradawne zło
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Oko Jelenia. Droga do Nidaros - Andrzej Pilipiuk

Trzy wymiary


Visby, Gotlandia. 12 września 1559
Marius Kowalik zwolnił kroku. Zagryzł wargi. Od chwili gdy pół wachty temu zszedł z pokładu „Pięknej Astrid”, miał wrażenie, że ktoś za nim idzie. Teraz w wąskich zaułkach dzielnicy hanzeatyckiej zdołał ich rozpoznać. Zmieniali się co jakiś czas, aby nie odkrył ich obecności. Potężnie zbudowany mężczyzna w długim flamandzkim płaszczu z sukna, młody chłopak w płóciennej koszuli o wystrzępionych rękawach i starszy człowiek wyglądający na szwedzkiego szlachcica... Marius zawahał się. Nie wyglądali na zwykłych portowych obszczymurów. Był jakiś powód, dla którego za nim leźli. Czy został rozpoznany, gdy wysiadał z okrętu, czy może ktoś ostrzegł wcześniej, że przybędzie do Visby, i po prostu czekali w porcie? Duńscy szpiedzy? Tak, to bardzo prawdopodobne. A zatem nie może iść prosto do kuzyna. Najpierw trzeba ich zgubić.
Rozejrzał się wokoło, udając, że pobłądził. Olbrzym w płaszczu stał u wylotu zaułka. Wyglądał na dość znudzonego swoją robotą. Marius odczekał, aż ten zagapi się na tragarzy niosących okute kufry, i błyskawicznie odskoczył za róg, gdzie otwierał się wąski, cienisty pasaż prowadzący na równoległą uliczkę. Niestety, w tym zaułku też mu się nie powiodło. „Szlachcic” czaił się przed kantorem kupca bławatnego, udając, że z uwagą ogląda wywieszone przy drzwiach próbki sukna. Kowalik cofnął się między domy.
Do diaska, co robić?!
Z tyłu dobiegły ciężkie kroki. Siepacz zauważył, że śledzony wymyka się z pułapki...
A może zaatakować go, obalić na ziemię, stuknąć czymś w głowę? Marius odwrócił się, kładąc dłoń na rękojeści kordu. Przejście było prawie puste, tylko dwaj podpici marynarze stali pod jedną ze ścian, wiodąc spór. Wykrzykiwali do siebie po rosyjsku straszliwe wielopiętrowe obelgi i najwyraźniej za chwilę mieli wziąć się do rękoczynów. Marius popatrzył na nich zdumiony. Jeden z adwersarzy był potężny, zwalisty, posturą przypominał niedźwiedzia. Drugi drobny, zadziorny jak kogut, najwyraźniej nic sobie nie robił z fizycznej przewagi rozmówcy. Byczek w płaszczu przebiegł między nimi, odpychając ze złością stojącego mu na drodze kurdupla. Ten wykonał dziwny gest ręką.
Szpieg zdołał przebiec jeszcze pięć kroków, nim zaplątany we własne jelita runął na ziemię i z cichym westchnieniem oddał ducha. Niedźwiedziowaty przyskoczył do osłupiałego Kowalika i podał mu obszerny habit.
- Przysyła nas Peter Hansavritson - szepnął po niemiecku. - Przeczuł, że macie kłopoty.
- I rzeczywiście mieliście - ukłonił się jego towarzysz. - Z Bożą pomocą dwa problemy zostały rozwiązane, jednakowoż co najmniej trzy podobne krążą wokół niczym kruki szukające żeru. Tedy lepiej będzie i wygląd, i miejsce pobytu bystro zmienić.
Marius bez słowa narzucił na siebie ubiór, osłonił twarz kapturem.
Zabójca schował nóż do rękawa i ponaglił ich gestem. Ruszyli szybkim krokiem przez mroczne bramy oraz cuchnące, ciasne zaułki. Lada moment ktoś mógł wejść w uliczkę i spostrzec trupa...

                                                                                   * * *             
Drobna dziewczyna siedziała na głazie. Milcząc, podziwiała las porastający stoki gór. Zakłopotana nawijała na palce pasmo rudych włosów. Słońce powoli opadało ku ziemi. Przedwieczorny wiatr niósł chłód. Dorodna łasica wskoczyła na leżący niedaleko pień brzozy.
- Helu...
- Tak, pani?
- Muszę teraz odejść. Pora, byś udała się na spoczynek - powiedziało zwierzę. - Zapamiętałaś wszystko, co mówiłam?
- Tak, pani. Boję się... To góry. Jeśli mam przez wiele dni spać w jaskini, wilki mogą mnie wywęszyć i pożreć. Ponadto ludzie. Co będzie, jeśli odnajdą moją kryjówkę?
- Strach twój jest całkowicie bezpodstawny. Hela milczała długo. Wreszcie z westchnieniem wstała z kamienia. Schyliwszy się, weszła do niewielkiej jaskini. W kącie czekało już posłanie ułożone z gałązek nakrytych wiązkami trawy. Ułożyła się wygodnie. Rozprostowała fałdy sukni.
Pani...
No co jeszcze? - Zwierzę zaczęło się niecierpliwić.
- Gdy wykonam moje zadanie... Czy będę mogła wrócić do Polski?
- Nie. Zostaniesz tu już na zawsze.
Dziewczyna poczuła, jak ogarnia ją dziwny bezwład. Zapadała w letarg, czuła zimno postępujące od stóp w stronę serca. Zadrżała. Raz już przecież umierała. To było tak podobne... Niechciane wspomnienie wypłynęło z głębin pamięci. Zapach dymu i krwi, ból, twarde deski pod plecami, świadomość nieuniknionego końca... Myśli zgasły.
                                                                 * * *  
Leżałem wygodnie wyciągnięty na czymś miękkim. Słońce grzało delikatnie, w powietrzu unosił się zapach lasu i mchu. Uchyliłem leniwie powieki. Stare świerki łagodnie kiwały się na wietrze. Gdzie jestem? Przez chwilę nie pamiętałem. Miałem wrażenie, że są wakacje i położyłem się gdzieś zmęczony spacerem. Pamięć wróciła nagle, jakby ktoś włączył telewizor. Aż mnie ogłuszyło. Zagłada ludzkości, ucieczka przez park, ten sympatyczny chłopak i jego schron. A potem... Zniknięcie biblioteki i to stworzenie, jakby skrzyżowanie ślimaka z kłębem szmat do podłogi. Wszystko runęło na mnie niczym tsunami.
Zaraz, zaraz... Jaka zagłada ludzkości...? Próbowałem z obrazów w umyśle wyłowić ten, który pomoże mi zrozumieć, co właściwie zaszło.
Usiadłem i rozejrzałem się dziko wokoło. Gdzie ja jestem?! Obca planeta? A może po prostu nie żyję? Co powinno być w raju? Bóg, chóry anielskie, chmurki, ludzie poubierani w koszule nocne? Aniołowie jakoś się nie pojawiali, zamiast koszuli nocnej miałem na sobie zwykłe ciuchy, ale okolica wyglądała dość sielankowo. Słońce grzało przyjemnie, lecz nie prażyło, w lesie wiał przyjemny, chłodny wiaterek. Jeśli to niebo, to naprawdę fajnie im wyszło... Coś mnie użarło w dłoń. Komar.
Czy w raju są komary? Chyba nie. Do celów symulacji też nie są potrzebne... Piekło? Diabłów, siarki, płomieni i kotłów nie było wokoło widać. A i komarów pewnie lata tam więcej. Pewien ksiądz mówił mi kiedyś, że piekło to nieobecność Boga. To by się nawet zgadzało... A może czyściec?
Nie, teologia tutaj nie pomoże. W świetle tego, co zapamiętałem, moje ocalenie ma podstawy, nazwijmy to, racjonalne. Najwyraźniej zostałem przeniesiony z krzaków za biblioteką w jakieś miłe miejsce. Tylko gdzie, do licha? Do Ameryki? Bez sensu, ją też za kilka godzin szlag trafi. Może już trafił? Przecież nie wiem, ile czasu minęło, odkąd razem ze Staszkiem spotkaliśmy to... coś.
Podniosłem się z polanki. Nadal miałem na sobie to samo ubranie, ale plecak z laptopem, który jak idiota dźwigałem nawet w ostatnią podróż, i pistolet najwidoczniej zostały tam... Wyciągnąłem garść monet. Wyglądały dziwnie, były podejrzanie lekkie. Ścisnąłem w palcach pięciozłotówkę, a ona rozsypała się w proch. Najwyraźniej tylko po wierzchu napylono ją niklem, a głębiej było coś, co przypominało trociny. Jak to możliwe?
- Tu jest za mało metali, nie mogłam odtworzyć wszystkiego - usłyszałem. - Priorytet ustawiłam na związki organiczne.
Odwróciłem się gwałtownie. Na pniu powalonego drzewa siedziało niewielkie zwierzątko. Kuna? Nie, łasica. Patrzyła na mnie przenikliwie. Czy to ona przemówiła? Policzyłem powoli do dziesięciu.
- Kim jesteś? - wykrztusiłem, obawiając się, że robię z siebie idiotę.
- Ina - przedstawiła się. - A ty jesteś Marek Oberech.
Miałem ochotę przytaknąć, lecz uświadomiłem sobie, że łasica nie pyta, tylko stwierdza fakt. Usiadłem na mchu i przez dobrą minutę zbierałem myśli. Żyję, jestem w lesie i ot tak rozmawiam sobie z gadającym zwierzakiem. A zanim się tu znalazłem, zgodziłem się zostać niewolnikiem ślimaka z obcej planety. Może, usłyszawszy o nadchodzącej zagładzie, zwariowałem i to wszystko mi się tylko roi? A może kochani uczniowie dosypali mi czegoś do kawy? Czegoś diabelnie silnego, syntetycznego narkotyku najnowszej generacji, zdolnego kompletnie odmóżdżyć człowieka? Tylko po co? Przecież nie zapowiadałem na dziś klasówki.
- OK - odezwałem się wreszcie. - Wiesz przypadkiem, gdzie my tak właściwie jesteśmy?
- Na twojej planecie - odpowiedziała.
Dobra nasza. Pojawiają się nielogiczności, zatem teoria z dosypaniem narkotyku do kawy nie jest taka głupia. Wystarczy teraz poczekać, żeby przestał działać. Środa dzisiaj, przepadnie mi popołudniowy kurs i korepetycje wieczorem, ale może nie wylecę z roboty.
- Ziemia została całkowicie zniszczona - zaprotestowałem. - Jeśli nawet nadal istnieje w jednym kawałku, to jako wypalony kosmiczny wrak, pozbawiony życia biologicznego. Jak więc wyjaśnisz ten las? - Byłem pełen podziwu dla własnej przebiegłości.
- Skrat wysłał cię do innego czasu.
- Skrat?
Zatrzeszczało i w powietrzu zmaterializował się nieduży hologram ślimakoida, którego spotkałem w krzakach za biblioteką. Widziany w całości stwór wyglądał jeszcze gorzej.
- Ekstra - mruknąłem.
- Pamiętasz?
- Tak.
- Całe szczęście. Czasem występują błędy przy kopiowaniu osobowości. Dusza kiepsko poddaje się technice.
- Aha. I ten Skrat... - Nie byłem w stanie odtworzyć intonacji, ale zrozumiała.
- Zgodziłeś się zostać jego niewolnikiem - powiedziała. - Tak jak swego czasu ja. Teraz nadszedł czas, by rozpocząć służbę.
- Jesteś prawdziwa? - zapytałem chytrze.
- W jakim sensie? - zdziwiła się. - Jestem tu w postaci materialnej, nie holograficznej. O to ci chodziło?
I gadaj tu z taką.
- Nie potrafię ocenić, czy to, co widzę wokół siebie, jest realne - poskarżyłem się. - To, co zapamiętałem, może być wytworem mojej wyobraźni, podobnie jak to, co widzę teraz.
- Waszym problemem, Ziemianinie, jest filozofia -odparła. - Jako jedyna rasa w znanym kosmosie wymyśliliście systemy pojęciowe negujące otaczającą was rzeczywistość. Realne jest to, co dostępne waszym zmysłom. Symulacja rzeczywistości na taką skalę to bzdura z ekonomicznego punktu widzenia.
- Czyli co? Zostałem przeniesiony w przeszłość? Do czasów przed katastrofą?
- Niezupełnie przeniesiony. - Pokręciła głową zupełnie po ludzku. - Ale reszta w ogólnym zarysie się zgadza. Znajdujesz się w tym, co twoi pobratymcy zwykli zwać przeszłością.
Wehikuł czasu? Cóż, w świetle ostatnich wydarzeń byłem nawet skłonny w to uwierzyć. Jeżeli dysponują technologią umożliwiającą skok międzygwiezdny i kradzież pięciu milionów książek razem z ważącym tysiące ton budynkiem, co w tym dziwnego, że potrafią przemieszczać się swobodnie w przeszłość czy w przyszłość...
- Nie jesteś z Ziemi - powiedziałem.
- Masz na myśli glebę czy planetę?
Pytanie było tak debilne, że tylko z największym trudem zdołałem zachować powagę.
- Planetę. Powiedziałaś coś o mojej planecie, o moich „pobratymcach”... Zatem sama nie jesteś stąd. - Spojrzałem na nią badawczo.
- Byłam tancerką i poetką planety Czita, krążącej wokół gwiazdy Elly. - Uniosła głowę.
Powiedziałbym, że z dumą, ale cholera wie co ten gest u nich oznacza. Fajnie, kosmos, jak się okazuje, jest pełen życia i obcych cywilizacji, niczym w „Gwiezdnych wojnach”. Nawet mają swoją poezję. Ciekawe, o czym układają poematy. Jak przyjemnie jest cuchnąć chlorem i kraść biblioteki z obcych planet? Tancerka? Czworonożna?!
- Gdzie to jest? - zapytałem z głupia frant.
- Gwiazdę, wokół której krążyła nasza planeta, nazywacie Epsilon Eridani.
- Aha. Wszystko jasne. - Nie byłem astronomem, nic mi to nie mówiło, choć nazwa rzeczywiście obiła mi się kiedyś o uszy. - Dlaczego znalazłaś się tutaj?
- Nasza cywilizacja przestała istnieć - wyjaśniła łasica. - Spadły bryły kosmicznego lodu. Wilgoć przesyciła atmosferę. Wy mieliście szczęście, kilkadziesiąt godzin i po problemie. - Domyśliłem się w jej głosie zazdrości. - My na zagładę naszej cywilizacji musieliśmy patrzeć przez długie lata.
- Wyrazy współczucia. I wtedy wylądował u was Skrat i wyciągnął cię w ostatniej chwili?
- On nie wyciąga - nie pojęła przenośni. - Zapisał moją osobowość, a ciało zostawił. Zawsze tak robi. Także w twoim przypadku - uprzedziła pytanie.
- Czyli mój trup gdzieś tam właśnie zamienia się w popiół?! - zdumiałem się.
- Nie w tej chwili, tylko za setki lat - poprawiła mnie. - Choć zasadniczo tak. Skrat oczywiście nie czekał, by sprawdzić, jak wygląda zagłada waszej planety. Wykonał nagranie i oddalił się.


Fragment udostępniło Wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-03-28 (1511 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej