Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Samozwaniec. Moskiewska ladacznica. Tom I
 
Katalog - dodano
 Fałszywy Pieśniarz
- Martyna Raduchowska
 Opowieści o duchach
- Jim Butcher
 Legion. Kłamstwa patrzącego
- Brandon Sanderson
 Zmiany
- Jim Butcher
 Upiorne opowieści po zmroku
- Alvin Schwartz
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Apokalipsa według Pana Jana - Robert J. Szmidt

Szanowny Panie Janie


 Przetrzymali nas w tej sali niemal do zmierzchu. Niewiele rozmawialiśmy w tym czasie. Paweł początkowo analizował naszą sytuację, od czasu do czasu przedstawiał nowe przemyślenia. Potem zasnął – rzucał się niespokojnie i mruczał coś niezrozumiale. Ja tymczasem siedziałem w oknie i przyglądałem się miastu. Z wysokości drugiego piętra nie miałem zbyt dobrego widoku, kamieniczki zamykające rynek nie pozwalały przedrzeć się wzrokiem do dalszych części Starego Miasta, ale i to, co widziałem, cieszyło moje oczy.
Przypominałem sobie chwile z przeszłości: imprezę w kawiarni naprzeciw po zakończeniu szkoły, gdy jeden z kumpli, Mietek, zniknął, zabierając całą kasę uciułaną na prezent dla nauczyciela, i tu właśnie go nakryliśmy; oczekiwanie z kwiatami na dziewczynę, by siąść razem pod pomnikiem Fredry – dzisiaj był to nadtopiony blok metalu, w którym ledwo można było rozpoznać ludzkie kształty; spotkania w pobliskim klubie studenckim na Szewskiej, gdzie kiedyś, dawno temu, zbierała się nasza paczka. Wiele miałem takich wspomnień, lecz miejsca do nich przypisane zniknęły zmiecione podmuchem atomowego wybuchu, pozostając jedynie w mojej pamięci.
Słońce zaczęło chylić się za postrzępione dachy kamienic, gdy drzwi otworzyły się i do sali wkroczyło kilku przybocznych Burmistrza. Bez słowa poprowadzili nas znaną już drogą do sali w podziemiach.
Tym razem było ciemniej – braku słonecznego blasku, płynącego ze świetlików, nic nie mogło zrekompensować. Nawet dodatkowe pochodnie. Wchodząc do podłużnej sali, zauważyłem, że zgromadziło się tu wielu ludzi, prawdopodobnie zaufanych Burmistrza, którzy mieli być świadkami jego ostatecznego triumfu nad Wyklętymi. Spojrzałem na Pawła i zobaczyłem na jego ustach dziwny uśmieszek; taki sam widziałem, gdy zamiast trafić pod sąd, w obecności Sawickiego został awansowany. Niewątpliwie kapitan Zawadzki miał pomysł, który powinien pokrzyżować plany Sobieszczuka. Ciekaw byłem tylko, czy uda się ów plan zrealizować, zanim ktoś nas zabije. Strażnicy cały czas mieli broń wymierzoną w nasze plecy.
Stanęliśmy znów przed tronem, na którym siedział Pan Jan, zwany Burmistrzem.
– Zastanowiliście się, panowie doktorzy? – zapytał.
– Tak – odpowiedział Paweł, ja postanowiłem na razie milczeć.
– Zatem słucham. – Sobieszczuk, o ile to był on, poprawił się na siedzisku i podparł głowę ręką.
I wtedy się zaczęło.
– Czy bez okularów nie czuje się pan nieco nieswojo? – rzucił Paweł. – Założę się, że w tym półmroku nie widzi pan za dobrze. Chociaż dwie dioptrie to jeszcze nie tragedia, chyba że wada wzroku pogłębiła się ostatnimi czasy.
– Nie rozumiem, o czym pan mówi. Z moim wzrokiem jest wszystko w porządku.
– Tak? To proszę powiedzieć, ile palców pokazuję. – Paweł z jadowitym uśmieszkiem wyciągnął przed siebie dłoń w sposób uznawany za obelżywy.
Burmistrz nie zareagował, ale było widać, że niepokoją go szmery cichych komentarzy dobiegających z sali.
– Jeśli nawet nie widzę za dobrze – powiedział po chwili – niczego to nie oznacza. Gdy nie ma prądu i spędza się wiele czasu przy ogniu, wzrok się łatwo psuje. Pan jako lekarz powinien doskonale o tym wiedzieć.
– Sęk w tym, że nie jestem lekarzem, panie Sobieszczuk.
Te słowa wywołały zamierzony efekt. W jednej sekundzie spokojne oblicze Burmistrza zamieniło się w zastygłą maskę, ale nie było na niej nawet śladu przerażenia, co najwyżej niepokój. Szmer rozmów nasilił się. Widziałem, że Paweł uśmiecha się znowu. Jak na razie prowadził w tej walce.
– Jak pan mnie nazwał?
– Ze słuchem też ma pan problemy? – zapytał kąśliwie Zawadzki. – Dobrze, będę mówił głośniej. Drodzy mieszkańcy Wrocławia, pozwólcie, że opowiem wam krótką historię życia człowieka, który pojawił się między wami, tworząc legendy o Wyklętych. Według niego sprowadzili oni na was katastrofę, sami bezpiecznie czekając na lepsze czasy. To nieprawda! Otóż wasz Pan Jan, czy jak chcecie, Burmistrz, jest jednym z prawdziwych sprawców plag, jakie spadły na nasz kraj! Przed wojną był doradcą ministra obrony narodowej i to spod jego ręki wyszedł szalony plan ataku na Ukrainę. Plan, który wielu opiniowało negatywnie, ale koledzy Pana Jana za nic mieli rady fachowców. Wojna oznaczała zwłokę w terminie wyborów, które odsunęłyby ich od władzy. Podjęli więc ryzyko, za które tylko wy mieliście zapłacić. Teraz szanowny Pan Jan, noszący kiedyś nazwisko Sobieszczuk, likwiduje wszystkich, którzy mogliby go zdemaskować. Radzymin jest daleko i zanim rząd wylezie ze swojej nory, mogą minąć jeszcze długie miesiące. Zresztą to wszystko kompani waszego Burmistrza. Jedynym zagrożeniem jest grupa wyższych oficerów dowodzących Bastionem. I akta, które tam się znajdują. Akta człowieka, który zniszczył to miasto, ten kraj, a może nawet o wiele więcej. Człowieka, który wie o magazynach broni biologicznej w Strzelinie – sam je przecież polecił założyć. Nie ma tam wiele gazu PG, ale czy nie wystarczy go do zlikwidowania wszystkich świadków żyjących w mrowisku Bastionu? Czyż nie tak, panie dyrektorze Departamentu Studiów Strategicznych, docencie Janie Sobieszczuk?!
Burmistrz siedział nieruchomo i w milczeniu wpatrywał się w Pawła. Wyjął z kieszeni okulary. Zebrani w sali ludzie dyskutowali głośno o rewelacjach, jakimi uraczył ich mój przyjaciel. Trwało to kilkanaście sekund, potem Sobieszczuk uśmiechnął się. Zrazu lekko, a wreszcie wybuchnął niekontrolowanym śmiechem. W jego ślady poszło kilku innych, w końcu śmiała się cała sala. Tego nie przewidziałem. Paweł też wydawał się zaskoczony.
– Nie zrozumieliście, co mówiłem! – krzyknął, wskazując palcem Burmistrza. – To jest wasz kat!
– To pan czegoś nie rozumie – powiedział mężczyzna siedzący na tronie. – Dobrze mnie pan rozszyfrował, panie...
– Zawadzki.
– A, porucznik Paweł Zawadzki, as wywiadu. Zdawało mi się, że powinien pan być ze wszystkimi w Radzyminie.
– Zostałem oddelegowany do Bastionu przez generała Piątasa. Na dzień przed planowaną inwazją. Pan, o ile się nie mylę, też powinien teraz być w bunkrach Radzymina.
– Nieważne... – mruknął Sobieszczuk. – Wszystko pan tak pięknie sobie poukładał. Przyznam szczerze, że zadziwił mnie pan, poruczniku...
– Kapitanie.
– No tak, wybaczy pan moją niewiedzę. W każdym razie przyznaję, rozgryzł pan mój plan co do joty. Wprawdzie nie pomyślałem o PG, ale może być pan pewien, że wykorzystam ten pomysł. Nie na darmo uważano pana za najlepszego analityka.
– I co z tego, skoro nie reagowano na moje analizy.
- Nie można reagować na coś, czego się nie zna. - Sobieszczuk rozbrajająco się uśmiechnął.
- To znaczy...?
- To znaczy, że pańskie analizy trafiały na moje biurko i nigdzie indziej. Tylko czasami pod nieco zmienioną postacią wędrowały dalej.
- Zatem wiedział pan, czym skończy się ta awantura, a mimo to...
- A mimo to doradziłem, by zaatakowano. Drogi Pawle, pozwoli pan, że teraz ja wyjawię co nieco. Po pierwsze, zgromadzeni tu szanowni obywatele to moi zaufani ludzie, na których czele przybyłem do Wrocławia. Wiedzą i zawsze wiedzieli, kim jestem. I tym razem mój instynkt mnie nie zawiódł. Gdyby pan powiedział to, co właśnie usłyszeliśmy, na rynku wobec tłuszczy, różnie mogłoby się to skończyć. Ci naiwni ludzie pewnie by nie uwierzyli, ale zaczęłyby się pytania. Trzeba by paru uciszyć, zrodziłyby się plotki i w końcu coś gdzieś dotarłoby do ich głów. A tak wszystko zostanie w rodzinie. -Rozłożył ręce teatralnym gestem i znów wielu zebranych wybuchnęło śmiechem.
Paweł wpatrywał się w niego z ponurą miną. Cały plan wziął w łeb. Sobieszczuk był szczwanym lisem. Klasycznym przykładem polityka, który zimno kalkuluje nawet stosunki z własną żoną. I który oddałby matkę za obietnicę wyższego stanowiska. Tego akurat byłem pewien. Tak samo jak tego, że próba Pawła będzie kosztować nas życie.
Burmistrz uciszył zebranych, unosząc lewą rękę.
- Jak rozumiem, nie zechcecie mi odpowiedzieć na postawione rano pytanie.
- Nawet gdybyśmy chcieli - postanowiłem wziąć na siebie ciężar rozmowy - to niewiele moglibyśmy zrobić. Nie znamy kodów dostępu do śluz wejściowych. Teren wokół nich jest monitorowany czujnikami, a w razie pojawienia się intruzów nikt nie otworzy wrót od środka. Wiedzę, na której panu zależy, posiadał nasz kierowca, major Zachwatowicz, którego zastrzelił pański żołnierz. My jej nie mamy.
- Wierzę, że pan, doktorze, niedużo o tym wie, ale porucznik, przepraszam, kapitan Zawadzki musi wiedzieć, jak dostać się do kompleksu Bastionu. Nieprawdaż?
- Nie wydam na pewną śmierć ponad dwóch tysięcy ludzi. Wystarczająco wielu zginęło już przez chore ambicje gnid pańskiego pokroju.
- Mógłbym kazać obcinać panu palce, jeden po drugim, i to nie całe, ale kawałek po kawałku i za każdym razem przypalać rany. Mógłbym zastosować karę, jaką mamy zarezerwowaną dla tych, którzy łamią ustanowione przeze mnie prawa. Nacina się delikwentowi skórę i na ranę sypie sól. Miejsce koło miejsca. Jak się łatwo domyślić, śmierć nie jest lekka. Trwa to dziesięć, może nawet piętnaście godzin, zanim skona. Wielu oszalało, zanim dokonało żywota, to naprawdę wielki ból. Chce pan tego spróbować? A może powolne nadziewanie na łom? Centymetr na dziesięć minut, powiedzmy... Nie mamy tu zbyt wykwintnych sposobów na wyciąganie informacji. Żadnych środków farmakologicznych. Tylko ból, czysty ból.
- Zwierzęta jesteście, nie ludzie - powiedział powoli Paweł i zobaczyłem, jak przymierza się do ataku.
Ale nim zdążył zrobić krok, stojący z tyłu strażnik uderzył go kolbą w kark. Cios był na tyle silny, że powalił go na ziemię. Zamroczony zaczął się podnosić, ale celne kopnięcia zmusiły Pawła do pozostania na kamiennej posadzce.
– Może i jesteśmy zwierzętami, ale królem zwierząt jestem tutaj ja i nie mam zamiaru oddać tej posady bandzie generałów z jakiejś jaskini. Czekam na odpowiedź... I nie liczcie, że sprowokujecie któregoś z moich ludzi. Oni dobrze wiedzą, że zabicie was przypłacą takimi samymi męczarniami, jakie wam obiecałem. A poza tym to najlepsi fachowcy z BOR-u i ABW. Kilku pewnie znał pan osobiście, panie Zawadzki...
– Kiedyś zapłacisz za to, co zrobiłeś, kutasie na kaczych łapach – wysyczał Paweł, nie podnosząc zakrwawionej głowy.
Chciałem podejść i zbadać jego rany, ale przytrzymali mnie dwaj strażnicy. Unieruchomiony w żelaznych uściskach ich dłoni, mogłem jedynie patrzeć na cierpiącego przyjaciela.
– Już zapłaciłem. – Burmistrz skrzywił się. – Choroba popromienna nie zabiła mnie wprawdzie, ale ile mam przed sobą życia? Dziesięć lat, jak dobrze pójdzie. I w jakich warunkach? W średniowieczu bywało lepiej. Dlatego w dupie mam moralność i konwenanse. Będę władcą absolutnym i nikt mi w tym nie przeszkodzi. Muszę mieć broń z Bastionu. Dzięki niej wyruszymy na Poznań, potem Szczecin, do morza. Odtworzę to państwo, może jako pierwsze w Europie. A potem, kto wie, może podbiję cały kontynent?

– Nie masz takiego wąsika i takiej grzywki, palancie – wychrypiał Paweł, ale Sobieszczuk go zlekceważył.

– Ci ludzie – wskazał ścianę dzielącą nas od rynku – potrzebują przywódcy. Silnego przywódcy. Ciężkie czasy wymagają poświęceń. Jeśli mają umierać w kałużach swoich wymiocin, chcą przynajmniej wiedzieć, że ich śmierć nie jest daremna. Jestem okrutny, ale sprawiedliwy. Kto nie naruszy prawa, które stanowię, nie ma się czego obawiać. O resztę nie dbam, dlatego pokonam wasze oddziały. Albo tu, w mieście, albo wewnątrz Bastionu, to tylko kwestia czasu. Myślicie, że opowieści o Wyklętych są bajeczką, jaką wymyśliłem dla mieszkańców Wrocławia? To już dawno przestała być opowieść przekazywana z osiedla na osiedle. Wielu moich ludzi podróżuje po kraju, zbierając dla mnie informacje. Przy okazji roznoszą tę historię jak zarazę, zdarza się, że odnajdują ją w miejscach, do których docierają po raz pierwszy. Dla tych, którzy przeżyli, moja wersja wydarzeń to już część rzeczywistości. Każdy czysto wyglądający człowiek, bez poparzeń i wrzodów, będzie uznany za Wyklętego i zabity jak pies. Nieważne, czy jest dobrym katolikiem czy muzułmaninem, winnym czy niewinnym temu, co się stało. Zdrowy to Wyklęty. A dla Wyklętych jest tylko śmierć.
– Jest pan chory, panie Sobieszczuk! – krzyknąłem. – Tylko w umyśle paranoika mogła powstać taka potworność! Skazał pan tych ludzi na powolną śmierć, a teraz udaje pan ich odkupiciela?!
– Tak, właśnie tak, drogi doktorze – odparł ze śmiechem. – I całkiem nieźle mi idzie.
Chciał coś jeszcze dodać, ale zamilkł na widok mężczyzny, który pojawił się w drzwiach. Skinął na niego ręką, a tamten podbiegł do tronu i przez chwilę referował coś Burmistrzowi na ucho.
Strażnicy pozwolili mi wykorzystać tę nieoczekiwaną przerwę i zbadać Pawła. Miał rozbity nos, z poprzecinanych warg płynęła mu obficie krew. Chyba stracił też parę zębów od kopnięć podkutymi butami, ale tego w półmroku nie mogłem dokładnie stwierdzić.
– Nic mi nie będzie, przynajmniej do egzekucji – mruknął cicho, gdy ocierałem krew z jego twarzy.
– Nie mów nic, jeszcze nie wszystko stracone – szepnąłem w odpowiedzi. – Spróbuję tak pokierować rozmową, by pomyślał, że pomogę mu skontaktować się z generałem Wałdochem. To da nam czas...
– Nie rób tego. Każda pomoc, jaką otrzyma ta gnida, tylko umocni jego pozycję.
Zanim odpowiedziałem, strażnicy odciągnęli mnie od Zawadzkiego. Wyraźnie zadowolony z siebie Burmistrz przyglądał się, jak podnoszą z posadzki okrwawionego i na wpół przytomnego Pawła.
– I proszę, samo życie rozwiązało naszą sprawę. Generał Wałdoch chciał nawiązać kontakt z wami. Odebraliśmy transmisję i zaprosiliśmy go na rozmowy do ratusza. Przybędzie z całym sztabem i setką żołnierzy. Przyjmiemy ich godnie... a potem zabijemy tych, którzy nie zechcą przyłączyć się do nas.
– A co z nami? – zapytałem.
– Ach tak, mieliście wypadek, wjechaliście na zaminowany teren i bum! Niestety, nie przeżyliście wybuchu, choć bardzo staraliśmy się wam pomóc.
– Zatem zdecydował pan, że nas zabijecie?
– Nie, no skąd. Doktorze, czy ja wyglądam na barbarzyńcę?
– Sądząc z tego, co słyszałem przed chwilą, tak.
– Niech pan nigdy nie wierzy politykom. – Sobieszczuk uśmiechnął się promiennie. – Urodziliśmy się, by kłamać. – Nagle spoważniał. – Niniejszym skazuję was na Odkupienie w katedrze.
Mimochodem ogłoszony wyrok najwyraźniej spodobał się zgromadzonym. Nim się spostrzegliśmy, wsadzono nas do wielkiej klatki na kołach i pojechaliśmy wzdłuż szpaleru mieszkańców. Paweł leżał w kącie zbyt obolały, by reagować na to, co się dzieje. Burmistrz siedział na wierzchu metalowej konstrukcji. Wykorzystałem to w nadziei, że może zobaczy w nas ludzi, zanim będzie za późno.
– Czy mógłbym o coś zapytać?
– Jasne, doktorze, śmiało.
– Jak do tego doszło, że znalazł się pan tutaj, a nie w bunkrach pod Radzyminem?
– W zasadzie mogę panu powiedzieć prawdę, doktorze. Byłem pod Radzyminem... i jako jeden z niewielu przeżyłem. Miałem odrobinę szczęścia w nieszczęściu. Pan zapewne nie zna przebiegu konfliktu...? – zawiesił głos.
– Szczerze mówiąc, nie.
– Ukraińcy mieli tylko kilka rakiet, ale za to wielogłowicowych. Sukinsyny ukrywały to przed całym światem. Ich wywiad nie był też taki marny, jak wielu z naszych analityków przypuszczało. Zresztą plany Radzymina mieli chyba wszyscy. Nie zdziwiłbym się, gdyby sprzedano je nawet Bangladeszowi. Wiedziałem, że atak musi nastąpić. Liczyliśmy, że będzie mało precyzyjny i to pozwoli utrzymać choć część kompleksu. I tak też się stało, przestrzelili o dwa kilometry, ale ładunek miał moc dziesięciu megaton. To była chyba jedyna głowica tej mocy w ich arsenale. W chwili ataku znajdowałem się na najdalej wysuniętym posterunku nasłuchowym, niemal dwa kilometry od głównego kompleksu. To ocaliło życie mnie i żołnierzom, którzy akurat tam służyli. Nieźle dostaliśmy, ale konstrukcja wytrzymała. Radiacja też nie była za wysoka. Tak naprawdę wszystko zaczęło się dwa dni później. Ktoś zaatakował jedno z mocarstw, a może wysypały się systemy wczesnego ostrzegania. W każdym razie Rosja odpaliła wszystko, co miała, a po niej pozostali...
Sobieszczuk przerwał na chwilę, jakby się nad czymś zastanawiał, ale nie trwało to zbyt długo.
– Pozbierałem ludzi i po dwóch miesiącach, gdy kończyły się zapasy żywności, przedostaliśmy się do najbliższej miejscowości. Zdobycznymi pojazdami przejechaliśmy pod Wrocław. Wiedziałem, że tutaj jest drugi schron i mimo iż nie był jeszcze skończony, na pewno został wykorzystany. Nie myliłem się. Niestety, nie udało mi się znaleźć żadnych wskazówek dotyczących tego kompleksu ani w sztabie okręgu, ani pod Urzędem Wojewódzkim. Kilkanaście tygodni spędzonych na zboczach Ślęży też niewiele dało. Przedostaliśmy się do kilku sztolni, ale wszystkie korytarze kończyły się ślepo. Znaleźliśmy wprawdzie kilka wywietrzników, lecz nawet zatkanie ich nie spowodowało żadnej reakcji. Spaliliśmy resztki lasów, by odsłonić większe połacie skał, wszystko na nic. Wtedy postanowiłem, że wyjawię ludziom prawdę o Wyklętych, na wypadek gdyby oddziały z Bastionu za szybko wyszły na powierzchnię.
Zbliżaliśmy się do młyna Maria na Ostrowie Tumskim. Klatka zatrzymała się i otworzono drzwiczki. Pomogłem Pawłowi wyjść na zewnątrz. Strażnicy popchnęli nas na pryzmy gruzu, pomiędzy którymi wiła się wąska droga, prowadząca wprost do katedry. Jej wrota były szeroko otwarte. Eskortowało nas dwóch strzelców, którzy poruszali się ostrożnie w pewnej odległości za nami. Podtrzymywałem słabnącego z chwili na chwilę Pawła i wolno posuwałem się po zdradliwej powierzchni w kierunku mrocznego wejścia. Zauważyłem, że na masywnych drewnianych drzwiach zamontowano jakieś mechanizmy. Liny wychodzące z metalowych, umocowanych do odrzwi skrzyń niknęły wśród gruzu. Obejrzałem się za siebie. Nasi strażnicy zostali daleko z tyłu, ale cały czas mierzyli do nas z karabinów.
– To nie będzie takie straszne – powiedziałem po części do Pawła, a po części do siebie. – To pewnie ich wersja więzienia.
– Nie licz na to – wychrypiał Zawadzki. – Ten fiut pomarszczony przygotował dla nas coś specjalnego. Założę się o jego jaja...
Weszliśmy do wnętrza budowli. Zauważyłem, że część dachu katedry zniknęła, gruz zaścielał niemal całą posadzkę. Przez otwór wielkości sporego domu wpadało do środka światło zachodzącego słońca. Ledwie przekroczyliśmy próg, drzwi za nami zamknęły się ze zgrzytem. Ułożyłem cicho pojękującego Pawła na jednej z ławek i usiadłem obok, podtrzymując jego głowę.
– Widzisz, nie jest tak źle. – Poklepałem go lekko po ramieniu. – Da się przeżyć. Może znajdziemy drogę ucieczki?
– Jest źle – odparł. – Nawet gorzej.
– Dlaczego tak sądzisz?
Nie odpowiedział, tylko wskazał na dozymetr przypięty do mojego kombinezonu, a znajdujący się tuż przed jego oczami. Wyświetlacz był czarny jak najgłębszy krąg piekieł. Wcześniej nie zwracałem na niego uwagi, ostatni raz spojrzałem chyba wczoraj przed wjazdem do miasta. Sprawdziłem dozymetr Pawła, wyglądał tak samo.
– Szlag by to... Wrocław nie jest tak czysty, jak by się zdawało.
– Mylisz się. – Paweł odsunął się ode mnie i przechylił głowę do tyłu. – Miasto nie jest tak skażone. To raczej to miejsce...
– Dlaczego tak sądzisz?
– Sprawdziłem dozymetr na placu, gdy ogłaszano wyrok. Był biały.
Wstałem i rozejrzałem się po nawie. Nie zauważyłem niczego niezwykłego. Ruszyłem w kierunku ołtarza, mijając kolejne kolumny. Wkrótce wszedłem na połać gruzu zalegającego posadzkę. Echo moich kroków przestało być tak dźwięczne. Zatrzymałem się po raz kolejny. Słońce zniżało się coraz bardziej i we wnętrzu katedry robiło się ciemno. Ale nie przy ołtarzu, który zdawał się emanować zielonkawą poświatę.
Podszedłem bliżej. Zauważyłem bruzdę prowadzącą przez środek posadzki w kierunku drewnianej konstrukcji ołtarza. Zaschło mi w gardle. Wiedziałem już, co znajdę, a mimo to łudziłem się, że to nieprawda. U podstawy połamanego ołtarza leżał pogięty stożek metalu, nie dłuższy niż półtora metra. Jego wnętrze migotało opalizująco. Napisy cyrylicą i ledwie widoczna czerwona gwiazda powiedziały mi wszystko.
Wróciłem do Pawła. Usiadłem i objąłem go ramieniem.
– Ile? – zapytał chrapliwie. – Ile nam zostało?
Nie chciałem go okłamywać. Jaki to miałoby sens w takiej chwili.
– Najwyżej cztery godziny.
– Raz skurwiel nie skłamał. – Paweł podciągnął się na ławce, wykrzywiając twarz z bólu.
– Kiedy?
– Jak mówił, żeby nigdy nie wierzyć politykom...


Fragment udostępniony przez Wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-05-02 (1478 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej