Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Znalezione nie kradzione
 
Katalog - dodano
 Coś
- John W. Campbell
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 Czara Cieni
- Frances Hardinge
 Śpiew kukułki
- Frances Hardinge
 Cała Orsinia
- Ursula K. Le Guin
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Krwiopijcy - Christopher Moore



1
ŚMIERĆ

Zachód słońca malował fioletem wielką Piramidę, podczas gdy Cesarz wzniecał kłęby pary, odlewając się przy kontenerze na śmieci w zaułku poniżej. Nisko snująca się mgła nasuwała się od strony zatoki, owijając się wokół kolumn i betonowych przypór, by omieść wieże, w których obracano pieniędzmi Zachodu. Dzielnica finansowa. Godzinę temu płynęły tędy rzeki mężczyzn w szarych garniturach i kobiet w butach na wysokich obcasach. Teraz ulice, zbudowane na zatopionych statkach i śmieciach z czasów gorączki złota, były opuszczone i ciche, jeśli nie liczyć syreny okrętowej, której dźwięk niósł się po zatoce niczym ryk samotnej krowy.
Cesarz potrząsnął swoim berłem, by strącić ostatnie krople, zadrżał, po czym zapiął suwak i odwrócił się do królewskich psów, czekających u jego stóp.
– Syrena brzmi wyjątkowo smutno tego ranka, nie sądzicie?
Mniejszy z psów, boston terier, pochylił głowę i oblizał wargi.
– Bummer, ale z ciebie prostak. Moje miasto rozkłada się na twoich oczach. Powietrze jest gęste od trucizny, na ulicach dzieciaki strzelają do siebie nawzajem, teraz ta zaraza, ta straszna zaraza zabija mój lud całymi tysiącami, a ty myślisz tylko o jedzeniu.
Cesarz skinął głową w stronę większego psa, golden retrievera.
– Lazarus rozumie wagę naszej odpowiedzialności. Czy trzeba umrzeć, by odnaleźć godność? Ciekawe.
Lazarus położył uszy i warknął.
– Obraziłem cię, przyjacielu?
Bummer również zaczął warczeć i wycofywać się spod pojemnika na śmieci. Cesarz odwrócił się i zobaczył, że pokrywę powoli unosi blada ręka. Bummer szczeknął ostrzegawczo.
Ze śmietnika wynurzyła się postać o czarnych, zmierzwionych, uwalanych odpadkami włosach i skórze białej niczym kość. Wyskoczyła ze środka i syknęła na mniejszego psa, odsłaniając długie białe kły. Bummer zaszczekał i skulił się za nogą pana.
– Dosyć tego – oznajmił Cesarz, nadymając się i wtykając kciuki pod klapy swojego znoszonego płaszcza.
Wampir strzepnął z czarnej koszuli kawałek zgniłej sałaty i uśmiechnął się.
– Pozwolę ci żyć – powiedział głosem, który brzmiał jak pilnik na starym, zardzewiałym metalu. – To będzie twoja kara.
Przerażony Cesarz otworzył szeroko oczy, ale się nie cofnął. Wampir parsknął śmiechem, po czym odwrócił się i odszedł.
Cesarz poczuł na karku zimny dreszcz, gdy tamten znikał we mgle. Zwiesił głowę i pomyślał: tylko nie to. Moje miasto umiera od trucizny i zarazy, a teraz jeszcze ten... ten stwór grasuje na ulicach. Przytłaczająca odpowiedzialność. Cesarz czy nie, jestem tylko człowiekiem. Jestem słaby. Muszę ratować całe imperium, a oddałbym duszę za kubełek chrupiących skrzydełek z KFC. Jednakże żołnierzom muszę okazywać siłę. Myślę, że mogło być gorzej. Mogłem zostać Cesarzem Oakland.
– Głowy do góry, chłopcy – zwrócił się do psów. – Jeśli mamy walczyć z tym potworem, potrzebujemy siły. Na North Beach jest piekarnia, zaraz będą wyrzucać wczorajsze pieczywo. Idziemy.
Ruszył przed siebie, myśląc: Neron bawił się, kiedy jego imperium szło z dymem. Ja będę jadł czerstwe wypieki. Kiedy Cesarz człapał przez California Street, szacując wagę swojej niemocy w porównaniu z perspektywą pączka z cukrem pudrem, Jody wychodziła właśnie z Piramidy. Miała dwadzieścia sześć lat i urodę wywołującą w mężczyznach chęć, by opatulić ją flanelową pościelą i pocałować w czoło przed wyjściem z pokoju. Była urocza, ale nie piękna. Gdy przechodziła pod masywnymi betonowymi przyporami Piramidy, utykała z powodu wywołanej rajstopami kontuzji. Właściwie to oczko z tyłu, sięgające od pięty do kolana, efekt okropnej metalowej szuflady (Reklamacje X-Y-Z), która wyskoczyła i trafiła ją w kostkę, nie sprawiało bólu. Ale i tak utykała w wyniku uszczerbku na zdrowiu psychicznym. Myślała: moja szafa zaczyna wyglądać jak wylęgarnia strusi. Muszę albo zacząć wyrzucać pojemniki w kształcie jajek po rajstopach „L’eggs”, albo opalić nogi i w ogóle przestać nosić rajstopy.
Nigdy się nie opaliła, po prostu jej to nie wychodziło. Miała bladą cerę, zielone oczy i rude włosy, a słońce powodowało u niej oparzenia i piegi.
Gdy od przystanku autobusowego dzieliło ją pół przecznicy, gnana wiatrem mgła zwyciężyła i Jody doświadczyła całkowitej porażki lakieru do włosów. Schludne, sięgające pasa loki przemieniły się w rozszalałą, potarganą, rudą grzywę. Świetnie, pomyślała, znowu wrócę do domu, wyglądając jak śmierć na urlopie. Kurt się ucieszy.
Ciaśniej opatuliła ramiona kurtką, by osłonić się przed chłodem, wcisnęła teczkę pod biust, niczym niosąca podręczniki uczennica, i kuśtykała dalej. Na chodniku przed sobą zobaczyła kogoś, kto stał przy szklanych drzwiach biura maklerskiego. Zielony blask neonu oświetlał jego sylwetkę na tle mgły. Przez chwilę miała zamiar przejść na drugą stronę ulicy, by go ominąć, ale wtedy musiałaby za chwilę znowu przekraczać jezdnię, żeby wsiąść do autobusu.
Koniec z pracą po godzinach, pomyślała. Nie warto. Zero kontaktu wzrokowego – taki jest plan.
Mijając mężczyznę, patrzyła na swoje trampki (buty na wysokich obcasach miała w teczce). I już. Jeszcze parę kroków...
Na ręce poczuła uchwyt dłoni, który zwalił ją z nóg, a teczka poszorowała po chodniku. Dziewczyna zaczęła krzyczeć. Inna dłoń zacisnęła się jej na ustach i pociągnęła z ulicy w zaułek. Jody rzucała się i wierzgała, ale tamten był zbyt silny, zbyt nieporuszony. Jej nozdrza wypełnił zapach gnijącego mięsa i poczuła, że się dławi, choć próbowała krzyczeć. Napastnik obrócił ją i szarpnął za włosy, ciągnąc jej głowę w tył, aż pomyślała, że pęknie jej kark. A potem poczuła ostry ból z boku szyi i ochota do walki zupełnie ją opuściła. Po drugiej stronie zaułka widziała puszkę po napoju i stare wydanie Wall Street Journal, przyklejoną do cegieł gumę do żucia i znak zakazu postoju. Szczegóły, dziwnie spowolnione i istotne. Jej pole widzenia zwężało się i ciemniało, jakby oczy się zamykały. To będą ostatnie rzeczy, jakie widziałam, pomyślała. Głos w jej głowie był spokojny i zdecydowany.
Gdy wszystko pociemniało, napastnik uderzył ją w twarz. Otworzyła oczy i zobaczyła przed sobą chudą, białą twarz.
Tamten coś do niej mówił.
– Pij – powiedział.
Wepchnięto jej w usta coś ciepłego i mokrego. Poczuła smak żelaza i soli. Znowu się zakrztusiła. To jego ręka. Wepchnął rękę do ust i połamał mi zęby. Czuję smak krwi.
– Pij!
Dłonią zatkał jej nos. Opierała się, próbowała oddychać, wyciągnąć jego rękę ze swoich ust, by nabrać powietrza, i omal nie udławiła się krwią. Nagle stwierdziła, że ssie, że pije łapczywie. Gdy chciał cofnąć rękę, złapała ją. Oderwał dłoń od jej ust, odwrócił dziewczynę i znowu ugryzł w szyję. Po chwili upadła. Napastnik zdzierał z niej ubranie, ale nie mogła już walczyć. Poczuła coś szorstkiego na piersiach i brzuchu, a potem ją puścił.
– Będzie ci to potrzebne – powiedział. Głos poniósł się w jej głowie takim echem, jakby krzyczał do kanionu. – Teraz możesz umrzeć.
Poczuła coś na kształt wdzięczności. Za jego zgodą poddała się. Jej serce zwolniło, zadrżało i zatrzymało się.

2
ODGRZEWANA ŚMIERĆ


Słyszała owady przemykające w ciemnościach nad jej głową, czuła zapach spalonego mięsa, a plecy przygniatał jej jakiś ciężar. O Boże, pogrzebał mnie żywcem!
Twarz miała przyciśniętą do czegoś twardego i zimnego – kamień, pomyślała, ale potem poczuła woń asfaltu. Ogarnęła ją panika. Zaczęła się wiercić, by wcisnąć ręce pod siebie. Lewą dłoń przeszył ból, gdy pchnęła. Rozległ się grzechot, potem brzęk i po chwili już stała. Pojemnik na śmieci, który leżał na jej plecach, przewrócił się, rozrzucając odpadki po całym zaułku. Popatrzyła na niego z niedowierzaniem. Musiał ważyć z tonę.
Strach i adrenalina, pomyślała.
Potem spojrzała na swoją lewą rękę i krzyknęła. Dłoń była straszliwie poparzona, naskórek poczerniał i popękał. Wybiegła z zaułka w poszukiwaniu pomocy, ale ulica była pusta. Muszę się dostać do szpitala, zadzwonić na policję...
Zauważyła budkę telefoniczną. Z lampy powyżej unosił się czerwony słup żaru. Spojrzała w dół i w górę pustej ulicy. Nad każdą latarnią widziała żar, wzbijający się czerwonymi falami w górę. Słyszała bzyczenie trakcji trolejbusowej nad sobą i jednostajny szum w kanałach pod ulicą. Czuła zapachy zdechłych ryb i dieslowskich spalin we mgle, rozkładu z błotnistych brzegów Oakland po drugiej stronie zatoki, starych frytek, petów i cuchnącego pastrami z pobliskiego śmietnika, a także pozostałości zapachu kosmetyków „Aramis”, bijące spod drzwi domów maklerskich i banków. Słyszała, jak pasma mgły ocierają się o budynki niczym mokry aksamit. Zupełnie jakby jej zmysły, podobnie jak siła, wyostrzyły się dzięki adrenalinie.
Otrząsnęła się z tej mieszaniny dźwięków i zapachów, po czym ruszyła do budki, trzymając się za nadgarstek poparzonej ręki. Kiedy jednak puściła się pędem, na skórze pod bluzką poczuła coś szorstkiego. Prawą ręką szarpnęła jedwab, żeby wypadło. Spod tkaniny wysunęły się na chodnik pliki pieniędzy. Zatrzymała się i wbiła spojrzenie w powiązane paczki studolarowych banknotów, leżące u jej stóp.
Pomyślała: tu musi być ze sto tysięcy dolarów. Jakiś facet mnie napadł, zaczął dusić, oparzył mi rękę, a potem wypchał mi bluzkę pieniędzmi i położył na mnie pojemnik na śmieci, a teraz widzę żar i słyszę mgłę. Wygrałam w loterii Szatana.
Pobiegła z powrotem do zaułka, zostawiając pieniądze na chodniku. Zdrową ręką przetrząsała rozsypane śmieci, aż znalazła papierową torbę. Potem wróciła na chodnik i wsadziła do niej pieniądze. Przy budce musiała wykazać trochę zręczności, by wziąć słuchawkę i wybrać numer bez odkładania pieniędzy i bez używania poparzonej ręki. Wybrała numer 911 i czekając na sygnał, popatrzyła na oparzenie. Tak naprawdę wyglądało gorzej niż się czuła. Spróbowała zgiąć rękę i poczerniała skóra zatrzeszczała. Kurczę, to powinno boleć. Powinno mnie też brzydzić, myślała, ale tak nie jest. Właściwie nie czuję się tak źle, biorąc pod uwagę okoliczności. Bardziej obolała byłam po grze z Kurtem w racquetball. Dziwne.
Rozległ się trzask, a potem kobiecy głos.
– Dzień dobry, wybrałeś numer alarmowy San Francisco. Jeśli znajdujesz się w sytuacji zagrożenia, naciśnij jeden. Jeśli niebezpieczeństwo minęło, a dalej potrzebujesz pomocy, naciśnij dwa.
Jody nacisnęła dwójkę.
– Jeśli cię okradziono, naciśnij jeden. Jeśli miałeś wypadek, naciśnij dwa. Jeśli cię napadnięto, naciśnij trzy. Jeśli chcesz zgłosić pożar, naciśnij cztery. Jeśli...
Jody szybko powtórzyła sobie w myślach wszystkie opcje i wcisnęła trójkę.
– Jeśli cię postrzelono, naciśnij jeden. Jeśli pchnięto cię nożem, naciśnij dwa. Jeśli cię zgwałcono, naciśnij trzy. Przy napaściach innego typu naciśnij cztery. Jeśli chcesz wysłuchać menu jeszcze raz, naciśnij pięć.
Jody chciała nacisnąć cztery, ale trafiła w piątkę. Rozległ się ciąg trzasków, a potem nagrany głos rozbrzmiał ponownie. – Dzień dobry, wybrałeś numer alarmowy San Francisco. Jeśli znajdujesz się w sytuacji zagrożenia...
Jody odłożyła energicznie słuchawkę, a ta rozpadła jej się w ręce, omal nie zrzucając całego automatu. Odskoczyła i popatrzyła na uszkodzenia. Adrenalina, pomyślała. Zadzwonię do Kurta. Może tu przyjechać i zabrać mnie do szpitala. Rozejrzała się w poszukiwaniu innego telefonu. Zobaczyła automat obok przystanku autobusowego. Kiedy do niego podeszła, uświadomiła sobie, że nie ma drobnych. Torebkę miała w teczce, a teczka zniknęła. Usiłowała sobie przypomnieć numer swojej karty, ale mieszkali z Kurtem razem dopiero od miesiąca i jeszcze go nie zapamiętała. Podniosła słuchawkę i zadzwoniła do centrali.
– Chciałabym zadzwonić na koszt abonenta. Mówi Jody. – Podała numer i czekała na połączenie.
Odezwała się automatyczna sekretarka.
– Najwyraźniej nikogo nie ma w domu – powiedziała operatorka.
– On zawsze sprawdza, kto dzwoni – nie ustępowała Jody. – Proszę mu powiedzieć...
– Przykro mi, nie wolno nam zostawiać wiadomości.
Rozłączywszy się, Jody zniszczyła telefon. Tym razem celowo. Pomyślała: mam banknotów studolarowych na kilogramy, a nie mogę wykonać cholernego telefonu. Kurt sprawdza, kto dzwoni... ale na pewno jest już bardzo późno. Można się spodziewać, że odbierze. Gdybym nie była taka wkurzona, chyba bym się rozpłakała.
Ból w ręce ustąpił już całkowicie. Gdy na nią spojrzała, odniosła wrażenie, że oparzenie trochę się zagoiło. Świruję, pomyślała. Świr pourazowy. I jestem głodna. Potrzebuję opieki medycznej, porządnego posiłku, współczującego gliniarza, kieliszka wina, gorącej kąpieli, przytulenia, karty do wpłatomatu, żeby zdeponować te pieniądze. Potrzebuję... Autobus linii 42 wyjechał zza rogu i Jody odruchowo pomacała się po kieszeniach w poszukiwaniu biletu okresowego. Wciąż go miała. Pojazd zatrzymał się i otworzył drzwi. Wsiadając, machnęła biletem przed oczami kierowcy. Burknął coś w odpowiedzi. Usiadła z przodu, twarzą do trojga innych pasażerów.
Jody jeździła autobusami od pięciu lat. Czasami z powodu pracy albo późnego seansu w kinie jeździła nimi także nocą. Ale dopiero tym razem, z rozczochranymi brudnymi włosami, w porwanych pończochach i poplamionym ubraniu, zdezorientowana i zdesperowana, czuła, że tu pasuje. Psychole rozpromienili się na jej widok.
– Miejsce parkingowe! – wypaliła kobieta z tyłu. Jody podniosła wzrok.
– Miejsce parkingowe! – Kobieta miała na sobie podomkę w kwiatki i uszy Myszki Miki. Pokazała na okno i krzyknęła:
– Miejsce parkingowe!
Jody odwróciła z zawstydzeniem wzrok. Zrozumiała. Miała samochód, mały, szybki kompakt Hondy, a ponieważ miesiąc temu znalazła przed swoim domem miejsce parkingowe, uruchamiała go tylko we wtorkowe wieczory, kiedy przejeżdżała zamiatarka, a potem natychmiast odstawiała auto na miejsce. W tym mieście to była tradycja. Miejsca należało bronić z narażeniem życia. Jody słyszała, że niektóre miejsca parkingowe w Chinatown przechodzą z pokolenia na pokolenie w obrębie danej rodziny, dba się o nie niczym o groby szanowanych przodków i chroni dzięki sporym łapówkom, płaconym chińskim gangom ulicznym.
– Miejsce parkingowe! – znowu krzyknęła kobieta.
Jody zerknęła na drugą stronę przejścia i nawiązała kontakt wzrokowy z niechlujnym, brodatym mężczyzną w prochowcu. Uśmiechnął się nieśmiało, po czym powoli odchylił połę płaszcza, odsłaniając imponującą erekcję, widoczną w rozporku spodni w kolorze khaki.
Jody odpowiedziała uśmiechem, po czym wysunęła z kurtki oparzoną, poczerniałą rękę, którą wyciągnęła w jego stronę. Zjeżył się i nakrył płaszczem, a potem nadąsany skulił na siedzeniu. Jody sama była zdumiona, że to zrobiła.
Blisko brodacza siedziała młoda kobieta, która zaciekle pruła sweter. Wyglądało na to, że chce dojść do końca przędzy, a potem wydziergać sweter z powrotem. Starszy mężczyzna w tweedowym garniturze i wełnianym kapeluszu myśliwskim siedział obok, trzymając między kolanami drewnianą laskę. Co kilka sekund wypuszczał ją i zanosił się kaszlem, po czym z trudem próbował ją podnieść, ocierając zarazem oczy jedwabną chusteczką. Zauważył, że Jody na niego patrzy, i uśmiechnął się przepraszająco.
– To tylko przeziębienie – powiedział.
Nie, to coś więcej, pomyślała. Umierasz. Skąd to wiem? Nie wiem skąd, ale wiem. Uśmiechnęła się do starca, po czym się odwróciła i zaczęła wyglądać przez okno. Autobus jechał teraz przez North Beach, gdzie na ulicach roiło się od marynarzy, punków i turystów. Dostrzegała czerwoną aurę wokół każdego z nich, a także ślady gorąca w powietrzu, gdy się poruszali. Potrząsnęła głową, by lepiej widzieć, po czym popatrzyła na ludzi w autobusie. Tak, każdy z nich miał aurę, niektórzy jaśniejszą niż inni. Starca w tweedowym garniturze otaczał ciemny krąg, a także czerwony nimb gorąca. Jody potarła oczy i pomyślała: najwyraźniej uderzyłam się w głowę. Trzeba będzie zrobić tomografię i badanie EEG. To będzie kosztowało majątek. Firma się wkurzy. Może uda mi się przepchnąć roszczenie osobiście. Na pewno do końca tygodnia wezmę zwolnienie. I trzeba zrobić porządne zakupy, kiedy już wypuszczą mnie ze szpitala i z telewizji. Naprawdę porządne zakupy. Zresztą i tak przez jakiś czas nie będę mogła pisać na komputerze. Popatrzyła na swoją poparzoną rękę i znowu jej się zdawało, że trochę się zagoiła. I tak wezmę zwolnienie, uznała. Autobus zatrzymał się przy Fisherman’s Wharf i Ghirardelli Square. Do środka wsiedli turyści w odblaskowych, nylonowych szortach i więziennych swetrach, gawędząc po francusku i angielsku, kreśląc jednocześnie linie na planach miasta. Jody czuła bijące od nich wonie potu, mydła, morza, gotowanych krabów, czekolady, alkoholu, smażonych ryb, cebuli, chleba na zakwasie, hamburgerów i spalin. Choć była bardzo głodna, zapach jedzenia przyprawił ją o mdłości.
Prosimy o korzystanie z pryszniców podczas pobytu w San Francisco, pomyślała.
Autobus potoczył się wzdłuż Van Ness. Wstała i zaczęła się przeciskać między turystami do drzwi. Gdy kilka ulic dalej pojazd zatrzymał się przy Chestnut Street, obejrzała się przez ramię, zanim wysiadła. Kobieta z uszami Myszki Miki wyglądała spokojnie przez okno.
– No, no – powiedziała. – Ile tu miejsc parkingowych. Wysiadając z samochodu, słyszała krzyk kobiety:
– Miejsce parkingowe! Miejsce parkingowe!
Uśmiechnęła się. Zaraz, dlaczego to zrobiłam?









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-05-27 (1633 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej