Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Bratobójca
 
Katalog - dodano
 Żółte ślepia
- Marcin Mortka
 Lanny
- Max Porter
 Pułapka Tesli (wyd.2)
- Andrzej Ziemiański
 Port Cieni
- Glen Cook
 Notebook
- Tomasz Lipko
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Wypychacz zwierząt - Jarosław Grzędowicz

Kot mi... umarł


 Nie wierzę, że to robię – powiedział do siebie Igor, usiłując przedrzeć się wzrokiem przez mgłę i mżawkę.
Istotnie, nie pasował do wijącej się przez las wyboistej drogi, mniej więcej tak samo jak jego skoda fabia combi. Jej światem był asfalt miejskich ulic, ostatecznie trasy szybkiego ruchu, skrzyżowania i stacje benzynowe, a nie żwirowe koleiny i tnące drogę korzenie sosen wijące się niczym zdrewniałe węże. Igor również należał do miasta. Biura, restauracje, neony. Umiał radzić sobie z miejską dżunglą, unikać krępych wyrostków w dresach stojących w bramach albo zdławić w zarodku każdą intrygę, która mogła wykiełkować na jakimś zebraniu zarządu czy biurowych korytarzach. A teraz brnął przez puszczę, a w bagażniku spoczywały zawinięte w grubą torbę z „folii termicznej” zwłoki.
– Nie wierzę – powtórzył, ale to nie zmieniało sytuacji. Pachan nie żył od wczoraj. Igor nie miał pojęcia, co mu się stało. Dwa razy dziennie nakładał mu porcję konserwy, dosypywał chrupek, wyrzucał zafajdany żwir. Kiedy wracał z pracy, kocur najczęściej spał zwinięty w kłębek na najwygodniejszym fotelu albo na łóżku. Rano budził go, wpychając kłujący wąsami pyszczek w oko i zanosząc się histerycznym mruczeniem. Chodziło głównie o poranną porcję konserwy, którą Igor wyjmował z lodówki zaspany, w samych gaciach, jeszcze zanim poszedł do toalety. Nic nie zapowiadało katastrofy. Sprawy toczyły się utartym rytmem.
We wtorek Pachan po prostu go nie obudził. Igor był przekonany, że zaspał, i dał kotu spokój. W gruncie rzeczy w porannym rozgardiaszu właściwie o nim zapomniał. Parzył kawę, jednocześnie myjąc zęby, wiązał krawat z jagodzianką w zębach, potem porwał teczkę i poszedł do pracy. Wieczorem kocur leżał dokładnie w tej samej pozycji – na boku, z wyciągniętymi łapami. W rozchylonym pyszczku bielały ostre zęby, w szczelinie uchylonej powieki błyskało jedno, czarne jak paciorek oko. Najwyraźniej musiał wyzionąć pręgowanego ducha jeszcze w nocy.
Igor wpadł w panikę. Pewnie, że żal mu było kosmatego, bezczelnego stwora, który plątał się po jego życiu od dwunastu lat. Ale chodziło też o żonę i córkę. Ich miłość do Pachana graniczyła z obłędem. Igor przez całe swoje życie nigdy nie był przez nikogo tak kochany, jak ten bury, tłusty kocur przez jego własne, najbliższe kobiety.
„Jeżeli coś się stanie temu kotu, rozwiodę się z tobą” – powiedziała mu na odjezdnym Irena. Nie brzmiało to jak żart. O ewentualnej reakcji córki, której Pachan towarzyszył od niemowlęctwa, nie chciało mu się nawet myśleć.
Kiedy dzwoniły z Norwegii, najpierw i przede wszystkim pytały, jak się ma i co robi Pachan. Obecnie sztywny i martwy, wypełniający torbę po mrożonkach.
W ostatniej chwili przypomniał sobie absurdalną, niesamowitą opowieść przyjaciela i zadzwonił do niego, czując, że trzęsą mu się nogi.
Samochód wytoczył się z lasu na drogę wśród pól, wysadzaną ledwo majaczącymi we mgle rosochatymi wierzbami. Igor odetchnął z ulgą.
Dom, stare pruskie gospodarstwo, wznosił się wśród sosen i brzóz, otoczony krzakami jaśminu. Dokładnie tak, jak miało być.
Stał i z bijącym sercem naciskał dzwonek, wściekle obszczekiwany przez dwa psy kryjące się gdzieś w krzakach. Co jakiś czas między deskami parkanu pojawiały się dwa gryzące sztachety pyski, tak blisko siebie, jakby gospodarstwa pilnowały psie syjamskie bliźnięta. Wypchana makabrycznym ciężarem torba obijała się Igorowi o nogi.
– Błagam, bądź w domu – jęknął Igor.
Upłynęła piekielnie długa chwila wypełniona piekielnym ujadaniem, aż wreszcie kobiecy głos zawołał: „Cerbi, do budy!” i szczekanie ucichło.
– Przepraszam bardzo – powiedziała najpiękniejsza kobieta, jaką Igor widział kiedykolwiek w życiu, otwierając mu furtkę. – Musiał wyleźć z zagrody. Zazwyczaj spuszczamy go dopiero w nocy.
– Dzień dobry – wydukał, patrząc w bezwstydnie zmysłowe oczy o barwie lapis-lazuli. Był pewien, że się rumieni. – Ja... ja dzwoniłem... Znaczy... Byłem umówiony z panem, eee... panem Romanem...
- Mąż jest w pracowni na dole. W piwnicy. Pokażę panu.
Dziewczyna miała najwyżej dwadzieścia pięć lat, grzywę kruczoczarnych kędziorów, niebieskie oczy i szczupłą twarz arabskiej księżniczki. Szeherezada mogła nosić za nią tren płaszcza.
Prowadziła go, okutana przeciwdeszczowym płaszczem, wąskie bose stopy migały przed nim w mokrej trawie, nie mógł oderwać od nich wzroku. Psy już nie szczekały, mignęły mu gdzieś we mgle za stodołą, biegły przy sobie tak ciasno, że wydało się, iż to jeden dwugłowy stwór.
W domu było mrocznie i staroświecko. Pachniało starym drewnem i jeszcze czymś dziwnym, jakby kalafonią. Szeherezada wskazała mu jakieś drzwi i zapaliła światło, a potem znikła za dwuskrzydłowymi wierzejami do salonu. Zdążył zobaczyć w szczelinie, jak płaszcz spływa z jej ramion na podłogę, w kompletnym osłupieniu zarejestrował błysk światła na nagich, smagłych pośladkach. Dziewczyna zwinęła się w kłębek na fotelu na wprost telewizora. Wypatrzył jeszcze jedwabiście gładką pierś zwieńczoną strzelistym sutkiem, kiedy sięgała po pilota.
Na schodach prowadzących w dół i w wąskim korytarzu stały wypchane zwierzęta. Dzik, zające, jakieś psy, lisy. Powiesił swój płaszcz na rozłożystym wieńcu jelenia, który spoglądał ze ściany smutnym szklanym wzrokiem. Zapukał.
- Proszę - rozległo się. W tym momencie jeleń wydał z siebie przeciągłe mruczenie, poruszył łbem i zrzucił płaszcz na podłogę. Igor nie był w stanie wrzasnąć. Wydał z siebie tylko żałosny mysi pisk i oparł się plecami o drzwi. Jelenia głowa wyciągnęła się w jego stronę tak daleko, jak tylko pozwalała umocowana na drewnianej tarczy szyja. Powąchała Igora i prychnęła w niego trocinami.
Powinien był się spodziewać, ale co innego usłyszeć, a co innego zobaczyć na własne oczy. Został uprzedzony, mimo to omal nie zemdlał.
Drzwi za jego plecami ustąpiły. Chudy mężczyzna o pobrużdżonej twarzy, siedzący za ogromnym stołem, miał na twarzy kwadratowe powiększające gogle z wbudowanymi latarkami, a w ręku coś, co przypominało długopis. Przed nim stała biała ręka szkieletu. Dłoń i kilkanaście centymetrów kości, sterczące pionowo na blacie, jakby kostucha pozdrawiała spod stołu. Igor stał nieruchomo, trzymając torbę z martwym kotem, i nie mógł nic powiedzieć.
Długopis w ręku mężczyzny zasyczał i strzelił drobnymi iskrami. Trupie palce poruszyły się.
- No dobra, zobaczymy.
Odwrócił się na obrotowym fotelu, popukał w klawiaturę. Komputer stojący w tej graciarni wyglądał bardzo profesjonalnie, to znaczy nie miał obudowy, a wszystkie elektroniczne bebechy poniewierały się dookoła podpięte taśmami wielobarwnych kabli.
Dłoń poruszyła się, następnie zgarnęła z blatu dużą monetę i trzymała ją między palcem wskazującym a kciukiem.
- Uważaj pan teraz. - Gospodarz stuknął w klawisz. Palce poruszyły się, moneta przetoczyła się podawana między kostkami, koziołkując aż do małego palca i z powrotem. A potem wypadła nagle i stuknęła o blat.
- Szlag - powiedział mężczyzna.
Siedząca na podwieszonym pod sufitem drążku sowa błysnęła znienacka kocimi oczami i zahukała. Igor stał nieruchomo i nadal nie mógł wykrztusić ani słowa. Zaczęła mu natomiast świtać nadzieja.- Podoba się panu moja sowa? - zapytał mężczyzna.
- Wypchana?
- Oczywiście.
- Kot mi... umarł - wygłosił wreszcie Igor. Określenie „zdechł” w stosunku do w gruncie rzeczy członka rodziny wydało mu się co najmniej niestosowne.
- Pokaż pan.
Pachan spoczął na metalowym blacie. W ostrym świetle lamp wyglądał na jeszcze bardziej martwego niż wcześniej. Mężczyzna, poświstując jakąś nieokreśloną melodię, podważył mu szczęki, obmacał sztywne łapy, zajrzał w oko.
- Skąd pan ma mój adres? - zapytał wypychacz zwierząt surowo. Gogle powiększały mu oczy, wyglądał jak głębinowa ryba.
- Mój przyjaciel... Robił mu pan papugę.
- Dlaczego pan po prostu nie pochowa zwierzątka? Koty żyją krócej niż ludzie. Trzeba się pogodzić z tym, że przeżyje pan kilka pokoleń. To tak, jakby drzewo miało człowieka. Nie oszuka pan śmierci. Ten kot nie żyje i tak już zostanie.
- Nie chodzi o mnie. Moja żona... i moja córka... One tego nie zniosą. Monika ma dwanaście lat, znała tego kota przez całe życie. Uwielbiają go. Irena, moja żona, powiedziała mi kiedyś, że jeżeli temu kotu coś się przeze mnie stanie, to się ze mną rozwiedzie. I to nie brzmiało jak żart. Teraz są w Norwegii. Moja żona tam pracuje. Staż naukowy. Zabrała córkę na wakacje. Wracają za trzy tygodnie, ja... proszę pana. Zapłacę.
- Już dobrze, dobrze. Lubię robić koty. Najlepiej mi wychodzą. Zaczynałem od kotów. Pomyślałem sobie, że jeśli zrobię kota tak, żeby nikt się nie zorientował, to inne zwierzęta to będzie pestka. Ta elegancja ruchów, gracja... Wie pan, w Ameryce czy Japonii wydają na to miliony, a ich roboty są beznadziejne. Przewracają się, chodzą gorzej niż kukiełki. Moje są inne. Nikt nie zauważy różnicy. Nawet pańska córka. Widział pan Cerbera?
- Widziałem dwa psy...
- To jest jeden pies. Dwugłowy. Składa się z Burka, który umarł ze starości, i Szoszona, który wpadł pod traktor. Tylko głowa ocalała, więc postanowiłem zachować obydwa. Lubiłem je.
Wyjął coś, co wyglądało jak miniaturowa piła tarczowa, i włączył świszczący silniczek. Ostrze zagłębiło się w ciało kota, jadąc wzdłuż długiego, prostego cięcia. Futro rozstąpiło się, ukazując sinoróżowe mięśnie. Igor wzdrygnął się.
Mężczyzna wyłączył silnik.
- Dobra, przepraszam. To dla pana przykry widok, ale muszę się spieszyć. Zamroził pan kota, lecz teraz rozkład będzie szybko postępować. Pół godziny go jednak nie zbawi. Musi mi pan powiedzieć, jak on się zachowywał. Co lubił, jak reagował, wszystko. Bez obawy. Zrobimy tak, że nikt nie zauważy różnicy.
– On będzie jadł?
– Będzie jadł, wydalał, zagrzebywał w kuwecie. Spał, mruczał i właził na kolana. Ludzie widzą to, co chcą widzieć. Sądzi pan, że pańska córka pomyśli: „Mój kotek jest jakiś dziwny, to chyba robot”? Spokojnie. Koty najlepiej mi wychodzą. Usiądziemy na górze i opowie mi pan wszystko przy herbacie. Zdaje się, że przyda się panu jeden głębszy.
Igor pomyślał, że jeden głębszy to chyba jednak nie będzie magiczne „pół promila” i chyba rzeczywiście się przyda. Na górze wypychacz zajrzał za dwuskrzydłowe drzwi.
– Kochanie, zrobisz nam herbaty?
Odpowiedziało mu wściekłe syknięcie i jakiś trzask, jakby Szeherezada miotnęła w niego kubkiem. Mężczyzna cofnął się skonsternowany i zamknął drzwi.
– Chyba sami zrobimy sobie herbaty – powiedział.
Siedzieli w kuchni nad herbatą i wiśniówką. Igor opowiadał o swoim kocie, a wypychacz notował. Pachniało wiśniami i migdałami, ogień huczał w kaflowym piecu.
Dziewczyna weszła nagle i bezszelestnie, kiedy właśnie opowiadał o tym, jak Pachan wpadł kiedyś do wanny. Założyła przynajmniej kusy szlafroczek, ale i tak robiła niesłychane wrażenie. Pojawiła się znikąd i bezceremonialnie wślizgnęła się Igorowi na kolana, obejmując za szyję. Igor zająknął się i umilkł. Szeherezada bezwstydnie polizała go w szyję i zamruczała. Zamarł, nie mając pojęcia, co dalej robić. A potem znienacka ugryzła go potężnie w ucho i wyszła z kuchni.
Wynalazca siedział jakby nigdy nic.
– Piękna, co? – zapytał z dziwną dumą w głosie.
– Tak... przepraszam – wydukał Igor, trąc ucho, które paliło niczym oblane wrzątkiem. – Ta pańska żona jest trochę... dziwna.
– No tak... – odpowiedział smutno wypychacz zwierząt i westchnął. – Mówiłem panu, że koty mi najlepiej wychodzą.


Fragment udostępniony przez Wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-05-02 (1649 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej