Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Vita Nostra
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Miasto szaleńców i świętych - Jeff VanderMeer

Zakochany Dradin


I

Dradin, zakochany, tkwi pod oknem swojej ukochanej i gapi się w górę, a tłum przelewa się dookoła niego i otacza go; ludzie wpadają na niego i potrącają go, a on stoi tam, nieświadom obecności tysięcznego tłumu w poszarpanych ubraniach i o zaróżowionych policzkach. Dradin patrzy na nią: spisuje tekst dyktowany przez maszynę, nieprzenikniony blok szarości, z którego wyrasta para słuchawek na jej delikatnej głowie o kształcie jajka. Dradin stoi tam ogłupiały i coraz głupszy, zatopiony w anielskim błękicie jej oczu i kaskadach długich, błyszczących włosów spadających jej na ramiona, jej bladej twarzy, która przez szybę wygląda smutno, ledwo widoczna z powodu odbijającego się w oknie szarego nieba. Znajduje się trzy piętra powyżej niego, zamknięta w cegle i zaprawie, nieomal jak pomnik; jej miejsce jest tuż nad szyldem „Hoegbotton i Synowie, Dystrybutorzy”. Hoegbotton i Synowie: największy importer i eksporter w Ambergris, mieście bezprawia, jednym z najstarszych miast na świecie, którego nazwę utworzono od ambry, najcenniejszej i najbardziej tajemniczej wydzieliny wieloryba. Hoegbotton i Synowie: niezliczone skrzynie narzędzi deprawacji, przesyłanych dla rozrywki dekadentów z daleka, z odległej Surfazji i piekielnego Okcydentu, miejsc, gdzie wszystko nasiąka wodą, dojrzewa i rozpada się w mgnieniu oka. A jednak, rozmyśla Dradin, ona wygląda, jakby była pogodną osobą, bynajmniej nie typem wolącym pozostawać w domu, ale czującym się za granicą niepewnie, chyba że opierając się na ramieniu ukochanego. Czy ma kochanka? Męża? Czy jej rodzice jeszcze żyją? Czy lubi operę, czy może sprośne przedstawienia teatralne wystawiane w pobliżu doków, gdzie słychać trzeszczenie spracowanych stawów robotników, ładujących skrzynie firmy Hoegbotton i Synowie na barki, które potem ruszają z biegiem rzeki Moth, toczącej sennie pełne szlamu wody, by wpaść w zburzone morskie fale? Jeśli lubi teatr, to mnie na nią stać, myśli Dradin, gapiąc się na kobietę. Długie włosy opadają mu na twarz, ale jest tak oszołomiony, że nawet tego nie zauważa. Do rzeki jest daleko i Dradin prawie więdnie w upale, ale nie czuje potu spływającego mu po karku.
Dradin, odziany w czarny strój z zakurzonym białym kołnierzykiem i zakurzone czarne buty, tworząc wokół siebie aurę bezrobotnego misjonarza (którym rzeczywiście był), wcale nie zamierzał patrzeć na kobietę. Nawet nie zamierzał spoglądać w górę. Spoglądał w dół, by pozbierać monety, które wypadły mu przez dziurę w powycieranych spodniach; siedzenie podarł, jadąc podskakującą dorożką z doków Ambergris, ciągniętą przez konia, który już dawno powinien trafić do fabryki kleju, być może zabranego do rzeźni tego samego dnia – dnia poprzedzającego Festiwal Słodkowodnych Kałamarnic, jak poinformował Dradina gorliwie woźnica w nadziei, że ten będzie chciał jeszcze skorzystać z jego usług. Dradin był jednak w stanie utrzymać się na siedzeniu tylko podczas jazdy do pensjonatu; potem rzucił bagaż w pokoju, wrócił do dzielnicy handlowej – by złapać trochę lokalnego kolorytu, coś przekąsić – i tam rozstał się z woźnicą. Przesiąkł smrodem sparszywiałej kobyły, ale cóż, trudno, to tylko zwierzę, nie mógł sobie pozwolić na konie mechaniczne, dymiący i ociekający olejem pojazd silnikowy. Nie teraz, gdy kończyły mu się pieniądze i rozpaczliwie szukał pracy: po to przecież przyjechał do Ambergris. Jego były nauczyciel w Akademii Religijnej Morrow – niejaki Cadimon Signal – nauczał w dzielnicy religijnej Ambergris, a przy tylu świętach pewnie znajdzie się jakaś praca?
Kiedy jednak zbierał monety, poderwał się na równe nogi zbyt gwałtownie, a przebiegająca obok banda rozwydrzonych łobuziaków zakręciła nim i potrząsnęła. Spojrzał na szare, ciężkie od deszczu niebo i odwrócił się w stronę okna, w które teraz patrzył z takim zaangażowaniem.
Kobieta miała długie, delikatne palce, którymi wystukiwała coś zgodnie z własnym, dziwnym rytmem; równie dobrze mogła grać piątą symfonię Vossa Bendera, nurkując w smutnych niskich tonach i wznosząc się na imponujące wyżyny, którymi zawładnął Bender. Gdy przez sekundę Dradinowi ukazało się poprzez szkło jej oblicze – chyba pochyliła się trochę do przodu, by przesunąć taśmę – dostrzegł, że jej rysy, podobnie jak dłonie, są powściągliwe, o pięknych liniach, wyrafinowane. Nie było w niej nic, co przypominałoby mu o okrutnym świecie, jaki go otaczał, ani o wielkich, niepoznanych dżunglach południa, z których właśnie wrócił, gdzie czarna pantera i jeszcze czarniejsza mamba czaiły się w mroku, gdzie trawiła go gorączka i gdzie doświadczył takich wątpliwości z powodu braku chętnych do przejścia na jego religię, że wrócił do cywilizacji, w której panowały prawa i rządy i w której – o, słodka radości! – istniały takie kobiety jak to stworzenie w oknie. Patrząc na nią, czując, jak burzy mu się krew, Dradin zastanawiał się, czy ona przypadkiem mu się nie śni, niczym otoczona aureolą rozpalona wizja zbawienia, która zaraz rozwieje się jak ułuda, a jego znów ogarnie gorączka, w dżungli i w ciemności.
To jednak nie był sen i nagle Dradin ocknął się z zadumy, uświadamiając sobie, że ona może go zobaczyć, bo jest tak wrażliwa, albo że jakiś przechodzień odgadnie jego zamiary i ostrzeże ją. Otaczał go prawdziwy świat, od smrodu rozkładających się w rynsztokach warzyw po słodki odór częściowo obgryzionych świńskich golonek w śmietnikach; stuk-puk-stuk końskich kopyt i terkot klaksonów pojazdów silnikowych; szemrzący szept grzybian, obudzonych z dziennego snu i nagle, z ukrycia, odgłosy barokowej, melodyjnej muzyki, odtwarzanej z trzaskami, jakby z fonografu. Ludzie wpadali na niego, nie zostawiając mu miejsca na zrobienie kroku: kupcy, żonglerzy, sprzedawcy noży, uliczne golibrody, turyści, prostytutki i marynarze, którzy zeszli ze statków, a nawet bladolicy młody siłacz, posyłający mu gangrenowaty uśmiech.
Dradin pojął, że musi coś zrobić, a przecież był zbyt nieśmiały, żeby do niej podejść, żeby otworzyć na oścież drzwi firmy Hoegbotton i Synowie, pobiec trzy piętra w górę i niezapowiedziany (a pewnie i niepożądany) stanąć przed nią, zakurzony i brudny, z wczorajszym zarostem na twarzy. Od razu było widać, że przybywa z Wielkiego Krańca Świata, bo nadal cuchnął zgnilizną i wydzielinami dżungli. Nie, nie, nie. Nie może jej się pokazać w tym stanie.
Co miał jednak zrobić? Myśli Dradina padały jedna za drugą jak wybici z rytmu klauni, a on był bliski paniki, bliski załamania rąk, którego nie znosiła jego matka, bo sugerowało, że bycie misjonarzem nie jest niczym szczególnym: nadeszła ta myśl i sprawiła, że zaniemówił, zachwycony własnym geniuszem.
Oczywiście, świecidełko. Prezent. Drobiazg, za który zapłaci, by okazać swą miłość. Dradin uniósł wzrok i rozejrzał się po ulicy, zastanawiając się, gdzie mógłby kupić skarb, który by ją wzruszył, zaintrygował, a wreszcie – zatrzymał. Szydełkowe Cuda Madame Lowery? Centrum Handlowe dla Dam? Biżuteria Jessible’a? Nie, nie, nie. Jeśli była kobietą nowoczesną, której nie dało się zatrzymać i która nie była ciągle w ciąży, ale obracała się w kręgach artystów i pisarzy, aktorów i śpiewaków, taki prezent byłby dla niej obelgą. Za jakiegoż niewrażliwego człowieka by go uważała – jakimże niewrażliwym człowiekiem by się okazał. Czy te wszystkie miesiące spędzone w dżungli pozbawiły go zdrowego rozsądku, warstwa po warstwie, aż stał się nagi jak orangutan? Nie, to nie wystarczy. Nie mógł kupić ubrań, czekoladek, czy nawet kwiatów, bo te prezenty były tak proste, tak mało subtelne, tak prostackie, tak zdradzające u niego brak wyobraźni. Poza tym, te prezenty...
...jego spojrzenie powędrowało dalej, zatrzymując się na zrujnowanym akwedukcie, który dzielił ulicę na dwie części jak gigantyczny, skamieniały kręgosłup długiego, smukłego rekina, który utkwił na dalekim przeciwległym brzegu, i nowoczesnym szyldzie z podwójnymi zakrętasami i odważnym liternictwem, które reklamowało Księgarnię Borges, i tutaj, na bulwarze Albumuth, najbrudniejszym, a zarazem najbardziej wyrafinowanym i najbogatszym ciągu komunikacyjnym Ambergris, Dradin uświadomił sobie, że oto znalazł dar doskonały. Nie ma nic lepszego, bardziej tajemniczego od książki, i nie ma niczego, co mogłoby lepiej przywiązać ją do niego.
Brudny od kurzu i samotny w miejskim wirze podglądacz, zagubiony pod spódnicą miasta, ruszył na drugą stronę, przedzierając się wśród ulicznych grajków i stręczycieli, szulerów i sprzedawców słodyczy w stronę akweduktu, by stawić czoła grymasowi dwóch kamiennych lwów na zwieńczeniu, wkraczając do Księgarni Borges. Miała piękne zabytkowe okna ze złoconymi literami, które głosiły:

PREZENTY NA KAŻDĄ OKAZJĘ:
*HISTORIA RZEKI MOTH*
*SZULERSKIE PRAKTYKI NA KRAŃCU ŚWIATA*
*DZIELNICA RELIGIJNA – ZA 15 SA DZIENNIE*
*NIELEGALNY POŁÓW KAŁAMARNIC*
*ZEPSUCIE W DZIELNICY HANDLOWEJ*
*ARCHITEKTURA BULWARU ALBUMUTH*
A TAKŻE Seria przewodników i map firmy Hoegbotton, mapy festiwalowe, azyle, zagrożenia i przepaski na oczy.

Za szybą piętrzyły się, jedna na drugiej, książki wymienione w srebrzystej reklamie, a za nimi przemieszczali się wolno bibliofile, napawając się autentycznym towarem. Dradin zapomniał o oddychaniu, nie tylko dlatego, że w tym miejscu mógł nabyć prezent dla najcudowniejszej, najukochańszej kobiety w oknie, ale dlatego, że przebywał z dala od cywilizacji przez ponad rok, a teraz, gdy wrócił, jej zdobycze działały na niego kojąco. Jego ojciec, udręczona dusza, nadal dużo czytał pomiędzy jednym pijackim ciągiem a drugim mimo piętna, jakie pozostawiały na nim mijające lata, i Dradin pamiętał, jak staruszek wielokrotnie wydmuchiwał swój wyjątkowo czerwony nos – nos wręcz monstrualny – niemający odpowiednika w historii rodziny – czytał i szlochał nad dokonywanymi z zimną krwią wyczynami dwóch debiutantek o imionach Juliette i Justine, których droga życiowa wiła się od biedy do prostytucji, przez dżungle i z powrotem, płacząc z radości, gdy znów zdobyły bogactwo i udały się w fascynującą podróż rzeką Moth, tam i z powrotem, wzdłuż i wszerz, aż w końcu nieskazitelna Justine zeszła z tego świata z powodu nadmiaru tragicznych przyjemności, które ją wyczerpały.
Dradin aż spuchł z dumy na myśl, że kobieta w oknie jest piękniejsza od Juliette czy Justine, o wiele piękniejsza, a poza tym o wiele bardziej niezłomna. (A mimo to, przyznał, w jej delikatnych rysach, w bladości ust można dopatrzyć się niezłomnych cech charakteru).
Tak rozmyślając, Dradin pchnął szklane drzwi. Lakierowana rama z dębu zaskrzypiała, a dzwonek zadzwonił: raz, drugi, trzeci. Po trzecim dzwonku pojawił się sprzedawca, odziany cały w ciemną zieleń, z mankietami zdobionymi złotym szamerunkiem, przemieszczając się bezszelestnie po grubym dywanie, skłonił się i zapytał:
– Czym mogę służyć?
Dradin wyjaśnił, że szuka prezentu dla kobiety.
– Nie znam jej – rzekł – ale chciałbym poznać.
Sprzedawca, smukły chłopiec o włosach barwy brudnego brązu i twarzy o rysach subtelnych jak zapiekanka z baraniny, zamrugał z namysłem, uśmiechnął się i oznajmił:
– Rozumiem. Chyba wiem, czego pan szuka. Dostaliśmy tę książkę dopiero dwa tygodnie temu od Ministerstwa Kaprysu – okcydentalnego wydawcy. Proszę za mną.
Poprowadził Dradina między potężnymi półkami tekstów historycznych, które studiowali przypominający suszone śliwki mężczyźni odziani w pomarańczowe pantalony – na pewno bufony z uniwersytetu, ćwiczące przed jakimś wydarzeniem związanym z barokową muzyką Vossa Bendera – i wielkimi półkami zapełnionymi fikcją i sielankami, którymi nie zajmował się nikt poza wdową w czerni i dwunastolatkiem w grubych okularach, potem wzdłuż nużących kolumn książek filozoficznych, na których osiadał jeszcze grubszy kurz, aż dotarli do kącika ukrytego obok Pogrzebów, oznaczonego jako Obiekty pożądania.
Sprzedawca wyciągnął elegancką książeczkę w formacie osiem na jedenaście, oprawioną w miękki aksamit ze złoceniami.
– Jej tytuł brzmi Odbicie światła w więzieniu, a zawiera ona zbiorową mądrość ostatniego z truffidiańskich mnichów, więzionych w mrocznych wieżach Kalifa. Z takiej wieży uwolnił go śmiały awanturnik, który...
– Który nie był synem Hoegbottona, a przynajmniej taką mam nadzieję – rzekł Dradin, gdyż wszyscy wiedzieli, że specjalnością firmy Hoegbotton i Synowie są wszelkie rodzaje tanich chwytów i parodii, a nie podobało mu się, że może podarować swojej ukochanej coś, co sama mogła rozpakowywać i katalogować.
– Hoegbotton i Synowie? Skąd, proszę pana. Żaden tam syn Hoegbottona. Nie prowadzimy interesów z firmą Hoegbotton i Synowie, mamy tylko umowę na sprzedaż ich przewodników, gdyż ich praktyki są... jak to ująć?... wątpliwe. Nie, nie handlujemy z Hoegbottonem ani jego synami. Ale o czym ja to mówiłem? O truffidianach.
– Są ekspertami w sztuce katalogowania, prawdziwymi pasjonatami, z istotnym rozróżnieniem: kiedy mówię, że to namiętność, to mam na myśli najbardziej ogólne znaczenie, znaczenie, które nie dopuszcza intymności z gatunku takich, jakie mogłyby damie, którą pragnie pan poznać lepiej, wydać się zbyt wulgarne. Przemawia ona do aspektów niematerialnych i jest nacechowana wysokiej klasy dowcipem, którego nie byłbym w stanie wyrazić. Nie jest obraźliwa: raczej przyda ofiarodawcy aury tajemniczości, która może okazać się nieustannie kusząca.
Sprzedawca podsunął książkę, by Dradin mógł się jej bliżej przyjrzeć, ale on tylko lekko dotknął zgrabnej okładki dłonią i rzekł, że przyszło mu do głowy coś wspaniałego: mógłby spoglądać na te stronice w tym samym czasie co jego ukochana. Ta myśl sprawiła, że dłonie zadrżały mu tak, jak to się nigdy nie zdarzyło od chwili, gdy jego ciało opanowała gorączka, a on bał się, że umrze. Wyobraził sobie, jak kładzie dłoń na jej dłoni i razem przewracają kartki, jej oczy pieszczą ten sam rozdział i akapit, ten sam wiersz i słowo; mogliby poznawać namiętność razem, lecz osobno.
– Doskonale, doskonale – rzekł. Zawahał się przez sekundę, gdyż był raczej bez pieniędzy niż w ich posiadaniu, po czym dodał: – Ale potrzebowałbym dwóch egzemplarzy. – Brwi sprzedawcy powędrowały w górę jak zdumione sylwetki mew, które nagle odkryły, że ryba, na którą już miały zapolować, okazała się sidłami, a Dradin wyjąkał: – I… i… mapy. Mapy miasta. Na Festiwal.
– Oczywiście – odparł sprzedawca, jakby już miał powiedzieć: I wszędzie neofici, nie?
Dradin z kwaśną miną odparł:
– Proszę zapakować tę, a drugą wezmę niezapakowaną, razem z mapą – po czym stał sztywno, napawając się własną ważnością, a sprzedawca guzdrał się i rzucał dygresjami. Dradin wiedział, co tamten sobie myśli: kapłan łajdak, bezbożny, niezwiązany przymierzem zawartym z Bogiem. Być może sprzedawca miał rację, ale czyż prawo kanoniczne obejmowało wszystkie nieprzewidziane sytuacje, jakie czyhały na pozostawionych samym sobie, sytuacje będące mieszaniną piękna i niesamowitości, jakich nie brakowało w dżungli? Jakże można było pojąć i objaśnić niezwykły wdzięk Ludu Łupiny, który żył w jaskiniach wyrzeźbionych przez wodospad, a wywłaszczony przez Dradina i wysłany do fortu misjonarzy narzekał na ciszę, milczenie Boga; narzekał, że Bóg przestał do niego mówić, bo czymże był odgłos wody rozbijającej się o skałę, jak nie głosem Boga? Odesłał ich z powrotem nad wodospad, bo nie mógł znieść widoku ich przerażonych twarzy, dezorientacji wykwitającej na ich obliczach jak śmiertelny i umierający kwiat.
Po raz pierwszy znalazł sobie kochankę w dżungli: spoconą kapłankę, której pocałunki dusiły go i tłamsiły, choć sprowadziły go z powrotem do świata żywych. Czy to ona skaziła jego misję? Nie, bo bardzo starał się znaleźć nowych wyznawców, choć nie było wielu chętnych do nawracania. Walczył dalej, nawet w obliczu dzikich bestii, dzikich roślin i samych dzikusów. Być może próbował za długo, w obliczu zbyt wielu przeszkód, tak uporczywie, że można to było odczytać w widoku jego włosów: mocną czerń upstrzyły pasma bieli, czy raczej przy pewnym rodzaju oświetlenia mocna biel przebijała się przez czerń, a każde pasmo można było przypisać tropikalnej gorączce (było mu tak zimno, że aż parzyło, a skórę miał lodowatą), każde pasmo czerni było zaś świadectwem, że przeżył.
Sprzedawca wreszcie zawiązał jasnozieloną wstążkę wokół czerwonej paczuszki: trochę jarmarcznej, ale do wytrzymania. Dradin położył odpowiednią monetę na marmurowej ladzie, wepchnął mapę i drugi, nieopakowany egzemplarz do kieszeni, posłał sprzedawcy krzywe spojrzenie i ruszył w stronę drzwi.
W szarej poświacie ulicy Dradina otoczył upał i szum. Już myślał, że się zgubił, jak w dżungli, z której właśnie uciekł; zgubił tak, że już nigdy nie znajdzie swojej damy. Zaczął oddychać nieregularnie i przyłożył dłoń do skroni, czując się słabo, lecz beztrosko.
Zbierając wszystkie siły, zanurzył się w morzu spoconych ciał, spoconych ubrań, spoconych kamieni bruku. Minął bliźniacze lwy, które wystawiały w jego stronę tyłki, jakby wiedziały doskonale, co zamierza zrobić, i ruszył w stronę arkad, przechodząc obok awangardy sprzedawców mango, przy których maszerowała armia podstarzałych wdów o pełnych brzuchach, odzianych w fartuchy z głębokimi kieszeniami, zdeterminowanych, by wykupić każdy owoc i każdą jarzynę do ostatniej sztuki; małych szczeniąt bawiących się u jego stóp, aż, Boże dopomóż, popchnięto go bezładnie na stertę czegoś, a następnie, potykając się i zarabiając siniaka, przedostał się na chodnik po przeciwnej stronie, gdzie mógł znów spojrzeć na swoją ukochaną. Czy jakakolwiek podróż mogła być bardziej niebezpieczna niż pokonanie bulwaru Albumuth w środku dnia – może pokonanie rzeki Moth podczas powodzi?
Niezrażony Dradin poderwał się na równe nogi, chroniąc książki, po jednej pod każdą pachą, i uśmiechnął się do siebie.
Kobieta nadal tkwiła na swoim miejscu na trzecim piętrze; Dradin widział ją, gdyż stał dokładnie w tym samym miejscu co poprzednio, nad tym samym pęknięciem chodnika, i była tam, jak i przedtem, widoczna jako gra cieni na szybie. Jej sztywna postawa sprawiała, że wiele pytań cisnęło mu się na usta. Czy nie miała przerwy na lunch? Czy uczynili z jej przywary cnotę i praktycznie ją uwięzili, przykuwając zgodnie z jakimś nieludzkim harmonogramem? Co powiedział ten sprzedawca? Że praktyki Hoegbottona są wątpliwe? Dradin chciał wkroczyć do budynku i porozmawiać z jej przełożonym, być jej rycerzem, ale miał bardziej praktyczny dylemat: nie chciał się ujawniać, więc musiał znaleźć posłańca, który dostarczy prezent.
Rozejrzał się po otaczającym go tłumie i przestał widzieć wyraźnie: świat sprowadził się do pola maszerujących ubrań. Spinki do mankietów i wystrzępione spodnie, bluzy tańczące wraz ze spodniami, wysokie bawełniane czapki i buty z luźnymi sznurowadłami. Jak ich odróżnić? Do kogo podejść?
Ktoś postukał go w ramię i powiedział:
– Chce pan ją kupić?
Kupić? Dradin opuścił wzrok i zobaczył, że stoi przy nim dziwaczny mężczyzna. Osobliwy ten egzemplarz wyglądał – trzeba to powiedzieć – jakby składał się z jednego mięśnia; przysadzisty człowieczek o nisko osadzonym środku ciężkości, a mimo to wyglądający na beztroskiego: krótko mówiąc, karzełek. Jak można było go nie dostrzec? Miał na sobie marynarkę i kamizelkę tak czerwoną, jakby zrobiono ją z tuszy świeżo ubitego zwierzęcia, oraz plisowane spodnie, ciemne jak skrzepła krew, i buty ze stalowymi noskami. Brzegi jego ust wykrzywiał uśmiech tak trwały i sztywny, że przyglądając się po raz drugi Dradin zastanawiał się, czy to nie grymas. Karzełek był łysy jak melon i wytatuowany od stóp do głów.
Tatuaż – który na pierwszy rzut oka wyglądał jak znamię albo grzybicza narośl – sprawił, że Dradin zaniemówił i karzełek musiał po drugi zwrócić się do niego:
– Dobrze się pan czuje, proszę pana?
Dradin po prostu gapił się z otwartymi ustami, jak młoda kawka, która ma jeszcze puch zamiast piór. Tatuaż na karzełku, rozpoczynający się na czubku głowy i rozciągający w dół, był bowiem dokładną i szczegółową mapą rzeki Moth, z czarnymi nazwami miast wykłutymi na czerwonych kropkach, które oznaczały miejsca. Sama rzeka była niebieskozielona, w niektórych miejscach węższa, a w niektórych szersza; opadała nad lewą powiekę karzełka, okrążała czarne jak noc oko, a potem wiła się wśród napiętych linii nosa i ust, zakrzywiając się nad obfitym podbródkiem, by zniknąć pod kamizelką karzełka, w gęstwinie włosów na jego piersi, jak egzotyczny wąż. Od rzeki Moth ciągnęły się leżące za nią krainy. Miasta północy, gdzie Dradin spędził młodość: Belezar, Stockton i Morrow (tam ostatnio mieszkał jego ojciec) – tłoczyły się nad brwiami, a na karku, prawie na plecach, gdybyśmy mieli wyrażać się dokładnie, znajdowały się dżungle, miejsce pobytu Dradina w ciągu ostatniego roku: potężna ściana zieleni naszkicowana z jubilerską precyzją, gdzie jedynym śladem cywilizacji było kilka smug czerwieni, oznaczających kościelne enklawy. Dradin potrafił wyznaczyć linię będącą trasą jego własnych posępnych wędrówek. Uśmiechnął się i powstrzymał przed dotknięciem głowy karzełka, gdyż przyszło mu na myśl, że ciało tamtego stanowi oś czasu. Czyż nie ukazywało miejsca urodzenia Dradina i wczesnych lat spędzonych na północy, jak również powolnej wędrówki na południe, dżungli i wreszcie, jeszcze bardziej na południe, Ambergris? Czyż nie mógłby – gdyby tylko zdołał zobaczyć cały tatuaż – prześledzić swej dalszej podróży na południe, nad morza, do których wpadała Moth? Czyż nie mógłby w pewien sposób poznać swej przyszłości? Zaśmiałby się, ale z jakiegoś powodu wydało mu się to niestosowne.
– Niewiarygodne – rzekł.
– Niewiarygodne – powtórzył karzełek i uśmiechnął się, ukazując wielkie, pożółkłe zęby rozrzucone pośród pustych miejsc po siekaczach i trzonowcach. – Mój ojciec, Alberich, zrobił to, kiedy przestałem rosnąć. Miałem występować w przedstawieniu – był sternikiem na statku dla turystów – więc chciał pokazywać na mnie jak na mapie pokonywaną trasę. Bolało, jakby tysiąc diabłów wbijało mi haki w skórę, lecz istotnie, teraz wygląda to niewiarygodnie. Chce pan ją kupić? Nazywam się Dvorak Nibelung. – Przekazawszy tę solidną dawkę informacji, karzełek wyciągnął krótką, poskręcaną dłoń, która w dotyku była zimna i bardzo szorstka.
– Nazywam się Dradin.
– Dradin – rzekł Dvorak – Dradin. A więc ponawiam pytanie, chce pan ją kupić?
– Kogo kupić?
– Tę kobietę w oknie.
Dradin zmarszczył czoło.
– Nie, oczywiście, że nie chcę jej kupić.
Dvorak uniósł wzrok i spojrzał w czarne, wodniste oczy. Dradin poczuł od karzełka silny piżmowy zapach rzecznej wody i szlamu, pomieszany z ostrym odorem uzależniającego orzecha ghitl.
– Czy muszę panu mówić – odezwał się Dvorak – że ona jest jedynie obrazem w oknie? Nie jest dla pana niczym bardziej realnym. Widząc ją, zakochuje się pan w niej. Jeśli jednak pan zechce, mogę znaleźć kobietę, która wygląda tak samo jak ona. I zrobi wszystko za pieniądze. Chce pan taką kobietę?
– Nie – odparł Dradin i obróciłby się, gdyby tylko w tłumie było dość miejsca, by nie wyglądało to nieuprzejmie. Poczuł na ramieniu dłoń Dvoraka.
– Jeśli nie chce pan jej kupić, to co chce pan z nią zrobić? – Brak zrozumienia nadawał głosowi Dvoraka nieokreśloną barwę.
– Chciałbym... chciałbym zabiegać o jej względy. Chcę dać jej tę książkę. – A potem, tylko po to, żeby się go pozbyć, Dradin rzekł: – Czy mógłby pan zanieść jej tę książkę i powiedzieć, że to od wielbiciela, który pragnie, żeby ją przeczytała?
Ku zdziwieniu Dradina Dvorak zaczął posapywać, cicho, a potem coraz głośniej, aż rzeka Moth zmieniła bieg wśród zakrętasów jego twarzy, a coś przymocowanego pod marynarką zaczęło postukiwać w rytm setek śmiertelnych dreszczy.
Dradin poczuł, że twarz mu płonie.
– Chyba poszukam kogoś innego.
Wyjął z kieszeni dwie błyszczące złote monety z twarzą Trilliana Wielkiego Bankiera i już chciał obrócić się ostro na pięcie.
Dvorak otrzeźwiał i szarpnął go za ramię po raz trzeci.
– Nie, nie, proszę pana. Proszę mi wybaczyć, jeśli pana obraziłem albo zdenerwowałem. – Sięgnął i wyszarpnął zapakowaną jak prezent książkę, tkwiącą pod pachą Dradina. – Zaniosę książkę tej kobiecie w oknie. To żaden problem, widzi pan, sam robię interesy z firmą Hoegbotton i Synowie – po czym odsunął połę marynarki, ukazując pięć rzędów sztućców: ząbkowane, dwusieczne, wykonane z kości wieloryba i stali, okładane rzeźbionym drewnem i grubą skórą. – Widzi pan – powtórzył – handluję nożami przy wejściu do ich biura. Znam ten budynek – wskazał na solidną budowlę z cegły. – Mogę?
Dradin, boleśnie świadom klaustrofobicznej bliskości karzełka, jego smrodu, chciał odmówić, odwrócić się i powiedzieć nie tylko „nie”, ale też: „Jak śmiesz dotykać człowieka Boga?”, tylko co wtedy? Musiał zawierać jakieś znajomości z tymi ludźmi, ściągnąć z zakurzonego chodnika jakiegoś zbira, przecież nie mógł tego zrobić sam. Uświadomił to sobie, zbliżając się do budynku firmy Hoegbotton i Synowie i czując, jak drżą mu kolana, jak słowa grzechoczą mu w ustach, wychodząc z nich jako niewyraźne, oddzielone od siebie sylaby.
Strząsnął z książki rękę Dvoraka.
– Tak, tak, może pan jej to dać. – Włożył mu książkę do ręki. – Ale proszę się pośpieszyć. – Poczuł ulgę, jakby ktoś zdjął mu ciężar z ramion. Wsunął monety do kieszeni Dvoraka. – No, dalej – machnął ręką.
– Dziękuję panu – odparł Dvorak – ale czy nie powinien pan spotkać się ze mną jeszcze raz, jutro o tej samej porze, żebym przekazał panu jej opinię? Może będzie pan chciał podarować jej kolejny prezent, jak pan sądzi?
– Może powinienem poczekać i zobaczyć się z nią teraz?
Dvorak potrząsnął głową.
– Nie. Nie byłoby w tym romantyzmu ani tajemnicy. Proszę mi zaufać: lepiej będzie, jak rozpłynie się pan w tłumie. Naprawdę tak będzie lepiej. Wtedy ona będzie się zastanawiać, jak pan wygląda, jak się pan nosi, a jedyną wskazówką będzie ten prezent zagadka. Rozumie pan?
– Nie, nie rozumiem. Nic z tego nie rozumiem. Muszę być pewien. Muszę jej pozwolić...
– Ma pan rację – nic pan nie rozumie. Pan w końcu jest kapłanem czy nie?
– Tak, ale...
– Nie sądzi pan, że lepiej powiedzieć jej o tym dopiero w stosownym momencie? Nie sądzi pan, że może być zdumiona, iż jej zalotnikiem jest kapłan? Nosi pan strój misjonarza, ale ona nie jest zwykłą wyznawczynią.
I teraz Dradin zrozumiał. I zastanawiał się, czemu wcześniej tego nie dostrzegał. Musi ją ostrożnie wprowadzić w zawiłości swego zawodu. Nie może jej już na wstępie odstraszyć.
– Ma pan rację – odparł. – Oczywiście, ma pan rację.
Dvorak poklepał go po ramieniu.
– Proszę mi zaufać.
– A zatem do jutra.
– Do jutra, i proszę przynieść jakieś pieniądze, nie potrafię żyć tylko dobrą wolą.
– Oczywiście – przytaknął Dradin.
Dvorak skłonił się, odwrócił i podszedł do drzwi biura firmy Hoegbotton i Synowie, po czym – szybko, sprawnie i wdzięcznie – zniknął w środku.
Dradin spojrzał na swoją ukochaną, zastanawiając się, czy jednak nie popełnił błędu. Jej usta wzywały go i miał wrażenie, że całe niebo zebrało się w jej oczach, ale postąpił zgodnie z radą karzełka i z lekkim sercem wkroczył w tłum.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-05-07 (1470 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej