Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Namiestniczka. Księga III
 
Katalog - dodano
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 Ale z naszymi umarłymi
- Jacek Dehnel
 Jednookie walety
- antologia
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Najgłupszy anioł - Christopher Moore



 Boże Narodzenie wkradło się do Pine Cove jak to podstępne Boże Narodzenie: ciągnąc girlandy, wstążki i dzwonki, rozlewając ajerkoniak, cuchnąc sosną i zapowiadając świąteczną zagładę niczym odmrożenie pod jemiołą.
Zbudowane w pseudotudorowskim stylu Pine Cove, całe wystrojone w świąteczne gadżety – migające lampki na wszystkich drzewach wzdłuż Cypress Street, sztuczny śnieg w rogach każdej wystawy sklepowej, miniaturowych Mikołajów i olbrzymie świece na wszystkich latarniach – otworzyło podwoje na napływ turystów z Los Angeles, San Francisco i Central Valley, szukających prawdziwej, gwiazdkowej komercji. Pine Cove, senne nadmorskie miasteczko w Kalifornii – istne miasto-zabawka, w którym więcej było galerii niż stacji benzynowych, więcej winiarni niż sklepów żelaznych – czekało, równie kuszące jak pijana królowa balu maturalnego, a Boże Narodzenie miało nadciągnąć już za pięć dni. Wraz z Bożym Narodzeniem zbliżało się Dziecię. Jedno i drugie było wspaniałe, nieodparte i cudowne. Pine Cove czekało tylko na jedno z nich.
Co nie oznacza, że miejscowi nie odczuwali atmosfery Świąt. Dwa tygodnie przed i po Świętach wiązały się z mile widzianą falą pieniędzy, płynącą do tutejszych kas, wygłodniałych już od lata. Każda kelnerka odkurzała swoją mikołajową czapkę, wkładała rogi renifera i sprawdzała, czy ma w fartuszku parę działających długopisów. Recepcjoniści w hotelach szykowali się na wściekłych uczestników wycieczek last-minute, dla których zabraknie miejsc, a dozorcy przerzucali się ze zwykłych odświeżaczy powietrza o zapachu pudru dla niemowląt na bardziej świąteczny odór sosny i cynamonu. W butiku przyczepili tabliczkę z napisem „oferta świąteczna” do paskudnego swetra w renifery, dziesiąty rok z rzędu podnosząc jego cenę. Łosie, masoni i weterani, będący w zasadzie jedną bandą zapijaczonych staruchów, snuli gorączkowe plany na doroczną świąteczną paradę przez Cypress Street. W tym roku jej tematem miał być patriotyzm (głównie dlatego, że taki był temat parady czwartego lipca i wszyscy wciąż mieli dekoracje). Wielu mieszkańców zgłosiło się nawet do obsługi skarbonek Armii Zbawienia, ustawionych przed pocztą i Tanim Marketem. Zmieniali się co dwie godziny przez szesnaście godzin dziennie. Ubrani w czerwone kostiumy i sztuczne brody, machali swoimi dzwonkami, jakby chcieli zdobyć złoty medal w wywoływaniu ślinotoku u psa na Olimpiadzie Pawłowa.

- Dawaj forsę, skąpy sukinsynu – powiedziała Lena Marquez, która stała przy skarbonce w ten poniedziałek, pięć dni przed Bożym Narodzeniem. Przemierzała parking za Dalem Pearsonem, podłym deweloperem z Pine Cove, który szedł do swojego pickupa, i potrząsała dzwonkiem jak wściekła. Gdy wchodził do Taniego Marketu, skinął jej głową i powiedział: „dam pieniądze przy wyjściu”, ale gdy osiem minut później wyłonił się ze sklepu, niosąc torbę zakupów i worek z lodem, minął jej skarbonkę tak, jakby używała jej do zbierania łoju z tyłków inspektorów budowlanych i jakby musiał uciekać przed smrodem.
- Możesz się szarpnąć na parę dolców dla tych, którzy mieli mniej szczęścia.
Zadzwoniła mu bardzo mocno tuż przy uchu, a on odwrócił się, wykonując workiem lodu zamach mniej więcej na wysokości bioder.
Lena odskoczyła. Była szczupłą trzydziestoośmiolatką o ciemnej cerze, a także delikatnej szyi i idealnym obrysie szczęki tancerki flamenco. Długie, ciemne włosy miała zwinięte po obu stronach swojej mikołajowej czapki w dwa precle w stylu księżniczki Lei.
- Nie możesz wiać przed Mikołajem! To zachowanie jest złe pod taki wieloma względami, że nie mam czasu ich wymieniać.
- Chyba raczej wyliczać – odparł Dale. Łagodne, zimowe słońce odbijało się od nowej emalii, którą niedawno pokrył sobie przednie zęby. Miał pięćdziesiąt dwa lata i był niemal zupełnie łysy. Jego silne ramiona stolarza wciąż były szerokie i kanciaste, pomimo wiszącego poniżej piwnego brzuszka.
- Chciałam powiedzieć, że to złe.
.. ty jesteś zły... i skąpy. – Z tymi słowami znowu przysunęła mu dzwonek do ucha i zamachała niczym odziany w czerwień terier, mordujący krzyczącego, mosiężnego szczura.
Dale skulił się na ten dźwięk i podstępnie zatoczył workiem lodu szeroki łuk, trafiając Lenę w splot słoneczny. Pognała do tyłu przez parking, usiłując złapać oddech. Właśnie wtedy panie z PAKERA wezwały gliny – no, jednego glinę.

PAKER był centrum fitness dla kobiet, mieszczącym się tuż ponad parkingiem Taniego Marketu. Ze ścieżek i maszyn imitujących chodzenie po schodach, członkinie klubu mogły obserwować wchodzących i wychodzących ze sklepu, nie czując się przy tym podglądaczkami. To, co dla sześciu z nich zaczęło się jako chwila czystej radości i lekki skok adrenaliny, gdy patrzyły, jak Lena goni Dale’a przez parking, szybko zmieniło się w szok, gdy wredny deweloper walnął latynoską Mikołajkę w bebech workiem lodu. Pięć z nich po prostu potknęło się albo jęknęło, ale Gerogia Bauman – która akurat ustawiła swoją ścieżkę na 12 kilometrów na godzinę, bo chciała przed Świętami zrzucić siedem kilo i zmieścić się w suknię koktajlową z czerwonymi cekinami, którą mąż kupił jej w napadzie seksualnego idealizmu – zleciała z urządzenia w tył i wpadła w barwną plątaninę uczestniczek kursu jogi, ćwiczących na materacach.
- Au, moja czakra dupy!
- To twoja czakra podstawy.
- Boli jak dupa.
- Widziałyście? Prawie ją znokautował. Biedactwo.
- Może trzeba sprawdzić, czy nic jej się nie stało?
- Ktoś powinien zadzwonić do Theo.
Kobiety jednocześnie wyciągnęły telefony komórkowe – niczym gang Odrzutowców z West Side Story, otwierających sprężynowe noże, by wesołym, tanecznym krokiem ruszyć do walki na śmierć i życie.
- Po co w ogóle wychodziła za tego faceta?
- Straszny z niego dupek.
- Dużo piła.
- Georgia, dobrze się czujesz, skarbie?
- Czy pod 911 dodzwonię się do Theo?
- Ten sukinsyn po prostu pojedzie i ją tak zostawi.
- Powinniśmy tam iść i jej pomóc.
- Muszę ćwiczyć na tym jeszcze dwanaście minut.
- Zasięg sieci w tym mieście to tragedia.
- Mam numer do Theo w szybkim wybieraniu, ze względu na dzieci. Ja zadzwonię.
- Popatrzcie na Georgię i dziewczyny. Wyglądają, jakby grały w Twistera i się przewróciły.
- Halo, Theo. Mówi Jane z PAKERA. Tak, no wiesz, właśnie wyjrzałam przez okno i zobaczyłam, że coś się dzieje pod sklepem. No, nie chcę się wtrącać, ale powiedzmy, że pewien deweloper właśnie uderzył jednego z Mikołajów z Armii Zbawienia workiem lodu. W takim razie będę wypatrywała swojego samochodu. – Zamknęła komórkę. – Już jedzie.

Telefon komórkowy Theophilusa Crowe’a odegrał pięć taktów Tangled Up in Blue drażniącym, elektronicznym dźwiękiem, który brzmiał niczym chór cierpiących much albo disneyowski świerszcz wdychający hel, albo, no, wiecie, Bob Dylan – tak czy owak, zanim otworzył urządzenie, pięć osób w dziale warzywnym Taniego Marketu tak zgromiło go wzrokiem, że sałata w jego wózku zwiędła. Uśmiechnął się, jakby chciał powiedzieć: „Przepraszam, też nie znoszę tych ustrojstw, ale co zrobić?”, a potem odebrał: - Posterunkowy Crowe – choćby po to, by przypomnieć wszystkim, że nie gra tu sobie w kulki, tylko jest STRÓŻEM PRAWA.
- Na parkingu przed sklepem? Dobra, zaraz tam będę.
To była dopiero wygodna sytuacja. Funkcja stróża prawa w miasteczku, liczącym tylko pięć tysięcy mieszkańców, miała pewną zaletę: do źródła kłopotów nigdy nie było daleko. Theo postawił wózek na końcu przejścia między regałami, po czym przemknął obok kas i przez automatyczne drzwi na parking. (Przypominał odzianą w dżinsy i flanelę modliszkę, dwa metry wzrostu, osiemdziesiąt kilo, i miał tylko trzy prędkości: wolny krok, galop i stop). Na zewnątrz ujrzał skuloną i próbującą złapać oddech Lenę Marquez.

Jej były mąż, Dale Pearson, właśnie wsiadał do swojego pickupa z napędem na cztery koła.
- Stój, Dale. Czekaj – powiedział Theo.
Upewnił się, że Lena tylko straciła dech i nic nie będzie, po czym zwrócił się do krępego dewelopera, który zamarł z jedną nogą na progu auta, jakby zamierzał ruszyć, kiedy tylko z wnętrza wyleci całe gorące powietrze.
- Co się tu stało?
- Ta stuknięta suka uderzyła mnie tym swoim dzwonkiem.
- Wcale nie – wydyszała Lena.
- Otrzymałem zgłoszenie, że to ty uderzyłeś ją workiem lodu, Dale. To napaść.
Dale Pearson szybko rozejrzał się dookoła i dostrzegł grupkę kobiet, zebranych przy oknie siłowni. Wszystkie odwróciły wzrok i ruszyły do urządzeń, na których ćwiczyły, gdy zaczął się spór. – Spytaj ich. Powiedzą ci, że przyłożyła mi dzwonkiem w głowę. Działałem tylko w obronie własnej.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-02-03 (1671 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej