Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Władca Krainy
 
Katalog - dodano
 Coś
- John W. Campbell
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 Czara Cieni
- Frances Hardinge
 Śpiew kukułki
- Frances Hardinge
 Cała Orsinia
- Ursula K. Le Guin
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Smocze gniazdo - Romuald Pawlak

Najgorsze są owady


Mrówki to stworzenia małe i raczej błahe z punktu widzenia nauki o Stworzeniu. A jednak Rosselin przeklinał teraz te stworzonka słowem gromkim i obelżywym. Zupełnie jakby świat został powołany do istnienia przez Aarafela i jego szacowną małżonkę Dracenę specjalnie po to, aby owe paskudne insekty uczynić sednem wszelkiego bytu.
W wielu innych komnatach arystokraci oraz służba przeklinali je równie żywo, gniotąc, tłukąc, polewając wrzątkiem i kładąc na szlakach ich wędrówek cukier podstępnie zaprawiony sokiem z nienawistnika bezwonnego albo wykitówki skutecznej. Ta solidarna nienawiść zbliżyła do siebie wszystkie klasy społeczne bardziej niż rewolucyjne pisma filozofów głoszących powszechną równość tutaj i w niebiosach.
A wszystko to za sprawą padnięcia magicznej blokady w pałacu.
- No ale jak mogła?! - warczał wściekły Rosselin. Tłukł mrówki, a przy okazji komary oraz ćmy, eksterminował wszelkie insekty, na które nażarty i chrapiący obok Filippon nie miał już ochoty. Stanowił żywy obraz opowieści o bezużytecznych psach, którym nazbyt dobrotliwi gospodarze dawali podjeść do syta, przez co zamiast rzucać się z zębami na poborców i komorników, potrafiły wpuścić do chałupy nawet złodzieja. Jak było widać, choć smok nie pies, ale zawsze złośliwy czworonóg... - Jak ta bariera mogła paść? - złościł się pogodnik. - Ona miała być niezniszczalna!!!
Magiczna bariera w pałacu była niemal równie ważna, jak porządnie obsadzony tron. Chroniła przed owadami oraz innymi stworzeniami, które garnęły się do wieży stołecznego kompleksu pałacowego. Przede wszystkim jednak broniła przed użyciem nieautoryzowanych czarów. Da się przeżyć ugryzienie mrówki, ale trudno odeprzeć atak czaru iniekcyjnego, który niepostrzeżenie sączy truciznę wprost do żył.
- Skoro padła, znaczy, że mogła - sennie burknął smok, przewracając się na drugi bok.
Przy tej skomplikowanej ewolucji zaplątał sobie w supeł prawe skrzydło, więc zaklął brzydko. Otworzył oczy i spojrzał drwiąco na Rosselina.
- I zamiast narzekać, zastanów się, których czarów chciałbyś użyć, a dotąd nie mogłeś. Bo jak znów włączą barierę, to będziesz sobie w brodę pluć, że nie skorzystałeś z okazji, sam zobaczysz.
Dobrze, że w izbie nie było akurat Annabell, narzeczonej Rosselina. Ta rudowłosa piękność nie pochwaliłaby namawiania do przestępstwa, szczególnie przez smoka. No, chyba żeby ów występek przeciwko prawu miał przynieść korzyści właśnie jej. Nad tym akurat zaczął się intensywnie zastanawiać pogodnik: jak pogodzić własną ciekawość z zyskiem dla Annabell, żeby zamiast pogonić ścierką, jeszcze pochwaliła?
Na razie jednak nie musiał nic kombinować, bo dziewczyna pojechała do miasta odwiedzić Hiarryntię, swoją przyjaciółkę. Rosselin jej nie trawił, jak wszelkich innych ekologicznych fanatyków głoszących prymat trawy nad mięsem. Nie potrafił pojąć, jak można zabić tysiąc źdźbeł zboża zamiast jednej krowy i popełniwszy ten masowy mord, mieć czyste sumienie. No bo w końcu zanim z krowy czy innej świni będą kiełbaski, jest już martwa, a ziarno miele się w młynach na żywca!
Tymczasem z pokoju obok dobiegły hałasy i przekleństwa. To właścicielka pałacowego apartamentu, Zejfa d’Argilach, w nieco brutalny sposób wyjaśniała swojej służącej Lence, że jak się zapodzieje jakieś perfumy, to trzeba je odnaleźć. Tym bardziej że teraz są potrzebne, bo ona, Zejfa, wybiera się na randkę. I potrzebuje właśnie tej purpurowej flaszeczki w kształcie serca, a nie innej, na przykład dwóch serc w kolorze wiśni, a tym bardziej nie białych kiści bzu, które podsuwała jej dziewczyna.
Wreszcie Lenka wybiegła z płaczem, niemal zdeptała śpiącą w swoim koszyku jednooką kotkę Latarnię i wyskoczyła na korytarz.
- Gwardziści będą mieli używanie - mruknął smok. -Szkoda. A Lenka mogła przyjść do nas. Tyle tu kurzu na półkach...
Jakby w odpowiedzi na jego słowa za drzwiami rozległ się potworny wrzask. I nie był to bynajmniej krzyk rozkoszy pałacowego amanta w mundurze gwardzisty i z emploi łamacza serc trzeciej klasy. Był to przejmujący ryk bólu. A zaraz potem przez ścianę przeniknął głos Lenki:
- A masz, bydlaku!
- No i posprzątała kurze - mruknął Rosselin, pstryknięciem palca wysyłając truchełko następnej ćmy do kosza.
Smok skulił się w swoim kącie i nic nie odrzekł. Był na tyle mądrą gadziną, aby rozumieć, że z rozwścieczonymi kobietami się nie dyskutuje, tylko chowa w kąt. A ponieważ ściany miewają uszy (i to nie tylko jego własne, Filipponowe), wolał nie dyskutować także z Rosselinem.
Kiedy po chwili Lenka spokojnym już krokiem powróciła do apartamentu, nawet Zejfa odezwała się do niej z pewnym szacunkiem:
- Perfumy nieważne, kochanie, bardziej liczy się jednak styl bycia. Gdybyś je znalazła, weź sobie.

* * *
Kiedy patrzysz na świat, widzisz duże rzeczy. Duże budynki, duże drzewa, duże zwierzęta. A tymczasem największe zarazy są mikroskopijnych rozmiarów, zaś najgorsze są owady, takie właśnie jak mrówki. W dodatku na przykład harpia górska składa tylko dwa jaja raz na trzy lata, a mrówki...
Kaci miewają swoje fanaberie - jak wszyscy, którym przyszło wykonywać stresującą pracę. Pałacowy kat miał zaś nie tylko fanaberie, ale i hobby. Kto znał go jedynie powierzchownie, wiedział, że nikt lepiej niż Altapin nie potrafi włóczyć jelit przestępców. Człek bardziej zainteresowany słyszał zapewne o przyznanej mu niedawno nagrodzie cesarzowej „Za innowacyjność w dziedzinie tortur i narzędzi kaźni wszelakiej”. Ale oprócz pogodnika mało kto wiedział, że w gruncie rzeczy oprawca był człowiekiem miłym i spokojnym.
No i kochał mrówki, stąd we własnych izbach założył ich hodowlę. Co prawda pierwsza grupa wyzdychała, a Filippon musiał ratować życie psychiczne kata, udając, że mrówki uciekły – ale to nic nie dało. Bo kat tak się zżył ze swoimi maleństwami, że wkrótce zdobył nową, lepszą kolonię. Podobno bardziej odporną na trudy egzystencji. Kiedy jeszcze rozmawiał z Rosselinem, chwalił się, że te nowe, zwane od życia na pustyni piasecznikami, przeżyją go na pewno.

I to właśnie one wymknęły się spod kontroli. Wymknęły, a potem niewiadomym sposobem rozmnożyły, choć to wyszło na jaw dopiero wtedy, gdy padła magiczna blokada. Okazało się, że mrówki są praktycznie wszędzie, od iglicy najwyższego budynku po pałacowe podziemia.
Pytanie: Jak to możliwe?, od jakiegoś czasu wiszące w powietrzu, z rumorem spadło na ziemię.
Rosselin był zapewne jedną z niewielu osób mających jakie takie pojęcie, co zaszło. Nie był jednak głupcem ani poskramiaczem dzikich bestii pałacowych, nie zamierzał się więc przyznawać, że ma w tym swój udział. Wystarczały mu własne problemy. Jego narzeczona usilnie pragnęła zmienić stan cywilny, zamierzając zostać żoną maga. Od czego sam pogodnik – chociaż kochał Annabell – mocno się wykręcał. No bo czy widział ktoś maga z żoną i trojgiem dzieciaków przy boku? A jakby ją wtedy nazywali? Panią magową? A gdyby miał córkę, to co – magówką?! Nawet jakże bogaty język Imperium nie przewidział takich określeń. Co prawda gdy Rosselin z mądrą miną użył tego argumentu w rozmowie z Annabell, dostał w pysk, ale co tam – zasiane ziarno może jednak wyda wartościowy plon?
Kłopoty miał jednak nie tylko ze swoją dziewczyną. Wciąż był pogodnikiem trzeciej kategorii, choć nie bez szans i obietnic Rady Magów, że przeskoczy wyżej.
Zejfa nadal traktowała go jak chłopca na posyłki. Dobrze, że jak dotąd nie musiał wynosić śmieci.
Smok, zamiast być wsparciem, zaczął żyć własnym życiem. Albo żarciem, bo wszystko zależy od punktu jedzenia.
Mag czasem miał więc ochotę strzelić sobie w głowę z kuszy. Albo samemu zakląć się w kamień.
No i teraz te przeklęte mrówki. Uciążliwe, denerwujące i grożące katastrofą w razie odkrycia, że pogodnik maczał w tym palce, a smok pazury. Filippon co prawda żył zgodnie z filozofią wyrażoną w późnych pismach Sarturusa: Nie warto myśleć o tym, że może być gorzej, bo i tak będzie, ale Rosselin spędził niejedną nieprzespaną godzinę na rozmyślaniu o smutnych konsekwencjach swej – a jakże! – dobroci i miłości bliźniego.
A dziś miał się dowiedzieć, że problem jest jeszcze większy, niż to dopuszczał w najczarniejszych myślach.
Postanowił rozprostować nogi, a raczej kości, nieco zardzewiałe po długim wylegiwaniu się w łóżku. Zresztą nie miał ochoty patrzeć na obżartego robactwem Filippona, który okazał się nad wyraz tępym, krótkowzrocznym smoczyskiem.
Skoro nie było bariery, pogodnik przez chwilę rozważał, czyby dla fantazji nie użyć jakiegoś zgrywnego zaklęcia. Ale żadnego takiego nie znał! Nie był taki jak adept Yandarian, który poznawszy zaklęcie owocowe, zamieniające – dajmy na to – piasek w dowolny pożądany owoc, natychmiast go użył, i to po kilku szklanicach ferteńskiego. Pechowo dla siebie w pobliżu stada szpaków. Te w mig wyczyściły kosz z czereśniami, w który przez pomyłkę zamienił sam siebie Yandarian, zamiast użyć pobliskiej pryzmy piasku. Potem szpaki rozpierzchły się na wszystkie strony i szukaj wiatru w polu, a z samych pestek nie dało się adepta odzyskać. Natomiast dla nauki magicznej wypłynęła z tego wielka korzyść. Rada uznała, że należy do zaklęcia dołożyć drobny czar zabezpieczający.
Kroczył więc Rosselin ponuro pałacowymi korytarzami, aż nagle jak obuchem w plecy dostał straszną nowiną w łeb. A konkretnie w uszy.
Wcześniej jeszcze zaczepił go jeden z magów kopi stów. Byli to czarodzieje zbyt podłego sortu, aby umieli coś naprawdę pożytecznego, jednak do szybkiego powielania książek nadawali się lepiej niż zwykli, śmiertelnie powolni przepisywacze. Czasem Rosselin śnił koszmar, w którym zmieniano mu specjalizację na taką właśnie i grzązł pośród półek pełnych kurzu.
– Ty, pogodnik, może byś jakiś czar naszykował, żeby zarazę wymrozić albo co? – burknął kopista, przecierając załzawione oczy. – Bo mnie te mrówki tak wkur... chciałem powiedzieć, że się mylą z literami, jak łażą po książkach.
– Myślimy nad tym cały czas – z mądrą miną odparł Rosselin, starając się zwalczyć nagłą senność, jak zawsze kiedy rozmowa wkraczała na temat ciężkiej pracy. – A na razie może weź urlop?
Później, w drodze do knajpy, spotkał Brunhilda ver Didloga.
Z Brunhildę to była zabawna historia. Oficjalny narzeczony Zejfy d’Argilach z początku traktował jej pracownika jako niepotrzebny balast albo zawalidrogę na trakcie wiodącym do szczęśliwego małżeństwa. Ale kiedy już się przekonał do jego osoby, to na dobre – i trwał w tym niezachwianie.
Bardzo w tym pomógł nałóg, który na pałacowe kazamaty wprowadził pogodnik – palenie nikorośli. Co prawda po chwilowym entuzjazmie okazało się, że nie tylko uzależnia on mocno, ale później ściany oraz ubrania bardzo śmierdzą. Niemniej w oczach wielu nałogowców Brunhild, w końcu zaufany przyjaciel te‑ go‑który‑wie‑skąd‑wziąć‑ziele, tylko zyskiwał mimo narastających protestów żon i kochanek. A Didlog umiał to docenić.
Teraz głośnym psyknięciem przywołał do siebie maga.
– Nowinę mam!
Rozespany Rosselin wciąż z trudem łapał prawidłowy pion. Ale rozumiał, że należy wysłuchać Brunhilda.
Ten nie chciał rozmawiać na korytarzu, słusznie uważając, że ściany mają uszy. Zaprowadził pogodnika do świeżo otwartej winiarni na samym dole pałacowej wieży, niedaleko szpitala Bernarda O’Cencora.
Mag nie miał dotąd okazji zajrzeć do „Krwawego Dzbana”. Z cesarskim medykiem kojarzyły mu się same złe wspomnienia, oczywiście prócz udanej próby wyłudzenia od Brunhilda małej wysepki, Wolwina. Stąd nie‑ spieszno było pogodnikowi pchać się do knajpki, gdzie serwowano czerwone wino niewiadomego pochodzenia, a mięsne dania mogły zostać pozyskane nie w drodze uboju, ale amputacji.
Teraz jednak nie było wyjścia. Didlog rzadko go za‑ wodził. Baron miał dobry wywiad, na którym opierał swą pozycję w pałacu.
Winiarnia nie rozczarowała Rosselina – zły gust, z jakim ją urządzono, doskonale pasował do jego wyobrażeń. Na ścianach wisiały pamiątki po przeróżnych złoczyńcach Fertu i całego Imperium. Tu samopał, którym Janduda pozbawił życia ulubionego karła cesarza – Hilariuchę, tam miecz, który zbój Majdej przyłożył do grdyki samemu pierwszemu doradcy cesarza Oleandrowi.
– Doradź mi, w co mam zainwestować, albo cię zatnę! – tak mu ponoć powiedział, a doradca zaczął się jąkać: – O... b‑b‑b... li...
Wielu potem twierdziło, że Oleander miał na myśli: O, błagam, litości, jest jednak faktem, iż niedługo skarb cesarski wyemitował pierwsze obligacje. I to bez pokrycia!
Sporo podpisów pod pamiątkami nic Rosselinowi nie mówiło. Wiedział za to, że większość wspominanych tu osób skończyła rozwłóczona, ścięta albo postrzelana na miazgę. Ze starości zmarł chyba tylko niejaki Parastyl, ale wyłącznie dlatego, że schował się kiedyś w wielkim kompleksie wapiennych jaskiń na rzadko uczęszczanym Wybrzeżu Moskańskim, po czym zapomniał drogi powrotnej. A że znalazł tam wielki skład żywności pozo stawiony przez nie wiadomo kogo, to i dożył sędziwego wieku, przy okazji czyniąc ów kompleks atrakcją tury styczną dzięki rzeźbom, które wykonywał z nudów.
Brunhild zabełtał swoim kubkiem pełnym substancji winopodobnej, po czym oceniwszy, że chyba tylko stół mógłby podsłuchać ich rozmowę, konspiracyjnym szeptem oznajmił: – Z pewnych ust słyszałem, że będą nas ewakuować z pałacu.
Ewakuacja! Słowo to zmroziło Rosselinowi krew w żyłach.
– Z czyich? – wyjąkał, czując, jak zasycha mu ślina w gardle.
Didlog obejrzał się za siebie, a jego trzy podbródki latały każdy w inną stronę.
– Ważnych – wyjawił z satysfakcją. – Na razie to plan, ale jeśli magowie nie poradzą sobie z plagą, to trzeba będzie wybudować nowy pałac albo ten skutecznie odmrówczyć. Z ludźmi w środku to raczej niewykonalne, prawda?
I zadowolony z siebie, siorbnął wytrawnego pliseń skiego – lub mikstury, która za owoż pliseńskie pragnęła uchodzić. Patrząc na gębę szynkarza, pogodnik miał przekonanie, że żółtość boskanki w jego pucharze także zdradza bliskie kontakty z warsztatem medyka. Z nie‑ smakiem odsunął od siebie kielich.
– A kiedy? – spytał. Widmo przenosin poraziło go do głębi, jednak nadal ważne było, czy jest to perspektywa odległa, czy liczona w dniach. Życie nauczyło bowiem Rosselina, że jak coś ma mieć miejsce jutro, to może się zdarzyć lub nie, ale plany robione na miesiące czy lata zwykle wymagają całego szeregu korekt. Albo i wycofania się z nich całkowicie.
Didlog bezradnie rozłożył ręce.
- Póki co nikt tego jeszcze nie wie. Nawet cesarzowa, która musiałaby oficjalnie taką decyzję podjąć, też nie.
* * *
Wracając do swojej izby, Rosselin rozmyślał nad słowami Brunhilda.
Podejrzewał, że zanim Ktoś Ważny wypowiedział słowo ewakuacja, szeptało o tym sporo mniej ważnych osób. I to raczej nie arystokratów, bo ci mieli za wiele do stracenia. Choć arystokratyczna skóra jest nadzwyczaj cienka, to w pałacu wyprawiano ją najdelikatniej. Poza pałacem zyskiwała tylko na wadze, bo na znaczeniu zawsze traciła.
Zapewne był to ktoś spośród pałacowej służby. Na takich awanturach zawsze najgorzej wychodzi właśnie personel - niczemu niewinny, a oskarżany o wszystko. Co innego wywołać ucieczkę, a w trakcie ucieczki panikę. Ileż sreber może wtedy tajemniczo zaginąć. Ileż cennych kamieni zmienić właściciela... Ba, nawet tytuły szlacheckie mogą się pojawić i zniknąć, bo pieczęcie i papiery, które wyparowały w Fercie, mogą ujawnić nowego arystokratę na drugim krańcu Imperium.
O ile więc arystokraci mogli się obawiać zaginięcia kufrów, precjozów i innych dóbr gromadzonych przez pokolenia, służba musiała się zastanawiać, jak tu zniknąć z ludzkich oczu jako kuchcik albo lokaj na dziewiątym piętrze pałacu, a objawić się jako baron w Astio albo szanowany kupiec korzenny w Lobodermii.
Ale Rosselin pamiętał o jednym: każdą nowinę - obojętnie, dobrą czy złą - można spożytkować dla własnej korzyści. Pogodnik postanowił to właśnie uczynić i uprzedzić Zejfę. Baronowi brzuch utrudniał szybkie poruszanie się po pałacowych korytarzach, zaś trudny charakter narzeczonej sprawiał, że Brunhild ver Didlog czasem wolał do niej nie podchodzić. Bywało nawet, że budził się z krzykiem, gdy mu się przyśniła.
- Ewakuacja? Z pałacu? - oburzonym głosem spytała dwórka, kiedy pogodnik wywołał ją najpierw z apartamentu, a potem zawiódł w miejsce, gdzie zakręcający przy narożniku wieży korytarz pozwalał rozmawiać bez obawy podsłuchania przez nadchodzących znienacka. No, chyba że spory fikus był zakamuflowanym szpiegiem. Na wszelki wypadek Rosselin potraktował go czubkiem buta. - I to akurat teraz, gdy na następnej randce mam dać kosza hrabiemu Formidable?!
Rzeczywiście, dla Zejfy dArgilach ewakuacja musiała być prawdziwą katastrofą. Bo co ją obchodziły mrówki, skoro Filippon regularnie oczyszczał jej apartament z wszelakiego tałatajstwa. Natomiast hrabia Formidable... O, to była historia warta zachodu, pieśń warta wysłuchania.
Hrabia Formidable cierpiał na potwierdzony prawomocnym orzeczeniem sądu uwiąd uczciwości. I był uczciwy jak nikt na świecie - chyba że znalazł się w obecności dam obwieszonych klejnotami. Kradł je lub wyłudzał, bowiem potrafił owinąć sobie owe nieszczęsne damy dookoła palca.
Co prawda utracone dobra można było odzyskać. Hrabia Formidable organicznie nie znosił bowiem dramatycznych scen i szlochu. Starał się po uzyskaniu kosztowności uciec, zrywając zażyłą znajomość przez posłańca w przejściu korytarza albo w innych okolicznościach, gdzie wstyd lub towarzystwo utrudniały porzuconej damie tryśnięcie fontanną łez i wpadnięcie w bolesne spazmy.
No i zawsze można się było w porę opamiętać, zerwać pierwszej, zażądać klejnotów, a nawet nieoczekiwanie wybuchnąć łzotokiem. Zaskoczony i przyparty do muru hrabia często nie miał wyjścia: wolał oddać klejnoty, niż znosić wyrzuty. Szczególnie gdy w pobliżu znalazła się cesarzowa.
Zejfa do niedawna omijała Formidable’a z lekceważeniem, choć ten od miesiąca czynił starania, aby uznała go chociaż za wygodny podnóżek. Brunhild wysłał nawet rosłe chłopię, aby ostrzegło drania, że czci damy ma kto pilnować.
Teraz jednak dwórka polowała na wielki diament -och, naprawdę wielki, rozmiarów dużego jabłka! - który niedawno Formidable wyłudził od Lapimpiny Pong. Na samą myśl o kamyczku damie dArgilach świeciły się oczy. Czasem śniła, że klejnot, połyskując na jej piersi, wypala oczy podłym amantom...
Dodatkowo diament - jak twierdziła rozszlochana z żalu Lapimpina - poza pałacem zabezpieczał odzież przed kurzem i (uwaga!) owadami. To także wydało się dwórce niezwykle kuszącą właściwością owego precjozum. No bo cóż zrobić, gdy jakaś paskudna mrówka stanie jej na drodze i w najważniejszym momencie zaplącze się w koronkę sukni albo, nie daj Draceno, wylezie na wyszminkowany policzek???
Krótko mówiąc, Zejfa miała zamiar pierwsza zerwać z hrabią, a jako odszkodowanie wziąć ów klejnot. Na razie jednak kusiła Formidable’a, chodząc na randki obwieszona świecidełkami jak porządny sklep jubilerski.
Gdy tylko Rosselin zniknął jej z horyzontu, natychmiast pobiegła podzielić się nowiną z kilkoma zaprzyjaźnionymi damami.
Ale nie był to dobry pomysł. A nawet okazał się fatalny i druzgoczący w skutkach. Zejfa wracała do swego apartamentu ponura i zła, obracając w myślach słowa, o których znajomość nikt by nie podejrzewał tego kruchego dziewczęcia o niewinnym spojrzeniu sarenki.
Bezceremonialnym kopnięciem w podogonie obudziła smoka, który znów zaległ paszczą w pościeli, wystawiając na świat tylne włości.
– Mam dla ciebie robotę, leniu! – warknęła. – Wstawaj, spać możesz później albo i wcale. Byś czasem zapracował na miskę żarcia, padalcu!
Filippon ciężko westchnął. Zapracować?! To było jedno ze słów, które wiele razy słyszał, a mimo to jego znaczenia nie rozumiał. Ale nie był w nastroju do kłótni, więc przesunął paszczę na plecy, żeby spojrzeć na wściekłą dwórkę.
– No? – spytał. – O co chodzi?
– A o to – Zejfa z impetem usiadła na łóżku – że roz‑ mawiałam z Hedonią Yrtek. Och, kochana, co tam ewakuacja, kiedy ma się większe kłopoty, nieprawdaż? – powiedziała mi ta żmija jadowita – Zejfa niemal syczała ze złości. – I nie wiem, czy ona wie, że Formidable zamierza mnie rzucić, czy tylko nędzne insynuacje mi wciska, żeby mnie podenerwować w odwecie za to, że jej wczoraj powiedziałam, że ten krem, co to go kupiła, skuteczny jest bardzo, szczególnie dla starszych osób w sam raz... Smok pogubił się w tym jednym zdaniu wypowiedzianym na wydechu.
- I?- Dowiedz się wszystkiego! - nakazała dwórka.
- Wszystko to nicość - odparł filozoficznie smok. -A co konkretnie cię interesuje, Zejfa?
Dama dworu zdawała się tracić cierpliwość. Dlaczego ten głupi smok nic nie rozumie?!
- Konkretnie to masz mi sprawdzić, czy hrabia Formidable chce mnie rzucić - rozkazała.
Na to Filippon roześmiał się ochryple, całkiem tracąc ochotę na sen w tak nieprzyjaznych okolicznościach.
- To mogę ci powiedzieć bez chodzenia do świątyni Draceny albo do stojącego tuż obok zamtuza dla mnichów - stwierdził, gdy już przestał rechotać. - Formidable chce cię rzucić z pewnością.
Odczekał jedno uderzenie serca i dodał.
- Bo nie ma takiej kobiety, z którą by wytrzymał na stałe.
Później jaszczur zwiał ścigany przez pęk nożyczek, pilniczków do paznokci oraz flakonów z perfumami, którymi cisnęła w niego wściekła dwórka.
Tymczasem mrówcza plaga narastała ze wszelkimi tego skutkami.


Fragment udostępniony przez Wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-05-20 (1481 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej