Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Wróżby z koronek
 
Katalog - dodano
 Na krawędzi otchłani
- Bernard Minier
 Cieplarnia (wyd.tw.)
- Brian W. Aldiss
 iBoy
- Kevin Brooks
 Fuga (wyd.2)
- Wit Szostak
 Człowiek, który był Czwartkiem
- Gilbert Keith Chesterton
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Miasto szaleńców i świętych - Jeff VanderMeer

Przemiana Martina Lake’a



Czysta rzeka na pięknej łące
Wyobrażona w jego umyśle
W umyśle dobrego Malarza; kiedyś ją namaluje
Comanimi

Jeśli byłem kimś dziwnym, i czymś dziwnym była moja sztuka,
Z dziwności tej brała się łaska i moc,
A jeśli ktoś przydaje dziwności swemu stylowi, tu i tam,
Daje życie, siłę i duszę swoim obrazom...
napis wyryty na życzenie Lake’a na jego pomniku przy placu Trilliana


Malarze z rzadka pojawiają się znikąd w stopniu aż takim jak Martin Lake, i niewielu z nich identyfikuje się z jednym obrazem i jednym miastem w stopniu aż takim jak on. Tajemnicą pozostaje nadal, nawet dla osób, które go znały, w jakiż to niezwykły sposób Lake przeobraził się z malarza przyjemnych, lecz powierzchownych kolaży i akryli w twórcę olśniewających obrazów olejnych: fantastycznych i mrocznych, nastrojowych i figlarnych – które miały stać się kwintesencją artysty i Ambergris.
Informacje o dzieciństwie Lake’a są szczątkowe; przypominają pustą muszlę, z której ktoś wcześniej wydłubał mięso. W wieku sześciu lat zachorował na rzadkie schorzenie kości, a sytuację pogorszył jeszcze wypadek, jakiemu uległ mając dwanaście lat: został uderzony przez pojazd silnikowy manzikert. Kierowca zbiegł. Od tego czasu Lake musiał używać laski. Nie mamy żadnych informacji o jego dzieciństwie poza tym, co wiemy o rodzicach: Theodorze i Catherine Lake. Ojciec pracował jako łowca owadów niedaleko Stockton, gdzie cała rodzina żyła w niewielkim wynajętym mieszkaniu. Z niektórych uwag wygłoszonych przez Lake’a, zanim jeszcze stał się sławny, i z dyskretnych napomknień w późniejszych wywiadach można wywnioskować, że między nim a ojcem istniał jakiś konflikt, związany z miłością Lake’a do sztuki i pragnieniem ojca, by chłopiec odziedziczył po nim fach łowcy owadów.
Brak danych o matce Lake’a, a on sam nie wspomniał o niej w żadnym z nielicznych wywiadów. Nieprofesjonalna historyczka Mary Sabon wystąpiła z teorią, że matka Lake’a była ludową artystką o wybitnym talencie i żarliwą wyznawczynią truffidianizmu – i to ona zaszczepiła w Lake’u skłonności do mistycyzmu. Sabon uważa, że wspaniałe freski na ścianach truffidiańskiej katedry w Stockton to anonimowe dzieło matki Lake’a. Nikt jak dotąd nie potwierdził tej teorii, jeśli jednak okazałaby się ona prawdą, wyjaśniłaby skłonności do mistycyzmu i makabry, które przewijają się w twórczości Lake’a – oczywiście odarte z aspektu religijnego.
Jest nieomal pewne, że to matka Lake’a dawała mu pierwsze lekcje rysunku i posłała do miejscowej szkoły, oddając go na naukę do pana Shores, który niestety zmarł, zanim ktokolwiek zdołał go zapytać o prace jego najsłynniejszego (a właściwie jedynego słynnego) ucznia. Lake brał w młodości także lekcje anatomii: nawet w jego najbardziej surrealistycznych obrazach postacie są często hiperrealistyczne, jakby były na nich warstwy niewidzialnej farby, pod którą kryją się żyły, arterie, mięśnie, nerwy, ścięgna. Ta hiperrealność kłóci się ze stwierdzeniem Lake’a, który głosił, że „wielki artysta połyka otaczający go świat, aż jego własne ego wchłonie całe otoczenie”.
Lake, przybywający do Ambergris ze Stockton, był zapewne postacią pełną sprzeczności: z jednej strony doskonale zaznajomiony z czysto technicznym światem anatomii, z drugiej – dzięki matce dobrze orientujący się w rzeczach cudownych i nieracjonalnych. Ten konflikt podsycało poczucie winy, spowodowane rezygnacją z rodzinnej profesji. Te właśnie elementy przywiózł Lake do Ambergris. W zamian otrzymał wolność zostania artystą, któremu otwarły się oczy na możliwości, jakie daje kolor.
Niewiele wiemy o trzyletnim okresie życia Lake’a w Ambergris przed zdumiewającą przemianą w jego twórczości; wiemy tylko, że zaprzyjaźnił się z kilkorgiem artystów, z którymi konkurował z różnym skutkiem, kiedy stał się sławny. Wśród nich wyróżniał się Jonathan Merrimount, który był jego przyjacielem przez całe życie. Poznał także Raffe Constance, która – jak wielu uważa – była towarzyszką życia Martina. Lake, Merrimount i Constance stali się najbardziej dostrzegalnymi i wpływowymi artystami swojej epoki. Niestety, ani Merrimount, ani Constance nie chcieli rzucić odrobiny światła na życie Lake’a – jego inspiracje, rozczarowania, triumfy. Ani też, co ważniejsze, na to, jakim cudem typowy przedstawiciel klasy średniej mógł stworzyć takie przygnębiające, jakby żywcem wyjęte z koszmaru dzieła.
Muszę więc podzielić się szczegółami dotyczącymi moich własnych doświadczeń z Lakiem. Z pewnym wahaniem pozwolę sobie ujawnić, że Lake po raz pierwszy pokazał swe dzieło w mojej Galerii Ukrytych Fascynacji, jeszcze zanim przemienił się w artystę najwyższej klasy. Choć osobiście nie było mi dane być świadkiem tej przemiany, przynajmniej mogę przedstawić czytelnikom portret rzadko pokazującego się publicznie artysty z okresu poprzedzającego jego sławę.
Lake był wysokim mężczyzną, choć wyglądał na człowieka średniego wzrostu, bo garbił się, używając laski – przez to zawsze też robił wrażenie, jakby z wielką uwagą przysłuchiwał się rozmówcy, choć w rzeczywistości był kiepskim słuchaczem i zawsze niegrzecznie przerywał, kiedy mówiło się coś, co uważał za nudne.
Rysy twarzy miał nieciekawe; równoważył je mocno zarysowany podbródek, zgrabny kształt ust i oczy, które wydawały się zmieniać kolor, ale w rzeczywistości miały intensywną, przykuwającą uwagę barwę zieleni. Jego twarz zawsze była jak broń, czy to w złości, czy w przypływie dobrego humoru: gdy się złościł, wąskie oczy stawały się jeszcze węższe i przeszywały rozmówcę; kiedy się śmiał – cała jego twarz stawała się szersza, a niesamowite oczy zaszczycały cię swoją otwartością. Przeważnie jednak był w nastroju pomiędzy śmiechem a złością; w nastroju, który imitował styl „znękanego artysty”, równocześnie dystansując się od samego siebie i wszelkich podobnych emocji. Lake był nieśmiały i inteligentny, przebiegły i arogancki – innymi słowy, niczym się nie różnił od innych artystów, z którymi miałam do czynienia w mojej galerii.
Fragment z Krótkiego zarysu sztuki Martina Lake’a i jego Zaproszenia na egzekucję, autorstwa Janice Shriek, Hoegbottoński przewodnik po Ambergris, wydanie piąte.
***
Pewnego wietrznego wiosennego dnia, w legendarnym mieście Ambergris, malarz Martin Lake otrzymał zaproszenie na egzekucję.
Otrzymanie takiego zaproszenia nie zwiastowało niczego przyjemnego i idąc na pocztę Martin Lake bił się z myślami. Przede wszystkim, Czerwoni i Zieloni byli w stanie wojny: niebezpieczne potyczki rozprzestrzeniały się po ulicach jak zaraza, docierając nawet do samego bulwaru Albumuth.
Lake zawsze podchodził do Czerwonych i Zielonych jak do zjawiska: z mieszaniną fascynacji i odrazy. Krótko mówiąc, Zieloni postrzegali niedawną śmierć (wielkiego) kompozytora Vossa Bendera jako tragedię, Czerwoni zaś uważali niedawną śmierć (despotycznego) kompozytora Vossa Bendera za powód do świętowania. Nazwy przyjęli od ulubionego i najbardziej znienawidzonego koloru Bendera: zielony był barwą młodości, spędzonej w lasach otaczających Morrow; czerwony – barwą sztandarów autochtonicznego ludu grzybian, który, zdaniem Bendera, porwał jego kuzyna.
Nie ulega wątpliwości, że te dwa stronnictwa polityczne miały zniknąć równie szybko, jak się pojawiły, wtedy jednak Lake nosił w prawej kieszeni flagę Zielonych, a w lewej – Czerwonych, żeby móc prawidłowo wyrazić swe polityczne sympatie zależnie od okoliczności. (Na poziomie wyłącznie słuchowym Lake sympatyzował z Czerwonymi, tylko dlatego, że Zieloni generowali nieustanny hałas, odtwarzając niezliczone utwory Bendera rankiem, w południe i wieczorem. Lake prawie nie słuchał Bendera, kiedy kompozytor jeszcze żył; nie miał ochoty zmieniać nawyków po jego śmierci).
Postawiony w obliczu takiego dylematu Lake podejrzewał, że jego przyzwyczajenie do cotygodniowego marszu na pocztę sugeruje paskudną cechę charakteru, fatalną ciekawość artystyczną. Wiedział bowiem, że nim minie dzień, na pewno wyciągnie z kieszeni niewłaściwą flagę. A mimo to kuśtykał aleją Truff, choć nawet wyglądające jak skrzepy krwi psie lilie, rosnące w schludnych rzędach wzdłuż chodnika, przypominały mu o konflikcie – jakże inaczej miałby ćwiczyć swoją chorą nogę? Poza tym, żaden wynajęty pojazd nie dowiózłby go do miejsca przeznaczenia przez ogarnięte walką dzielnice.
Lake skrzywił się na widok młodzieńca w stroju przybranym czerwonymi guzikami, powiewającego czerwoną flagą. Daleko za sztandarem dostrzegł zarys budynku poczty, oblanego niezwykłym światłem poranka, spływającym falami złota.
Drugi zestaw powodów z rodzaju: „Dlaczego nie powinienem był wychodzić dziś z domu” dotyczył, ku rozdrażnieniu Lake’a, samego budynku poczty. Nie żywił sympatii do jego archaicznej architektury i umiarkowany szacunek dla jego funkcji; jakość zmonopolizowanych prywatnych usług pocztowych była kiepska, a większość zleceń przesyłano kurierem. Brzydziła go także makabryczna historia budynku i stosy skrytek pocztowych, które zwał „pudełkami na ciała”. Pudła te, ustawione jedno na drugim na całej długości i szerokości budynku, wznosiły się aż do sufitu. Niewątpliwie dzieci, które kiedyś były tam przechowywane, w drodze do nieba zatrzymały się na brzydkim, żółtym suficie i do dziś waliły o niego maleńkimi ektoplazmowymi główkami.
Budynek poczty ukazał się wreszcie w całej okazałości – wyniosły i lśniący jak potężna, wiekowa ciotka – żadna z tych cech nie miała jednak aż takiego znaczenia jak niedawna zmiana jego nazwy na „Poczta imienia Vossa Bendera”. Była to przerażająco pospieszna zmiana, jako że (wielki, despotyczny) kompozytor i polityk zmarł zaledwie trzy dni wcześniej – w plotkach pojawiały się różne przyczyny, od ataku serca do otrucia – a jego ciało zabrano w tajemnicy, by dokonać kremacji i rozsypać prochy na rzece Moth, zgodnie z życzeniem samego Bendera. (Wspomnieć należy o tym, że mała odszczepieńcza frakcja Zielonych zasypała miasto broszurami i wielkoformatowymi odezwami, w których głoszono zmartwychwstanie ich ukochanego Bendera: miał się wcielić w pierwsze dziecko urodzone po północy dokładnie za rok. Lake zastanawiał się, czy dziecko ma się urodzić wyśpiewując arie jak słowik).
Już sama zmiana nazwy przyprawiała Lake’a o zgrzytanie zębami. Dla jego zazdrosnego oka wyglądało to – wiedział, jakie to jest absurdalne, ale nie panował nad swoimi odczuciami – jakby na co trzecim budynku o jakimkolwiek znaczeniu nagle znalazło się nazwisko kompozytora, niedbale narzucone na nazwisko poprzedniego patrona, bez żadnego wyczucia perspektywy ani smaku. Nie dość, że Bender, gdy żył, był tyranem sztuki, tłamszącym całą operę i teatr, jeśli nie odpowiadały jego przestarzałej, melodramatycznej wrażliwości? Nie dość, że stał się faktycznym władcą miasta, które jednocześnie hołdowało kultowi jednostki i wzdrygało się na samą myśl o nim? Czy teraz musiał uzurpować sobie prawo do całego miasta – do każdego kamienia – które już na zawsze i na wieki miało stać się jego mauzoleum? Najwyraźniej tak. Najwyraźniej wszyscy niedługo będą się gubić w mieście, bo każda aleja, każda ulica, każdy bulwar i zaułek będą nosić imię Bendera. Noworodkom też będzie się nadawać imię „Bender”, albo, dla odmiany, „Voss”. A całe nowe pokolenie Benderów i Vossów będzie błądzić i snuć się po mieście, które będzie szydzić z nich, podtykając im pod oczy ich imiona na każdym rogu ulic.
Cóż, podsycał własną żółć Lake; gdyby inny manzikert rozjechał mnie podczas przechodzenia przez tę oto ulicę, miałbym szczęście, gdyby wyryto moje imię choćby na nagrobku! Nic dziwnego, zżymał się kwaśno, ale nie bez satysfakcji, postukując laską w stopnie schodów przed pocztą: miejsce jego ostatecznego spoczynku miałoby napis „Kamień Nagrobny Pamięci Vossa Bendera”, z małym dopiskiem pod spodem „zajęty przez Martina Lake’a”.
W budynku poczty, przekroczywszy próg wielkiej sali, Lake podreptał w smugach przyćmionego światła rzucanego przez oddalone okna i przedstawił się urzędnikowi, mężczyźnie o twarzy przypominającej nóż. Lake nigdy nie zadał sobie trudu, żeby zapamiętać jego nazwisko.
Podał mu klucz.
– Poproszę numer 7768.
Urzędnik, z nogami przyciśniętymi do biurka, uniósł wzrok znad gazety, skrzywił się i odparł:
– Jestem zajęty.
Zdumiony Lake zamarł na sekundę, po czym machnął laską i rzucił urzędnikowi klucz na biurko.
Urzędnik spojrzał na klucz, jakby ten był padłym karaluchem.
– Tak, proszę pana, to jest pański klucz. Dokładnie tak. Ależ proszę się nie krępować. Życzę powodzenia.
Zaszeleścił gazetą i uniósł ją tak, żeby nie widzieć Lake’a.
Lake wpatrzył się w palce trzymające gazetę i zastanowił się, czy w jego najnowszym zleceniu znalazłoby się miejsce na ostre rysy tego mężczyzny: mógłby unieśmiertelnić tę niechęć do niesienia pomocy, tępą jak kostki jego dłoni. Po długim, nużącym marszu przez wrogie terytorium to była już przesada.
Lake uniósł laską gazetę i spojrzał na urzędnika.
– To pan jest urzędnikiem, prawda? Czyżbym przez te wszystkie miesiące dawał panu mój klucz nieświadomy, że jest pan po prostu gorliwym wolontariuszem?
Mężczyzna zamrugał i odłożył gazetę, prezentując krzywy uśmiech.
– Tak, jestem urzędnikiem. To jest pański klucz. A pan jest kaleką.
– W czym więc problem?
Mężczyzna obrzucił Lake’a niechętnym spojrzeniem.
– W pańskim wyglądzie. Jest pan odziany nieco... niejednoznacznie.
Lake sam już nie wiedział, co zaskoczyło go bardziej: odpowiedź czy wygodne użycie słowa „niejednoznacznie”. Mimo to spojrzał na swoje ubranie. Nosił błękitną kamizelkę na białej koszuli, błękitne spodnie, czarne buty i takież skarpetki.
Urzędnik miał na sobie strój barwy przejrzałych pomidorów.
Lake wybuchnął śmiechem. Urzędnik uśmiechnął się krzywo.
– To prawda – stwierdził. – Nie zdeklarowałem się. Muszę sobie przygotować specjalne ubrania na wyjście. Czym jestem? Rośliną czy minerałem?
Z chłodem i pustką w oczach urzędnik oznajmił pełnym rezerwy tonem:
– Chodzi o to, czy należy pan do Czerwonych, czy do Zielonych.
Lake przestał się śmiać. Ten bufon mówił poważnie. Ten sam miły, choć nieco nieobecny człowiek, którego oglądał co tydzień przez ponad dwa lata, uległ mrocznemu szaleństwu związanemu ze śmiercią Vossa Bendera. Lake patrzył na urzędnika i widział w nim kogoś obcego.
– Jestem zielony z zewnątrz – zaczął mówić Lake, powoli i spokojnie – bo jestem równie młodzieńczy jak obrana przeze mnie profesja, a czerwony od środka, gdyż jestem, jak wszyscy, zwykłym śmiertelnikiem. – Wyjął obie flagi. – Mam waszą flagę i flagę drugiej strony. – Pomachał nimi przed urzędnikiem. – Czy nie przepadałem za Vossem Benderem i z niechęcią patrzyłem na zamordyzm, jaki wprowadził w mieście? Tak. Czy życzyłem mu śmierci? Nie. Czy to nie wystarczy? Dlaczego muszę się opowiadać po którejkolwiek stronie, skoro najchętniej wrzuciłbym te wszystkie głupie flagi do rzeki Moth i stanął z boku, patrząc, jak wasze kohorty miotają się na wszystkie strony i wyrzynają? Drogi panie, jestem neutralny. – Lake pomyślał, że doskonale mu wyszło to przemówienie.
– Dlatego, proszę pana – odparł urzędnik, wstając z wysiłkiem i sięgając po klucz Lake’a – że Voss Bender żyje.
Obrzucił Lake’a spojrzeniem, od którego temu zjeżyły się włoski na głowie, po czym ruszył w stronę skrzynek, a Martin miotał się w duchu jak kiepsko rozpalona świeca. Czy całe miasto miało zamiar bawić się w te gierki? Czy następnym razem, gdy uda się do sklepu spożywczego, starsza pani za ladą zacznie się od niego domagać, by zaśpiewał arię Bendera, zanim poda mu bochenek chleba?
Urzędnik wspiął się po jednej z licznych drabinek, które opierały się o kolumny skrytek jak podniszczone drewniane owady. Lake miał nadzieję, że nie przybył tu na próżno; niech będzie tam chociaż list od jego matki, który odsunie od niego widmo tęsknoty za domem. Jego ojciec był nadal, bez dwóch zdań, zamknięty w pancerzu milczenia, którzy pokrywał go jak egzoszkielet cykadę.
Urzędnik wyciągnął skrzynkę Lake’a, wyjął z niej coś i zszedł na dół z kopertą w dłoni.
– Proszę – rzekł, patrząc na niego z niechęcią, i podał mu kopertę; Lake chwycił ją wraz z kluczem z niezamierzoną delikatnością, czując, jak jego gniew przechodzi w oszołomienie.
Na niezdradzającej miejsca ani czasu kasztanowej kopercie nie było adresu nadawcy ani jego własnego adresu. Jeszcze bardziej tajemniczy był fakt, że nie było tam również śladu znaczka pocztowego, co mogło oznaczać tylko to, że ktoś doręczył ją osobiście. Na odwrocie Lake odkrył dziwną pieczęć, odciśniętą w pomarańczowym wosku, który pachniał miodem. Pieczęć przypominała maskę o kształcie sowiej głowy, kiedy jednak ją odwrócił, dostrzegł, że wygląda jak ludzka twarz. Zawiły wzór przypominał Lake’owi jeden z podpisów Trilliana Wielkiego Bankiera na monetach.
– Czy pan może wie, jak ten list został doręczony? – Lake już wypowiadał to zdanie, ale kiedy odwrócił się w stronę biurka, okazało się, że urzędnik znikł, pozostawiając po sobie tylko ciszę i cień wielkiej sali, stęchłe powietrze filtrujące kurz sprzed setek lat przez miedziany połysk, otwarte drzwi jak prostokąt złotego światła.

Z leżącej na stole gazety łypały na niego litery „Voss Bender”, wydrukowane cynobrową farbą jak jakiś piekielny, powracający żart.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-05-07 (1526 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej