Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Pisane krwią
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Ostatni elf - Silvana De Mari



Deszcz padał już od wielu dni. Błoto sięgało mu do kostek. Jeśli nie przestałoby wreszcie padać, to nawet żaby utopiłyby się w tych moczarach, w które zamienił się świat.
Z pewnością zginąłby też on sam, gdyby nie zdołał sobie szybko znaleźć jakiegoś suchego schronienia.
Świat był zimny. Ciepłe miejsce to kiedyś kominek w domu babci. Ale to było dawno temu. Serce małego elfa ścisnęło się z tęsknoty.
Babcia mawiała, że jeśli wystarczająco mocno czegoś pragniesz, twoje marzenie może stać się rzeczywistością. Sama jednak nie potrafiła już marzyć. Pewnego dnia mama odeszła tam, skąd już się nie wraca, i babci nie udało się potem nigdy o niczym zamarzyć. On był na to za mały. A może nie.
Mały elf zamknął na chwilę oczy i zamarzył najmocniej, jak tylko potrafił. Poczuł na skórze ciepło palącego się ognia. Poczuł, że ma ogrzane stopy. Coś do jedzenia.
Z powrotem otworzył oczy. Wydało mu się, że teraz jego stopy są jeszcze bardziej zmarznięte, a jego żołądek jeszcze bardziej pusty. Nie zamarzył wystarczająco mocno.
Poprawił mokry kaptur na mokrych włosach. Nosił żółty elfi płaszcz. Żółte, grubo tkane płótno było ciężkie, szorstkie i przed niczym go nie chroniło. Woda wlała mu się za kołnierz i zaczęła spływać po plecach, wzdłuż kręgosłupa, aż do spodni. Wszystko, co miał na sobie, było żółte, szorstkie, przemoczone, brudne, zniszczone i zimne.
Może kiedyś będzie nosił ubrania miękkie jak skrzydła wróbli i ciepłe jak puch kaczek, w kolorach morza i wschodzącego słońca.
Może kiedyś będzie miał suche stopy.
Może kiedyś odejdzie Cień i ustąpi Lód.
Z powrotem zaświeci słońce.
Gwiazdy znów rozbłysną na niebie.
Może kiedyś.
Marzenie o czymś do jedzenia na nowo wypełniło mu myśli.
Przypomniał sobie o podpłomykach babci; serce jeszcze raz ścisnęło mu się
ze wzruszenia.
W całym jego życiu babcia zrobiła je tylko raz. Było to w czasie ostatniego święta nowiu, kiedy również elfom rozdano pół worka mąki, kiedy na niebie lśnił jeszcze księżyc.

Osłaniając ręką oczy, mały elf spróbował dostrzec cokolwiek w deszczu.
Zapadał zmrok. Niedługo miało się zrobić całkiem ciemno. Przed nadejściem nocy musiał znaleźć jakieś schronienie. Schronienie i coś do jedzenia. Kolejna noc
w błocie i o pustym żołądku, a nie dożyłby poranka.
Wysilając wzrok, zmrużył swoje duże oczy. Jego spojrzenie błądziło wśród zlewających się ze sobą szarości drzew, ziemi i nieba, aż wreszcie zatrzymało się na najciemniejszym dostrzegalnym kształcie. Serce zabiło mu mocniej. Odżyła nadzieja. Zmęczone nogi grzęzły po kolana w błocie, lecz mimo to ruszył najszybciej, jak tylko potrafił w stronę ciemnego punktu, ani na chwilę nie spuszczając go z oczu. Przez moment, podczas gdy deszcz padał coraz gęściej, pomyślał ze strachem, że to tylko kilka ciemniejszych drzew. Po chwili zdołał jednak rozróżnić ściany i dach. Pośród drzew ukryta była maleńka, opleciona pnączami, drewniano-kamienna konstrukcja.
Kiedyś musiała służyć jako schronienie dla pasterzy i węglarzy.
Babcia miała rację. Jeśli marzysz wystarczająco mocno, wystarczająco długo, jeśli przepełnia cię wiara, twoje marzenie się spełni.
Mały elf znowu zamarzył o ogrzewającym go ogniu. Przez moment zdołał się rozgrzać na samą myśl o ciepłym, pachnącym żywicą i szyszkami dymie. Z rozmyślań wyrwało go nagle wściekłe szczekanie psa. Poczuł się zdezorientowany. To nie było tylko marzenie. Naprawdę czuł ciepło dymu i zapach palonych w ogniu szyszek. To nie była tylko jego wyobraźnia. Zbliżył się do chaty człowieka.
Teraz było już za późno.
Marzenia mogą być czasem zgubne.
Szczekanie psa ogłuszyło go. Mały elf zaczął biec. Może mógłby jeszcze uciec. Gdyby pobiegł wystarczająco szybko, udałoby mu się dostatecznie zwiększyć odległość dzielącą go od zwierzęcia. W przeciwnym razie zostanie schwytany przez ludzi, a wtedy będzie mógł już sobie tylko pomarzyć o spokojnej śmierci z zimna i głodu. Potknął się o korzeń, w którym ugrzęzła mu jedna stopa. Upadł twarzą w błoto. Po chwili miał już na grzbiecie psa. To był koniec.
Malec nie miał odwagi nawet oddychać.
Upłynęło kilka chwil.
Pies nie pozwalał mu się ruszyć, ale jeszcze nie zatopił w nim swoich zębów. Na szyi czuł jego oddech.
– Zostaw go – powiedział głos.
Brzmiał oschle i władczo. Pies odstąpił od swojej zdobyczy. Mały elf znów mógł oddychać. Spojrzał w górę. Człowiek był bardzo wysoki. Żółtawe włosy, splecione jak gruby sznur, otaczały mu czubek głowy. Na jego twarzy wcale nie było widać żadnej sierści. A jednak babcia nie miała wątpliwości – ludzie mają na twarzy sierść. Nazywa się to broda i jest to jedna z licznych rzeczy, które odróżniają ich od elfów. Mały elf skupił się, usiłując coś sobie przypomnieć. Nagle jego twarz się rozpromieniła.
– Ty być człowiek kobieta – stwierdził triumfalnie.
– Mówi się kobieta, głupku – powiedział człowiek.
– Och, ja przepraszać, kobieta głupku, ja bardziej uważać, teraz już dobrze cię nazywać, kobieta głupku – zapewniał gorliwie malec.
Ludzka mowa stanowiła dla niego pewien problem. Znał ją słabo. Tymczasem ludzi zawsze było tak łatwo rozdrażnić, a rozdrażnieni – stawali się okrutni. Co do tego babcia również nie miała wątpliwości.
– Chłopcze, chcesz źle skończyć? – zagroził człowiek.
Mały elf poczuł się niepewnie.
Chociaż babcia zawsze go uprzedzała, że całkowity brak jakiejkolwiek zdolności logicznego myślenia – określany jednym słowem jako „głupota” – jest podstawową cechą odróżniającą rasę ludzką od elfickiej, to niedorzeczność pytania była tak wielka, że całkowicie zbiła go z tropu.
– Nie, ja nie chcieć, kobieta głupku – zapewnił mały elf – ja nie chciała źle skończyć, to nie być w moich planach – przekonywał.
– Jeśli jeszcze raz użyjesz słowa „głupku”, poszczuję cię psem. To obelga – wyjaśniła rozzłoszczona kobieta.
– Ach, teraz ja rozumieć – skłamał mały elf, rozpaczliwie starając się pojąć sens wypowiedzi. Dlaczego człowiek chciał, żeby on go obraził?
– Jesteś elfem, prawda?
Malec potwierdził kiwnięciem głowy. Lepiej jak najmniej się odzywać. Zerknął na psa, który odpowiedział na jego niepewne spojrzenie warknięciem.
– Nie lubię elfów – powiedział człowiek.
Malec znowu potakująco skinął głową. Zaczął się trząść. Strach zmieszał się z uczuciem zimna. Żaden człowiek nie lubi elfów. Babcia zawsze to powtarzała.
– Czego chcesz? Po co tu przyszedłeś? – spytała kobieta.
– Zimno.
Głos mu się załamywał. Czuł się zmęczony, zmarznięty i jednocześnie ogarniał go strach. Głos zaczął mu drżeć.
– Chata....
Znów nie mógł mówić.
– Tylko mi nie odstawiaj sceny o umieraniu z zimna. Jesteś elfem, tak? Masz swoje moce. Elfy nie cierpią z powodu zimna czy głodu. Jeśli chcą, mogą w ogóle nie odczuwać ani zimna, ani głodu.
Zrozumienie sensu tych słów zajęło malcowi dłuższą chwilę. Potem się rozpogodził.
– Naprawdę? – spytał rozradowany. – Ja naprawdę umieć robić te rzeczy? A jak się je robić?
– Nie wiem – krzyknęła kobieta – to ty jesteś elfem. My jesteśmy tylko nędznymi, głupimi, zacofanymi ludźmi, stworzonymi do życia wśród zimna i głodu.
Głos człowieka stał się naprawdę nieprzyjemny.
Mały elf poczuł, jak przepełniający go strach podchodzi mu do gardła, w którym już całkowicie mu zaschło. Rozpłakał się. Właściwie to nie był płacz, a pełne przerażenia zawodzenie i łkanie. Kobieta wyczuła jego desperację oraz strach i aż przebiegł jej po plecach lodowaty dreszcz.
– Zrobiłam coś złego? – zastanawiała się.
Malec wciąż płakał. Wydawał z siebie rozdzierające dźwięki, które przenikały w głąb duszy, przeszywając ją całym bólem świata.
– Jesteś dzieckiem, prawda? – spytała.
– Urodzony niedawno – potwierdził malec. – Panie człowieku – dodał, starając się użyć jakiegoś zwrotu, który nie brzmiałby obraźliwie.
– Masz jakieś moce? – zapytała kobieta. – Powiedz prawdę.
Elf dalej się w nią wpatrywał. Nic z tego, co mówiła, nie miało sensu.
– Moce?
– Wszystko, co potrafisz robić.
– A, to. No, wiele rzeczy. Oddychać, chodzić, patrzeć, ja umieć też biegać, mówić... jeść, kiedy mieć co jeść.
W jego głosie słychać było tęsknotę i lekką nutkę nadziei.
Kobieta usiadła na progu chaty. Siedziała tak przez chwilę z pochyloną głową. Potem wstała.
– Tak czy inaczej, nie miałabym sumienia zostawić cię tu, na zewnątrz. Możesz wejść i ogrzać się przy ogniu.
W oczach małego elfa malowało się przerażenie. Zaczął się cofać.
– Proszę, panie człowieku, nie...
– A teraz o co znowu ci chodzi?
– Ogień nie, byłem grzeczny. Proszę, człowieku panie, nie jeść mnie.
– Co takiego?
– Nie jeść mnie.
– Zjeść cię? Niby jak?
– Chyba z rozmarynem. Babcia tak mówić, kiedy ona jeszcze żyć. Jak ty nie być grzeczny, przyjść człowiek i cię zjeść z rozmarynem.
– Tak mówiła o nas twoja babcia? To miło z jej strony!
Słowo „miło” wywołało w małym elfie entuzjazm. Znał to słowo. Miał wrażenie, że porusza się po pewnym gruncie. Rozpogodził się i uśmiechnął.
– Tak, to prawda, tak jest. Babcia mówić: ludzie też kanibale i to być najmilsze, co móc o nich powiedzieć.
Tym razem poszło dobrze. Udało mu się powiedzieć właściwą rzecz. Człowiek się nie rozzłościł. Długo mu się przyglądał, a potem zaczął się śmiać.
– Dziś wieczór mam już co jeść – zapewniła go kobieta. – Możesz wejść.
Powoli, ociągając się, mały elf wszedł do środka. Na zewnątrz i tak umarłby z zimna. Śmierć za śmierć...
Od palących się w ogniu sosnowych szyszek mocno pachniało żywicą.
Pierwszy raz od wielu dni znalazł się w suchym miejscu.
Nad ogniem opiekała się najprawdziwsza kolba kukurydzy.
Malec wpatrywał się w nią jak w transie.
Potem zdarzył się cud.
Człowiek wyciągnął nóż, lecz zamiast użyć go do poszatkowania elfa i przyrządzenia sobie z niego potrawki, pokroił kolbę kukurydzy i wręczył malcowi jeden kawałek.
Ale on dalej miał wątpliwości. Może człowiek nie był wcale taki zły, a może chciał go tylko podtuczyć, licząc, że znajdzie się gdzieś trochę rozmarynu. Tak czy inaczej, zjadł kukurydzę. Jadł ziarnko po ziarnku, tak aby trwało to jak najdłużej. Kiedy skończył, była już późna noc. Obgryzł dokładnie kolbę, a potem owinął się swoim szorstkim, wilgotnym płaszczem i zasnął, niczym mały suseł, w pobliżu tańczących płomieni.

ROZDZIAŁ DRUGI

Świt wstał tak samo szary jak wszystkie poprzednie. Cienkie pasma światła przeniknęły przez drewniane ściany chaty, prześwietlając kłębki dymu, które jeszcze unosiły się nad żarem.
Mały elf obudził się z dziwnym uczuciem. Zastanawiał się nad nim przez dłuższą chwilę, aż wreszcie zrozumiał: nie było mu zimno, nie był bardzo głodny i nie miał zmarzniętych stóp.
Życie mogło być jednak wspaniałe.
I człowiek wcale go nie zjadł.
Malec wstał cały rozradowany.
Spał przykryty szalem z prawdziwej wełny. To była gruba szarawa wełna, a właściwie bardziej dziury niż wełna, ale jednak wełna. Człowiek go przykrył.
Oto dlaczego nie miał zlodowaciałych stóp. Zastanowił się, dlaczego człowiek otulił go szalem. Być może, skoro męczył go kaszel, nie stanowił dla niego już tak smacznego kąska.
Człowiek też już nie spał. Robił coś z żarem. Za pomocą czegoś w rodzaju maleńkiej łopatki wrzucał go do podziurawionej żelaznej kuli, w której było trochę słomy i spory kawałek wyschniętego drewna.
Cała ta operacja wydała się malcowi działaniem całkowicie pozbawionym sensu, czyli typowo ludzkim.
Nie skomentował jej jednak i tylko oddał szal.
– Możesz go zatrzymać – mruknął człowiek. – W nocy trząsłeś się z zimna.
Dymiącą żelazną kulę, osłoniętą czymś w rodzaju maleńkiego zadaszenia ze zszytych skór, zawiesił na końcu kija i wziął na plecy.
– Idę w kierunku hrabstwa Daligar – powiedział szorstko. – To wysoko, na płaskowyżu. Mówią, że woda ścieka z gór i że są tam jeszcze pola i uprawy.
Cisza. Mały elf zastanawiał się nad sensem tej informacji. Może była to forma grzeczności i powinien na nią odpowiedzieć, wyjawiając, dokąd się wybierał. Szkoda tylko, że on zmierzał donikąd. Oddalał się jedynie od miejsca, w którym przebywał wcześniej, a które już nie istniało, albo raczej istniało, tyle tylko, że pod dziesiątkami stóp wody, błota i zgniłych liści.
– Co się stało? Kot zjadł ci język?
– Tu nie być kotów, ekscelencjo – powiedział malec. Wreszcie zdołał sobie przypomnieć ludzki zwrot wyrażający szacunek. Jego przesadność wydawała się nieskończenie szalona, ale z szacunkiem lepiej nie żartować. – To się nazywać pies, ekscelencjo... i jeśli on zjeść mój język, teraz być krew na... – zaczął wyjaśniać z powagą i cierpliwością, lecz człowiek mu przerwał.
– Dobrze już, dobrze. Daj temu spokój.
Człowiek spojrzał na niego i, potrząsając równocześnie głową, wziął wyjątkowo długi wdech, a potem wykonał równie wyjątkowo długi wydech. Być może cierpiał na jakąś chorobę, przez którą nie mógł prawidłowo oddychać.
– Może inteligencja i magia pojawią się później. Tak jak zęby mądrości.
– Jak co, wasza wysokość? – spytał malec zaalarmowany słowem „zęby”. Gdyby tylko był pewien, jak brzmiała właściwa formułka grzecznościowa!
– Zęby, tutaj, z tyłu, te, które wyrastają po wszystkich innych.
Pokazała mu je. To był bardzo zły pomysł. Malec znów zaczął płakać.
– Ty powiedzieć ty mnie nie zjeść, wasza królewska mość – jęknął, popłakując.
Człowiek znów wykonał długi wdech i długi wydech. Z pewnością musiał być na coś chory.
– Zgadza się, tak powiedziałam – stwierdził wesoło. – A więc nic już nie da się zrobić, już nie mogę cię zjeść.
Pstryknęła palcami na psa i skierowała się w stronę wyjścia. Małemu elfowi zrobiło się smutno. Jakkolwiek nieprzewidywalny i szalony wydawał się człowiek, jego towarzystwo to zawsze było coś; lepsze to niż bycie samemu aż po kres horyzontu. Poza tym może miał jeszcze trochę kukurydzy. Serce małego elfa znów się ścisnęło. Poczuł, jak smutek wypełnia wszystko niczym ciemność, kiedy nadchodzi noc.
Drzwi chaty były wielkie, zrobione ze źle ociosanych i źle połączonych sosnowych desek, ale miały za to ładne zawiasy z brązu.
– To musi być chata myśliwych lub sprzedawców skór – powiedział człowiek. – Nie zwykłych węglarzy.
Pies, cały szczęśliwy, wybiegł na deszcz.
Człowiek zatrzymał się natomiast w progu i obserwował chatę. Spojrzał w górę, na kamienne dachówki, zachowane w dobrym stanie, i na kawałki drewna wetknięte między kamienie dolnej części chaty po to, aby ograniczyć przeciągi. Były całkiem suche, nie porastała ich pleśń, a w ostrych krawędziach tkwiło pełno drzazg.
– Ta chata nie wygląda na opuszczoną – stwierdził człowiek. – Właściciele mogą wrócić w każdej chwili.
Mały elf zaczął pojmować sens ostatniej wypowiedzi.
– Oni jeść elfy?
– Z pewnością za nimi nie przepadają: na twoim miejscu nie czekałabym tu, żeby ich o to zapytać – powiedział człowiek.
Mały elf wyskoczył na zewnątrz szybciej od psa.
Ruszyli.
– Masz jakieś imię?
– Tak – odpowiedział pewnie malec.
Człowiek znów dziwnie westchnął.
– I jakież byłoby to imię?
Mały elf zaczął sobie powoli przypominać babcine lekcje gramatyki ludzkiej mowy.
– Nie, nie byłoby. „Byłoby” używa się do rzeczy niepewnych, a imię to pewna rzecz. Każdy być pewien swojego imienia, więc ty powinien zapytać nie jakie byłoby, ekscelencjo, ale jakie być...
– No więc jakie jest to imię? – krzyknęła kobieta. – Dobrze, dobrze, nie będę już więcej krzyczeć, obiecuję. Nie zaczynaj znów płakać. Nie będę krzyczeć ani cię nie zjem. Jak się nazywasz?
– Yorshkrunsquarkljolnerstrink.
– Możesz powtórzyć? – spytał człowiek.
– Tak, oczywiście, ja móc – potwierdził malec, zadowolony.
Człowiek znów westchnął. Musiał być chory.
– Powtórz – powiedział.
– Yorshkrunsquarkljolnerstrink.
– Jest od niego jakieś zdrobnienie?
– Oczywiście, że być.
Pauza i kolejne dziwaczne westchnienie człowieka. Konwersacja z ludźmi była prawdziwą udręką. Babcia mówiła mu o tym.
– I jakie jest to zdrobnienie?
– Yorshkrunsquarkljolnerstrink.
– Ależ oczywiście – powiedział człowiek, który nagle wydał się bardzo zmęczony.
Bez wątpienia musiał być chory.
– Będę cię nazywać Yorsh – stwierdził.
Znów potrząsnął głową.
– Prawdopodobnie musiałam zrobić coś strasznego w moim poprzednim życiu i teraz za to płacę – mruknął.
To przynajmniej miało jakiś sens. Oto dlaczego człowiek był taki głupi i szalony: zadał mu aż osiem pytań tylko po to, aby dowiedzieć się, jak ma na imię. A jednak samotna wędrówka po tej zatopionej krainie była naprawdę zbyt straszna. Poza tym wełniany szal, jeszcze zanim przemókł, trochę go ogrzewał.
– Ja nazywam się Sajra – powiedziała kobieta.
Yorsh pospieszył za nią, zadowolony z tej prezentacji.
– A pies jak ma na imię? – zapytał.
– Nie ma imienia – odparła kobieta. – Nazywa się pies i koniec. To krótka nazwa i nie musiałam nad nią długo myśleć.
Malcowi wydało się strasznie smutne to, że jakieś stworzenie nie posiada własnego imienia i określane jest za pomocą nazwy bardzo ogólnej, jak drzewo lub krzesło, lecz znając już skłonność kobiety do nieprzewidywalnych ataków gniewu, postanowił zatrzymać swoje uwagi dla siebie.
On w każdym razie nie pozostawi tego stworzenia bezimiennym. Nada mu imię w myślach. Musi tylko być bardzo ostrożny: imienia nie wybiera się przypadkowo. Imię to imię. To duża odpowiedzialność.
Deszcz ciągle jeszcze padał.
Szli powoli z powodu błota.
Kobieta miała dłuższe nogi niż on. Yorshkrunsquarkljolnerstrink musiał biec, aby za nią nadążyć, a jego zmęczenie było ogromne. Psa nie bał się już prawie wcale, kilka razy odważył się go nawet dotknąć, żeby się na nim oprzeć. Pies nie protestował.
– Ty mieć jeszcze to coś z żółtymi ziarnami? – spytał nieśmiało malec.
– Mam jeszcze jedną kolbę, ale chciałam ją zachować na wieczór.
– Jeśli my umrzeć w błocie przed dzisiejszym wieczorem, to kto zjeść kolbę?
– Jesteś głodny już teraz?
– Tak. Ja być gło... nie, ja jestem głodny teraz.
– Dobrze, szybko pojmujesz. A więc pojmij i to: jeśli zjemy kukurydzę teraz, to dziś wieczór nie będziemy mieć nic do jedzenia, a to będzie straszne.
– Może do wieczora nie będzie już świata. Może do wieczora nie będzie już nas – powiedział malec. Może do wieczora nie będzie już mnie – dodał w myślach.
– Cicho bądź i maszeruj. Oszczędzaj oddech na maszerowanie.
– Ja móc, nie, ja może... mmm, nie, ja mogę robić dwie rzeczy naraz, maszerować i rozmawiać o kukurydzy. Właściwie to nawet mniejszy wysiłek, jeśli my rozmawiać.
– Cicho – powiedziała kobieta. Miała zmieniony ton głosu.
– Ale...
– Cicho – syknęła. Uklękła tuż obok małego elfa, chciała być niższa, mniej widoczna. Pies warknął. Kobieta wciąż spoglądała badawczo w stronę zarośli i bagien po obu stronach ścieżki.
– Dobrze, my jeść dopiero wieczór, ty nie złościć...
– Biegnij – krzyknęła kobieta. Podniosła się i sama też zaczęła biec, chwyciwszy malca za ramię.
– Tutaj – krzyknęła na psa, który również puścił się pędem za nimi. Mały elf upadł, podniósł się, potem znów upadł. Wreszcie zaczął płakać.
– Nie złościć, nie złościć, my jeść dopiero wieczór.
– Idą za nami – wyjaśniła kobieta, łapiąc resztki tchu i wciąż nie przestając biec. – Widzisz to wzgórze, tam, w dole? Ja mam dłuższe nogi. Pobiegnę dołem i zwabię ich za sobą. Ty przejdź między krzakami jeżyn i ocal ogień. Masz. Spotkamy się na wzgórzu.
Kobieta wręczyła mu kij z żelazną kulą i pobiegła. Uciekając, łamała gałęzie i wydawała chrapliwe odgłosy. Mały elf ukrył się wśród krzaków jeżyn i pozostał tam, czekając, aż jego serce się uspokoi.
Zastanawiał się, kto ich ścigał. Właściciele chaty, w której spędzili noc? Może rozzłościło ich wtargnięcie na teren ich własności. Może mieli rozmaryn i do przyrządzenia posiłku brakowało im tylko małego elfa.
Strach ścisnął mu żołądek.
W drobnym deszczu dokładnie przyjrzał się krzakom, ale nikogo w nich nie wypatrzył.
Strach zaczął go powoli opuszczać, aż wreszcie ustąpił miejsca smutkowi.
Znów był sam. Znów, aż po kres horyzontu, był tylko on sam.
Pomyślał o babci, która trzymała go w ramionach, podczas gdy w kociołku gotowały się kasztany.
Przepełniający go smutek stopniowo przeradzał się w rozpacz.
Pomyślał o człowieku kobiecie, który napełniał go wprawdzie strachem, ale jednak dał mu kukurydzy, a to zawsze było już coś. Coś lepszego niż być znów zdanym na siebie samego. Być zupełnie samym, aż po kres horyzontu. Znów zaczął się żalić, po cichutku, nie robiąc hałasu, tylko w swojej głowie, nie zagłuszając wcale lekkiego plusku padającego deszczu.
Pomyślał, że jeśli zobaczyłby jeszcze kiedykolwiek psa, mógłby go nazwać „Ten, który oddycha blisko ciebie”, ale przecież kobieta powiedziała, że do psa pasuje krótkie imię, a to wcale takie nie było.

ROZDZIAŁ TRZECI

Kiedy kobieta dotarła na wzgórze, zapadał już zmrok.
Małemu elfowi aż urosło serce z radości.
Kobieta nie mogła złapać tchu. Bezwolnie upadła w błoto. Pies był razem z nią.
– To myśliwy – rzekła, z trudem łapiąc oddech. – Miał łuk. Widziałam go. Udało mi się wywieść go w pole.
– Oooooooooooch – powiedział malec, wyraźnie pod wrażeniem jej słów – to znaczy, że potem wyrośnie z niego zboże?
– Ależ nie – odparła kobieta z irytacją. – To tylko znaczy, że go zgubiłam.
– Aaaaaaaaach! Zrozumiałem – skłamał. Dlaczego zawiła ludzka mowa przewidywała więcej niż jedno znaczenie dla tego samego słowa? No tak! Głupota! Musiał o niej pamiętać.
– Co to jest łuk? – spytał znowu.
Pies znów zaczął warczeć.
– Przytrzymaj psa – powiedział głos.
Mały elf zrozumiał, czym jest łuk: wygiętym kijem, do którego końców przywiązana była lina napięta wystarczająco mocno, aby móc z niej wystrzelić patyk z żelaznym ostrzem, wycelowany w serce kobiety.
Myśliwy był jeszcze wyższy niż ona, miał ciemne potargane włosy, które w nieładzie okalały mu twarz i, w przeciwieństwie do kobiety, z całą pewnością miał brodę. Jego ubranie wyglądało na ciepłe, cieplejsze niż płócienne, a przy pasie miał przypiętą pokaźną kolekcję sztyletów oraz topór. Wyrósł nagle zza pleców małego elfa. Kobieta wierzyła, że zdołała wywieść go w pole, on tymczasem zaszedł ich od tyłu, od strony lasu.
Mężczyzna i kobieta przyglądali się sobie przez chwilę, a potem ona przywołała psa.
Myśliwy opuścił łuk.
– Chcę tylko trochę ognia. Mój zgasł. Chcę jedynie z powrotem rozpalić ogień. Widziałem, że ty go masz.
Kobieta spojrzała na niego badawczo.
– Nic więcej?
– Nic więcej.
Jeszcze raz wymienili spojrzenia, potem kobieta skinęła potakująco głową.
– Daj mu ogień – powiedziała. – Hej, do ciebie mówię – dodała, patrząc na małego elfa. – Daj mu ogień. Gdzie go podziałeś?
– Ukryłem go tam, w dole – odparł malec.
– Naprawdę? – spytała kobieta. – Cóż, dobry pomysł. A dokładnie gdzie go ukryłeś?
– W bagnie, pod wodą, tam nikt go nie może zobaczyć – powiedział malec, rozradowany.
Tak wspaniale było zostać za coś pochwalonym. Przypomniał sobie, jak to babcia trzymała go na rękach i mówiła mu, że jest najdzielniejszym małym elfem na całym świecie. Nagle przepełniła go radość, taka sama jak ta, którą odczuwał, kiedy jeszcze wiosenny wiatr rozganiał chmury na niebie; kiedy jeszcze istniała wiosna.
Rozweselony, potruchtał ze wzgórza na dół. Deszcz przestał padać. Niewyraźny pas bladego błękitu pojawił się między chmurami i odbił się w tafli wody, nad którą pochylił się malec, aby triumfalnie wyciągnąć kij z żelazną kulą. Z jej środka wyciekły cienkie strużki wody.
Mężczyzna i kobieta, którzy przyszli za nim, przyglądali mu się w milczeniu. Kobieta usiadła na jednym z pniaków i podparła głowę rękami.
– Zgasiłeś go – odezwała się zdławionym głosem.
– Tak, oczywiście, tak łatwiej go ukryć!
Wykonał rękoma gest naśladujący czynność ukrywania.
Szal zsunął się, odsłaniając jego żółte ubranie.
– To elf – powiedział osłupiały myśliwy.
– Tak, rzeczywiście, to elf – potwierdziła kobieta bezbarwnym głosem.
– Szukasz kłopotów? – spytał mężczyzna.
– Nie, to one znajdują mnie.
– Ma jakieś moce?
– Nie, to jakby dziecko.
– Urodzony niedawno – potwierdził malec.
Mężczyzna nie miał zamiaru ustępować. Zwrócił się do niego.
– Umiesz rozpalić ogień?
– Taaaaak, myślę, że tak. Nigdy tego nie robiłem, ale każdy potrafi rozpalić ogień.
Kobieta podniosła głowę i spojrzała na niego zaskoczona.
– A więc rozpal go – zażądał myśliwy.
Jego głos był bardziej głęboki niż głos kobiety.
Malec położył dłoń na suchej żelaznej kuli, którą wyciągnął ze swojej torby mężczyzna. W środku była słoma. Mały elf zamknął oczy. Obraz ognia wypełnił jego myśli. Zapach ognia wypełnił jego nozdrza. Ciepło ognia powróciło w jego wspomnieniach.
Kiedy z powrotem otworzył oczy, ogień rozświetlał żelazną kulę.
Kobieta zaniemówiła z wrażenia.
– Umiesz rozpalić ogień bez podpałki?
– Taaaaaaak.
– Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś?
– Ty nie zapytywać.
– Spytałam cię, czy masz jakieś moce!
– Tak. Ja odpowiedzieć, wymienić wielkie moce: oddychać, jeść, żyć. Ogień rozpalić to mała moc. Wystarczy podnieść temperaturę i rodzi się ogień. Wszyscy umieć to robić.
– Ja nie – odparła kobieta.
– Nieeee? – malec był zdumiony. – Niemożliwe. Wszyscy umieć...
– Więc skoro potrafimy rozpalić ogień, to po co nosimy ze sobą podpałkę?
– Bo jesteście ludźmi – wyjaśnił pogodnie malec. – Wy jesteście głupi.
– Pokutujesz za poprzednie życie czy jest może jakiś inny powód, dla którego ciągniesz ze sobą elfa? – Mężczyzna wydawał się coraz bardziej zdezorientowany. – Pomijając już radość płynącą z takiego towarzystwa, to w pierwszej napotkanej wiosce ładnie was oboje urządzą. Ludziom nie podobają się tacy, co rozpalają ogień myślami.
– Dlaczego nie? Tak być wygodniej niż nosić kulę z ogniem w środku.
– Mógłbyś spalić człowieka albo dom. Dom z kimś w środku, z dwiema albo z piętnastoma osobami.
Myśl była tak okrutna, że mały elf zamknął oczy i jęknął z bólu. W swojej głowie zobaczył spalone ciała, a nawet poczuł ich woń. Ogarnęło go przerażenie. Zaczął wymiotować. Kiedy udało mu się wreszcie przestać, popłakał się. Tym razem nie była to jednak zwykła seria skowytów i popiskiwań, ale długi płacz, pełen przeraźliwych jęków i rozdzierających zawodzeń.
– Każ mu przestać – wrzasnął mężczyzna. – Każ mu przestać. To nie do wytrzymania!
– Widzisz, co narobiłeś? – krzyknęła kobieta. – Proszę cię, mały, już wszystko dobrze, nic się nie stało. On tak tylko sobie powiedział.
– Tak tylko sobie powiedzieć? – Malec był oburzony. Słowa kobiety jednak pomogły. Przestał płakać. – Tak tylko sobie powiedzieć. Jak śmieć, jak móc, jak móc śmieć powiedzieć tak bolesną rzecz jedynie po to, żeby tak tylko sobie powiedzieć.
Znów zaczął płakać. Tym razem była to zwykła seria przejmujących skowytów.
Mężczyzna usiadł na pniaku. On także musiał być chory, bo, tak samo jak kobieta, co parę chwil wydawał z siebie te długie westchnienia. Niebo wciąż się przejaśniało. Po raz pierwszy od wielu tygodni zaczęły pojawiać się na nim gwiazdy.
– Mam królika – oznajmił mężczyzna. – Upolowałem go dziś rano. Wy daliście mi ogień, ja mam królika i przestało padać. Rozbijemy tu obóz i coś zjemy. Ja nazywam się Monser.
Na moment zapadła cisza, ale był to tylko krótki moment.
– Sajra – powiedziała kobieta.
Malec także przestał się żalić i przedstawił się.
– Jest przeziębiony? – spytał mężczyzna.
– Nie, to nie było kichnięcie; to jest jego imię.
– Czy klólik też ma ziarna jak kolby kukurydzy? – spytał malec, który ożywił się na dźwięk słowa „jeść”.
Mężczyzna zaczął się śmiać.
– Nie – odpowiedział. – Królik ma piękne futerko, którym można sobie potem ogrzewać stopy, spójrz! – otworzył torbę, tak aby malec mógł do niej zajrzeć.
Yorsh położył dłonie na brzegach myśliwskiej torby i, szczęśliwy, zajrzał do środka. Idea czegoś, co jednocześnie zapełniało żołądek i ogrzewało stopy, była rodem z raju: nawet babcia, która wiedziała wszystko, nie mówiła mu nigdy o takim cudzie. Może ludzie wcale nie byli tacy... Długi krzyk rozbrzmiał nad całym bagnem.
Długi, przejmujący krzyk, zawierający w sobie cały ból świata.
– To trup – krzyknął mały elf. – Zobacz: trafił go patykiem z ostrzem na końcu. I teraz nie żyje. Chcecie zjeść trupa?
– A wy jecie króliki żywe? – mężczyzna był zirytowany.
– Elfy nie jedzą niczego, co myślało, biegało, było głodne lub bało się śmierci. Babcia mówiła, że ludzie jedzą tych, którzy byli żywi. Z rozmarynem. Jest tu gdzieś rozmaryn? Ja nie chcę zostać zjedzony. – Malec znów wydobywał z siebie płaczliwe, rozdzierające piski.
Kobieta podparła głowę rękami.
– A dokładnie to jaką, aż tak straszną zbrodnię popełniłaś w swoim poprzednim życiu? Sprzedałaś własną matkę? – zapytał mężczyzna.
– Myślę, że lepiej będzie, jeśli sobie pójdziesz. Dziękujemy za twojego królika. Nie skorzystamy z propozycji. Masz z powrotem swój ogień, a teraz żegnaj.
– Chyba nie chcesz zrezygnować z kawałka królika z powodu tego tu? – powiedział mężczyzna, wskazując ruchem głowy na małego elfa.
– Wiem, to szaleństwo, ale nie zniosę jego płaczu. Proszę cię, odejdź.
– Nie mogę tak po prostu sobie iść – odparł niepewnie mężczyzna.
– Dlaczego?
– Nie mogę tak zostawić młodej kobiety na środku bagien. Gdybyś była sama, to już byłoby wystarczająco niebezpieczne, a ty na dodatek masz ze sobą to – ten sam ruch głowy wskazujący na malca.
– Bardzo ci dziękuję, mój szlachetny panie, ale do tej pory sama dawałam sobie radę. Nie potrzebuję pomocy. Zabierz sobie swojego...
– Zaraz, zaraz, co on wyprawia?
Kobieta odwróciła się, aby sprawdzić. Malec trzymał królika w ramionach i powoli go głaskał. Jego palce zatrzymywały się tam, gdzie futerko było przesiąknięte krwią. Miał zamknięte oczy i rozmarzony wyraz twarzy. Przestał płakać.
– Co robisz?– spytała go kobieta.
– Myślę.
– Myślisz? A o czym?
– O nim, o klóliku.
– Króliku.
– Króliku. Myślałem o tym, jak oddychał, jak biegał. On... tak, on czuł zapachy, kręcąc swoim nosem. Ostatnim zapachem, jaki poczuł, był zapach mokrych liści i grzybów. Nie wyczuł myśliwego. Czuł tylko zapach mokrej trawy i grzybów, tak, tylko ten ładny zapach... Myślę o tym, jak oddychał... O krwi, która w nim płynęła...
Królik drgnął, otworzył oczy. Z szeroko otwartymi i pełnymi przerażenia oczami zaczerpnął parę razy powietrza, potem się otrząsnął, rzucił na ziemię i zaczął biec. Ominął stopy myśliwego, przebiegł między łapami psa, przeskoczył pień, na którym siedziała kobieta, a następnie, po ostatnim, gwałtownym uskoku, zniknął na zawsze w zaroślach.
Mały elf zastanowił się, czy „Królik” to dobre imię dla psa. Może jednak nie: zwierzęta były wprawdzie do siebie trochę podobne, ale kształty ich ogonów całkiem się różniły.
Mężczyzna i kobieta długo wpatrywali się w punkt, w którym zniknął biały ogon królika. Mały elf sprawiał wrażenie wyczerpanego. Leżał skulony na ziemi i drżał, ale po chwili zaczął powoli wracać do siebie. Pies położył się obok niego, a malec go objął.
Zrobiło się zupełnie ciemno.
Gwiazdy rozbłysły na niebie i odbijały się w mokradłach, tworząc na powierzchni wody drugi firmament, nierówny i przerywany kępkami krzewów.
To była pierwsza pogodna noc od niepamiętnych czasów.
– Czy oprócz matki sprzedałaś też któregoś ze swoich młodszych braci? – spytał mężczyzna.
Kobieta, zamiast mu odpowiedzieć, zwróciła się do elfa:
– Potrafisz zrobić to samo z ludźmi?
– Ludźmi, elfami albo trollami? Oczywiście, że nie. To można robić tylko z małymi stworzeniami, które mają w głowach mało rzeczy: zapach wody, kolor nieba. Najprostsze jest ożywienie much, komarów i muszek, wystarczy lekko je dotknąć i pomarzyć przez chwilę o tym, że się lata, a one zaczynają z powrotem brzęczeć.
– Naprawdę? – spytał mężczyzna. – To wspaniale! Latem bardzo cenne jest towarzystwo kogoś, kto ożywia komary. Przywracasz do życia komary, wskrzeszasz moją kolację, którą choć raz udało mi się złapać: jesteś marzeniem mojego życia. Jak ja mogłem do tej pory bez ciebie żyć?
– Umiesz robić inne rzeczy? – zapytała kobieta. – Nie wiem... na przykład pomnożyć kolby kukurydzy? Mamy jedną. Możesz zrobić z niej trzy? Albo pięć?
Byli kompletnie głupi. Mały elf wydawał się zniechęcony.
– Ależ oczywiście, że nie, przecież nie da się pomnożyć materii.
– Ale da się ożywić martwego królika?
– To da się zrobić. Stworzenie umiera, kiedy traci swoją energię...
– Swoją co?
– Swoją siłę. Ogień też gaśnie, kiedy traci swoją siłę. Ożywić stworzenie to jak rozpalić na nowo ogień. To tylko małe przeniesienie energii, ze środka mojej głowy poza moją głowę.
Myśliwy zwrócił się do kobiety.
– Chodź stąd – powiedział jej. – Chodź stąd, on jest niebezpieczny. Zostaw go tu i chodź.
– Nie mogę. To jest... tak, to jeszcze dziecko.
– Szczeniak – poprawił ją mężczyzna.
– Urodzony niedawno – sprecyzował malec.
Zapadła cisza. Kobieta potrząsnęła głową.
– Dobrze, moi państwo – odezwał się mężczyzna. – Było mi niezmiernie miło was poznać, powiedziałbym nawet, że naprawdę świetnie się bawiłem. Nie chciałbym, aby cała ta radość mi zaszkodziła, dlatego powrócę teraz do bycia strasznym myśliwym, który rozgniata dla przyjemności komary, żyje jakoś, jedząc króliki i utrzymuje się ze sprzedaży ich skór. Mam nadzieję, że jeśli nasze drogi znowu się zejdą, zdążę uciec, zanim mnie zobaczycie.
Mały elf sprawiał wrażenie bardzo zainteresowanego tym odkryciem.
– Ojej, naprawdę? To radość szkodzi ludziom? Więc to dlatego tak bardzo staracie się być nieszczęśliwi! To nie tylko dlatego, że jesteście głupi!
– Nie – odparł myśliwy. – Na ogół ludzie starają się być szczęśliwi. To, co powiedziałem, to była „ironia”. Odchodzę, bo w waszym towarzystwie nie mogę być szczęśliwy; nie mogę nawet zjeść mojego królika. Tylko że zamiast powiedzieć jedną rzecz, powiedziałem inną; jej przeciwieństwo. Ludzie czasami tak robią. Zrozumiałeś?
– Tak, oczywiście – skłamał malec.
Byli po prostu głupi. Szaleni i głupi. Bez jakiejkolwiek nadziei na poprawę.
– Zaczekaj – rzekła kobieta. – Dam ci moją kukurydzę. Przez nas straciłeś swojego królika.
Wyciągnęła z torby ostatnią kolbę kukurydzy i dała mu ją. Malec zobaczył, jak żółte ziarna zmieniają właściciela. Jego oczy straciły swój blask, a na twarzy odmalowały się smutek i przygnębienie, lecz nie odważył się pisnąć ani słowa.
– To jedyna kolba, jaką posiadasz?
– Tak – odpowiedziała kobieta.
Ona również miała wyraz twarzy kogoś, kto przed chwilą pochował matkę. Matkę i młodszych braci.
Myśliwy zastanawiał się nad czymś przez chwilę, potem odpiął od przełożonego przez ramię pasa kołczan oraz łuk i usiadł na jedynym na całym wzgórzu płaskim kamieniu.
– Cóż, królika i tak już nie ma. Zostanę tu na dzisiejszą noc i podzielimy kolbę na kawałki – po jednym dla każdego.
Niebo znowu się zachmurzyło, ale nie zaczęło padać. Rozsiedli się na suchym kamieniu. Kiedy kolba kukurydzy się upiekła, myśliwy przeciął ją na trzy części, które zjedli powoli, ziarnko po ziarnku. Potem malec usnął niczym mały suseł. Przed zaśnięciem pomyślał przez chwilę nad imieniem dla psa. „Ten, który biegnie przez wiatr” wydało mu się ładne, ale nie był pewien, czy tak długie imię zostałoby zaakceptowane. Kiedy już zasnął, myśliwy przykrył go swoim futrzanym okryciem, tak aby było mu pod nim ciepło.
Naciągnął mu kaftan aż po sam czubek głowy, nakrywając nim jego oczy, uszy i nos. Następnie wziął do ręki mniejszą torbę, którą trzymał pod kołczanem, i wyciągnął z niej przepiórkę. Ukradkiem i po cichu oskubali ją z piór. Kobieta pomagała mu w tym, jak tylko umiała. Ułożyli ptaka nad ogniem. Na szczęście dym nie leciał w tę stronę, gdzie spał mały elf. Kiedy ptak był już upieczony, czy przynajmniej na tyle mało surowy, że nadawał się do jedzenia, zjedli go. Zrobili to w pośpiechu; w pośpiechu i w ciszy, niczym para złodziei, nieustannie obrzucając zatroskanym spojrzeniem futrzane zawiniątko ze śpiącym elfem w środku. Kiedy skończyli, dali kosteczki psu, który połknął je, cały szczęśliwy, po czym dokładnie pozbierali wszystkie piórka i myśliwy oddalił się, aby wykopać w ziemi maleńki dołek, w którym je zagrzebał.
Potem wreszcie zasnęli.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Świt wstał trochę mniej szary niż zazwyczaj. Wciąż nie padało, a na niebie widać było niewielki skrawek bladego błękitu.
Pierwszy obudził się mężczyzna. Przeciągnął się, wziął głęboki wdech i pomyślał, że powietrze ma ładny zapach. Zapach mokrych liści i grzybów. Ładny zapach. Spojrzał na kobietę i małego elfa, którzy wciąż spali. Pozbierał swoje rzeczy, wziął je na plecy razem z kijem, na którym niósł podpałkę, zabrał futrzany kaftan, którym owinął elfa, i odszedł. Schodząc ze wzgórza, obejrzał się i jeszcze raz na nich popatrzył, na kobietę i na małego elfa – dwa zawiniątka śpiące przy tym, co pozostało z ognia. Mały elf zadrżał z zimna. Było to widać nawet z takiej odległości. Mężczyzna wrócił i z powrotem okrył malca kaftanem, a potem podsycił ogień. Wreszcie znów ruszył przed siebie. W połowie drogi jeszcze raz się obejrzał i popatrzył na dwie postacie przy ogniu. Uszedł pół mili i znów się odwrócił. Blask płomieni zmieszał się z blaskiem wschodzącego słońca, które po raz pierwszy od wielu miesięcy na kilka chwil pojawiło się na horyzoncie. Nawet z tej odległości było ich jeszcze widać. Mężczyzna długo się im przyglądał, po czym, powoli, krok za krokiem, wrócił na miejsce.
Usiadł na kamieniu i czekał.
Pierwszy obudził się mały elf.
Jego przeraźliwy krzyk znów rozległ się nad bagnem. Także tym razem przepełniony był całym bólem świata.
Malec krzyknął na widok tej strasznej, zrobionej ze skór trupów szmatki, którą był przykryty. Krzyk rozbrzmiewał długo ponad bagnem, a później rozproszył się pośród innych krzyków, które przeplatały się z echem tych poprzednich, podczas gdy słońce pojawiało się i znikało, potem pojawiało się znowu, i tak na zmianę, dopóki nie zaczęło wreszcie z powrotem padać.
Ruszyli w drogę. Jedno z piórek zjedzonej przepiórki wzbiło się w powietrze i – po zapachu, a może po myślach, które wywoływało, tego nie było do końca wiadomo – zostało przez malca natychmiast zidentyfikowane jako pióro zgubione przez nieżywą już przepiórkę, co wywołało długą serię rozdzierających zawodzeń.
Pogrążony w przygnębieniu, malec nie zauważył wystającego korzenia i potknął się o niego. Wyniknęło z tego ciche popłakiwanie, które trwało aż do południa. Wtedy to myśliwy zagroził mu, że jeśli nie przestanie, to jego też nadzieje na mały rożen, co wywołało z kolei serię pełnych przerażenia popiskiwań, ciągnących się do samego wieczora.
Zaczynało się już ściemniać, kiedy malec zorientował się, że odczuwa dość dotkliwy głód. Był to taki rodzaj głodu, który rodził się w brzuchu i docierał aż do głowy, przechodząc jednocześnie przez zimne stopy i, jakimś sposobem, również przez lodowate uszy. Malec uraczył pozostałych szczegółowym opisem tego, co czuł w środku, nie potrafiąc ustalić, czy była to po prostu pustka, brak czy też prawdziwie negatywna esencja.
Następnie rozmowa zeszła na temat cierpienia w ogóle, jako że również w tym wypadku nie było do końca jasne, czy jest to niezależna od niczego negatywna esencja, czy po prostu brak radości lub, dokładniej mówiąc, tylko samego zdrowia, bo właściwie to... Nie, brak zdrowia jest na ogół większym cierpieniem niż zwykły brak radości, który może nawet być stałą czy wręcz prawie normalną sytuacją. Na ogół. A tymczasem, tak à propos cierpienia jako esencji od niczego niezależnej, czy opowiadał im już, jak wbił sobie kiedyś drzazgę pod paznokieć dużego palca u prawej stopy? A może tego u lewej? Nie, jednak u prawej. Tak, tak, teraz, kiedy dobrze się nad tym zastanowił, był już pewien. A więc wbił sobie tam kolec i babcia musiała mu go wyjąć igłą. IGŁĄ. Do tej pory na samą myśl o tym robiło mu się słabo. To było straszne. STRASZNE. A wspominał już o tym, jak się wywrócił i rozciął sobie łokieć? Z rany polała mu się krew. Była wszędzie. Straszna rzecz. STRASZNA. Na lewym łokciu. Za to paznokieć był u prawego palucha. Tak, teraz nie miał wątpliwości. Została mu nawet blizna. To znaczy na łokciu. A może chcieliby zobaczyć? Bliznę. Nie? Na pewno nie?
Wreszcie, podczas gdy malec rozprawiał o trzecim razie, kiedy dostał kataru, i o tym, ile śluzu, jakiego koloru i jak gęstego wyciekało mu z nosa na różnych etapach rozwoju choroby, natknęli się na dwa zielone krzaki, które zarówno kobieta, jak i mężczyzna rozpoznali jako krzaki rozmarynu. Od tego momentu, po raz pierwszy odkąd wstał świt, mały elf wreszcie ucichł.
Nagle, kiedy przechodzili przez położony na zboczu wzgórza las kasztanów i modrzewi, zza zakrętu wyłoniło się miasto Daligar. Położone było w głębi małej doliny, po obu brzegach małej wylewającej rzeki. Sprawiało wrażenie miejsca jak z bajki. Było w nim mnóstwo domów i we wszystkich oknach paliły się światła, oświetlając zaostrzone szpice drewnianych pali, które ochraniały zewnętrzne mury miasta. Wszystkie rozświetlone okna odbijały się w ciemnej wodzie, a jakby tego było jeszcze mało, światło biło także od płomieni palących się na każdej z wież przedzielających mury obronne, na których znajdowali się łucznicy. Na murach rozmieszczone były kolejne pochodnie, jedna co sześć kroków, a przy każdej para halabardników, i wszystkie te światła odbijały się w wodzie wypełniającej fosę. Zwodzony most był podniesiony i, tak samo jak mury i wieże, wyposażony w spiczaste pale skierowane ostrzami na zewnątrz, przez co całe miasto przypominało z wyglądu olbrzymiego jeżozwierza.
Myśliwy przystanął, aby się temu wszystkiemu przyjrzeć.
– Nie wydają się przyjaźnie nastawieni – skomentował.
– A właśnie, że tak! – zaprotestował malec. – Ludzie zapalają światła, kiedy oczekują przyjaciół. Poza tym, tam gdzie jest tyle świec, na pewno są też kolby kukurydzy. Tam musi być wspaniale. Na pewno mają stoły zastawione kukurydzą, kasztanami i świecami! I może mają też talerze. Może nawet prawdziwe łóżko. I duże kominki. Pójdziemy tam?
– Nie, teraz pójdziemy spać, a jutro wymkniemy się szybko, omijając to miejsce szerokim łukiem.
– Dlaczego?
– Dlatego, że są zamknięci za tym przyjaźnie wyglądającym, oświetlonym jak na przyjęciu urodzinowym mostem zwodzonym niczym małże w swoich muszlach. Dlatego, że to miasto wygląda na jedno z owych miejsc, do których trudno się dostać, a z których jeszcze trudniej się wydostać.
– Co to jest muszla?
– Coś, co znajduje się w morzu, w wodzie, po drugiej stronie mrocznych gór.
– Do jedzenia?
– Nie, skądże! – odparł myśliwy, udając oburzenie. – Muszle są żywe, rodzą się, umierają, myślą, a nawet potrafią pisać całkiem niezłe wiersze. Wracając do tematu to, pomijając już most zwodzony i palisadę, ty jesteś elfem, a elfy mogą przebywać tylko w Obozie dla Elfów, którym to miasto nie jest. Jeśli zjawimy się w nim razem z tobą, zawiśniemy na jednej z ich baszt jeszcze przed świtem. O tym, jaki koniec spotka ciebie, wolę nawet nie myśleć. Tacy jak ty, którzy dają się przyłapać poza Obozem dla Elfów, źle kończą, wiesz o tym? Naprawdę źle.
Położyli swoje rzeczy na ziemi, a potem zaczęli zbierać drewno i szyszki na ognisko. Myśliwy ściął dwie duże gałęzie i oparł je o siebie, tak aby tworzyły maleńką chatkę, coś w rodzaju krytego legowiska, w którym mogliby się schronić na noc. Kobieta poszukała mchu, paproci i suchej trawy na wyściółkę, żeby mogli spać na miękkim podłożu.
– Tak przy okazji – zaczęła kobieta. – Elfy już od niepamiętnych czasów żyją w Obozach dla Elfów, w których zostały umieszczone. Wydaje mi się, że tym, którzy je opuszczają, grożą wcale niewesołe konsekwencje. A więc co ty tutaj robisz, wędrując sobie po świecie?
– Obóz dla Elfów, w którym mieszkałem, został zatopiony – odpowiedział malec.
Na wspomnienie o tym, ścisnęło mu się serce. Na jego twarzy znów malowała się rozpacz, oczy zgasły ze smutku, nabierając nieokreślonego, szarawego koloru, a ich błękit rozmył się niczym kolor nieba odbijającego się w szarej kałuży.
– Zatopiony? Wszędzie była woda?
– Tak, wszystko było pod wodą; a potem babcia powiedziała mi, że mam sobie iść.
– Iść dokąd?
– Nie wiem. Po prostu iść.
– A twoja babcia nie mogła czegoś wyczarować? Sama nie wiem... nie mogła na przykład podgrzać wody, tak żeby zniknęła, tak samo jak w lecie znikają kałuże, albo coś takiego?
– Tak można zrobić z małą wodą. Z miseczką wody. Ale nie wtedy, gdy wody wystarcza, żeby zatopić cały świat. Oprócz tego to było po tym, jak mama odeszła w miejsce, z którego już się nie wraca. Dla mnie to była moja mama, a dla babci jej córka. I babcia już więcej nie czarowała. Kiedy ktoś jest zbyt smutny, magia topi się w smutku tak samo jak ludzie w wodzie. Mimo to babcia wiedziała, jak się czaruje. Jeśli myślisz o rzeczach wystarczająco mocno, to stają się one prawdziwe. Lecz jeśli masz w sobie smutek, wszystko to, co wychodzi z twojej głowy, także jest smutkiem. Jak jesteś smutny, to nie rozpalisz nawet ognia. My mieliśmy ogień tylko dlatego, że od zawsze był w kominku. Gdyby zgasł, zostalibyśmy bez niego, bo babcia nie miała już siły czarować, a ja byłem na to za mały. Potem przyszła woda i zgasł nawet ten ogień, który palił się w kominku. Później wody było coraz więcej i więcej i babcia powiedziała: „Idź”. „Dokąd? – zapytałem. „Gdziekolwiek, tylko nie zostawaj tutaj”, poprosiła. „Woda porwała nawet budki wartowników. Nie zatrzymają cię. Idź. Ja jestem już za stara, ale ty sobie poradzisz. Idź i nie oglądaj się za siebie”. No i poszedłem. Krok za krokiem, przez błoto i wodę. Ale obejrzałem się za siebie. W Obozach dla Elfów chaty nie mają drzwi ani nawet okien, tylko duże dziury. Dlatego mogłem zobaczyć babcię siedzącą na krześle i wodę, która się podnosiła. Babcia wciąż tam siedziała, a woda wciąż się podnosiła, aż wreszcie widać było już tylko wodę.
Malec znów zaczął płakać. To była spokojna seria cichutkich skowytów, prawie niesłyszalnych.
Mężczyzna i kobieta rozpalili ognisko za pomocą ognia palącego się nadal w żelaznej kuli myśliwego. Potem, przeszukawszy podszycie lasu, znaleźli garść kasztanów. Upiekli je i prawie wszystkie dali małemu elfowi, bo zorientowali się, że oni oboje jakoś dziwnie nie są głodni.
Malec zjadł je powoli, kawałeczek po kawałeczku, tak aby trwało to jak najdłużej i jego smutek rozpuścił się w jasnym miąższu kasztanów.
Zanim zasnął, pomyślał o imieniu dla psa, który był tego samego koloru co kasztany, tyle tylko, że biegał i szczekał, podczas gdy kasztany były nieruchome i ciche, i nigdy nie przychodziły polizać ci twarzy ani nie potrafiły nawet merdać ogonem. A zatem imię „Kasztan” także nie było dobre. Musiał wymyślić jakieś lepsze. Zanim mu się to udało, usnął w pobliżu ognia, między mężczyzną a kobietą, owinięty swoim wełnianym szalem.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Zbudzili ich halabardnicy.
Odbywali patrol.
Pobyt nie tylko w samym Daligar, lecz również w jego okolicach był zabroniony dla kogokolwiek, kto nie był jego mieszkańcem, krewnym mieszkańca, gościem mieszkańca czy chociaż mile widzianym przez obywateli miasta, a oni nie należeli do żadnej z tych kategorii.
Patrol zasięgnął informacji co do istnienia i wielkości ich ewentualnego dobytku oraz ogólnie co do tego, jakie mają środki utrzymania, a uzyskana odpowiedź, która brzmiała „Nie posiadamy kompletnie niczego, z wyjątkiem ubrań, które mamy na sobie, i trzech jednogroszowych monet”, sprawiła, że halabardnicy stali się jeszcze mniej przyjaźni.
Patrol upewnił się też dokładnie co do stanu ich zdrowia. Czy mają kleszcze, wszy, pchły? Czy kontaktowali się z chorymi na cholerę, trędowatymi, krostowatymi, chorymi na skrofuły, dżumę, mdłości, czerwonkę, mającymi gorączkę, jakiegokolwiek rodzaju plamy, owrzodzenia, zaropiałe oczy, robaki jelitowe? Bo jeśli tak, to zostaliby zabici na miejscu, aby uniknąć jakiejkolwiek formy zarażenia. Czy ich dziecko też jest zdrowe? Skoro tak, to dlaczego matka ściska je mocno w ramionach, owinięte w ten szal? Bo jest zmęczone, małe i płaczliwe? Nie, małym, zmęczonym i płaczliwym dzieciom wstęp nie jest wzbroniony.
Potem przyszła kolej na uzbrojenie. Mają przy sobie broń sieczną, rzucaną, miotającą, zapalającą, miażdżącą, kłującą, tnącą, wywołującą poparzenia, broń myśliwską, do walki pieszej, do walki konnej, na mułach, na jakichkolwiek czworonożnych; broń do walki w pojedynku, do walki w oddziałach, okopach, oblężeniu, ofensywie; broń do strzelania do celu i dla przyjemności? Taaaak? Łuk, sztylet, topór, mały tasak i nóż do krojenia chleba. Wszystko skonfiskowane. Nawet dwie żelazne kule do przenoszenia ognia: broń zapalająca.
Czy to oni ścięli aż dwie całe gałęzie należące do hrabstwa Daligar i wyrwali cztery paprocie, aby zapewnić sobie schronienie? To kwalifikowane było jako „zbrodnia przeciwko majątkowi państwowemu” i w związku z tym czekał ich proces. Mogliby przytrzymać psa, podczas gdy oni wsadzali go do klatki? Wszystkie typy zwierząt, zarówno domowych, jak i dzikich, były zabronione, a ich bestia podpadała pod obie kategorie.
Teraz mogli iść.

Weszli do Daligar pod eskortą halabardników. Było to najbardziej dziwaczne i niesamowite miejsce, jakie mały elf mógł sobie w ogóle wyobrazić. Ludzie byli wszędzie: duzi, mali, mężczyźni, kobiety, uzbrojeni, nieuzbrojeni, w ubraniach we wszystkich możliwych kolorach.
Słychać było głosy. Wydawało się, że wszyscy sprzedawali wszystko. Podpłomyki, kolby kukurydzy, duże jabłka, kotły do gotowania, drewno na opał, drewno do robienia krzeseł. Wszędzie dreptały śmieszne ptaki, które przechadzały się pośród tłumu. Były dziwne, duże i tłuściutkie, miały skrzydła zbyt małe, aby móc latać, i wydawały z siebie jeden dziwny okrzyk, w którym powtarzało się nieustannie koko.
Halabardnicy zaprowadzili ich na sam środek placu, gdzie znajdowało się coś w rodzaju baldachimu, który przykrywały pasma czerwonych i złotych tkanin, nadające całości dość osobliwy wygląd gigantycznej kołyski. W środku znajdował się mężczyzna, również owinięty długą, białą, ozdobioną haftami szatą, która przykrywała mu także głowę, przez co wyglądał jak wielki niemowlak.
Wielki niemowlak oświadczył, że jego imię to ZARZĄDCADALIGARITERENÓWPRZYLEGŁYCH, które nie było wprawdzie imieniem tak pięknym jak Yorshkrunsquarkljolnerstrink, niemniej było to całkiem ładne imię.
ZARZĄDCADALIGARITERENÓWPRZYLEGŁYCH zasięgnął informacji na temat ich imion, wieku, działalności czy chociaż tego, co potrafili robić, a przede wszystkim tego, co przyszli robić w Daligar, nie będąc mieszkańcami, krewnymi mieszkańców, gośćmi mieszkańców lub przynajmniej mile widzianymi przez tychże.
Myśliwy odparł, że nic a nic nie obchodzi go Daligar i jego mieszkańcy, krewni mieszkańców, goście mieszkańców i sympatycy ani ktokolwiek inny, a jedyne, czego chcieli, to jak najszybciej odejść z Daligar i terenów przyległych i znów ruszyć w swoją drogę.
ZARZĄDCADALIGARITERENÓWPRZYLEGŁYCH wyglądał na zasmuconego tą odpowiedzią. Jego twarz spochmurniała, a tłum zgromadzony dookoła także wydał pomruk niezadowolenia. Nieuprzejmie jest mówić komuś, że nie obchodzi cię miejsce, w którym ten ktoś mieszka: nawet małemu elfowi babcia wytłumaczyła takie rzeczy.
ZARZĄDCADALIGARITERENÓWPRZYLEGŁYCH zauważył, że skoro nie podoba im się Daligar, jego okolice i jego mieszkańcy, włączając krewnych, gości i sympatyków, wystarczyło, żeby zostali we własnym domu, gdziekolwiek to miejsce się znajduje, tak aby oszczędzić halabardnikom fatygi związanej z koniecznością wytropienia ich, przesłuchania i aresztowania, a jemu, ZARZĄDCYDALIGARITERENÓWPRZYLEGŁYCH, przykrego obowiązku spotkania ich, osądzenia, skazania i wydalenia z miasta, nie mówiąc już o zbrodni przeciwko majątkowi państwowemu, czyli ścięciu aż dwóch całych gałęzi i wyrwaniu czterech paproci – szkodzie, na którą, w całym swym okrucieństwie, narazili tutejszą społeczność.
Tłum mruknął z aprobatą. W tej samej chwili znowu zaczęło padać i humory wcale się nie poprawiły.
Skazano ich na zapłacenie grzywny w wysokości trzech jednogroszowych monet, czyli dokładnie tylu, ile mieli (to się dopiero nazywa przypadek!), oraz skonfiskowano całą ich broń wraz z żelaznymi kulami do przenoszenia ognia. Pozostawiono im psa.
– Cóż... – mruknęła kobieta, kiedy już zaczęli się powoli oddalać – mogło być gorzej.
– Niby jak? – spytał myśliwy.
W tym momencie rozpoczynała się druga tego dnia sprawa dla jego ekscelencji ZARZĄDCYDALIGARITERENÓWPRZYLEGŁYCH.
Chodziło o kobietę, której jakiś wózek właśnie rozjechał jednego z tych dziwnych ptaków robiących koko. Jak się okazało, ptak nazywał się „kura”. Kobieta trzymała go na rękach, widać było, że zwierzę ma przetrącony kark. Kiedy mijała Sajrę, maleńki palec u maleńkiej rączki wystającej z rękawa w niepowtarzalnym żółtym kolorze wysunął się spod szarego wełnianego szala, spoczął na miękkich piórach wokół złamania i tam się na chwilę zatrzymał. Szyja kury z powrotem przybrała normalny kształt, a ptak otworzył oczy.
Następnie rozpętało się piekło: kura uciekała, słowo „elf” rozbrzmiewało echem wśród tłumu, wszyscy krzyczeli i zderzali się ze sobą nawzajem, aż wreszcie ich trójka została otoczona przez halabardników, którzy oparli ostrza swych kopii dokładnie o ich gardła.
– Właśnie tak – odparła kobieta. – Teraz jest gorzej.

Po zmartwychwstaniu kury atmosfera zrobiła się naprawdę gorąca. Tym razem ZARZĄDCADALIGARITERENÓWPRZYLEGŁYCH był wyraźnie zdenerwowany właśnie na Yorshkrunsquarkljolnerstrinka, który jednak uznał go za życzliwego i sympatycznego człowieka o ładnym imieniu. Cóż, tak, myśliwy był trochę opryskliwy podczas ich wspólnej rozmowy. Nie mówi się komuś, że jego kraj to nic wielkiego i że wcale cię on nie obchodzi. To nieuprzejme. Tak się po prostu nie robi.
– To elf – powiedział surowo Zarządca.
Powoli wymawiał słowa. Jego głos był podniosły i niewzruszony. Zwolnił jeszcze bardziej, wypowiadając słowo „elf”. Głoski, wymówione każda z osobna, uderzyły w milczący tłum niczym kamienie.
– To tylko szczeniak – odezwał się myśliwy.
– Malec – stwierdziła kobieta.
– Urodzony niedawno – sprecyzował mały elf, cały zadowolony. On również chciał, aby inni się dowiedzieli, że nosi ładne imię. – Yorshkrunsquarkljolnerstrink – przedstawił się, wykonując lekki ukłon.
– Nie wolno czkać przed trybunałem – powiedział Zarządca, sposępniawszy – a ja, Zarządca Daligar i terenów przyległych, zabraniam ci również kłamać. –Wymawiając te ostatnie słowa, Zarządca wstał i nabrał jeszcze bardziej uroczystego wyglądu.
Malec poczuł się zmieszany. Elfy nie potrafią mówić rzeczy innych od tych, jakie mają w głowie. Co najwyżej stać je na drobne grzeczności takie jak mówienie, że zrozumiałeś, kiedy wypowiedzi innych są kompletnie niezrozumiałe, tylko dlatego, że traktowanie głupków jak głupków to brak ogłady – ale to wszystko. W każdym innym wypadku to, co jest w głowie, jest także poza nią. Zmieszanie powoli ustąpiło miejsca rozczarowaniu. Mimo że Zarządca miał ładne imię, człowiek ten wcale nie był mniej dziwaczny od innych.
– Ponadto żądam, abyś zwracał się do mnie z szacunkiem, na jaki zasługuję.
No tak, tylko jak brzmiała ta formułka grzecznościowa? Mały elf zaczął się denerwować.
– Głupku!
Nie, to chyba jednak nie tak.
– Głupelencjo, nie, ekscegłupku – jak też ona brzmiała?
– Cisza! – krzyknął Zarządca do śmiejącego się tłumu. – A ty, zwracaj się do mnie ZARZĄDCODALIGARITERENÓWPRZYLEGŁYCH – dokończył, mówiąc do elfa.
– Oczywiście! Oczywiście! – odpowiedział z entuzjazmem malec, podczas gdy ogromny uśmiech rozpromieniał mu twarz. – ZARZĄDCADALIGARITERENÓWPRZYLEGŁYCH to przepiękne imię: moglibyśmy nadać je psu! – dodał triumfalnie.
Tłum dosłownie parsknął śmiechem. Pewien starszy pan o mało się nie udławił, a jeden z halabardników upuścił sobie halabardę na stopę. Zapanowała ogólna wesołość. Zarażony nią, również mały elf zaczął się śmiać: kiedy ludzie się śmiali, wyglądali po prostu uroczo. Jedynym, który pozostał poważny, był Zarządca.
– Odpowiedz – zwrócił się do malca. – Znasz tego mężczyznę i tę kobietę?
– Tak – odparł zdecydowanie malec.
– Czy poza ciężkim przewinieniem przyprowadzenia ze sobą elfa i jeszcze cięższym przewinieniem wprowadzenia go podstępnie do naszego ukochanego miasta popełnili oni jakieś inne zbrodnie?
– Taaaaaaaak. Człowiek mężczyzna zjada trupy, wydaje mi się, że z rozmarynem, a potem zarabia, sprzedając ich skóry; człowiek kobieta sprzedał swoją matkę i starszych braci... nie, nie, tych młodszych... mmmm... tak, najpierw chyba tych młodszych, nie pamiętam dokładnie.
Ponownie zapadła kompletna cisza. Potem rozpętała się piekielna wrzawa i naprawdę nic już nie można było zrozumieć.
– Powiedziałam ci, że to kłopoty znajdują mnie – odezwała się kobieta do myśliwego. – Dlaczego od razu nie poszedłeś w swoją stronę?
– W poprzednim życiu musiałem widocznie sprzedać własnego ojca – odpowiedział.
Kiedy ich prowadzili, mały elf znów zobaczył tę samą kurę: siedziała we wgłębieniu jednego z okien, gdzie uwiła sobie coś w rodzaju gniazda, w którym leżały dwa jajka. Spojrzeli na siebie przez chwilę i pozdrowili się, bo przez moment ich umysły stanowiły jedność, a to połączyło ich już na zawsze.
Malec zastanowił się, czy „Kura” lub „Kogut” byłyby dobrymi imionami dla psa. Sylwetka nie była ta sama, ale kolor piór na ogonie kury przypominał trochę kolor ogona i tylnych łap psa. Potem pomyślał, że pies nie znosił jaj, a kura nie lizała kogoś po twarzy, kiedy widziała, że jest mu smutno, tak więc to imię również nie było dobre.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-04-17 (1449 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej