Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
17 podniebnych koszmarów
 
Katalog - dodano
 Królestwo
- Jess Rothenberg
 Nasi przyjaciele z Frolixa 8
- Philip K. Dick
 Żółte ślepia
- Marcin Mortka
 Lanny
- Max Porter
 Pułapka Tesli (wyd.2)
- Andrzej Ziemiański
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Hell-P #2 - Eugeniusz Dębski



Wróciliśmy pod budynek kwadrans po piątej. Tłum zgęstniał, ale niewiele, z daleka było słychać jakąś kościelną pieśń. Transparenty falowały i podrygiwały, na większości była tylko Maria, logo radiostacji i miasto, skąd przybyła grupa wspierająca. Niektóre miejscowości zdobyły się jednak na bardziej wylewne dowody zaangażowania. Poza Kielcami i Radomiem zobaczyłem mało estetyczny w wykonaniu i lekko obsceniczny w wymowie transparent KOBYŁKA KOCHA I WITA OJCA DYREKTORA RYDZYKA. Poza tym pojawiły się zapewnienia z Bielska Białej, Tarnowa, Elbląga. Szukałem Warszawy, Krakowa, Katowic czy Wrocławia, ale nie było. Albo metropolie były zajęte wyborami, albo miały mniej pary niż małe ośrodki kultu. Coś mi przyszło do głowy.
– Właśnie skojarzyłem, że słowa „Cthulhu” i „kultu” są podobne... Nie wywodzi się jedno z drugiego?
– E tam – odpowiedział po chwili namysłu Jerzy. – Za daleko idące oskarżenie.
Ale w jego głosie zabrakło pewności. Co – najpierw miałby być piekielny przerażający Cthulhu, a dopiero potem powstało samo słowo, określające wiarę weń? Wyjąłem swojego mio, świadomy, że kudy mu tam do wypasionego palmtopa Jerzego, i przez satelitarkę połączyłem się z sieciowym Kopalińskim. „KULT – oddawanie czci relig., ubóstwienie; ogół ceremonii, praktyk relig.; wielki szacunek, cześć dla kogo a. czego, uwielbienie; gorliwe uprawianie, rozwijanie czego”. PWN zaś rozwinął: „KULT [łac. cultus ‘pielęgnacja’, ‘troska’ ‹ colere ‘odwracać ziemię pługiem’]”. Łacina... Czyli – jednak – późno. A do łaciny z czego to przesz...
Z rozmyślań językowych wyrwało mnie trącenie w ramię. Jerzy odłożył kamerę.
– Chyba dwie sztuki są. Były, w każdym razie. Patrz. – Podał mi swojego palma.
Widniała na nim niska staruszka w wysokim wełnianym turbanie, trudna do przeoczenia, chyba żeby miała sto dwadzieścia wzrostu i kucała w tłumie. Drugim guimonem też była kobieta, dorodna, rumiana, krótkie włosy, bez nakrycia głowy, również charakterystyczna.
– Którą wybierasz? – zapytał bezwzględny Jerzy.
– Tę rumianą – powiedziałem po sekundzie namysłu.
– No to – gdyby nic się nie zmieniło – idziesz za nią. Ja za tą drugą. Likwidujemy. Wracamy każdy do swojego samochodu i jedziemy. I o każdej pełnej godzinie sprawdzamy kasę numer cztery na dworcu głównym. Ale to plan awaryjny. Na razie czekamy tutaj na rozwój wypadków.
Powoli ściągały ekipy telewizyjne. Mimo kampanii wyborczej widziałem reprezentantów co większych stacji; w końcu Ojdyrydz miał, podobno, spory elektorat, jego słowo mogło zaważyć na wynikach wyborów, a – z tego, co wiedziałem – nie poparł jeszcze ostatecznie żadnej z partii, ani skoLPRomitowanej, ani PISkającej.
Zrobiło się chłodno, przez ulicę Legionów przeleciał zimny wiatr. Zapiąłem kurtkę z goreteksu, włożoną przede wszystkim dla osłonięcia Gnata. Jerzy wyciągnął swoją kamerę, statyw, poszliśmy w górę ulicy, zbliżając się do narożnika i siedziby radia.
Większość kamer ustawiła się, na ile to było możliwe, dokładnie na wprost posesji zajmowanej przez radio. Za kwadrans osiemnasta. Otworzyłem usta, żeby powiedzieć, że zgromadzeni tu ludzie, daliby się pokroić, byle nie pozwolić na ustawienie anteny nadawczej pół kilometra od swojego osiedla, a tu dobrowolnie dają się „napromieniowywać”, ale nie zdążyłem.
– W tłumie nie strzelaj – szepnął do mnie Jerzy.
Urażony zapomniałem o antenie.
– Proszę cię! – jęknąłem. – Za kogo ty mnie masz?
– Wolę dwa razy nadepnąć, niż raz wdepnąć! – Puścił do mnie oko. – Jak się da, to ja sam się nimi zajmę, tu, na miejscu. – Popatrzył w jasne niebo. – Żeby już było ciemno – westchnął.
Ale nie było i nie zamierzało być. Do zmierzchu zostały jeszcze dobre cztery godziny, do tego czasu tłum rozwiozą po szpitalach karetki. Pomyślałem, że powinni tu, w Toruniu, założyć Centrum Babci i Dziadka, geriatria na pewno kwitła w miejscowych szpitalach.
– Posłuchaj, nie ma co się... wiesz...
– Obcyndalać? – podsunąłem mu.
– Tak, obcyndalać. Wchodzimy w tłum, idź za mną. Kiedy zlokalizuję guimona, podrapię się za uchem. – Pokazał, jak się drapie za uchem. Skinąłem głową. – Wtedy ustawiasz się tak, żeby ściągnąć uwagę tłumu na siebie, i kiedy potrę czoło – znowu pokazał, jakbym nie wiedział, w jaki sposób Amerykanie pocierają czoło – musisz odwrócić ich uwagę ode mnie. Wymyśl coś. A ja zlikwiduję guimona.
– Chyba zwariowałeś?! – Poklepałem się w czoło, nie po to, by pokazać mu, jak Polacy klepią się po czole, bynajmniej. – Nie zostaną z ciebie nawet atomy, jak któreś zobaczy, że... że...
Pokazał mi statyw. Odwróciwszy się plecami do głębi ulicy, zręcznym ruchem wyprostował jedną nogę statywu, a potem szczęknął czymś i w złomie pojawiło się ciemne, matowo połyskujące ostrze.
– Przytrzymam ciało, a potem ono się rozsypie w sekundę. Nawet jeśli ktoś zobaczy, to nie uwierzy oczom, a ja w tym czasie będę już trzy metry dalej. No i liczę na ciebie. – Uśmiechnął się przekornie.
– Chol-lera...
– Ja też nie lubię. Ale nie przybyliśmy tu na ulubione zajęcia...
– Wiem, ale...
– Ale targają tobą ciągle wątpliwości? Wyrzuty sumienia?
– Obawy...
– Że zadźgam niewinną staruszkę? Też się tego boję.
– I?
– I nie mam nic mądrzejszego do powiedzenia niż: ...
– Taa...
– No to?
Pokiwałem głową. Jerzy starannie omijał z rzadka jeszcze stojących ludzi. Tłum skończył śpiewać jedną pieśń, a z jakiegoś brzęczącego głośnika dobiegły pierwsze słowa innej, została podchwycona, poszczególne głosy dostroiły się, z wyjątkiem, jak zwykle kilkunastu w nieuzasadniony sposób nadgorliwych. Nie mój problem – brzmienie kościelnego chóru. Snułem się za Jerzym, który – co zobaczyłem dopiero po kilku krokach! – otwierał usta i zamykał, bardzo udatnie udając, że śpiewa. Nie odważyłem się pójść w jego ślady.
Holendrowaliśmy tak po tłumie dobre dziesięć minut. Nagle, omijając jakąś młodą kobietę, szczelnie, jak w cerkwi, owiniętą chustą, zobaczyłem, że Jerzy drapie się za uchem.
Serce zabiło mi mocniej. W pierwszej chwili chciałem przesunąć się tak, by zobaczyć którego guimona wytropił.
A jeśli będzie stał za kimś innym? – pomyślałem. Wyjdzie mi, że się myli, a on się nie myli, tylko znalazł trzeciego? A może się myli, a ja? Co ja? Bo jak on...
Prawie zaplątałem się w zaimkach osobowych. Zacisnąłem zęby i się przymierzyłem. Tłum patrzył lekko w lewo, przesunąłem się w prawo, nieco bliżej budynku. Zaczynało być nieprzyjemnie, coraz więcej osób przyglądało się ze słabo maskowaną niechęcią mnie, młodemu, zdrowemu, dążącemu do zbliżenia. Wyciągnąłem głowę jak żyrafa, rozejrzałem się. Jerzy drapał się zawzięcie po czole, jakby chciał zedrzeć sobie skalp, od oczu począwszy.
Wyskoczyłem ponad tłum i ryknąłem:
– Ojcze Tadeuszu! Wyjdź do nas! Prosimy cię! Tak długo czekamy!!! Oj-cze! Oj-cze!
Kiedyś widziałem w „Brainiacu”, na Discovery, eksperyment, sprawdzający, ile osób jest w stanie wzbudzić na trybunach stadionu „meksykańską falę”. Okazało się, że jeśli obok siebie siądzie siedem osób, to mogą już porwać resztę stadionu. A ja usiłowałem sam poderwać kilkusetosobowy tłum! Ktoś stojący obok odezwał się nieśmiało „oj-cze”, ale cicho. Nie poderwałem więcej nikogo, ale najbliżej stojący, patrzyli na mnie z mniejszą lub większą aprobatą. Podskoczyłem jeszcze kilka razy.
– Tak! – wrzasnąłem, wskazując rozgłośnię za niebieskim, niezachęcającym do forsowania, płotem. – Tam!
Uwaga tłumu przeniosła się natychmiast na ozdobiony dużym obrazem świętym budynek. Pochyliłem się i rozkaszlałem, klepiąc po piersi. Pochylony i kaszlący, jakbym się zakrztusił wrzaskami, zacząłem się przedzierać przez tłum ku jego obrzeżom. Jerzego już nie widziałem, i zastanawiałem się, jak go znajdę, o ile nie wpadnie na ten sam pomysł, co ja.
Nie było go tutaj.
– Sporo ryzykujesz, chłopcze – rzekł pouczającym tonem gość z identyfikatorem jakiejś stacji telewizyjnej na smyczy. – Już tu bywali tacy cwaniacy, którzy chcieli wzbudzić spektakularne zachowania tłumu. Jedni stracili licencje, inni dostali po pysku, a na tym bruku legła kupa dobrego sprzętu.
Miałem na szyi markową torbę z napisem HASSELBLAT na froncie. Zawierała zapasowe magazynki, i – czego nie pokazałem Jerzemu – srebrny nóż do papieru, kupiony w kiosku hotelowym i wyostrzony na kamieniach obrzeża klombu pod hotelem. Nic w końcu nie rydzykowałem?!
– Nudy... – poskarżyłem się, robiąc skruszoną minę. – Co ja przywiozę?
– Poczekaj, aż wyłoni się Ojdyr – powiedział z wyższością udobruchany moją pokorą doświadczony fachur. – Zrobi się taki jazgot, że...
– A wy tu czego? – rozległ się nagle z boku chrapliwy skrzek. – Żydy pioruńskie! Wont stond!
Siwy, dobrze odżywiony mężczyzna po sześćdziesiątce wyciągał ku nam palec i potrząsał nim.
– Zasrańce, cholerne! – pieklił się. – Raus! – przeskoczył niespodziewanie na obcy język.


Fragment udostępniła Agencja Wydawnicza Runa








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-04-08 (1654 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej