Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Czaszka na niebie
 
Katalog - dodano
 Cień i kość (wyd.MAG)
- Leigh Bardugo
 Oblężenie i nawałnica
- Leigh Bardugo
 Zniszczenie i odnowa
- Leigh Bardugo
 Fałszywy Pieśniarz
- Martyna Raduchowska
 Opowieści o duchach
- Jim Butcher
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Noc Blizn - Alan Campbell



Prolog

Podwórzec za zdewastowaną odlewnią armat w Applecross opasywała plątanina łańcuchów. Połączone ze sobą jak w łamigłówce szaleńca, rozchodziły się promieniście pod wszelkimi kątami, przymocowane do murów zardzewiałymi hakami i sworzniami. Pośrodku dziedzińca stała omotana nimi wieża strażnicza Barraby. Z jej zrujnowanego wierzchołka unosił się dym i płynął na zachód, nad miasto śpiące pod milionem zimowych gwiazd.
Prezbiter Scrimlock przedzierał się przez łańcuchy, sapiąc i dysząc. Jego lampa się kołysała, obijała o ogniwa, spoiny i Bóg wie co jeszcze, rysowała na połyskliwym bruku siatkę pęknięć. Gdy kapłan podnosił wzrok, widział kwadraty i trójkąty wypełnione gwiazdami. Jego sandały ślizgały się, jakby szedł po stopionym szkle. Gdy parę razy niechcący dotknął łańcuchów, stwierdził, że są mokre. Kiedy wreszcie dotarł do adepta Spine, czekającego nań przy drzwiach wieży, zrozumiał skąd ta wilgoć.
– Krew – wyszeptał przerażony i zaczął gorączkowo wycierać ręce o sutannę. Na próżno.
Adept Spine, który miał tak napiętą skórę, że wyglądał jak trup, popatrzył na prezbitera oczami całkowicie pozbawionymi życia.
– To z zabitych – wyjaśnił niepotrzebnie. – Zrzuca ich z wieży. Nie może ścierpieć, gdy dostają się do środka. – Wskazał głową w bok.
Pod łańcuchami piętrzył się bezładny stos ciał Spine. Ich skórzane zbroje lśniły.
– Niech Ulcis się nad nimi ulituje – wymamrotał Scrimlock. – Ilu już zabiła?
– Jedenastu.
Prezbiter wziął głęboki wdech. Noc smakowała wilgocią i rdzą, jak powietrze w lochu.
– Tylko pogarszacie sprawę – stwierdził z wyrzutem. – Nie rozumiecie, że podsycacie jej wściekłość.
– Zraniliśmy ją – powiedział adept z nieprzeniknionym wyrazem twarzy i położył dłoń na zasuwie, jakby chciał ją wzmocnić.
– Co? – Serce prezbitera podskoczyło. – Jest ranna? Jak to...?
– Szybko dochodzi do siebie. – Adept spojrzał w górę. – Musimy się pospieszyć.
Scrimlock poszedł za jego wzrokiem, ale przez chwilę nie był pewien, na co właściwie adept patrzy. Potem, na tle jaśniejszego nieba dostrzegł sylwetki, drobne figurki wspinające się po łańcuchach, szybko i cicho, ku jedynemu oknu wieży. Tylu Spine jednocześnie prezbiter jeszcze nigdy nie widział. Musiało ich być pięćdziesięciu, sześćdziesięciu. Jak to możliwe, że wcześniej ich nie zauważył?
– Wszyscy adepci odpowiedzieli na wezwanie.
– Wszyscy? – powtórzył Scrimlock, ściszając głos. – To szaleństwo! Jeśli ona ucieknie... – Zaczął wykręcać sobie palce. Kościół nie mógł się zgodzić na utratę tylu asasynów.
– Nie może uciec. Okno jest za wąskie dla jej skrzydeł, wejście na dach zagruzowane, wrota zabarykadowane.
Scrimlock popatrzył na drzwi wieży. Żelazna sztaba wyglądała na dostatecznie solidną, żeby zatrzymać armię. Ale ten widok nie do końca go uspokoił. Prezbiter spojrzał w oczy adepta, szukając w nich zapewnienia, że wszystko będzie dobrze, ale oczywiście nic w nich nie znalazł. Oprócz całkowitej pustki, która przejęła go do szpiku kości. Naprawdę ją ranili? Co z tego wyniknie dla Kościoła? W jaki sposób ona się zemści? Niech Bóg mu dopomoże, tego już za wiele.
– Nie pobłogosławię ich – oświadczył, wskazując na stos trupów i krew płynącą po kamieniach. – Ulcis nie przyjmie otwartych ciał. Wszyscy oni będą potępieni.
– Przybyły posiłki.
– Oni też zginą! – rzucił gniewnie prezbiter, ale sam usłyszał, że jego głosowi brakuje przekonania. Udało się im ją zranić. Przez tysiąc lat nikt tego nie dokonał.
– Ofiary są nieuniknione.
– Ofiary? Spójrz na tę krew! – Scrimlock uniósł sutannę i zrobił krok do tyłu, opuszczając czerwoną sadzawkę. – Piekło przyjdzie po tę krew, po te zmarnowane dusze. Ten dziedziniec jest przeklęty! Zło zagnieździ się tutaj na wieki. Nawet stu kapłanów nie zdoła przepędzić cienia Irilu z tych kamieni. Niczego nie da się uratować. Niczego.
Prezbiter sam nie wiedział, co przeraża go bardziej: świadomość, że ich Pan, bóg łańcuchów Ulcis, zostanie pozbawiony dusz tylu najlepszych asasynów Kościoła, czy piekło czające się w pobliżu. Było powiedziane, że Labirynt otwiera drzwi do tego świata, żeby zabrać dusze z przelanej krwi. Scrimlock gorączkowo przeszukał wzrokiem otaczającą go ciemność. A jeśli piekło już tu jest? I dusze zabitych właśnie w tej chwili przechodzą przez niewidoczną bramę do niekończących się korytarzy Irilu? Jeśli tak, to co może przez nią przejść w drugą stronę? Co może stamtąd uciec?
– Natychmiast zakończcie polowanie – polecił. – To zbyt niebezpieczne. Niech ucieka.
– Chcesz, panie, żeby przeżyła? – zapytał adept.
– Nie. Ja... – Prezbiter poczuł, że coś dotyka jego ramienia, i odwrócił się gwałtownie. Łańcuch. – Chcę jedynie ratować Spine – wykrztusił, trzymając się za pierś. – Ściągnij z powrotem swoich ludzi, nim będzie za późno.
Na górze ktoś ryknął śmiechem.
– Posiłki dotarły do okna – oznajmił adept.
Scrimlock uniósł głowę. Z poszarpanego dachu wieży wzbijał się dym i rozchodził jak smar, zasłaniając gwiazdy. Kamienne sokoły i blanki zawaliły się do środka, dokładnie tak, jak obiecali saperzy. Gruz zatarasował wejście na dach, uniemożliwiając ucieczkę. W powietrzu unosił się zapach siarki. Do okna znajdującego się pośrodku wieży właśnie wciskał się pierwszy z asasynów.
Rozległ się głośny szczęk miecza.
Scrimlock oblizał suche wargi.
– Niech Bóg nam dopomoże, ona jest uzbrojona. Broni się stalą – powiedział wstrząśnięty.
– Nie – odparł adept. – Klatki schodowe i korytarze Barraby są wąskie. Walka w takich warunkach jest zdradliwa. To tylko nóż Spine uderzył o kamień. Ona jest nieuzbrojona.
– Nie rozumiem. – Kapłan znowu zerknął na stos trupów. – W środku musi być jakaś porzucona broń. Na pewno wszystkiej nie zabraliście. Dlaczego ona jej nie weźmie?
Krzyk... a po nim przerażający śmiech. Scrimlocka ogarnęły mdłości. Zarówno wrzask, jak i rechot pochodziły jakby z tego samego gardła.
– Uważamy, że ona chce zostać pokonana – stwierdził asasyn.
– Ale to nie ma sensu. Ona...
Hałas dobiegający z góry przyciągnął uwagę prezbitera. Scrimlock zadarł głowę w samą porę, żeby zobaczyć człowieka wylatującego przez wąskie okno wieży. Gdy nieszczęśnik upadł na łańcuch, rozległ się trzask kości. Przez chwilę wisiał bezwładnie jak szmaciana lalka, z nogami i rękami zaplecionymi wokół masywnych ogniw. Potem zsunął się na niższe łańcuchy, odbił od nich i w końcu runął na ziemię. Żelazne przęsła napięły się i zadrżały. Tymczasem pod okno wieży dotarli czterej kolejni Spine i przywarli do haków i sworzni w murze. Inni wspinali się ich śladem. Najbliższy celu asasyn, szczupły mężczyzna, wcisnął się do środka, trzymając miecz w pogotowiu.
Chwilę później zawołał z góry:
– Jest ranna!...
Wycie wściekłości i udręki przeszyło serce Scrimlocka. Następnie rozbrzmiał szloch, jakby płakało przerażone dziecko, a potem piekielny wrzask. Przez okno wypadło połamane, zakrwawione ciało asasyna i przeleciało w dół dwanaście stóp, aż zahaczyło o jeden ze sworzni sterczących z muru.
Trzeci Spine zajrzał przez okno do wieży i krzyknął:
– Schodzi!
– Co? – Prezbiter Scrimlock cofnął się od drzwi. – Musimy uciekać. Już, szybko...
Jego sandały pośliznęły się na bruku zalanym krwią. Lampa zakołysała się i przygasła na chwilę. Zanim na nowo pojaśniała, kapłana otoczyły groźne cienie. W górze kolejni Spine wchodzili jeden za drugim przez okno. Trzech, sześciu, ośmiu.
– Teraz zginie – oświadczył z przekonaniem adept.
Bum!
Coś w środku uderzyło w drzwi wieży z siłą tarana. Z grubych belek wzbił się kurz. Adept Spine zaparł się o wrota.
– Odejdźmy! – zawołał Scrimlock. – Zostawmy ją, błagam. To jej noc.
– Jej ostatnia noc – powiedział asasyn.
Bum!
Sztaba podskoczyła. Drewno pękło i się rozłupało. Adept odsunął się, zebrał siły, po czym całym ciężarem podparł drzwi. Scrimlock rozejrzał się w poszukiwaniu najlepszej drogi ucieczki.
– Nie wytrzymają – wydyszał. – Ona...
W wieży zadźwięczała stal; wściekłe, szybkie ciosy, jakby wprawny rzeźnik siekał mięso. Asasyni zdążyli zbiec po schodach i teraz znajdowali się po drugiej stronie drzwi. Rozległ się krzyk. Kolejne błyskawiczne uderzenia, brzęk ostrzy o kamień. Pod Scrimlockiem ugięły się nogi. Zatkał uszy pięściami, opadł na kolana i zaczął się modlić.
– Panie nasz, Ulcisie, zakończ to, błagam cię. Niech twoi słudzy zwyciężą. – Niech te drzwi wytrzymają. – Uratuj ich dusze przed Labiryntem, uratuj nas wszystkich, uratuj mnie, oszczędź.
Cisza.
– Już po wszystkim. – Adept odsunął się od sztaby.
Bum!
Brama wieży eksplodowała na zewnątrz, grube belki rozpadły się jak zbutwiałe deski. Sztaba odpadła z jednej strony. Adept pofrunął w tył, prosto na łańcuch, ale pozbierał się błyskawicznie i ku zdumieniu prezbitera po chwili stał z wyciągniętym mieczem.
W miejscu, gdzie niedawno były wrota wieży, Scrimlock ujrzał ziejącą dziurę.
W otworze stała postać, ciemniejsza niż otaczające go cienie.
– Ona jest tutaj – wyszeptał.
Anielica wyszła na dziedziniec, drobna, smukła, odziana w stare skóry poznaczone plamami pleśni. Za nią snuł się dym, czarny jak jej połyskujące skrzydła. Twarz była pokryta siecią blizn; tylu ran nie mogła odnieść w tej walce ze Spine ani w tysiącu wcześniejszych. Ręce, teraz zbryzgane krwią, też szpeciły niezliczone szramy. Spoglądała na nich oczyma o barwie burzowych chmur. W prostych, splątanych włosach miała kwiaty i wstążki. Najwyraźniej dbała o wygląd.
Była nieuzbrojona.
– Proszę – powiedział Scrimlock, nadal klęcząc.
Kącik pociętych bliznami ust drgnął.
– Biegnij – szepnęła anielica.
Prezbiter wstał i rzucił się do ucieczki. Potykając się i klucząc między łańcuchami, przebierał ociężałymi nogami najszybciej jak potrafił. Tymczasem Spine o bladych twarzach pozbawionych wyrazu, z mieczami białymi w blasku gwiazd, bezszelestnie okrążali anielicę.
Scrimlock nie został, żeby być świadkiem rzezi. Uwolniwszy się z plątaniny żelaza, biegł przed siebie, byle dalej od zgiełku bitwy, od wycia bólu i udręki, od diabelskiego śmiechu. Od Spine, którzy umierali, nie wydając żadnego dźwięku.



Rozdział 1

Dwa tysiące lat później
Dill
Gdy nadciągnął zmierzch, miasto Deepgate zawisło ciężko w łańcuchach. Rezydencje i kamienice czynszowe oklapły w zawiłej żelaznej sieci lekko poskrzypujących alejek, dachy i kominy skłoniły się ku sobie. Łańcuchy naprężały się i rozciągały wokół brukowanych ulic i wiszących ogrodów. Niszczejące wieże pochylały się nad mrocznymi dziedzińcami, świadome własnego upadku. Labirynty zaułków wiły się pod coraz większymi sadzawkami cienia, połączone niezliczonymi mostkami i pasażami. Wszystko kołysało się, jęczało, skrzypiało.
Opłakiwało.
W miarę jak gasło światło dnia, miasto jakby wypuszczało powietrze z płuc. Z przepaści, przez masy kamienia i łańcuchów, tchnął lekki wietrzyk, popłynął nad skalną obrożą Deepgate, zaświstał wśród zardzewiałych, na pół zagrzebanych w piasku ostróg. Nad Martwymi Piaskami wzbiły się tumany pyłu, zatańczyły dziko pod ciemniejącym niebem i rozwiały się w nicość.
Po ulicach zaczęli krążyć latarnicy, zmieniając miasto w czarę gwiazd. Latarnie na długich słupach kołysały się, opadały. Rozbłysły pochodnie i lampy gazowe. Od dzielnicy zwanej Ligą Sznurów, znajdującej się tuż przy krawędzi otchłani, przez Kolonie Robotników aż po Lilley i aleje Bridgeview, zamigotały światełka. Łańcuchy oplatały siecią ulice, opasywały budynki albo się przez nie przebijały, wiązały, łączyły, tworzyły kołyski dla domów, w których wierni czekali na śmierć.
Dźwięki rozbrzmiewające w całym mieście oznajmiały zbliżanie się nocy: skrzypienie zasuwanych żaluzji, łoskot zatrzaskiwanych, ryglowanych i barykadowanych drzwi, szczęk zamykanych kłódek. Na kominy opuszczano kraty; ich huk dobiegał ze wszystkich dzielnic. Potem zapadła cisza. Wkrótce było słychać tylko echa pospiesznych kroków latarników, którzy wracali w mroczne uliczki otaczające świątynię.
Kościół Ulcisa wznosił się dumnie w samym sercu Deepgate, czarny jak rozdarcie w krwistoczerwonym niebie. Na jego murach płonęły witraże. Nad iglicami i wieżyczkami krążyły gawrony, a na wysokich, przyprawiających o zawrót głowy grzędach, wśród łuków przyporowych, balkonów i krenelaży, tłoczyły się gargulce. Legiony bestii o kamiennych skrzydłach gapiły się ponad miastem na Martwe Piaski; szyderczo wyszczerzone, wściekłe.
Zagubiona na tych wysokościach, wyrastała z cieni mniejsza, przysadzista iglica. Jej mury porastał bluszcz, wspinał się po balkonie otaczającym cały wierzchołek. Tylko spiczasty łupkowy kapelusz był wolny od roślinności, przekrzywiony, ale lśniący w resztkach dziennego światła. Zardzewiały wiatrowskaz obracał się ze skrzypieniem, jakby nie wiedział, jaki kierunek wskazać.
Do wiatrowskazu przywierał chłopiec – same łokcie i kolana.
Obejmował żelazny pręt chudymi, białymi rękoma. Kosmyki włosów za jego uszami drżały. Koszula nocna wydymała się i łopotała jak porwana flaga. Stał tak przez długi czas, obracał się wraz z wiatrowskazem, obrzucał sąsiednie iglice szybkimi, nerwowym spojrzeniami. Palce u stóp miał brudne i zimne.
Ale był szczęśliwy.
Nagle wyprostował się czujne. Poprzeczka wskazująca kierunek północ-południe przekrzywiła się pod jego bosymi stopami, jęknęła. Płatki rdzy posypały się z szelestem w dół po dachówkach. Stado gawronów poderwało się spłoszone i rozproszyło wśród gargulców i witraży. Obserwując je, Dill uśmiechnął się od ucha do ucha.
Sam.
Wziął głęboki oddech, potem jeszcze jeden i rozpostarł skrzydła, zagarniając powietrze pod pióra. Mięśnie jego pleców się napięły. Krew zaczęła żywiej krążyć w żyłach. Wiatr nim kołysał, szarpał go, namawiał do lotu. Z rozpromienioną twarzą chłopiec wychylił się i odrzucił głowę do tyłu. Wiatrowskaz obrócił nim jak na karuzeli. Prąd wstępujący omal go nie uniósł. Chłopiec wyprostował i opuścił skrzydła. Gdy jego stopy oderwały się na chwilę od poprzeczki, wybuchnął śmiechem.
Ktoś syknął.
Zakapturzona postać w jednym z okien, żółta lampa w ręce.
Dill mocniej przywarł do wiatrowskazu i złożył skrzydła. Serce mu łomotało.
Cień kaptura sięgnął jak wielki pazur ponad spadziste dachy świątyni. Po chwili tajemnicza postać opuściła lampę.
Sylwetka kapłana przesunęła się za szybą, a potem okno pociemniało. Dill stał bez ruchu przez sto uderzeń serca i drżał. Jak długo kapłan tam był? Co widział? Znalazł się tu przypadkiem czy ukrywał w pokoju, czekając, obserwując, szpiegując?
I czy na niego doniesie?
Blizny na plecach przypominały Dillowi, że klecha może to zrobić.
Przecież nie pofrunąłem. Nie zamierzałem latać. Tylko rozłożył skrzydła, żeby poczuć wiatr. Nic więcej. To nie było zabronione.
Nadal dygocząc, Dill zszedł z wiatrowskazu i przycupnął obok stożkowatego zwieńczenia dachu porośniętego mchem. Z początku wydawało się, że we wszystkich oknach stoją zakapturzone postacie i obserwują go, a ich niewidoczne usta mamroczą kłamstwa, które wkrótce dotrą do samego prezbitera. Do policzków napłynęła mu krew. Wyrwał kępkę mchu i zaczął udawać, że ją ogląda; miętosił w palcach, nie czując tego, badał, nie widząc. Gdy w końcu wypuścił kępkę z ręki, wiatr ją porwał i poniósł nad Deepgate.
Mówiło się, że kiedyś można było stanąć na krawędzi przepaści i zajrzeć w ciemność pod miastem, mając między sobą a niezmierzoną głębią tylko łańcuchowy fundament. Być może kiedyś luneta pozwalała ujrzeć duchy daleko w dole, ale nie teraz. Wielkie łańcuchy nadal tam były, ukryte pod miastem, które zbudowało sto pokoleń pielgrzymów. Z czasem powstała cała sieć krzyżujących się ze sobą kabli, lin, dźwigarów, rozpórek i belek, rozrosła się jak korzenie wśród najstarszych ogniw. Wznoszono albo zawieszano kolejne budynki, mosty i chodniki, aż Deepgate zakryło swoje fundamenty.
Dill uniósł stwardniałą stopę i tupnięciem rozłupał dachówkę. Wziął do ręki jeden z kawałków wielkości pięści i zamachnął się, żeby rzucić nim w szybę. Powstrzymał się w porę. Okna były stare, może nawet tak stare jak sama świątynia i łańcuchy fundamentowe. Stare jak płytka, którą właśnie zniszczył. Ogarnięty wyrzutami sumienia, cisnął ją w stronę zachodzącego słońca i słuchał uważnie, czy o coś uderzy, zanim wpadnie w otchłań pod miastem.
Gdzieś w oddali rozległ się brzęk szkła.
Chłopiec cofnął się gwałtownie, nie zważając na to, że gniecie sobie pióra, i spojrzał ponad roziskrzonymi ulicami na Martwe Piaski, które ciągnęły się po horyzont niczym pomięty jedwab. Na zachodzie zbierały się fioletowe chmury burzowe obwiedzione złotem. Na wschodzie wiły się przez pustynię Dawn Pipes, a na niebie ukazała się srebrzysta fala, przyciągając jego uwagę. Dill usiadł prosto.
Sterowiec pozbywał się balastu, schodząc do lądowania. Wypuszczał gorące powietrze z pasów tkaniny oplatających powłokę zbiornika gazu nośnego. W trakcie schodzenia skręcał ku stoczni Deepgate, opuszczając karawanę, którą eskortował z nadrzecznych miast. Obładowane wielbłądy kroczyły dalej między rurami wodociągowymi i kanalizacyjnymi, zostawiając za sobą pióropusze piasku. Za kupcami, między dwoma szeregami konnych strażników misyjnych, powłóczył nogami rząd pielgrzymów skutych kajdanami.
– Do jutra – mruknął Dill, choć nie przypuszczał, by tak się stało. Wiedział, że miną dni, zanim pielgrzymi umrą.
Na niebo wkradała się ciemność, a wraz z nią pierwsze wieczorne gwiazdy, więc chłopiec zsunął się po dachu i z hukiem uderzył w rynnę, sypiąc piórami. Zbutwiała kratownica porośnięta bluszczem tworzyła szeleszczącą, rozchwianą drabinę, która prowadziła w dół na jego balkon. Gdy Dill trafił w końcu stopami na solidny kamień, trząsł się jak osika.
Znalazłszy się w środku, zaryglował drzwi balkonowe na wszystkie cztery zasuwy, a potem sprawdził, czy okno jest dobrze zamknięte. Ogień przygasł i w kątach pokoju czaiły się głębokie cienie. Dill ukląkł przed kominkiem, dorzucił węgla, poruszył go pogrzebaczem. Płomienie skoczyły, zasyczały, sypnęły iskrami, buchnęły ciepłem. Pomarańczowy żar poleciał spiralą w górę przewodu kominowego. Dill stuknął pogrzebaczem w żelazną osłonę paleniska i odwiesił go z powrotem na hak. Następnie podszedł do skrzynki, wyjął z niej garść dużych świątynnych świec. Chodził po celi, rozstawiając je, wciskając w stopiony wosk z poprzedniego dnia, i zapalając kolejno, żeby odstraszały noc.
Na koniec spojrzał zadowolony na ścianę nad kominkiem. Na miecz.
Jego miecz.
Podbiegł do broni i zdjął ją z uchwytu. Jego poplamione sadzą palce ledwo objęły rękojeść oprawioną w skórę, ale wcale się tym nie przejął. Wiedział, że nazajutrz mimo to przypasze miecz. Blask ognia odbił się od zakrzywionej gardy i ostrza. Dill opuścił broń i uniósł ją ponownie, ważąc w dłoni. Choć miecz nadal był dla niego za duży i za ciężki, chłopiec zrobił krok do tyłu, a potem klasyczny wypad, unosząc drugą rękę tak, jak to robili wszyscy wielcy szermierze. Rękaw koszuli nocnej zsunął mu się do łokcia. Czubek klingi drżał.
Dill skupił się i przybrał groźną minę. Wysunął brodę do przodu i rozpostarł skrzydła.
– Boisz się? – rzucił srogim tonem, zwracając się do ściany.
Zmarszczył gniewnie czoło i przeciął mieczem powietrze, raz, drugi.
– Boisz się broni? Czy jej właściciela? – Uniósł brew. – Moje imię? – Prychnął, wytarł usmoloną rękę o nocną koszulę. – To nie ma znaczenia. Jestem archontem Kościoła Ulcisa, strażnikiem Zbieracza Dusz. – Zawahał się. – I śmiertelnym potomkiem jego herolda Callisa.
Dobrze to zabrzmiało.
Oczami wyobraźni ujrzał nadciągającą armię pogan, którzy rękojeściami mieczy bębnili w tarcze. Na jego widok zakrzyknęli głosami nabrzmiałymi strachem: „Jeden archont przeciwko stu wojownikom”.
– Stu? – Dill się roześmiał drwiąco. – Nic dziwnego, że się trzęsiecie. – Zręcznym ruchem nadgarstka wyrzucił miecz w górę...
...i złapał go po niewłaściwej stronie gardy.
– Jaja na patelni!
Broń upadła ze szczękiem na podłogę. Od płytki, w którą uderzyła rękojeść, odłupał się kawałek, na szczęście mały, tak że ślad był ledwo zauważalny pośród wielu innych.
Dill possał palec, potem przyjrzał mu się z bliska. Draśnięcie, jak wszystkie poprzednie. Kapłani zaniedbywali ostrzenie klingi przez całe jego życie... Dill wiedział dlaczego. Podniósł miecz, umieścił go z powrotem w uchwycie na ścianie i usiadł przed paleniskiem.
Śmiertelny potomek jego herolda Callisa.
Postanowił, że tym razem nawet nie spojrzy na miecz, co najwyżej na niego zerknie. Oplótł kolana rękoma i zakołysał się w przód i w tył, patrząc w zamyśleniu na rozżarzone węgielki.
Poza jego celą gęstniała ciemność. Wiatr się wzmagał, szeptał za oknami, drażnił płomienie w kominku. Tylko raz spojrzenie Dilla pomknęło ku broni. Skrzywił się, mocniej objął kolana.
Jutro go przypasze...
Zaklął, wstał i sięgnął po miecz. Dostał go na własność przed sześciu laty, kawał życia temu. Powinien już dawno nauczyć się nim władać. Kapłani powiedzieli, że do niego dorośnie. To dobry miecz, zapew­nili. Dill wykonał obrót, gwałtownie rozpostarł skrzydła i przemówił do ­ściany:
– Boisz się?
Tym razem nie było armii pogan – tylko zimne świątynne kamienie między Dillem i nocnym niebem. Energicznie zakręcił mieczem w tył i w przód, kreśląc duże łuki.
– Boisz się? – Cięcie. – Boisz się?
Zrobił wypad, dźgnął ścianę. Czubek wbił się na cal między kamienie. Posypała się zaprawa. Garda otarła mu dłoń. Dill skrzywił się i upuścił miecz.
Wcisnął piekącą rękę pod pachę, opadł na kolana.
– Dlaczego się boisz? – zapytał siebie.
Dlaczego się bał? Służba w świątyni była przywilejem, zaszczytem, Strażnik Dusz cieszył się powszechnym szacunkiem. Czyż jego przodkowie nie sprawowali tej godności? Jego ojciec Gaine? Ale oni byli archontami wojskowymi, trenowali ze Spine, w imieniu świątyni latali daleko poza Martwe Piaski. Walczyli z Heshette i narzucali wolę Ulcisa pogańskim twierdzom. Tymczasem on...
Uniósł miecz brudnymi rękami.
Kim jestem? Aniołem, który czyta o wyczynach swoich przodków w książkach, który dzień w dzień stoi na balkonie i patrzy, jak statki powietrzne wracają z nadrzecznych miast, z delty Coyle, z bandyckich osad, gdzie walczyli i ginęli wojskowi archonci.
Nigdy nie zobaczy tych dalekich krain. Teraz sterowce kościelne i bojowe przemierzały niebo, a miejsce anioła było tutaj, w Deepgate, wśród łańcuchów. Podczas gdy zbroja jego ojca rdzewiała w zamkniętym magazynie głęboko w sercu świątyni, bluszcz oplatał iglicę Dilla. Kurz gromadził się na starych witrażach. Wysoko między krokwiami nad jego celą żyły pająki, zasnuwając belki pajęczynami. Wilgoć opanowała pokoje na dole, całkiem puste, nie licząc pleśni i ślimaków, wkradała się coraz wyżej po klatce schodowej.
Dill urodził się za późno.
A jednak dali mu miecz. To coś znaczyło, prawda?
Głośne pukanie wyrwało go z zamyślenia. Dill poderwał się na nogi, umieścił miecz z powrotem w uchwycie, wtarł głębiej plamy z sadzy w wyświechtaną koszulę nocną i cicho podszedł do drzwi.
Na podeście stał zasapany prezbiter Sypes. Czarna sutanna spływała za nim po spiralnych schodach. Widać mu było tylko ręce i głowę, która trzęsła się jak luźna kość w stawie. Dłonie ciężko opierały się na lasce.
– Dziewięćset jedenaście stopni – rzucił gderliwie. – Liczyłem.
Przez chwilę Dill tylko się na niego gapił. Potem wyjąkał:
– Wasza wielebność, nie spodziewałem się... to znaczy, myślałem...
– Bez wątpienia – burknął prezbiter. – Wdrapuję się tutaj chyba od śniadania. – Wlokąc za sobą szatę, pokuśtykał do celi i rozejrzał się z zagniewaną miną. – A więc to tutaj podziały się wszystkie świątynne świece. To wygląda całkiem jak Sanktuarium. Twój strój. – Podał Dillowi sfatygowany tobołek przewiązany sznurkiem. – Ale będziesz musiał doprowadzić go do porządku. Upuściłem go dwa razy.
– Proszę usiąść, wasza wielebność. – Dill przysunął stołek bliżej ognia.
Prezbiter zmierzył wzrokiem mały taboret.
– Zbyt niebezpieczny manewr. Moje kości nadal wspinają się po schodach. Nie, lepiej spocznę tutaj, przy oknie, aż zrozumieją, że wreszcie dotarłem na górę. – Zebrał fałdy sutanny, przycupnął na parapecie i złożył ręce na srebrnej gałce laski.
– No więc... – zaczął.
Dill przycisnął tobołek do piersi.
– Powiedziałem: no więc?
Anioł się zawahał.
– Ne mogę się doczekać – zapewnił, spuszczając wzrok.
– Naprawdę?
Dill pokiwał głową.
– Nie denerwujesz się?
Chłopak pokręcił głową.
– Naprawdę? – Starzec zmrużył oczy. – To dobrze.
Na dłuższą chwilę w celi zapadła cisza. W kominku przesunęły się węg­le. Dill podniósł wzrok. Jego broń nadal była na swoim miejscu. Lśniła w blasku świec.
– Miecz Callisa – powiedział prezbiter.
Dill rzucił szybkie spojrzenie na broń. Kiedy odwrócił się z powrotem do kapłana, opuścił głowę jeszcze niżej.
Sypes omiótł wzrokiem celę, zatrzymując go przez chwilę na popękanych płytach, na stołku Dilla, skrzynce ze świecami, wiadrze na ślimaki, macie do spania. Nie było tu nic więcej, co mogłoby przyciągnąć uwagę. Prezbiter zacisnął dłonie na gałce laski.
– Zatem...
– Dziękuję za strój – przerwał mu Dill.
Kapłan zakaszlał.
– I tak szedłem na górę do obserwatorium. Pomyślałem, że wstąpię życzyć ci szczęścia z okazji wielkiego dnia.
Cela Dilla nie znajdowała się po drodze do obserwatorium. Nie była po drodze do czegokolwiek.
– Dziękuję, wasza wielebność.
– Nie denerwujesz się?
– Nie.
Prezbiter zagryzł wargę, najwyraźniej walcząc ze sobą. W końcu rzekł:
– Znowu byłeś na dachu, tak?
Dill drgnął.
– Ja...
– Niektórzy kapłani nie mają nic lepszego do roboty, jak szpiegować i węszyć. – Twarz prezbitera się zmarszczyła. – Nie wymienię nazwisk. – Zmarszczki się pogłębiły. – To był Borelock, ten bezkrwisty pochlebca. Czai się w cieniu jak przeklęty sabotażysta Shettie, obserwuje wszystko, jakby to były jego sprawy. Dobrze choć, że tym razem przyszedł do mnie... – Sypes zawiesił głos. – Nie mogę jednak powiedzieć, żebym pochwalał twoje zachowanie. Świątynny dach jest w wielu miejscach przegniły. – Zastukał laską w parapet. – Niebezpieczny. Chyba nie chcesz spaść i skręcić sobie karku.
Dill zerknął na prezbitera, ale nie dostrzegł na jego twarzy śladu nieszczerości.
– To się więcej nie powtórzy – obiecał.
I mówił to szczerze. Blizny po chłoście na jego plecach ściągnęły się, przypominając mu, że Borelock nie zawsze idzie ze swoimi odkryciami bezpośrednio do prezbitera.
Sypes przyjrzał się parapetowi, jakby podejrzewał, że kamień lada chwila się skruszy.
– Tylko bądź ostrożny – powiedział. – Świątynia to nie jest miejsce dla głupich błędów. To niebezpieczne, rozumiesz?
Podmuch wiatru wstrząsnął szybą w ołowianej oprawie, zawył w kominie. Płomienie zachwiały się, strzeliły jaśniej. Świece zaskwierczały. Dill odniósł wrażenie, że noc ich osacza, napiera na okna, szuka drogi wejścia. Przełknął ślinę i skwapliwie pokiwał głową.
Prezbiter zassał policzki, a następnie rzucił burkliwie:
– Lepiej już pójdę. Za dużo papierkowej roboty, żebym tracił tutaj czas. – Wstał niepewnie z parapetu, już myśląc o pracy, która go czekała. – Zmiany władzy wśród szlachty. Handel, nauka, spisy ludności, rachunki, wszystko: od dostaw po podatki i płace, od historii po przepisy kulinarne i... ha! poezję. – Sypes przygarbił plecy. – To nigdy się nie kończy. Kodeks staje się coraz grubszy, filary w świątynnej bibliotece są pełne książek, niemal pękają w szwach, a jeszcze drugie tyle trzeba by tam wcisnąć. Nie ma miejsca, żeby to wszystko pomieścić. Jak długo trwa zbudowanie nowej kolumny magazynowej, co? Kamieniarz pracuje nad nią już od miesięcy, od miesięcy. – Rozejrzał się. – Nie widziałeś go przypadkiem? Kamieniarza?
– Nie, wasza wielebność.
– Tak myślałem. Sądzę, że umarł. Albo poszedł i rzucił się w przepaść. – Prezbiter westchnął. – Głupcy wciąż to robią, wiesz? Ledwo posmakują ciężkiej pracy, a już znikają, skaczą, prześlizgują się między łańcuchami jak poganie. Jakby Ulcis zechciał przyjąć niepobłogosławione ciała! – Potarł oczy. – Nie wiem, Dill. Nie wiem, jak to się wszystko skończy.
Dillowi wydawało się, że prezbiter Sypes z każdym rokiem starzeje się o dziesięć lat. Palce u rąk miał kościste, poplamione atramentem, zgięte niczym szpony, jakby wciąż ściskał kołdrę. Ale on się nie poddawał, wciąż gromadził i porządkował miejskie archiwalia, wypełniał kolumny w swojej bibliotece książkami, których nikt nigdy nie przeczyta.
Aż w końcu ta praca go zabije.
Starzec ruszył przez celę, szurając nogami, zgarbiony.
– Klnę się na Boga, że jeśli zobaczę go na dole, jak spiskuje ze zmarłymi, skręcę mu kark – zapowiedział groźnie. – Nie pozwolę na żadne knowania w mojej świątyni. Ani pod nią. O, nie! Nie będę tolerował ich nonsensów.
Dill pospieszył do drzwi.
– Ktoś musi mieć na nich oko. – Prezbiter dźgnął laską w podłogę. – Musi zadbać, żeby czegoś nie uknuli. Ten przeklęty wiatr, przysięgam, to oni. Posłuchaj. Martwi jęczą bardziej niż żywi. Są niespokojni, zawsze niespokojni przed ceremonią. – Zatrzymał się na podeście. Wyraz jego twarzy złagodniał. – Nie denerwujesz się, Dill?
– Nie, wasza wielebność.
– Dobry chłopak. – Prezbiter Sypes uścisnął ramię Dilla. – Jeśli chodzi o jutro... – Był wyraźnie skrępowany. – Przed dzwonem żałobników przyjdzie po ciebie nadzorca. Po ceremonii rozpoczniesz szkolenie.
Dill spodziewał się tego. John Reed Burrsong, ogólnie szanowany żołnierz i uczony, był nadzorcą ojca i jego starszego brata, stryja Sewendera. Szkolił świątynnych archontów od ponad pół wieku. Dill miał osiem albo dziewięć lat, kiedy ostatni raz go widział. Burrsong wyglądał wtedy tak, jakby miał ponad setkę, ale był twardy jak stara zbroja i radził sobie z wielkim żelaznym mieczem lepiej niż mężczyźni o połowę od niego młodsi.
– Właśnie – dodał prezbiter. – Twój miecz. Powinieneś umieć nim władać, prawda? Nie mówiąc o innych rzeczach: truciznach, dyplomacji, dobrych obyczajach. – Umilkł, jakby czekał na potwierdzenie.
– Tak, wasza wielebność.
– Nadzorca potrafi ci wyjaśnić to wszystko lepiej niż ja. Będzie tutaj rano. Masz go słuchać. Ładne stworzenie, jeśli pominąć zabiedzony wygląd. Nie masz nic przeciwko temu, prawda?
Dill ukrył zaskoczenie. Najwyraźniej prezbiterowi coś się pomieszało. Johna Reeda Burrsonga w żadnym razie nie można było określić jako ładne stworzenie.
– Nie, wasza wielebność.
Starzec się ożywił.
– Cieszę się, że odbyliśmy tę pogawędkę. – Odwrócił się pospiesznie. – Powodzenia. Do jutra.
Kamienne schody biegły spiralą w ciemność. Na dole wiatr wpadał ze świstem przez wybite okna i otwory strzelnicze.
– Mam odprowadzić waszą wielebność? – spytał niepewnym tonem Dill, rozdarty między poczuciem obowiązku a strachem przed zejściem w ten przerażający mrok. Zrobił krok w stronę najwyższego stopnia. Prezbiter Sypes mógł się pośliznąć, zranić w ciemności. Czyżby tam w dole zgasły wszystkie pochodnie?
Stary kapłan przyglądał mu się przez chwilę, a następnie położył dłoń na szorstkim murze i zszedł jeden stopień.
– Nie ma potrzeby, nie ma potrzeby – powiedział. – Wracaj do ognia, chłopcze. To tylko dziewięćset jedenaście stopni do pokonania.
Anioł nadal się wahał. Z tobołka, który cały czas do siebie przyciskał, wypadł but. Schylając się po niego, Dill upuścił resztę ubrań; tak bardzo trzęsły mu się ręce.
– Dziewięćset dziewięć. – Prezbiter posłał mu wymuszony uśmiech i machnął laską. – Dziewięćset osiem!
Młody anioł zgarnął rozrzucone rzeczy i wrócił do swojej celi. Po raz ostatni sprawdził okno i zasuwy, a upewniwszy się, że jest bezpieczny, przez chwilę zastanawiał się, czy nie zapalić więcej świec. Dopiero co zapadła noc, a w celi hulały przeciągi. Skoro martwi byli dzisiaj niespokojni, część świec mogła zgasnąć.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-06-04 (1483 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej