Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Złotousta diablica
 
Katalog - dodano
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 Czara Cieni
- Frances Hardinge
 Śpiew kukułki
- Frances Hardinge
 Cała Orsinia
- Ursula K. Le Guin
 Stróże 2: Brudnopis Boga
- Jakub Ćwiek
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Toy Wars - Andrzej Ziemiański

Każdy chce zabić swojego szefa


– Przecież wie pan o mnie wszystko.
Przytaknął.
– Wszystko to może przesada – zakpił delikatnie. – Nie wiem na przykład, o czym śniła pani dzisiejszej nocy...
Boże. Człowiek składał się z dokumentów. Nie mięśnie, kości, żyły, tkanki miękkie, nie szare komórki, nie płyn rdzeniowy ani DNA... Człowiek to po prostu zbiór dokumentów. Akta na policji, teczka w ubezpieczalni, karty chorobowe, zeznania podatkowe, zbiory FBI, notatki kuratora z odwykówki, wypełnione dawno temu ankiety, metryka urodzenia, baza danych domu dziecka, urząd statystyczny, rejestrator jej lekarza, wydruki z bankomatów i sklepów, w których płaci się kartą. Toy nie była istotą białkową. Była człowiekiem zbudowanym z papieru i twardych dysków. Jeśli ktoś miał władzę równą Caltronowi, mógł wiedzieć o niej więcej niż ona o sobie wiedziała. Mógł wiedzieć, kiedy ma okres, a kiedy dni płodne, czy lubi czekoladę, czy raczej hamburgery, czy bardziej odpowiadają jej rośli blondyni, czy też preferuje grubych Murzynów, czy siedząc w fotelu i dłubiąc w nosie, ogląda wypożyczone filmy, czy raczej kładzie nogi na biurko i czyta gazety, czy woli papier toaletowy rumiankowy, czy bezzapachowy, jaki jest stan fory bakteryjnej w jej pochwie, czy jeżeli mruży oczy, jest zdenerwowana, czy przeciwnie – podniecona, czy jeśli swędzi ją tyłek, to znak, że ma grzybicę, czy też po prostu włożyła za ciasne majtki...
Higgins wiedział o Toy wszystko. Trochę więcej niż Bóg. Wiedział, że się zgodzi. Miał rozliczenie wydatków firmy „Iceberg & Vixen”. Miał w ręku charakterystykę psychologiczną dziewczyny. Miał dokładny opis tego, co zdziałała w kosmicznym walcu Moonsunga. Wiedział, w jaki sposób jako niemowlak zwracała uwagę mamy, choć ona sama swojej własnej mamy nie pamiętała. Wiedział, ile razy narobiła w pieluchę dwadzieścia lat temu, wiedział, że w luksusowej pseudoeuropejskiej restauracji będzie się czuła onieśmielona, wiedział, co włoży na siebie tego dnia. Miał ją na widelcu. Pan Bóg w porównaniu z Higginsem był po prostu niedoinformowany. No trudno, pójdzie do piekła. Pan Szatan też miał tysiące programistów do dyspozycji i całkiem niezłe komputery. Jego personel w każdym razie rozgrywał sprawy dużo lepiej niż aniołowie korzystający ciągle z drewnianych liczydeł. Przeciętny anioł na przykład nie wiedział, że miała właśnie „stan wzmożonego napięcia przedmiesiączkowego połączony z obniżoną tolerancją na stres”. Pan Szatan i pan Higgins wiedzieli o tym doskonale. I dlatego wybrali ten dzień na decydujące o jej dalszym życiu spotkanie. Zabębniła palcami w blat stołu. Ciekawe, ile miesięcy temu Higgins wiedział, że zabębni w ten sposób podczas pierwszego spotkania?
Pan Bóg nie liczył się w dalszej rozgrywce. Korzystał facet po prostu z przestarzałego sprzętu. Jakieś tam staromodne abakusy wykonane przez Izrael w czasach przekraczania Morza Czerwonego przez Mojżesza. Niczyja wina. Teraz Higgins i Szatan. Ci dwaj chłopcy nadążali za rozwojem techniki. Było ich na to stać. Odpowiednie wpływy, odpowiednie konta we właściwych bankach, nie to co utarg z tacy. Higgins & Szatan rulez! Takie napisy powinny się pojawiać na ścianach rządowych budynków. Z tym, że Higgins był trochę bogatszy niż rząd Stanów Zjednoczonych. Był troszeczkę lepiej poinformowany niż prezydent. Ciekawe, czy był bogatszy od pana Szatana? Cholera go wie. Może korzystali obaj z usług tej samej kancelarii adwokackiej? A może upili się kiedyś w jakiejś tawernie i kulturalnie podzielili strefy wpływów? Jak biznesmen z biznesmenem? Jak żołnierz Triad z członkiem mafii? „Tu twoje, a tu moje”. „Wszystko w końcu będzie moje, kotek!” – powiedział pewnie wtedy szatan. „Śnisz, idioto! – ryknął chyba śmiechem Higgins. – Wszystko będzie moje! Ubiłem doskonały interes, głupi diable. I moja rada na koniec: nie kupuj więcej tajwańskiego szajsu - niby tańsze, a ty jednak wyszedłeś jak dupek na tym interesie!”
Higgins w każdym razie nie przyszedł tu nadaremno... Tfu! Nadaremnie! Może lepiej nie stosować przestarzałego słownictwa Biblii, równie zdezaktualizowanego jak zeszłoroczne oprogramowanie.
Toy przekonała się już, co potrafi firma Moonsung. Kilka miesięcy po akcji, do której wynajął ją Pat Dante, przekonała się, że firma, jeśli jest tylko odpowiednio duża, może podnieść się z każdego upadku. Prasa i telewizja nie zostawiły na nich suchej nitki, sądy dosłownie rozsmarowały zarząd i przydzieliły ludziom z walca miliardowe odszkodowania... I co? Moonsung dalej trwał alive and well. Ludzi z walca leczono właśnie w szpitalach psychiatrycznych rozsianych na terenie całego kraju. A... A Moonsung przy Caltronie był niczym Kazachstan przy Rosji, niczym Walia wobec Anglii, był równie wielki jak Litwa w porównaniu z Polską...
Pozostawało więc do zadania jedno jedyne pytanie. Dlaczego wybrali właśnie ją? Czego chcieli od byłej prostytutki, byłej narkomanki?
- Dlaczego ja? - spytała więc. Higgins nawet nie podniósł oczu.
- To trochę skomplikowana kwestia. Wojskowy implant nie jest jeszcze sprawdzony. Rząd przerwał nam badania w najciekawszym momencie, jeśli można się tak wyrazić. Słynna ustawa o granicach ingerencji w umysł. Wszczepiliśmy go jednak paru osobom.
– On ci zaraz powie, że nikt nie przeżył – mruknęła Shainee. Miała nieprawdopodobną intuicję. – Toy, zrezygnuj z tego, proszę!
Higgins zerknął z zaciekawieniem na Shainee.
– Nikt nie przeżył – powiedział cicho. – Implant w trakcie aktywacji niszczy zbyt wielkie obszary mózgu. Można skończyć jako roślinka, można umrzeć.
– Jakoś nie słyszałam o serii procesów „rodziny zmarłych kontra Caltron”.
– Istotnie. To byli ochotnicy, osoby nieuleczalnie chore, które implant mógł uratować. Wszystkie papiery mamy w porządku.
– Toy. Chodźmy stąd! – poprosiła Shainee. – Ten człowiek cię zabije.
– Powiedział pan trzydzieści tysięcy plus... – Toy zawiesiła głos.
– Plus sam implant, który będzie już pani własnością do końca życia – powtórzył. – Jest wart kilka ładnych milionów dolarów.
– Toy, proszę cię. – Shainee zagryzła wargi. – Skoro już pan jest taki uprzejmy, weźmy te pięćset i chodźmy do domu!
– Czekaj, kotek. Skoro on chce mi go wszczepić, to przecież nie po to, żeby znaleźć kolejnego ochotnika do badań. Czegoś od nas chce. – Zerknęła na Tally-Ho, która również zaprzeczyła dyskretnym gestem i wskazała drzwi wyjściowe. – OK. Jaka jest szansa, że przeżyję i będę normalna?
– Ogromna. Implant niszczy te partie mózgu, które i tak pani ma już zniszczone przez kokainę. To po pierwsze. – Higgins upił znowu mały łyk wody. – Po drugie, pani ma już nasz implant w głowie. Po trzecie, jest pani uwarunkowana i jest eksnarkomanką. Co pani brała? S-7? Słynną „siódemkę”, prawda? To coś wypaliło już pani dość sporo pod czaszką... Dobrze, mógłbym wziąć dowolnego narkomana i wszczepić mu implant. Duża szansa, że przeżyje w przeciwieństwie do człowieka normalnego, gdzie zanotujemy zgon z powodu nadmiernego szoku. Ale po co mi narkoman? Chcę panią. Po pierwsze, jest pani już uwarunkowana, a nam się spieszy. Po drugie, przeczytałem wszystko o tym, co pani zrobiła dla Dantego. – Wyjął z kieszeni małe płaskie pudełko. – Proszę położyć na tym dłoń i powiedzieć, że się pani zgadza.
– Nie, Toy! – krzyknęła Tally-Ho.
– Nie, siostro. Pod żadnym pozorem. – Shainee szarpnęła Toy za ramię. – Chodźmy stąd. Proszę!
Toy położyła dłoń na analizatorze. Zeskanował wszystkie impulsy wysyłane przez jej organizm i pobrał próbkę krwi z palca, która miała być dowodem Caltronu w ewentualnej rozprawie sądowej o odszkodowanie. Podpisała więc krwią, że nie jest pod wpływem żadnych środków psychotropowych. Nowoczesna wersja cyrografu.
– Zgadzam się – powiedziała, patrząc Higginsowi prosto w oczy. – Co mi wszczepicie?
Ani na chwilę nie odwrócił wzroku.
– To coś jest implantem mózgowo-rdzeniowym. Nazywa się... Zresztą, mniejsza o nazwę.
Skinął na kelnera, który zabrał prawie nietknięte gotowane warzywa ze stołu. Zabrał też szklankę z wodą i przyniósł następną, mimo że z poprzedniej Higgins zdążył upić zaledwie trzy łyki.
– To ostateczne rozwiązanie kwestii inżynierii genetycznej naszej kochanej cywilizacji.
– Głupia! – Shainee straciła apetyt. Przez chwilę sprawiała wrażenie, że się rozpłacze. – To nie jest dobry człowiek.
Higgins starł palcem niewidzialny pyłek z lśniącego obrusu.
– Teraz mogę wyjawić cel naszego spotkania – powiedział cicho. – To będzie dłuższa opowieść, więc może zamówią panie coś jeszcze?
Toy poprosiła o wódkę. Shainee nic nie chciała. Zamknęła oczy i przytuliła się do ramienia Tally-Ho smutna. Łzy zbierały jej się pod powiekami.
– Zabiją ją – szeptała. – On ją zabije.
Higgins nie zwracał uwagi na dwie dziewczyny. Patrzył prosto w twarz Toy.
– Cała historia ma początek w zeszłym stuleciu – zaczął. – Od prób stworzenia technologii zwanej VR. „Wirtualna rzeczywistość” – zakpił. – Do dziś nie udało się jej stworzyć. Wbrew głośnym kampaniom reklamowym różne firmy skonstruowały „V”, ale nie mogą sobie poradzić z „R”. – Uśmiechnął się ciepło. – Bo co to jest wirtualna rzeczywistość w obecnym wydaniu? Idzie pani do salonu gier, nakłada kombinezon, hełm, uprząż, podwieszają panią do specjalnych szelek na stojaku. Już w tym momencie wszystkim rozsądnym ludziom chce się śmiać, gdy widzą wierzgające nogami postaci obok i słyszą ich kretyńskie okrzyki w rodzaju: „Ach! Stój, gnoju! Będę strzelał! Chodź, pindo...” albo wręcz „Och, och, och...”. Mniejsza z tym. Pracownik podłącza pani zbroję do komputera i... znajduje się pani w VR. Ha, ha, ha... Ale dobrze.
Widzi pani jakieś potwory, strzela, krew tryska hektolitrami. Boże! Sprowadziłem sobie kiedyś taki sprzęt. Bo nie zdecydowałbym się nigdy na włożenie przepoconego kombinezonu z publicznych salonów. Nie wiem, czym oni to czyszczą... Myślałem, że „rumieńce wstydu” zostaną mi już do końca życia. Czułem się jak idiota. Niby gdzieś tam biegłem, strzelając do czego popadnie, ale wiedziałem przecież, że tak naprawdę tylko ruszam nogami podwieszony na uprzęży przypiętej do stelaża. Koledzy wyli ze śmiechu.
Higgins zaczerpnął tchu.
– Spróbowałem potem seksualnej VR. Rzeczywiście, udało im się mnie podniecić – wyznał szczerze. – Ale co z tego, skoro do niczego konkretnego nie mogło dojść? Wiem, wiem... Są chińskie urządzenia z wbudowanymi onanizatorami. Serdecznie za to dziękuję. Nie mam najmniejszej ochoty, żeby onanizowało mnie urządzenie o wyglądzie gruszki do lewatywy, wyświetlając w hełmie ruchome obrazki panienek z Playboya.
Shainee oderwała się od ramienia Tally-Ho i przełknęła ślinę przerażona.
– Nie, nie, nie... – kontynuował Higgins. – To nie dla mnie. To nie jest do przyjęcia dla większości mężczyzn na świecie. Spróbowałem więc gry strategicznej. Spróbowałem „Moonsung Overdrive”. – Uśmiechnął się i mrugnął do Toy. – To gra oparta na kanwie pani przygód.
Wybałuszyła oczy.
– Jest gra o mnie?!
– Oczywiście. Nie rozumiem pani zdziwienia. Afera z kosmicznym walcem była tak głośna w mediach, że gra pojawiła się natychmiast. Wyprodukowali ją piraci i w związku z tym nie zapłacono wam praw autorskich do postaci. Żeby uniknąć procesów, zmieniono nazwiska i wygląd zewnętrzny ludzi. Ale można wcielić się w każdego. Zamiast „Toy Iceberg” jest „Toye Titanic”, zamiast „Shainee” jest „Shining”, zamiast „Tally-Ho” jest „Action--Station”. Można też wcielić się w Pata Dantego zwanego dla niepoznaki „Joe Petrarka”. Można zostać „panem Brownem”, który w grze nazywa się „panem Smithem”... Koszmar. Uważam się za człowieka inteligentnego, nigdy nie brałem narkotyków, więc, proszę wybaczyć, rozwiązałem aferę, powiedzmy, sto razy szybciej niż pani w rzeczywistości. Ale gra nie dopuszczała takiego rozwiązania. Przegrałem. Programiści uznali, że albo rozwiążę problem tak, jak zrobiła to pani, albo przegrywam. Idiotyzm. No cóż. Nośniki pamięci mają jednak określoną pojemność. Nie da się wymyślić i zapisać wszystkich możliwych rozwiązań do wyboru. Zresztą... Zacząłem znęcać się nad grą. Na przykład na Księżycu poszedłem do najbliższego biura podróży i poprosiłem o bilet na prom do Chin. Wyświetlił się napis „Nielegalna komenda”. OK. Podczas pierwszego spotkania zastrzeliłem Pata Dantego. O przepraszam... „Joego Petrarkę”. Dowiedziałem się, że „Użytkownik wykonał nielegalną operację”. Skoczyłem więc z okna pani biura. Gra zawiesiła się i musiałem wzywać obsługę techniczną. To zbiór bzdur. Kompletny shit software. Jeżeli świat VR to na przykład Nowy Jork, a ja chcę lecieć do Nijmeegen, oczywiście VR zaczyna się sypać. Nie można wirtualnej rzeczywistości zaimplantować w komputerach całego świata. Obawiam się, że nigdy nie można będzie tego zrobić. Bo powiedzmy: gra toczy się w L.A., zakładam istnienie przyszłych, „cudownych” komputerów i chce pani polecieć do Paryża. Leci pani, powiedzmy, że taka technologia pojawi się za kilkadziesiąt lat, i sprawdza napis na murze, który namazała podczas ostatnich wakacji: „Higgins jezd gupi!”. I co? W VR napisu nie będzie! Choćby zeskanowali „cudownie” cały Paryż, napisu nie będzie. Tego się nie da zrobić. Trzeba byłoby skanować Paryż co sekundę. A tu już jesteśmy zbyt blisko schizofrenii, żeby rozmawiać o tym poważnie...
Znowu odetchnął głęboko.
– Zresztą VR to i tak totalna bzdura. Za drogi sprzęt. Można oczywiście fundnąć sobie hełm i rękawice, a nawet kombinezon do domu, ale... W VR czuje pani mniej więcej tyle. – Klepnął ją palcami w dłoń. – I już. Jeśli ktoś panią postrzeli, nie poczuje pani wielkiego bólu, jedynie słaby ucisk kombinezonu. Po drugie, w VR przez cały czas wie pani, że to tylko sofware i serwomechanizmy. Po trzecie, co to za „rzeczywistość”, w której nie mogę niczego polizać, kochać się z kobietą, wymyślić samemu, jak zastrzelić prezydenta i zrealizować ten plan?
Cały problem z wirtualną rzeczywistością polega na tym, że jej uczestnik doskonale wie, że to żadna „rzeczywistość”. Sprawę dałoby się załatwić wszczepianiem do głów implantów, lecz... Kto o zdrowych zmysłach pozwoli sobie wszczepić procesor do mózgu, jeśli nie jest to absolutnie konieczne? Odpowiedź wydaje się prosta – tylko urodzony idiota. Idiotów co prawda na świecie nie brakuje. Niemniej po kilku tygodniach pojawią się przecież nowe procesory, oferujące nowe możliwości. I co? Należy przeprowadzić nową operację na otwartym mózgu? Nie. To koszmar. Caltron zainteresował się rynkiem z powodu jego pojemności...
Higgins przerwał nagle. Pociągnął łyk wody ze stojącej przed nim szklanki. Potem kontynuował.
– Poszliśmy inną drogą. Zadaliśmy sobie pytanie, po co produkować kosztowne urządzenia albo wszczepiać ludziom implanty VR. Czy nie lepiej wykorzystać mechanizm VR, który każdy człowiek już ma w swojej głowie?
– Jaki? – Toy aż podskoczyła na krześle. Tally-Ho i Shainee również popatrzyły zaciekawione.
– Każdy człowiek ma już zaimplementowany system wirtualnej rzeczywistości w głowie – powtórzył Higgins.
Tally-Ho skubnęła coś z talerza. Zastanawiała się gorączkowo.
– Mózg? Umysł?
– Ciepło, ciepło.
– Co to jest?
Higgins upił kolejny łyk wody. Kelner natychmiast zmienił szklankę na nową.
– Sen.
– Proszę?
– Sen.
Higgins nachylił się nad stołem.
– Sen – powtórzył. – Zwykły, normalny, ludzki sen. Przecież, gdy ktoś śni, to wydaje mu się, że wszystko odbywa się naprawdę. Mam rację?
– Owszem.
– Sprokurowaliśmy... – zerknął na Toy, uśmiechnął się à propos poprzedniej wpadki z wyrażeniem „spieszę wyjaśnić”. – Wyprodukowaliśmy urządzenie, które wprowadza człowieka do świata snu. Wszystko wydaje się naturalne. Wszystko prawdziwe. Po prostu śni się sen. – Znowu pokazał swoje olśniewające zęby. – Tak realny jak tylko sen może być. Wszystko „dzieje się naprawdę”. Można odczuwać ból, strach, przyjemność, można się kochać. Naprawdę. – Potarł wargi. – Ile razy miała pani orgazm podczas snu?
Toy przełknęła ślinę, trochę zszokowana.
– No, parę razy. – Usiłowała się nie zaczerwienić.
– Parę?
– No, dobra. Trochę razy więcej niż trochę. Młoda jeszcze jestem – wyjaśniła, jakby mogło to być wyjaśnieniem. – Śnią mi się różne rzeczy z mężczyznami.
– O, właśnie. Czy to był prawdziwy orgazm?
– Tak. – Spuściła oczy skonfundowana. Przynajmniej nie kłamała. Ale bała się podnieść wzrok. Cholera jasna, no, miała orgazm kilka... kilkanaście... kilkadziesiąt... No, dobra. Miewała orgazmy we śnie. I taka jest nasza linia obrony, wysoki sądzie. Na to się nie ma wpływu.
– Sama więc pani widzi, że we śnie można zrobić wszystko. Można być bogiem, można diabłem, można złodziejem, można świętym. I wszystko jest realne. – Odsunął się od blatu. – Można też umrzeć, zginąć, zostać zamordowanym, spalonym żywcem, zostać nabitym na pal. Co kto lubi. Śmierć we śnie jednak nie ma żadnych konsekwencji w rzeczywistości. Po prostu człowiek się budzi. I już.
– Slogan reklamowy: „Możesz przeżyć własną śmierć”?
– Nie tylko. „Miłość z Marilyn Monroe”, „Jak zastrzeliłem papieża”, „Dlaczego jako prezydent nakazałem koniec świata”. I tak dalej.
– Domyślam się, że każdy chce zabić swojego szefa. To też możliwe?
– Owszem. I to bez żadnych konsekwencji, a wrażenie takie, jakby się to zrobiło naprawdę.


Fragment udostępniony przez Wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-04-25 (1457 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej