Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Czerwone dywany, odmierzony krok
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Smocze gniazdo - Romuald Pawlak

Wypożyczyłem ci smoka?


Wgrze w rupikolo Rosselin zawsze był wygrany, bo nawet kiedy przegrywał, to tylko po to, aby albo komuś sprawić przyjemność – jak cesarzowej, która uwielbiała hazard, choć nie znosiła porażek – albo zachęcić do dalszej gry delikwenta gotowego do oskubania nie tylko z ostatniej koszuli, ale nawet torebki narzeczonej.
Gra w „uciekaj, zanim cię zabiją” była jednak znacznie trudniejsza. Czuwający w przedpokoju apartamentu Zejfy mag Quadapir dowodził tego z całą stanowczością. Gdzie szedł smok, tam i on podążał. Drzwi do izby Filippona – a tym samym pogodnika – musiały być zawsze uchylone. Wszelkie podejrzane szelesty, westchnienia i mówienie przez sen podlegały sprawdzeniu, jakby były przestępstwem.
Quadapir zaraz po przybyciu uprzejmie oznajmił, że w żadnym razie nie chciałby nikomu przeszkadzać. I faktycznie, nikogo nie nagabywał, zwykle siedział milczący w kącie, był jednak niby solidna kłoda rzucona w poprzek strumienia. Dla ludzi, którzy nie lubią moczyć sobie butów, może to i wygodne rozwiązanie. Ale dla strumienia?
Tak więc Quadapir wkurzał Rosselina jak jasny szlag z Dracenowego nieba. Tak bezpośrednio wyrażony brak zaufania Rady doprowadzał go na przemian do depresji i ataków gniewu.
Smok miał do tego stosunek o wiele bardziej zrównoważony. Quadapira ignorował, natomiast wiadomo było, co myśli: że trzeba uciekać. Atmosfera w pałacu robiła się coraz bardziej nieznośna, rosła też liczba osób przekonanych, że wszystkiemu winni są ci dwaj, mag i jego smok – i wcale nie było pewne, czy plotka ta nie została puszczona przez samego maga kontrolera, aby im utrudnić życie, a jemu ułatwić śledzenie. Znikać stąd trzeba było więc jak najprędzej. Kulturalni ludzie może ograniczą się do przekleństw i spluwania przez lewe ramię, ale tylko patrzeć, jak gorzej wychowana część arystokracji wyciągnie swoje szpikulce z pochew, a służba chwyci za widły, widelce czy inne takie.
Jednak chociaż to pogodnik pierwszy rozpoczął rozmowę o ucieczce, jakoś nigdy tak na serio nie myślał o opuszczeniu pałacu. Tymczasem smok nic nie mówił, ale rozmyślał nad tym cały czas.
Nawet śnił. Którejś nocy zobaczył Smocze Miasto. Stało całe w krwistej poświacie, jakby ogarnął je pożar.
Zwykle twardo stąpający po ziemi Filippon dostrzegł w tym symbol – tylko jeszcze nie wiedział jaki.
Chciał natychmiast opowiedzieć Rosselinowi swój sen, ale jak na złość magiczny kurator nawet w nocy sypiał w tej samej izbie. Chyba najbardziej przeklinała go Annabell. Już ze trzy razy niby to przypadkiem ktoś po‑ stawił pełny nocnik na drodze maga, a raz, kiedy zebrało mu się na siku, Quadapir musiał potrenować nocną konkurencję chodzenia po kolczykach i innych drobiazgach posiadających ostre szpilki, szpikulce i kanty. Ulga, z jaką potem oddawał się opróżnianiu pęcherza, na długo musiała mu zapaść w pamięć. Podobnie jak przeprosiny Annabell, że czasem bywa taka nieporządnicka...
Filippon po to jednak miał mózg, a nawet dwa, żeby z nich zrobić właściwy użytek. Najpierw wyszedł, aby wyciągnąć swego prześladowcę na korytarz przed apartamentem, a następnie – przynajmniej w większej części – wrócił z powrotem do izby. Podczas kiedy jedna głowa, utworzona z ogona, konwersowała z Quadapirem kilkadziesiąt kroków od komnaty Zejfy, reszta – połączona cieniutką, właściwie niezauważalną żyłką – omawiała z pogodnikiem znacznie istotniejsze sprawy.
Było to trochę niewygodne i Filippona rozbolał rozpłaszczony kręgosłup, ale cóż zrobić! Ogonowa głowa absorbowała Quadapira rozmową na jakże pasjonujący temat mody dworskiej (Tak, tak, szanowny magu, bo pomyśl tylko o tych bufiastych rękawach, o tych krynolinach rozdętych jak balony! W nich można przemycić tysiące mrówczych królowych. Zbrodniarz jest wśród nas, panie Quadapirze kochany! ), tymczasem głowa właściwa zajmowała się czymś zgoła innym.
Najpierw smok opowiedział Rosselinowi sen. Przedyskutowali interpretację, ale bez efektu, bo mag był obdarzony równie wielką fantazją jak przydrożny kamień. Później Filippon przeszedł do sedna sprawy.
– Trzeba jechać do Irapia, jak mówiłeś – wymruczał cicho. – Na Wolwin. On tam jest i kombinuje. Czuję to przez skórę.
Pogodnik w milczeniu skinął głową, nasłuchując, czy zły mag nie zorientował się, że go oszukali.
– Pewnie tak – przyznał wreszcie, stukając w blat stolika.
Trzeba wam bowiem wiedzieć, że na stoliku już od kilku dni leżała rozpoczęta rozprawka naukowa „O solnym pierwiastku zabijającym magię, z przypisami, aneksem oraz dywagacjami Rosselina z Fertu”. Nie żeby au‑ tor nad nią pracował, ponownie analizował swe wnioski czy choćby skreślał albo wstawiał przecinki, jak to mają w zwyczaju ludzie nauki. On zwyczajnie uznał, że Quadapir, choć przybył tu uprzykrzyć mu życie, nie jest byle kim i jeśli tylko zerknie na zapiski, na pewno westchnie: Ach, na Dracenę!, bo tak go poruszy niepospolity rozum pogodnika. On jednak albo nie umiał czytać, albo zauważywszy, że rozprawa dotyczy soli, uznał, że ten głupi Rosselin pisze książkę kucharską. Dlatego zniecierpliwienie i nienawiść naszego bohatera rosły jak na drożdżach.
– Ale nie ma żadnej pewności, że to Irapio zdjął magiczną blokadę – dodał po chwili pogodnik.
Filippon skrzywił się z niesmakiem.
– A znasz jakiś przypadek, aby zdarzyło się to wcześniej?
Rosselin wzruszył ramionami. Powiódł spojrzeniem po izbie, znajdując jedynie ślady obecności Latarni. Bowiem z kotami tak to już jest: nawet jeśli odejdą, ich sierść i wspomnienie uśmiechu pozostają z byłymi właścicielami jeszcze długo.
– Nie znam. Ale wynika z tego tylko tyle, że nawet jeśli były, to wieść o nich się nie zachowała.
– Ta, jasne – z sarkazmem stwierdził smok. – Uwierzysz, że to Irapio miesza, jak rozwali kawał pałacu, tak z dziesięć ostatnich pięter, co nie? Chociaż wtedy pewno powiesz, że to niezwykle silne trzęsienie ziemi było.
Pogodnik usiadł na krześle, strzepując sierść, tym razem Tinkusa. Obejrzał pod światło butelkę, która stała na stole, odkorkował, powąchał i odstawił z niesmakiem na bok. Tą sprawą zajmie się później.
– Nie powiem – zaprzeczył. – Masz rację, że trzeba skontrolować tego cholernego maga, zanim urwie górne piętra pałacu. Tylko jak to zrobić?
– Sam to chyba mówiłeś. Pojechać i na miejscu rozeznać sytuację – z cynicznym uśmieszkiem podpowie‑ dział Filippon. – Wiesz, na konika i patataj, patataj, patataj... aż na tyłku nabawisz się wrzodów, a na horyzoncie pojawi się wyspa z małym zameczkiem i zaroślami jadowitego rumianku.
Rosselin z niechęcią myślał o Irapiu. Wciąż pamiętał, co się działo podczas zdobywania Wolwina. A jeżeli smok miał rację, że to stamtąd mag zdołał przełamać antyczarową blokadę pałacu, mogło to oznaczać tylko jedno – że potęga Irapia rośnie w niebywale szybkim tempie.
Krótko mówiąc, na horyzoncie zdarzeń rysowały się potężne kłopoty.
W dodatku Rosselin, chociaż wciąż był skromnym pogodnikiem trzeciej kategorii – po ostatnich wydarzeniach raczej bez szans na podniesienie na drugą, już prędzej na deklasację i degradację – zdawał sobie sprawę, czym może się zakończyć ta wyprawa. Stał więc smętnie i rozglądał się po izbie. Praca naukowa nie była na‑ wet dobrze rozpoczęta, bo trzy razy zmieniał jej temat. Jak widać, nie wystarczała nawet, aby zaimponować śledzącemu ich magowi, a tym bardziej nikt nie chciałby jej opublikować. Ciuchy Annabell walały się po całej izbie. Kotka Latarnia się nie walała, ale tylko dlatego, że to ona organizowała przestrzeń wokół siebie. Kiedy wpełzała na trzy ćwierci pod szafę, tak że wystawał jej tylko lek‑ ko drgający koniec ogona, nagle okazywało się, że mebel jest zaledwie dodatkiem do Jednookiej. Ewentualnie do Latarni oraz Tinkusa, o ile łaskawie pozwoliła mu towarzyszyć sobie pod szafą. A że miała wyrafinowany humor, to czasem pozwalała. Bawiły ją dramatyczne załamywania rąk Lenki, a zwłaszcza dumnej Zejfy d’Argilach, kiedy śnieżnobiały pudel wypełzał spod mebla umorusany jak łaciata krowa rasy Uhatte.
Ale Latarnia zniknęła – z boleścią przypomniał sobie pogodnik. Tak to jest, wciąż nam towarzyszą osoby, których niby to nie ma pośród nas...
Filippon chyba wyczytał te wszystkie smętne rozważania z głowy maga, bo westchnął i rzekł: – No fakt, może nie być dokąd wracać...
Rosselin poczuł się jak palma siłą wyrwana z ziemi i otrząśnięta z kokosów przez jakiegoś Gigantusa.
– Eeee, masz coś konkretnego na myśli – zająknął się – czy tak sobie dywagujesz?
I tu smok zaskoczył go mocno.
- Tak czuję, że jak ze mną pojedziesz, to już tu nie wrócisz. - Osłupiały pogodnik milczał, a smok westchnął ponownie i dodał: - Ale ja jadę, Rosselinie, jadę, najpóźniej pojutrze. Ty zrobisz, jak chcesz. A teraz kończymy przedstawienie dla Quadapira.
Skończywszy rozmowę, udowodnił, że smocze poczucie humoru bywa równie paskudne jak kocie. Nagle przed magiem kuratorem, robiącym właśnie dobrą minę do złej gry, wyrosły dwie głowy! I na oczach Quadapira dwa smoki rozbiegły się w przeciwne strony korytarza! No a skąd on mógł wiedzieć, że to nadal jeden smok, prawda?
Mag musiał jednak działać, choćby po omacku. Rzucił się za prawą głową, czyli za ogonową. Zadowolony smok dał mu ją złapać, myśląc sobie jednak, że Quadapir nie popisał się ani intuicją, ani sprawnością fizyczną. Biegał niewiele szybciej niż Didlog, a loterii stanowczo powinien unikać. No bo skoro mając do wyboru nie jeden wygrany los na sto pustych, tylko jakże uczciwe pół na pół - jeden prawdziwy jaszczurzy łeb i jedną atrapę, wybrał niewłaściwie... Tylko głupcy twierdzą, że lepiej z magiem zgubić, niż ze smokiem znaleźć.

* * *
Wierzyć Filipponowi to jak złapać wiatr w palce. Można go poczuć, ale nigdy przytrzymać. Rosselin czuł jednak, że smok mówi serio. W końcu zazwyczaj jaszczur był równie refleksyjny jak dobry łuk: walił na wprost, nie certoląc się ani nie bawiąc w słowną poezję. Coś musiało być na rzeczy, że nagle tak go wzięło.
Pogodnik poszedł więc do Farfinkelszta porozmawiać i poradzić się, co właściwie ma zrobić w tej skomplikowanej sytuacji. Pigularz zawsze był dla Rosselina niby drogowskaz. Zajmował się chłopcem, gdy ten na‑ wet nie śnił, że wstąpi kiedyś na pałace. No i Farfinkelszt był dobrym człowiekiem, któremu starość pozwoliła na zrozumienie, co w życiu ważne, a co niewarte zachodu. I chociaż Rosselin nosił za skórą łobuza, to czasem stary aptekarz powstrzymywał go przed popełnieniem jakiegoś głupstwa albo nieznacznie popychał w dobrą stronę. A gdy mag studiował w Akademii, wspierał go finansowo.
I teraz ten drogowskaz załamał się niby targany porywami wichury na rozstaju dróg.
Farfinkelszt umierał. Leżał w łóżku nieprzytomny, a opiekowała się nim niemłoda kobieta z sąsiedztwa, Rabajowa. Rosselin znał ją, bo często widywał u pigularza. Była dobrym duchem tego domu. Pogodnik lubił ją, ale przede wszystkim szanował, bo pomagała nie tylko aptekarzowi. Była takim typem człowieka, który na przekór podstępnej i chciwej naturze ludzkiej nie potraf ł być zły. Taki nawyk.
– Serce, chłopcze – powiedziała ze smutkiem, przy‑ suwając Rosselinowi krzesło, by mógł usiąść obok łóżka chorego. – W końcu nie wytrzymało...
Poklepała maga po ramieniu i wyszła, pozostawiając go sam na sam z umierającym Farfinkelsztem.
Spoglądając na pomarszczoną, ściągniętą chorobą twarz aptekarza, pogodnik rozmyślał nad tym, że ostatnio, zaaferowany plagą mrówek oraz innymi sprawami, nie znalazł czasu na odwiedzenie starego. A teraz było za późno. Starzec leżał nieprzytomny i niewiele wskazywało, aby miał choć na chwilę otworzyć jeszcze oczy.
Rosselin porozmawiał z nim w myślach, po raz ostatni. Wiedział, że odtąd będzie zdany tylko na siebie, a wcale nie jest łatwo samemu dobrze sobą pokierować. Czasem bez porady kogoś innego trudno nawet ocenić, czy się postąpi dobrze, czy źle.
Ale takie właśnie jest życie. Stary Farfinkelszt umierał, problemy narastały, a Rosselin czuł się coraz bardziej zagubiony.
Zwłaszcza że musiał zrobić kilka paskudnych rzeczy.

* * *
- Wypożyczyłem ci smoka, prawda? - spytał uprzejmie pogodnik, spoglądając na bardzo tęgiego, niskiego barona del Dudaisa.
Ten skinął głową, nerwowo skubiąc guzik u koszuli. Nie spodziewał się wieczornej wizyty Rosselina.
- Tydzień temu na godzinę dziennie - przytaknął niepewnie, zastanawiając się przelotnie, co powie Birnadetta, jego najnowsza kochanka, kiedy zastanie tu nie tylko swego baronusia, ale i tego przeklętego maga. -Żeby zjadał mrówki - dodał ciszej.
Pogodnik zrobił minę no właśnie.
-
Filippon odrywał się od pracy nakazanej przez cesarzową, żebyś miał apartament wolny od insektów i nic cię nie gryzło w plecy. No bo sam się podrapać i zgnieść tałatajstwa nie umiesz, czy tak? - chłodnym tonem Rosselin przypominał warunki zawartej umowy.
Baron del Dudais był coraz bardziej zaniepokojony. Rozglądał się po swojej komnacie, jakby szukał pomocy ze strony łowieckich trofeów, którymi obwieszone były ściany.
Może gdyby sam te wszystkie bestie ustrzelił czy złowił, któraś by się ulitowała i przyszła mu z ratunkiem. Jednak z pogardą spoglądały na arystokratę wyłupiastymi czerwonymi, żółtymi i zielonymi oczyma, szczerząc kły, zęby i fiszbiny w nieszczerych uśmiechach.
- Filippon swoją robotę wykonywał dobrze, nie zaprzeczysz? - drążył temat Rosselin. - Żadnych reklamacji?
Nieszczęśliwy del Dudais znów kiwnął głową.
- To powiedz, dlaczego zapłaciłeś mi pierwszą ratę należności fałszywym winem?! - wrzasnął rozwścieczony mag.
Baron oblał się purpurą. Mogło się wydawać, że czwarty podbródek mu ucieknie, tak latał na wszystkie boki. Arystokrata milczał jednak, nerwowo łapiąc powietrze.
- No i widzisz - podsumował zadowolony pogodnik. - Nie zaprzeczasz. Zatem wiedziałeś, że płacisz mi fałszywym berkaleńskim, a te dwie ostatnie zachowane butelki to lipa.
Stuknął palcem w stół dla podkreślenia swoich słów.
- Nie ma już na świecie żadnych butelek berkaleńskiego, bo winnica wymarzła, a ostatnią butelkę wypiła cesarzowa trzy lata temu, prawda?
- Ale ja je kupiłem jako prawdziwe - zachlipał baron. Jego oczy również zaczęły latać na wszystkie strony.
- I chociaż sam skarżyłeś się kucharzowi cesarzowej, że to nie berkaleńskie, nagle w twojej piwniczce fałszywe wino zamieniło się w prawdziwe, tak? - z ironią rzucił Rosselin. - Oj, Dudais, nieładnie oszukiwać, nieładnie...
Nagle baron zapłakał głośniej i rzucił się do ucieczki.
Drzwi stawiły mu jednak niespodziewany opór. Nie chciały się otworzyć, nabierały też dziwnych wypukłości, jakby ktoś wypychał w stronę tracącego siły barona poduszki, żeby biedak przypadkiem nie zrobił sobie krzywdy.
Powoli z nicości wyłaniał się smok trzymający w objęciach zwiotczałego ze strachu del Dudaisa.
- Filipponie, proszę, zwróć mu jego mrówki - zarządził Rosselin, nadal siedząc przy stole, gdzie prowadzili rozmowę. Trącił palcem butelkę, którą przyniósł, wzbudzając przenikliwy ton rozśpiewanego szkła. - Tylko nie wszystkie naraz, bo się nam baron zakrztusi.

* * *
Garzful dotąd schodził Rosselinowi z drogi, podobnie jak smokowi. Dobrze zapamiętał nauczkę, jaką mu obaj dali - kilka razy, aż zostawił ich w spokoju.
Teraz jednak wciąż było go pełno w pobliżu apartamentu, zaczął ich też śledzić, próbując się wkraść w łaski Quadapira. Odkąd Xan za pozwoleniem cesarzowej postanowiła zostać w swoich rodzinnych stronach, czuł się zdecydowanie bezpieczniej. Udawane czy prawdziwe zainteresowanie Quadapira jego osobą dowartościowywało ciemną, czyli jedyną stronę duszy karła.
- Jak cię tu jeszcze raz zobaczę, to ci wszystkie kurzajki odmrożę razem z palcami - zagroził wreszcie
Rosselin, kiedy Garzful znów przyłapał go na obcałowywaniu Annabell w korytarzu, obok rozłożystego rododendronu.
Na to karzeł roześmiał się chrapliwie.
– Możesz mi naskoczyć – warknął i puścił krzak w taki sposób, że chlasnął wściekłego pogodnika w twarz.


Fragment udostępniony przez Wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-05-20 (1432 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej