Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Rozdarci
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Mistrz Pú Pú - Hideyuki Niki



 Ogród był niezbyt rozległy, a rozmieszczone w nim kamienie i krzewy symbolizowały swoim układem świat bogów. Widać było już pierwsze oznaki wiosny, powietrze falowało niespokojnie. Stojący w ogrodzie młodzieniec zdawał się całkowicie wtapiać w tę scenerię.
Choć był wysoki, o smukłej sylwetce, roztaczał wokół siebie aurę ospałości i lenistwa. Od czasu do czasu robił kilka kroków, przechadzając się po prostokątnym ogrodzie i tylko wtedy można było zorientować się, że nie jest częścią krajobrazu.
Nagle rozległ się głos podstarzałego mężczyzny, który rozwiał marazm panujący w otoczeniu.
– Biàn! Jesteś tam? Hej, Biàn!
Stojący u wejścia do ogrodu młodzieniec spochmurniał. Jego twarz miała w sobie jeszcze coś z dziecka. Pokręcił ze zrezygnowaniem głową i wszedł do domu.
Jego ojciec po odejściu z pracy przebudował ten dom, wypełniając go po brzegi symbolami szczęścia. Ozdobiony był wizerunkami buddów, bóstw, nieśmiertelnych magów, boskich zwierząt, pięciu świętych gór, a nawet pary nierozłącznych ptaków. Znajdowały się one na malowidłach, szkatułach, mając za zadanie przynosić pomyślność ich właścicielowi.
– Znowu się szwendasz po ogrodzie. Nie masz nic innego do roboty?
Ojciec był szczupłym mężczyzną, ubranym w powłóczystą, niebieską szatę adepta taoizmu, dobrze pasującą do całego domu i jego wystroju. Jednak gdy strofował syna, palec drgał mu nerwowo.
– Masz już dwadzieścia dwa lata, a całymi dniami nic tylko tkwisz bez celu w tym ogrodzie. Ja w twoim wieku byłem już awansowany na jìnshì .
Młodzieniec – Wàng Biàn – stał ze spuszczoną pokornie głową. Nie zdawał sobie wcześniej sprawy, że jego emerytowany ojciec może być tak gderliwy i uciążliwy.
Ojciec Biàna, Wàng Tāo był naczelnikiem okręgu Wúlì w prefekturze Guāng. Gdy tylko zgromadził majątek pozwalający mu przeżyć starość w dostatku, wycofał się z pracy w urzędzie i poświęcił swoim zainteresowaniom, czyli zgłębianiu tajników taoizmu. Błędem byłoby jednak sądzić, że postanowił przejść do świata rządzonego prawami natury. Bliższe prawdy było stwierdzenie, że dostrzegł brak szans na dalszy awans.
– Skoro zrozumiałeś, to może wziąłbyś się za naukę? Wciąż jeszcze mam znajomych w całym kraju. Wystarczy, że zdasz egzaminy na szczeblu lokalnym, a resztę jakoś załatwię.
Wàng Biàn wcześnie stracił matkę. Po śmierci żony Wàng Tāo ożenił się powtórnie z kobietą, która urodziła mu dziecko, jednak nie sprowadził ich do domu, gdyż Biàn uparcie i stanowczo się temu sprzeciwiał. Co by nie mówić, Wàng Tāo miał słabość do swojego jedynego syna, a jednocześnie nie mógł sobie z nim poradzić.
– ... dobrze, jeżeli tylko nabiorę ochoty.
„Jest naprawdę taki spokojny i posłuszny” – pomyślał Wàng Tāo – „może przemawia przeze mnie miłość ojcowska, ale chłopak jest całkiem bystry, więc gdyby tylko przydzielić mu odpowiedniego nauczyciela i kazać się uczyć, na pewno przyniosłoby to jakieś efekty” – snuł plany, oddzielając w myślach kolejne zdania.
– Jeżeli nabierzesz ochoty? Od ilu lat to powtarzasz?
Biàn już wcześniej przewidział, że sprawy przybiorą taki obrót.
– To ja już będę szedł – powiedział.
Nie miał ochoty wdawać się w dyskusję. Uważał, że ojciec mu zazdrości. Do znudzenia wysłuchiwał jego kazań. Nieodparcie odnosił jednak wrażenie, że Wàng Tāo nie może przeboleć, iż to jego syn wiedzie beztroskie życie, jakie marzyło się jemu samemu.
– Hej, czekaj. Jeszcze...
Biàn wyszedł z domu, nie zważając na ojca, który chciał najwyraźniej jeszcze coś powiedzieć. Chociaż dom był niewielki niczym skrzynka na kwiaty, jego budowa pochłonęła nadspodziewanie wiele pieniędzy. Biàn nie miał konkretnego celu, po prostu szedł przed siebie. Pomyślał sobie jedynie, że zapewne jest już pora kwitnienia drzew brzoskwiniowych rosnących nad brzegiem rzeki.
Wielkie Imperium Táng wkraczało właśnie w drugi złoty wiek po okresie chaosu i niepokoju, będącego udziałem cesarzowych Wǔ i Wéi. Na czele państwa stał cesarz Lǐ Lóngjī, który dał się poznać jako postać wybitna. Nie jest przesadą stwierdzenie, że dążył do utworzenia prawdziwego światowego imperium, w którym urzędnicy skrupulatnie wypełniają swe obowiązki i do którego ściągają kupcy zarówno z kraju, jak i z całego świata.
– Jaka ładna pogoda – stwierdził Biàn.
Biàn nie zwracał najmniejszej uwagi na sytuację w państwie, a jedynie napawał się wiosennym krajobrazem, który miał przed oczami. Do pewnego stopnia rozumiał, co ojciec chciał mu przekazać. Gdy był jeszcze dzieckiem, którego serce wolne jest od wszelkich wątpliwości, przeglądał księgi konfucjańskie tak jak kazał mu ojciec. Ćwiczył także sztuki walki.
Trwało to jednak tylko do czasu, dopóki nie zorientował się, że drzemiący w skarbcu majątek ojca, wieloletniego naczelnika okręgu, pozwoli mu dożyć choćby i do setki bez kiwnięcia palcem. Wtedy też porzucił naukę i nie wziął więcej broni do ręki.
Uważał, że nie ma nic lepszego nad życie, w którym można bez najmniejszego wysiłku zajadać się smakołykami i podziwiać piękno przyrody. Cieszył się, że może realizować taki właśnie scenariusz. Niewiele robił sobie z narzekań ojca i rodziny, miał bowiem świadomość, że jego rozrywki nie są zbyt wyuzdane, nie pobrudził sobie także rąk jakimiś ciemnymi interesami.
„No, o tej porze ojciec powinien właśnie wychodzić z domu” – pomyślał.
Wszystko odbywało się według ustalonego schematu. Wyładowawszy złość z powodu syna--nieudacznika, ojciec pośpiesznie wychodził i udawał się do domu swojej drugiej żony. Biàn nie widział nigdy wybranki swojego ojca, nie miał też pojęcia, kim ona jest. Kilka lat temu usłyszał od kogoś, że urodziło im się dziecko, lecz nie wzbudziło to w nim gwałtowniejszych uczuć.
„Co prawda, to podobno bardzo udane dziecko” – pomyślał.
Tamtemu chłopcu od najmłodszych lat przydzielono nauczyciela, który wbijał mu do głowy treść Cztero i Pięcioksięgu . Choć ojciec osiągnął na prowincji stanowisko naczelnika okręgu, nie zmieniało to jego niskiej pozycji społecznej. Dlatego też chłopaka zmuszano do ciągłego wysiłku, aby w przyszłości zdał egzamin na jìnshì, co stwarzało okazję do osiągnięcia wysokiego stanowiska niezależnie od pochodzenia. Gdyby to miało okazać się niemożliwe, oczekiwano, że uda mu się przynajmniej zostać míngjīng, stojącym o stopień niżej w hierarchii.
„Ech, co za głupota” – Biàn mógł tylko uśmiechnąć się z politowaniem. Przecież równie dobrze można wykorzystać zgromadzony już majątek. Po co go jeszcze pomnażać? Dlatego też postanowił go spożytkować. Być może nie będzie mógł bawić się zbyt wystawnie, lecz jak wspaniale byłoby przeżyć życie, spędzając całe dnie na błogim lenistwie, niczym liść niesiony powiewami wiatru. Co oni mogą wiedzieć?
Gdy tak rozmyślając, wrócił do domu, zaskoczyła go niespodziewana obecność ojca. Powinno go nie być już od jakichś dwóch godzin. Co on tu jeszcze robi? – pomyślał z niesmakiem. Co dziwniejsze, Wàng Tāo wyszedł mu na spotkanie, co nie zdarzało się często i powiedział możliwie łagodnym głosem, by nie prowokować syna:
– Nie rób takiej miny. Mam dla ciebie pewną propozycję – obrócił się na pięcie i ponownie wyszedł z domu. Luty w Huáinánie to już wiosna, dni stają się dłuższe, a wiatr cieplejszy. Można było bez przeszkód przeczekać na zewnątrz, aż ojciec wreszcie sobie pójdzie. Tego dnia stan sakiewki Biàna pozostawiał wiele do życzenia, jednak wiedział, że jest w mieście kilka knajp, w których może liczyć na kredyt.
„Pewnie każe mi się gdzieś zatrudnić. Oszaleć można” – pomyślał Biàn.
Jego wuj, który również był – nie dziwota – urzędnikiem, wypytywał go kiedyś, dlaczego tak wzdraga się przed pracą, lecz Biàn sam właściwie tego nie wiedział. Po prostu wydawało mu się niepomierną stratą czasu robienie czegokolwiek mimo braku takiej potrzeby.
Prefektura Guāng, w której mieszkał Biàn, znajdowała się we wschodniej części Chin, w miejscu, gdzie obecnie graniczą ze sobą prowincje Húběi, Ānhuī oraz Hénán. Były to bogate w pola ryżowe tereny rolnicze, które od północy opływała rzeka Huái Hé. Dawniej uważano, że miejsce to ma podły klimat i jest siedliskiem barbarzyńców. Później jednak znalazło się we władaniu Dynastii Południowych , zaś w początkach dynastii Táng wytwarzane przez nie plony i inne bogactwa uczyniły zeń podporę całego państwa.
Naturalną koleją rzeczy dochody miejscowych funkcjonariuszy publicznych również były niezgorsze. Do tego stopnia, że wiodąc normalne życie, można było z łapówek i tym podobnych wpływów utrzymać w dostatku całą rodzinę przez trzy pokolenia. W dodatku rodzina Biàna składała się w większości z urzędników, co prawda niezbyt wysokiego szczebla, ale zawsze.
Biàn był pewien, że skoro nie przymiera głodem, nic nie zdoła go przekonać, że powinien się pilnie uczyć i pracować. Usprawiedliwiał sam siebie, że ignorowanie pouczeń ojca jest w pewnym sensie naturalne.
– Oho, witam panicza.
Pucołowata właścicielka lokalu, ubrana w zagraniczny strój z pasem na wysokości piersi dostrzegła go, gdy tylko przekroczył próg gospody i w niezwykle naturalny sposób poprowadziła do pomieszczenia na tyłach.
Miasto wewnątrz murów zamku Guāng miało dwa oblicza. Z jednej strony było senne i leniwe, odzwierciedlając dostatek regionu Huáinán. Z drugiej zaś sprawiało wręcz przeciwne wrażenie, jakby walczyło zawzięcie o jeszcze większe bogactwa. Wàng Biàn naprawdę lubił się w nie zagłębić i poczuć jego atmosferę wszystkimi pięcioma zmysłami.
– Widzę, że i dzisiaj interes się kręci – zagaił bez skrępowania Biàn, jak przystało na stałego bywalca.
– Tak, na całe szczęście – właścicielka uśmiechnęła się taktownie i klasnęła w dłonie, każąc przynieść alkohol. – Czy dzisiaj też... – powiedziała pytająco.
– Tak. Proszę się mną nie przejmować. Jak będę czegoś potrzebował, zawołam.
Słysząc te słowa, karczmarka ukłoniła się grzecznie i oddaliła. Długo prowadziła ten interes, lecz taki klient jak Biàn był rzadkością. Gospoda przyciągała klientów wystrojem i muzyką w stylu krajów zachodnich, które zaczynały być w tym okresie popularne, a także czerwonym alkoholem produkowanym z winogron.
Właścicielka lokalu specjalnie pojechała aż na zachodnią rubież, do strażnicy w Yùmén, by osobiście zatrudnić młode dziewczyny jako kelnerki i tancerki. Jednakże tego młodzieńca nie interesowały zbytnio ani alkohol, ani muzyka, a tym bardziej dziewczęta. Siedział jedynie w bezruchu aż do zamknięcia lokalu, sącząc powoli swój napitek. Nie zalegał z rachunkami, pod koniec miesiąca zawsze zwracał pieniądze za wszystko, co dostał na kredyt, nie skąpił też napiwków.
Właścicielka dobrze wiedziała, że żelazną zasadą tego interesu jest niewnikanie w sprawy klientów, którzy dobrze płacą. Dlatego też gdy Biàn życzył sobie, by zostawić go samego, zarówno ona, jak i kelnerki traktowały go niczym powietrze.
„Hmm, interesujące” – Biàn obserwował wnętrze lokalu, nie zmieniając wyrazu twarzy. Ubrania i twarze klientów nieco różniły się od tych widywanych u Chińczyków. Gospodę wypełniała muzyka o smutnej, a zarazem w jakiś sposób wzbudzającej tęsknotę i poruszającej ludzkie serca melodii. Kelnerki porozumiewały się ze sobą w obco brzmiącym języku z innego kraju.
„Dosiadam wielbłąda i jadę przez pustynię, o której mówią, że ciągnie się przez dziesięć tysięcy mil” – zamknął oczy i wyraźnie ujrzał samego siebie zmierzającego na zachód na czele karawany, z głową owiniętą śnieżnobiałym materiałem. Ciekawe, jakie tam mogą być kraje? Do tej pory Biàn zawsze ograniczał się do świata fantazji, lecz niespodziewanie zapragnął wysłuchać czyjejś opowieści na ten temat.
„O, dzisiaj panicz jest jakiś dziwny” – pomyślała właścicielka.
Biàn tak wtopił się w otoczenie, że zwykły człowiek mógłby zupełnie na niego nie zwrócić uwagi, lecz nie ona. Widząc inne niż zwykle spojrzenie, wyczuła zmianę, jaka zaszła w jej gościu.
– Co się stało? – zapytała.
– Mam pytanie. Który z tych ludzi pochodzi z najodleglejszego regionu?
– Z daleka... Chodzi o dziewczynę?
Gdy goście proszą o dziewczynę, zwykle opisują jej wygląd zewnętrzny, mówiąc, że chcą taką a taką. Dlatego też w pierwszej chwili właścicielka pomyślała, że się przesłyszała.
– Nie, nie musi to być kelnerka ani tancerka. Po prostu chcę porozmawiać z kimś, kto przybył z najdalszego kraju.
– A, rozumiem. Proszę chwilę poczekać.
Karczmarka wahała się przez chwilę, czy aby nie podesłać dziewczyny, lecz ostatecznie zastosowała się do filozofii, w myśl której należało jak najwierniej wykonywać polecenia gości. Przyprowadziła najstarszego członka kapeli i posadziła go obok Biàna.
– Ten człowiek podobno przybył z kraju Kāng.
Obecnie w tym miejscu znajduje się miasto Samarkanda, które leży na terytorium Uzbekistanu w Azji Środkowej. Przybyły stamtąd starzec miał oczy całkowicie zasnute bielmem. Biàn wcisnął mu w dłoń wyższy niż to było w zwyczaju napiwek i poprosił, by opowiedział o swojej ojczyźnie.
– Ach, jest to piękne miejsce.
Starzec, któremu kazano przestać grać i niespodziewanie zaprowadzono do stolika, początkowo zachowywał wyraźną czujność i dystans. Jednak uprzejmy poczęstunek alkoholem i dotyk wciśniętych w dłoń pieniędzy rozwiązały mu język.
– Wody rzeki Zerawszan płynące przez Sogdianę są czyste, alkohol wyborny, a kobiety niezrównanej urody. Niechże i panicz choć raz zechce tam się udać.
Starzec posługiwał się okropnie łamaną chińszczyzną, przez co Biàn raz po raz zastanawiał się, o co mu chodzi. Jednak pochwalne słowa na cześć ojczyzny zrozumiał doskonale.
– Jak można dostać się do twojego kraju?
Na dźwięk tego pytania starzec zastygł w bezruchu. W tej pozycji wyglądał zupełnie jak pozbawiony życia rudobrązowy kamienny posąg.
– ... Hmm, tak – wymamrotał starzec po dłuższej chwili, w czasie której wyglądał jak element wyposażenia lokalu.
– Miesiąc się wypełni, a potem zniknie tak ze dwadzieścia i osiem razy – powiedział. Podał nie sposób, lecz czas.
Dwadzieścia i osiem razy. To będzie ponad dwa lata. Ale daleko – pomyślał Biàn. Do tej pory prawie nie opuszczał swoich rodzinnych stron, więc zupełnie nie był w stanie sobie wyobrazić takiej odległości.
– Powiedz mi zatem, starcze, dlaczego przybyłeś na chińską ziemię z tak dalekiego kraju? – dla prostodusznego Biàna pytanie to wydało się naturalne. W imię czego ktoś porzucił tak piękną ojczyznę i udał się w trwającą aż dwa lata podróż?
Tym razem starzec milczał jeszcze dłużej niż poprzednio. W końcu zwrócił swoje mętnobiałe oczy w kierunku Biàna, dolna warga zaczęła mu drgać, a z oczu popłynęły łzy.
„Czyżbym spytał o coś niewłaściwego?” – pomyślał Biàn. Nie miał jednak na tyle obycia, żeby znaleźć odpowiednie słowa w takiej sytuacji. Zupełnie zdezorientowany zawołał w końcu właścicielkę, wręczył starcowi jeszcze trochę drobnych i pozwolił mu odejść. Nie umiał się zachować, gdy ktoś na jego oczach płakał lub złościł się, ktokolwiek by to był. Na odchodnym starzec powiedział cicho, nie kierując słów do nikogo konkretnego:
– Bóg pustyni zabrał światło z moich oczu. Ale raczył zostawić mi uszy i ręce. Rzekł, abym żył jako muzyk. Jestem mu za to wdzięczny.
– Właścicielka wzięła starca za rękę i zaprowadziła do jego instrumentu. Następnie, zapewne żeby rozładować grobową atmosferę, usiadła przed Biànem i podzieliła się z nim znanymi tylko sobie informacjami.
– Oj, paniczu. Ci ludzie to podobno zaratusztrianie, czciciele ognia. Tereny, na których mieszkali, zostały jednak najechane przez grupę innowierców, co zmusiło ich do ucieczki na wschód. No i wtedy ja ich przygarnęłam i wzięłam do siebie – właścicielka dumnie wypięła swe obfite piersi.
– Coś takiego!
Również Chiny były w przeszłości wielokrotnie nękane przez wojny i konflikty. Biàn słyszał, że jego dziadek brał udział w walkach pod dowództwem pierwszego cesarza z dynastii Táng, Lǐ Yuāna. Jednak dziadek opuścił już ten świat i nie był dla niego kimś bliskim. Poza tym nikt spośród bliskich Biàna nie brał udziału w ostatnim dużym konflikcie – wyprawie przeciw Koguryŏ i dlatego nie miał on żadnego konkretnego wyobrażenia na temat wojny.
Nawet po tym, jak karczmarka oddaliła się, powtarzał w myślach opowieść starca. Trudno było mu ją zrozumieć nawet mimo bogatej wyobraźni. Niemniej jednak mógł zanurzyć się w atmosferze obcego kraju, co wprawiło go w melancholijny nastrój. Zostawił na stole więcej pieniędzy niż zwykle i wyszedł. Gdy wrócił do domu, ojca nie było, tak jak się tego spodziewał.

--------------------------------------------------------------------
1. Jeden ze stopni w cesarskich egzaminach dla urzędników.
2. Zbiór najważniejszych pism konfucjańskich, stanowiących kanon tej doktryny.
3. Lata 420-589 to w Chinach tak zwany okres Dynastii Południowych i Północnych, pełen chaosu i zawirowań politycznych.
4. Dynastia Táng panowała w latach 618-907.
5. Jedno z państw na półwyspie koreańskim.


Fragment udostępniony przez Wydawnictwo Hanami








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-05-22 (1393 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej