Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Pies z Rowan
 
Katalog - dodano
 Coś
- John W. Campbell
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 Czara Cieni
- Frances Hardinge
 Śpiew kukułki
- Frances Hardinge
 Cała Orsinia
- Ursula K. Le Guin
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Cena krwi - Tanya Huff

Krzyk w metrze


 Ian wcisnął dłonie głęboko w kieszenie i zerknął spode łba na pusty peron metra. Ręce mu skostniały, miał najgorszy ze wszystkich możliwych złych humorów, za to nie miał pojęcia, czemu zgodził się spotkać z Coreen w jej mieszkaniu. Ogólnie rzecz biorąc, teren neutralny byłby lepszym pomysłem. Ian przesunął chmurne spojrzenie na podświetlany zegar zwisający z sufitu. 12:17. Trzynaście minut, żeby dostać się z Eglinton West na stację Wilson, sześć przecznic do pokonania autobusem i jeszcze trzy biegiem. Niewykonalne.
„Spóźnię się. Ona się wkurzy. I to tyle, jeśli chodzi o naszą szansę na pogodzenie”. Westchnął. Namówienie jej na to spotkanie kosztowało go dwugodzinną sprzeczkę przez telefon. Podtrzymywanie związku z Coreen bywało czasochłonne, ale z całą pewnością nie nudne. Boże, ta kobieta to dopiero miała temperament... Jego usta odruchowo wygięły się w uśmiechu. Druga strona tego medalu sprawiała, że warto było znosić wieczną karuzelę. Ian uśmiechnął się szerzej. Coreen miała sporo krzepy jak na kogoś o wzroście niewiele ponad półtora metra.
Ponownie zerknął na zegar.
Gdzie, do diabła, był ten pociąg?
12:20.
„Bądź o 12:30 albo daj sobie spokój”, powiedziała, kompletnie ignorując fakt, że w niedziele Przedsiębiorstwo Transportowe Toronto, wszechobecne TTC, drastycznie zmniejszało liczbę połączeń i musiałby mieć szczęście, by o tej godzinie załapać się na ostatnie.
Ale patrząc na to z innej, jaśniejszej strony - Ian dotrze na miejsce dopiero nocą, a że oboje o ósmej rano mieli zajęcia, będzie musiał przenocować u Coreen. Westchnął. „Jeśli ona w ogóle wpuści mnie do środka...”
Przeszedł się na południowy kraniec peronu i zajrzał do tunelu. Ani śladu świateł, ale na twarzy poczuł powiew wiatru, który zwykle oznaczał, że pociąg jest już niedaleko. Odwrócił się, kaszląc. Śmierdziało, jakby coś tam zdechło. Jak w wiejskim domku, kiedy mysz gnije wewnątrz ściany.
- Wielka Mysibaba - mruknął, pocierając pięścią nos. Odór dotarł do jego płuc, a on znowu zakaszlał. Umysł płatał mu dziwne figle. Teraz, kiedy już poczuł ten smród, miał wrażenie, że przybiera on na sile.
I wtedy usłyszał dźwięk, który mógł być tylko odgłosem kroków dochodzących z tunelu, z ciemności. Wolnych kroków, nie takich jak pracownikaspieszącego się, żeby po nadgodzinach zdążyć na pociąg, albo bezdomnego szukającego bezpiecznego kąta. Wolne, ciężkie kroki kierujące się w stronę jego pleców.
Ian z radością powitał paniczny strach, który sprawił, że serce zabiło mu mocniej, a oddech uwiązł w gardle. Doskonale wiedział, że kiedy się odwróci i spojrzy, wyjaśnienie okaże się banalne. Zamarł więc i rozkoszował się nieznanym, póki pozostawało nieznane, zadowolony z wywołanej strachem fali adrenaliny, dzięki której wszystkie zmysły wyostrzały się, a sekundy wydawały długie jak godziny.
Nie odwrócił się, póki kroki nie pokonały sześciu schodków prowadzących na peron.
A wtedy było już za późno.
Ledwie zdążył krzyknąć.
Wysiadając z autobusu i wchodząc na stację metra w Eglinton, Vicki Nelson wcisnęła podbródek w kołnierz płaszcza. Może i był kwiecień, ale wciąż wilgotny, zimny i bez śladu wiosny.
– No cóż, to była katastrofa – stwierdziła. Starszy pan, który wysiadł z autobusu tuż za nią, wydał z siebie jakiś pytający dźwięk. Spojrzała na niego obojętnie, a potem przyspieszyła kroku. „Więc nie tylko jestem marnym towarzyszem, tak podenerwowanym, że aż strach ze mną porozmawiać, ale w dodatku gadam do siebie”. Westchnęła. Lawrence był przystojny, ale nie w jej typie. Odkąd osiem miesięcy temu odeszła z policji, nie spotkała jeszcze takiego mężczyzny. „Powinnam była to przewidzieć, kiedy zgodziłam się umówić z kimś atrakcyjniejszym od siebie. Nie wiem, czemu się zgodziłam”.
To nie do końca prawda. Zgodziła się, bo była samotna. Doskonale o tym wiedziała – ale nie miała zamiaru się przyznawać.
W połowie pierwszych schodów prowadzących na południowy peron usłyszała krzyk. Czy raczej półkrzyk, nagle zdławiony. Jednym susem znalazła się na pierwszym podeście. Z miejsca, gdzie stała, widziała przez szybę tylko połowę każdego peronu i żadnych śladów wskazujących, z której strony nadciągały kłopoty. Ale południowy peron był bliżej.
Pokonując naraz dwa, trzy schodki, darła się:
– Wezwijcie policję!!! – Nawet jeśli nikt jej nie słyszał, mogła przynajmniej odstraszyć to coś, co spowodowało krzyk.
Dziewięć lat na służbie i nigdy nie musiała użyć broni. A teraz bardzo była jej potrzebna. Dziewięć lat na służbie i nigdy nie słyszała takiego krzyku.
„Gdzie ty, do diabła, idziesz?” – pojękiwała racjonalna część jej umysłu. „Nie masz broni! Nie masz wsparcia! Nie masz pojęcia, co tam się dzieje! Osiem miesięcy bez służby i już zapomniałaś wszystko, czego cię uczyli! Co ty, do cholery, chcesz udowodnić?”
Vicki zignorowała ten głos i parła naprzód. Może i próbowała coś udowodnić. I co z tego.
Kiedy wypadła na peron, natychmiast się zorientowała, że wybrała ten niewłaściwy, i przez chwilę była z tego bardzo zadowolona.
Ogromna ilość krwi – szerokie czerwone strumienie i drobne karmazynowe kropelki – rozbryznęła się łukiem po wyłożonych pomarańczową glazurą ścianach stacji. Na podłodze, z szeroko otwartymi oczami i ustami i kompletnie zmasakrowanym gardłem, leżał młody mężczyzna. Nie: ciało młodego mężczyzny. Niedawno zjedzony obiad stanął Vicki w gardle, ale zdobyte podczas wielu śledztw w sprawie zabójstw opanowanie pomogło jej go z powrotem przełknąć.
Wiatr w tunelu przyspieszył i usłyszała nadjeżdżający z północy pociąg. Był blisko.
Słodki Jezu, tylko tego brakowało. Całkiem prawdopodobne, że o 12:35 w niedzielną noc pociąg będzie całkiem pusty, nikt nie wysiądzie i nie zauważy ciała ani rozbryzgów krwi na ścianach na południowym końcu północnego peronu. Ale biorąc pod uwagę, jak działał współczesny świat, było o wiele bardziej prawdopodobne, że z ostatniego wagonu wyjdzie grupa dzieci i maleńka staruszka o słabym sercu i spojrzą prosto w wytrzeszczone oczy i otwarte w niemym krzyku usta świeżego trupa.
Zostało tylko jedno rozwiązanie.
Ryk pociągu wypełnił stację, kiedy Vicki z bijącym mocno sercem i szumem adrenaliny w uszach zeszła na południowe tory. Drewniane przejście nad szynami było zbyt daleko, prawie na środku linii betonowych filarów, więc skoczyła nad nimi, starając się nie myśleć, ile z milionów woltów płynących w tym czymś wystarczy, by zmienić ją w węgiel. Chwiała się przez chwilę na krawędzi podkładu, przeklinając swój długi płaszcz i żałując, że nie włożyła kurtki, a potem, chociaż wiedziała, że to najgłupsza rzecz, jaką może zrobić, spojrzała prosto na nadjeżdżający pociąg.
Czemu był tak blisko? Światło oślepiało, łoskot ogłuszał. Zamarła niczym zahipnotyzowana, pewna, że jeśli się poruszy, upadnie, a metalowe koła bestii pokroją ją na kawałeczki.
I wtedy coś wzrostu człowieka zamigotało w północnym tunelu. Nie dostrzegła wiele, tylko rozmazany cień, ciemną plamę w świetle reflektora pociągu, ale wyrwało ją to z oszołomienia i pozwoliło pokonać resztę torów.
Żwir chrzęścił jej pod stopami, metal drgał, aż wreszcie sięgnęła rękami skraju peronu i podciągnęła się. Świat wypełniły dźwięki i światła, a coś delikatnie otarło się o jej podeszwę.
Ręce miała lepkie od krwi, ale nie swojej i w tej chwili tylko to się liczyło.
Zanim pociąg się zatrzymał, narzuciła na ciało swój płaszcz i wyciągnęła legitymację.
Maszynista wystawił głowę.
Vicki machnęła w jego kierunku skórzaną okładką i warknęła:
– Zamknąć drzwi! Już!
Drzwi, jeszcze nie do końca otwarte, zamknęły się.
Dopiero kiedy maszynista ponownie wystawił głowę, przypomniała sobie, że ma oddychać.
– Wezwij policję przez radio – poleciła. – Powiedz im, że to 10-33, nieważne, co to znaczy! – uprzedziła
pytanie. – Oni wiedzą! I nie zapomnij im powiedzieć gdzie. – Ludzie w nagłych sytuacjach robili głupsze rzeczy. Kiedy maszynista schował się z powrotem do pociągu, spojrzała na okładkę i westchnęła, palcem wskazującym popychając okulary w górę nosa. Legitymacja prywatnego detektywa w takich wypadkach nie znaczyła absolutnie nic, ale ludzie reagowali na władzę, nie na drobiazgi.
Odsunęła się od ciała. Z bliska zapach krwi i uryny – dżinsy chłopaka były z przodu mokre – przedzierał się przez metaliczne zapachy metra. Samotna twarz wyjrzała przez okno najbliższego wagonu. Vicki prychnęła w jej kierunku i przygotowała się na czekanie.
Po niecałych trzech minutach z ulicy dobiegł ją słaby dźwięk syren. Prawie się rozpogodziła. To były najdłuższe trzy minuty jej życia.
Spędziła je na myśleniu, dodając do siebie rozbryzg krwi i ułożenie ciała. Wynik tego działania nie przypadł jej do gustu.
Z tego, co wiedziała, nic nie mogło zadać pojedynczego ciosu wystarczająco mocno, żeby przedrzeć się przez ciało jak przez chusteczkę higieniczną, nie pozostawiając ofierze czasu na obronę. Nic. Ale coś to zrobiło.
I było w tunelach.
Vicki przechyliła się, aż zdołała zajrzeć w mrok za ostatnim wagonem. Włosy na karku stanęły jej dęba. Zastanawiała się, co kryją cienie. Dostała gęsiej skórki, i to nie tylko z powodu chłodu. Nigdy nie uważała się za specjalnie obdarzoną fantazją, wiedziała, że zabójca już dawno uciekł, ale coś w tym tunelu było.
Charakterystyczny stukot policyjnych butów wyrwał ją z zamyślenia. Ręce trzymała z dala od siebie. Policjanci wezwani do brutalnego morderstwa, znajdując nad zwłokami kogoś umazanego krwią, mogli dojść do pochopnych wniosków.
W kilka minut zapanował chaos, ale na szczęście czterech z sześciu funkcjonariuszy słyszało o „Wiktorii Nelsona” i po wymianie przeprosin i wytłumaczeń zabrali się do pracy.
– ...mój płaszcz na ciele, kazałam maszyniście wezwać policję i czekałam. – Vicki patrzyła, jak funkcjonariusz West z zapałem bazgrze w swoim służbowym notatniku, i skryła uśmiech. Pamiętała, jak to jest być młodym i pełnym zapału. Prawie. Kiedy podniósł wzrok, skinęła w stronę ciała i zapytała: – Chce pan zobaczyć?
– O nie! – Po chwili dodał, odrobinę zakłopotany: – To znaczy nie powinniśmy niczego ruszać przed przyjazdem tych z zabójstw.
Wydział zabójstw. Żołądek Vicki skurczył się, a dobry nastrój znikł. Zapomniała, że nie ona tu rządzi. Nie była nikim więcej niż świadkiem – pierwszym na miejscu zbrodni, i to tylko dlatego, że zrobiła parę naprawdę głupich rzeczy, by się tu dostać. Z powodu mundurów czuła się jak dawniej, ale zabójstwa... jej wydział. Nie, już nie jej. Wierzchem nadgarstka poprawiła okulary.
Przyłapany na gapieniu się funkcjonariusz West z zakłopotaniem spuścił wzrok.
– Hm... chyba nikt nie będzie miał nic przeciwko, jeśli zmyje pani krew z rąk.
– Dzięki. – Vicki zdobyła się na uśmiech, ale zignorowała niezadane pytanie. Jak dobrze albo jak źle widziała, to wyłącznie jej sprawa. Niech sobie krąży kolejna porcja plotek. – Gdyby mógł pan wyciągnąć parę chusteczek z mojej torby...
Młody funkcjonariusz wsunął niepewnie dłoń do wielkiej torby z czarnej skóry i najwyraźniej naprawdę mu ulżyło, kiedy wyciągnął ją razem z chusteczkami, wciąż mając wszystkie palce. O torbie Vicki krążyły legendy nie tylko w komendach miejskich, ale i w okolicach. Większość krwi na jej rękach zaschła w czerwonobrązowe plamy, reszta jedynie się rozmazywała. Mimo to Vicki ścierała ją chusteczką, czując się przy tym jak Lady Makbet.
– Niszczymy dowody?
„Celluci”, pomyślała. „Musieli wysłać Mike’a Celluciego. Ten drań zawsze za cicho chodził”. Nie rozstali się w zbyt dobrej atmosferze. Zanim się do niego odwróciła, zdołała ukryć swoją reakcję.
– Po prostu próbuję utrudnić ci życie. – Głos i towarzyszący mu uśmiech były w oczywisty sposób fałszywe.
Skinął głową. Zbyt długi kosmyk brązowych włosów opadał mu na twarz.
– Granie własnymi atutami to zawsze najlepszy sposób. – Jego wzrok wyminął kobietę i skupił się na ciele. – Złóż zeznanie Dave’owi. – Stojący za nim partner pomachał. – Ja pogadam z tobą później. To twój płaszcz?
– Mój. – Vicki patrzyła, jak Celluci podnosi przesiąknięty krwią materiał za róg, i wiedziała, że przez chwilę nie będzie dla niego istniało nic poza ciałem i jego najbliższym otoczeniem. Choć ich metody się różniły, był tak samo oddany wykonywaniu swoich obowiązków jak ona – jak ona była, poprawiła się w myślach – i nieoficjalny wyścig, jaki między sobą rozgrywali, wpływał na wiele śledztw. Włączając te, których żadne z nich nie prowadziło.
– Vicki?
Przestała zaciskać zęby i wciąż wycierając ręce, przeszła za Dave’em Grahamem kilka metrów dalej.
Uśmiechnął się z lekką nieśmiałością. Kiedy Vicki opuszczała służbę i doszło do ostatecznej rozgrywki, on był partnerem Mike’a Celluciego dopiero od miesiąca.
– Może zrobimy to zgodnie z procedurą?
Vicki wypuściła powietrze z płuc. Nawet nie zauważyła, że wstrzymuje oddech.
– Jasne, tak będzie dobrze. – Ucieczka od emocji w policyjne procedury: światowa tradycja sił porządkowych.
Kiedy rozmawiali, pociąg metra, już pusty, wolno odjechał ze stacji.
– ...słysząc krzyk, pobiegłaś w dół na południowy peron, potem przez tory przed nadjeżdżającym z północy pociągiem i dotarłaś do ciała. Podczas przekraczania torów...
W głębi ducha Vicki się wzdrygnęła. Dave Graham był jednym z najmniej skłonnych do oceniania innych ludzi na świecie, ale nawet on nie mógł ukryć przebijającej w głosie opinii o jej wyczynie.
– ...zobaczyłaś coś o kształcie człowieka, co wydawało się luźnym, powiewającym ubraniem i przeleciało między tobą i światłami. Tak było?
– W rzeczy samej. – Bez tych wszystkich starannie zapisanych szczegółów wyglądało to na naprawdę głupie zachowanie.
– W porządku. – Zamknął notes i podrapał się w nos. – Będziesz się... hm... gdzieś tu kręcić?
Vicki zmrużyła oczy, kiedy policyjny fotograf strzelił kolejną szybką serię zdjęć. Nie widziała Mike’a, ale słyszała, jak w głębi tunelu wywarkuje rozkazy swoim doprowadzonym do perfekcji tonem głosu à la „dar boży dla biura śledczego”. W głębi tunelu... Włosy na karku znowu jej się zjeżyły, kiedy przypomniała sobie to wrażenie, że coś się czai, coś mrocznego, coś, skoro już o tym mowa, złego. Nagle poczuła potrzebę ostrzeżenia Celluciego, żeby był czujny. Nie zrobiła tego. Wiedziała, jak by zareagował. Jak ona by zareagowała, gdyby zamienili się miejscami.
– Vicki? Będziesz w pobliżu?
Na końcu języka miała „nie, wiecie, gdzie mnie szukać, gdybyście czegoś jeszcze potrzebowali”, ale ciekawość – tego, co policja może odkryć, tego, jak długo uda jej się pozostawać w pobliżu ukochanej pracy i nie załamać – zmieniła „nie” w mruknięcie:
– Przez jakiś czas. – Byłaby potępiona, gdyby teraz uciekła.
Patrzyła, jak Celluci wchodzi po schodkach na peron i rozmawia z technikiem, wskazując ręką za siebie, na tory. Technik zaprotestował, że do pracy potrzebuje odpowiedniego oświetlenia, ale Celluci zignorował to zastrzeżenie. Parskając z niezadowoleniem, technik zabrał swoją torbę i skierował się do tunelu.
Jak zawsze czarujący, pomyślała, kiedy Celluci zgarnął jej płaszcz z posadzki i ruszył w stronę Vicki, lawirując między ludźmi koronera, którzy w końcu zapięli pomarańczowy plastikowy worek z ciałem.
- Nie musisz mówić - odezwała się, kiedy był już wystarczająco blisko, głosem celowo zimnym, prawie sarkastycznym i, jak miała nadzieję, nieujawniającym buzujących w niej emocji, które ściskały wnętrzności. - Jedyne odciski palców na miejscu zbrodni są moje? - Oczywiście na miejscu była masa innych odcisków, na razie nieokreślonych. To sprawa dla komendy, ale krwawe ślady rąk rozsiane przez Vicki łatwo zidentyfikują.
- Bingo, Sherlocku. - Rzucił jej płaszcz. - A ślad krwi prowadzi do wnęki i tam się urywa.
Vicki wzdrygnęła się, kiedy wyobraziła sobie, co się działo tuż przed tym, jak dotarła na peron.- Sprawdziliście południową stronę?
- Tam straciliśmy ślad. - W jego tonie brzmiało niewypowiedziane „nie ucz ojca dzieci robić”. Uniósł rękę, ucinając następne pytanie. - Kiedy Dave rozmawiał z tobą, wysłałem jednego z mundurowych, żeby pogadał ze staruszkiem, ale ten wpadł w histerię. Ciągle tylko bredzi o Armagedonie. Zięć przyjedzie go odebrać, pójdę do niego jutro.
Vicki spojrzała na drugi koniec stacji, gdzie starszy pan, który wysiadł za nią z autobusu, rozmawiał z policjantką.
Nawet z tej odległości widać było, że nie wyglądał najlepiej. Miał poszarzałą twarz i chyba bełkotał niekontrolowanie, zaciskając wychudzoną dłoń z wyraźnie zarysowanymi ścięgnami na rękawie funkcjonariuszki.
- A co z metrem? Zamknęliście je na tę noc? -zapytała, z powrotem skupiając uwagę na stojącym obok policjancie.
- Taaa. - Mike pomachał ręką w stronę końca peronu. - Chcę, żeby Jake wyczyścił tę wnękę. - Sporadyczne błyski światła dowodziły, że fotograf ciągle pracował. - To nie jest jedna z tych spraw, które da się rozwiązać w kilka minut. - Wcisnął ręce w kieszenie płaszcza i rzucił światu nieprzyjazne spojrzenie. - Ale sądząc po rabanie, jakiego narobiła komisja do spraw transportu, zamykamy wszystko w godzinach szczytu, żeby pozbierać śmieci.
- Więc jaka to sprawa? - to pytanie było najbliższe temu, które Vicki naprawdę chciała zadać: czy on też poczuł tę nieokreśloną obecność.
Wzruszył ramionami.
- Ty mi powiedz. Zadałaś sobie wiele trudu, żeby wylądować w samym środku tego wszystkiego.
- Byłam tu - odburknęła. - Wolałbyś, żebym ten fakt zignorowała?


Fragment udostępniony przez Wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-05-19 (1552 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej