Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Gwiazdy są także ogniem
 
Katalog - dodano
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 Ale z naszymi umarłymi
- Jacek Dehnel
 Jednookie walety
- antologia
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Zrodzony, by służyć - Kinga Bochenek

Joene hana


J o e n e h a n a
1

Step był wyjątkowo cichy tego dnia. Błękitne niebo, szumiąca trawa, lekki wiatr. Ten wiatr już od świtu czesał delikatnie brązowe kosmyki, które - zbyt krótkie, by spiąć je razem z innymi – poddawały się podmuchom i co jakiś czas niesfornie opadały na oczy. Dziewczyna wstrzymała konia i zerknęła w górę, nie przejmując się kosmykami. Zobaczyła leniwy biały obłok i znacznie mniejszy, samotny kształt na jego tle. Ptak oddalił się, by po chwili przybliżyć, a potem znуw oddalić. Orzeł. Chyba. Przy takiej odległości trudno było ocenić, mogłoby to być cokolwiek – myszołów, krogulec czy raróg. Nie sposób poznać.
Na powrót skierowała oczy na ziemię. Daleko z przodu, nieznacznie po prawej stronie rysowała się ciemna smuga drzew. Pewnie strumień przecinał równinę, skupiając wokół siebie co bardziej wymagającą roślinność. Oglądnąwszy potok i oszacowawszy odległość, dziewczyna zerknęła ku wschodowi, na lewo. Słońce zaświeciło jej w twarz, podniosła więc rękę i osłoniła oczy przed światłem – jesiennym, osłabionym, ale wciąż jaskrawym. Z tej strony rozpościerały się już tylko nieskończone połacie traw. Nie zamierzała tam się zapuszczać. To dziki kraj. Skracała sobie jedynie drogę, w miejscu, gdzie stepy szerokim klinem wcinały się w las, rozpychając drzewa na boki. Zaledwie zahaczała o kraniec tego świata. Wzrok jej jednak co i rusz umykał właśnie gdzieś ku tym stepom, tym pożółkłym, bezkresnym, szeleszczącym oceanom. Także teraz, siedziała nieruchomo w siodle i patrzyła dłuższą chwilę; urzeczona. Cisza i spokój.
Poczuła mocniejszy podmuch na twarzy i uśmiechnęła się – do krążącego w górze ptaka i do łagodnego szumu, który uspokajał, muskał czule zmysły. Wprost miało się ochotę zzuć buty i zanurzyć stopy w tym szumie. Wystawić skórę na szeleszczące pieszczoty. Pozwolić się głaskać. Każdy, kto choć raz był w stepach, wiedział, że pośród tych łagodnych i miękkich liści kryły się inne, gotowe pociąć, poranić do krwi. Co z tego. Złudzenie było doskonałe. Step usypiał, koił, kusił. Łasił się do serca. Gdzieś zakwiliła nieśmiało kuropatwa. Odpowiedziały jej inne. Źdźbła zafalowały mocniej.
Ścisnęła konia udami, zmuszając go też od razu do skrętu w prawo. Za nią z głośnymi okrzykami wyłaniały się z traw kolejne ,,kuropatwy”.
— Pędź, kochany — szepnęła, a może tylko przemknęło jej to przez myśl.
— Ajja!
Skuliła się w siodle. Step umykał teraz spod kopyt galopem.
Ste-te-tep. Ste-te-tep. Ste-te-tep.
Przy uszach świszczał wiatr, ale odgłosy pogoni nie chciały umilknąć. Dziewczyna przylgnęła do końskiej szyi i przeszła w cwał. W uszach zatętniła krew. Pas drzew się przybliżał. Dało się już rozróżnić pojedyncze olchy. Jednak za uciekającą wciąż mknęły ostre zawołania i dudnienie kopyt. Zmuszane wcześniej do leżenia konie rwały się teraz do biegu, a nikt ich nie powstrzymywał.
Ste-tep, ste-tep, ste-tep.
— Ijja!
Ponownie ponagliła konia, choć bez większych nadziei – i tak już dawał z siebie wszystko. Jeszcze rano nie wiedziała, że jej wierzchowiec umie pędzić tak szybko. Kochane zwierzę.
— ...jja!
Nie traciła czasu na liczenie jeźdźców. Nie oglądała się, by sprawdzić, kim byli. Może kiedyś się dowie, może nie. Teraz nie miało to znaczenia. Ukazali się późno, pozwolili się minąć. Czekali cierpliwie, jak się zatrzymała i rozglądała na boki. Ujawnili się, gdy chwyciła za cugle, by ruszyć w dalszą drogę. Bawili się. Dali jej szansę.
A może tylko złudzenia.
Gnała jednak naprzód, kuląc się w siodle i próbując nie myśleć o niczym. Byle dalej. Byle szybciej.
— Pędź, kochany, pędź.
Zostawiała za sobą kolejne fragmenty stepu, pchana naprzód nadzieją, wspomnieniem zasłyszanego przypadkiem zdania. Gdzieś w pobliżu powinien bawić silny zagon pograniczników – jeśli uda się naprowadzić na nich pogoń, to miała szansę. Realną szansę. Jeśli koń wytrzyma.
Odgłosy pościgu nie milkły. Odważyła się rzucić krótkie spojrzenie do tyłu. Zdołali skrócić dystans. Jej kasztanek wciąż biegł cwałem, ale widać było, że słabł. Za chwilę zwolni, a potem całkiem się zatrzyma, dysząc i tocząc pianę z pyska. Dziewczyna zacisnęła powieki. Siedmiu. Zwolniła nieznacznie i sięgnęła po łuk.
Pierwsza strzała przefrunęła jednemu tuż koło policzka, ale nawet go nie drasnęło. Uśmiechnął się szpetnie i krzyknął głośniej. Zawtórowali mu inni. Podobnie powitali drugi strzał. Spodobało się im. Niezniechęcona, naciągnęła łuk ponownie.
I wtedy koń się potknął.
Jakiś niczego nieświadomy kret zbudował sobie kopiec w miejscu, gdzie końskie kopyto miało musnąć gruntu. Przypłacił to życiem. Kopyto zapadło się w miękką, rozkopaną ziemię, koń zgubił rytm. Strzała pomknęła w powietrze, niewycelowana. Dziewczyna przeleciała przez końską szyję, przekoziołkowała dwa razy w powietrzu i uderzyła ciałem o ziemię. W ostatnim momencie wypuściła z rąk łuk, by go nie połamać. Potoczyła się po trawie. Gdy podrywała się na nogi, jeźdźcy już ją otaczali. Za ich plecami z cichym świstem upadła strzała z zielono-żółtymi lotkami, nie robiąc nikomu krzywdy.
To byli Keczeńcy. Baranie czapy, kolorowo malowane tarcze, czerwone rzędy końskie. Jadący na przedzie ściągnął wodze i zaczął objeżdżać dziewczynę dookoła. Pozostali zatrzymali się w odległości pięciu, może sześciu kroków, zamknęli pierścień. Nie krzyczeli już, ale słychać było przyspieszone oddechy. Konie prychały niecierpliwie, nerwowo uderzając w ziemię kopytami i żywo potrząsając łbami. Srebrne zdobienia uzd błyszczały w słońcu. Tak jak błyszczały ciemne oczy jeźdźców.
Dowódca uśmiechnął się, ale to był wilczy uśmiech, nie ludzki. Uniósł prawą rękę, a z jego gardła wydostał się krótki, donośny okrzyk:
— Hana!
Spiął wierzchowca i ruszył wprost na dziewczynę. Uskoczyła. Usłyszała śmiech. Poczuła silny ucisk wokół talii, pofrunęła w górę i wylądowała w siodle.
Jakby na to czekali. Głośne okrzyki ponownie rozdarły ciszę stepu, konie zatańczyły. Krąg prysnął. Chwilę jeszcze kręcili się w miejscu, powstrzymując rozentuzjazmowane wierzchowce. Ktoś gibnął się w siodle, by podnieść z ziemi jej łuk. Ktoś inny chwycił za wodze kasztanka.
Gdy zaraz potem przechodzili w galop, wiozący dziewczynę Keczeniec puścił cugle. Próbowała się osłonić, odepchnąć niechcianą dłoń, jednak pewną ręką sięgnął jej za pas i wyciągnął nóż. Nie oglądał. Z wesołym okrzykiem wyrzucił w górę. Ktoś z tyłu wrzasnął tryumfalnie. Po krótkim szarpaniu się z pasami Keczeniec pozbawił dziewczynę korda. I tę broń ktoś pochwycił w locie.
I znów pędzili przez step. Wolni, szczęśliwi. Znowu ziemia umykała spod kopyt, a trawa głaskała końskie brzuchy. Ale teraz gonili się już tylko z wiatrem.
Koń niósł lekko. Swego pana i wystraszoną dziewczynę, która z trudem znalazła miejsce dla siebie pomiędzy łękiem siodła a siędzącym z tyłu mężczyzną. Utrzymanie się w siodle nie zaprzątało jej głowy – nie spadłaby nawet, gdyby chciała. Żadna ręka nie krążyła już wokół niej. Pozostał tylko gorący oddech na karku i wilczy uśmiech, którego się domyślała. I duszący zapach męskiego potu. Za nimi kluczem podążała reszta oddziału.
Gnali w jakimś szaleńczym pędzie. Z okrzykami na ustach, dusząc się wiatrem. Głosy umilkły z czasem, ale galop trwał. W końcu jednak zwolnili nieco, potem jeszcze trochę, i do obozu wjechali kłusem. Trawa tu była wyraźnie niższa, sięgała koniom ledwie ponad pęciny, miejscami wydeptana. Dzień się kończył powoli.
Na widok nadjeżdżających, trzech wojowników podniosło się z ziemi, gdzie siedzieli przy ogniskach. Wdali się w krótką wymianę zdań z dowódcą. Ukradkiem zerkali na dziewczynę. Z trudem zignorowała. Rzuciła kilka spojrzeń na boki: jeden namiot, żadnych kobiet i dzieci. To był wojskowy obóz, nie wioska. Padło kilka krótkich rozkazów. Została zrzucona z siodła, gdy starała się oszacować liczebność oddziału. Zaprowadzono ją do namiotu i zostawiono samą.
Gdy tylko opadła wejściowa płachta, dziewczyna doskoczyła do wejścia i przystanęła nasłuchując. Znajdowała się w ciszy, zamknięta pod płócienną kopułą, jedynie z rytmem własnego, głośno bijącego serca. Z drugiego planu, z tła, dochodziły stłumione odgłosy obozowej krzątaniny. Cichy, półmroczny namiot i tętniąca życiem przestrzeń na zewnątrz. I donośne bicie własnego serca: raz-dwa, raz-dwa, raz-dwa...
Wciąż żyła, ale nie była pewna, czy nie wolałaby, aby ją zastrzelili tam od razu: w Miejscu Gdzie Koń Się Potknął.
Słońce znikało już między trawami, schowany z dziewczyną w namiocie cień gęstniał powoli. Raz-dwa, raz-dwa, raz-dwa...
Umilkły końskie stąpnięcia i prychania. Ucichły okrzyki i dźwięczne uderzenia metalu o metal. Zasiadali pewnie wokół ognisk.
Słysząc kroki gdzieś blisko, odskoczyła w tył.
Płachta namiotu uchyliła się i w wejściu stanął ten, który wiózł ją przed sobą. Bez zbroi już i bez hełmu. Resztki słonecznych promieni otoczyły jego głowę i schowały twarz w cieniu. U Keczeńców namiot wodza zawsze zwrócony był wejściem na zachód; nikt nie wiedział dlaczego. Miał prawie czarne włosy. Uśmiechnął się i wszedł. Płachta opadła, odcinając światło i na powrót pogrążając wnętrze w półmroku.
Razdwa-razdwa-razdwa...
Podszedł. Spięła ciało do granic możliwości. Keczeniec z wilczym uśmiechem na ustach zaczął obchodzić ją naokoło. Jak poprzednio, tyle że teraz nie był już konno i nie otaczał go pierścień pozostałych wojowników. Wysoki był jak na nomadę. Sama niska nie była, a przewyższał ją o dobre pół głowy. Zamknęła oczy. W napięciu czekała na kolejne kroki Keczeńca. Przystanął z boku i ujął w palce kosmyk jej włosów.
— Joene ve — powiedział.
Poczuła gorący oddech, potem palce na policzku, na szyi. Miała jeszcze jeden nóż, schowany. I świadomość, że będzie go mogła użyć tylko raz.
Razdwarazdwarazdwa...
Ujął ją pod brodę i odwrócił ku sobie. Poczuła obrzydliwy pocałunek. Bezwiednie odnalazła dłonią rękojeść sztyletu. Musiał coś wyczuć, może to brak oporu go zaalarmował, bo szarpnął nagle ciałem i ostrze nie sięgnęło brzucha, a zjechało po biodrze. Nie czekała. Rzuciła się ku wyjściu. Za nią wydostał się z namiotu donośny, stanowczy okrzyk.
Widziała już konie przed sobą. Ktoś złapał za ramię, ktoś szarpnął za włosy. Upadła. Brutalnie wydarto jej z dłoni nóż. Postawiono na nogi. Z wykręconą ręką, z mocno odchyloną do tyłu głową zaprowadzono na powrót do namiotu. Ciemnowłosy stał pośrodku, zajęty ścieraniem krwi z rozciętego biodra. Spojrzał na przybyłych. Jego oczy zwęziły się wściekle, a z gardła dobył się suchy, groźny głos:
— Revde se’a.
Trzymające ją ręce zniknęły, a zostali w namiocie sami, zanim zdążyła rozluźnić plecy. Ciemnowłosy zaszczycił dziewczynę krótkim spojrzeniem. Przełknęła ślinę. Wiedziała, że to się tak nie skończy. A noża już nie miała.
Keczeniec po raz kolejny starł z biodra krew, która wciąż się sączyła, choć nacięcie nie było głębokie. Oblizał palce. Potem schylił się, a gdy się podnosił, trzymał w dłoniach kawałek sznura. Zmrużył oczy.
— Are maa, herete — powiedział.
Zrozumiała tylko jedno słowo: wilczyco.
Związał mocno. Obszukał też dziewczynę starannie, ale nie miała już przy sobie żadnej broni. Potem, gdy siedziała ze skrępowanymi kostkami i dłońmi, ujął ją pod brodę i pocałował. Zdołała się wyrwać właściwie dopiero, gdy jej na to pozwolił. Zostawił w kącie i rzucił się na posłanie. Przez całą noc słyszała miarowy oddech. Nie powiodła się próba zabrania mu noża. Innej użytecznej broni nie znalazła.
Rano miała okazję rozejrzeć się uważniej po obozie. Rozwiązano ją tuż po świcie, kiedy to wbrew nomadzkim zwyczajom dostała posiłek. Może sobie ktoś przypomniał, że nic nie jadła wieczorem. Zaraz po śniadaniu wyszła z namiotu. Nikt jej nie bronił, ale kilka spojrzeń powędrowało w jej stronę, nie pozostawiając wątpliwości – niepostrzeżenie to ona nic tu nie zrobi.
Obóz ulokowany był nad potokiem. Może nawet nad tym samym, który dostrzegła dnia poprzedniego. Skupione nad wodą olszyny dostarczyły opału i pozwoliły uwiązać konie. Namiot rzeczywiście był jeden. Pas haftowanych pnączy dzikiego wina zdradzał kobiecą rękę i obce pochodzenie. Keczeńcy nie robili swych namiotów z płótna i ich nie ozdabiali. Jakie to koleje losu sprowadziły tutaj ten kawałek gęsto tkanego lnu? Przed wejściem tkwiło wbite w ziemię drzewce z dumnie powiewającym na wietrze proporcem. Przez moment przyglądała się wymalowanemu rysunkowi: złocisty jastrząb.
Ludzi było czterdziestu siedmiu, kręcili się teraz po obozie w te i we wte. Niejeden zamiast czapy miał hełm, a na wojłokowym kaftanie zbroję. Dostrzegła kilka kolczug. Majętne plemię. Chwilę spędziła przy koniach, podziwiała sprytnie wplecione w ogłowia, srebrne rozetki. Sporo było jucznych zwierząt. Pośród typowych, drobnych i krępych, nomadzkich wierzchowców, znajdowało się niemało roślejszych, wyraźnie pasionych na lepszej strawie niż półsuche stepowe trawy. Gdy tak chodziła bez celu, Keczeńcy zakładali im właśnie na grzbiety brzuchate pakunki. Nieźle się obłowili. Nie mieli za to jeńców – albo już sprzedali, albo to nie po ludzi przybyli tym razem. Nie wieźli żadnych ciał. Wyjątkowo udany wypad. To tłumaczyło ich szczenięcą radość, zabawę, jaką urządzili sobie z polowaniem na samotną dziewczynę, wesołe nastroje. To wreszcie wyjaśniało pobłażliwość, jaką jej okazywano.
Chodziła i patrzyła, a obóz znikał powoli. W końcu ukazał się Ciemnowłosy i padły rozkazy. Dosiedli koni. Zostawili za sobą ledwie trochę zdeptanej trawy, która i tak za niedługo w większości się podniesie. Nigdy nikogo tu nie było. Nigdy nie stał tu żaden namiot, nigdy obraz złotego jastrzębia nie powiewał na wietrze. Nietknięty, dziewiczy step.
Nie pozwolono dziewczynie jechać na własnym koniu. Ciemnowłosy wziął ją przed siebie na siodło, okazując jeszcze mniej zainteresowania niż poprzednio. Nie musiała biec na arkanie za koniem. Zapłaciła za to bliskością obcego ciała i duszącym oddechem na karku. Cieszyła się, że nikt jej nie pytał o zdanie. Nie umiałaby wybrać.
Jeszcze zanim wyruszyła główna kolumna, kilku jeźdźców odłączyło się od grupy. Zwiadowcy. Wczoraj któraś taka grupa zwiadowcza wypatrzyła na stepie samotnego jeźdźca. Wieźli ją teraz na wschód. Na wschód, na wschód, na wschód. Tam gdzie tylko niebo i trawa, i step, i step, i step.
Jeden dzień jazdy dzielił ich od granicy, za którą raczej nikt nie ośmieli się ścigać koczowników. Z coraz silniejszym skurczem serca dziewczyna patrzyła pod nogi, na niknące za nimi kolejne połacie stepu.
Do granicznej rzeki dotarli bez przeszkód. Nikogo nie spotkali po drodze, nikt też nie czaił się przy brodzie. Przeprawili się szybko i sprawnie. Ujechali jednak jeszcze spory kawałek, zanim Ciemnowłosy zezwolił na postój. Czarna noc zalegała nad światem, gdy rozpalali ogniska. Dziewczynę zaprowadzono do namiotu, ale tym razem dostała posiłek, jak inni. Przez cienką płachtę widziała delikatne poblaski płonących ogni. Czekała, próbując uspokoić kołatające serce. Nie miała już noża.
Odgłosy z zewnątrz ujednoliciły się. Stopniowo cichła krzątanina. Coraz rzadziej ktoś przechodził obok namiotu, coraz mniej brzękliwych odgłosów się rozlegało. Obóz powoli układał się do snu. Pozostał szum wiatru, szelest traw i stłumione ludzkie głosy, zlepki obcych słów, dochodzące od najbliższego ogniska.
Prawie przez całą noc słyszała te głosy i śmiechy. Raz śpiew. Ktoś zaczął nucić, a z każdym jego słowem milkły rozmowy, a nowe głosy dołączały się do tego pierwszego, aż jedna smętna pieśń powędrowała w świat. Śpiewali, kiwając się do rytmu, upojeni wódką, wiatrem, nocą. Śpiewali o stepie, o wietrze, o wolności.
Związał mocno. Nie udało jej się wyswobodzić.
Kolejny dzień niczym nie różnił się od poprzedniego. Tak jak nikt z nowoprzybyłych w te strony nie umiał odróżnić jednego obszaru stepu od innych. Step to step, dzień to dzień. Jedynie straży mniej wyjechało naprzód, szyk się trochę rozluźnił, głosy ożywiły. Gdy wieczorem zasiedli przy ognisku, znów wódka zaczęła krążyć wokół. Rozmowy się potoczyły niedbale. Słyszała głosy, powoli zaczynała rozpoznawać pojedyncze słowa. Za mało jednak tego było, by zrozumieć.
Może los zwyczajnie chciał oszczędzić jej rozkołatane serce.
Zasiedli w kręgu. Nie wszyscy – ci, którym wolno było siedzieć przy tym samym ogniu co wodzowi; ci, którzy się odznaczyli; ci, do których szczęście uśmiechnęło się szerzej niż do innych. Pili przekazując sobie czarkę z rąk do rąk. Gawędzili o ostatniej wyprawie. O łupach.
— Dałbyś nam ją, Szorkaan — powiedział Ansaakr.
Ledwie te słowa przebrzmiały, a jakiś mróz przetoczył się wokół, nawet płomienie ogniska wydały się nagle emanować chłodem. Ansaakr z uśmiechem oddał naczynie następnemu w kolejce. Niejeden pomyślał, że to ta wódka właśnie zamroczyła mu umysł na chwilę. Szorkaan zmrużył oczy. Potoczył spojrzeniem po zebranych.
— Który — odezwał się powoli. Fala mrozu dopiero teraz dotarła do Ansaakra i zadrżał. — Który jeszcze jej chce?
Pospuszczali oczy, zapatrzyli się nagle w ognisko, w płonące gałęzie, w rosnące wokół, przydeptane już nieco trawy. Choć jeszcze przed chwilą niejeden rozmyślał o brązowookiej dziewczynie, która była w pobliżu. O dziewczynie o gibkim ciele i bujnych włosach, zgrabnych ramionach i delikatnej, jasnej cerze. Teraz myśleli o popiołach ogniska.
Szorkaan zakończył lustrację na Ansaakrze. Chwilę poświęcił, by zajrzeć mu w oczy. Gdy zobaczył narastający powoli strach, zerwał się z ziemi i będąc już obok, chwycił za twarz. Palce nie sięgnęły oczu, ale paznokcie boleśnie wbiły się w policzki.
— Posłuchaj, Ansaakr — wysyczał przez zęby — wszystkie twoje kobiety są moje, gdybym tylko chciał, ale spróbuj choć spojrzeć pożądliwie na którąś moją.
Zagłębił paznokcie mocniej. Zanim jednak przebiły skórę, silnie odepchnął Ansaakra, kierując jego głowę w ognisko. Pchnięty szarpnął ciałem, potoczył się po trawie. Ogień nie zdążył musnąć skóry, ale włosy osmalił. Nikt nie śmiał podnieść oczu. Szorkaan wstał i chwilę jego postać górowała nad siedzącymi, potem bez słowa oddalił się w stronę namiotu.
Gdy tylko cień padł na wejście, dziewczyna zaprzestała mocowania się ze sznurami i znieruchomiała w kącie, starając się nie zwracać na siebie uwagi. Nie pili tego wieczoru tak długo, jak poprzednio. Ciemnowłosy usiadł na posłaniu, ściągnął buty i wkrótce zasnął.
Następny dzień. Kolejny dzień podróży na wschód. Udało jej się nakarmić konie ziołami, ale tylko dwa. Musieli wprawdzie przepakowywać juki, ale niewiele to opóźniło podróż. Już bardziej pomogła tu burza, jaka popołudniem rozpętała się nad stepem.
Pociemniało, a horyzont zasnuł się fioletem, budząc niepokój tak w zwierzętach, jak i ludziach. Wiatr ustał, powietrze znieruchomiało. Przerażająca była taka cisza – tam, gdzie zawsze coś szemrało, gdzie lekki choć powiew niezmiennie głaskał skórę. Na rozkaz zmienili kierunek, odbijając nieco na południe. Gdy widzieli już zarośla przed sobą, uderzyła wichura, jakby ktoś próbował zepchnąć jeźdźców z wytyczonego szlaku. Gdy wjeżdżali między drzewa, lunęło.
W szarpanych błyskami ciemnościach biegali, krzyczeli i pętali konie. Głuchli od grzmotów. Machali rękami, by się porozumieć. Wpadali na siebie bądź na spłoszone zwierzęta, nie widząc i nie słysząc. Zrobiła pierwszy, ostrożny krok w tył, ale ktoś złapał ją za rekę, pociągnął za sobą. Wepchnął w krąg, który zaczął się formować i rósł powoli, gdy coraz to więcej spośród Keczeńców zdołało opanować powierzone sobie konie i mogli zająć się sobą. Siedziała jak inni, otoczona ściskiem obcych ciał, skulona. Próbowała choć częściowo osłonić się przed deszczem. Daremnie. Potoki wody spływały po karku i plecach, opływały szyję, sięgały piersi, płynęły po brzuchu, po udach spływały do łona, po czym sięgały gruntu i pozwalały wchłonąć się ziemi.
Tak minęło popołudnie. Noc przyszła pochmurna i mroczna. Nie rozbijali obozu. Przeczekali do rana skuleni i zmarznięci, grzejąc się wzajem i marząc o słońcu. Ale dzień wstał pochmurny.
Całe dopołudnie spędzili na łapaniu koni, które pomimo pęt się rozbiegły; szacowaniu strat; rozkładaniu przemoczonych koców i tego wszystkiego, co trzeba było przynajmniej podsuszyć przed dalszą drogą. W efekcie spędzili noc w tym samym miejscu, w którym chowali się przed burzą. Nieznacznie tylko odsunęli się od brzegu strumenia, bo wezbrał i rozlał się dookoła, przytapiając część karłowatych brzóz i olch.
Wyruszyli tuż po świcie, wciąż sarkając na pogodę. Dopiero koło południa wiatr przegonił chmury i wczesnym wieczorem Szorkaan zarządził postój. Rozbili obóz. Wystawiali na słońce wszystko, co nie zdążyło jeszcze przeschnąć, wciąż utyskując, bo choć słońce już świeciło, to było chłodno.
Udało się dziewczynie wrzucić kilka liści do jednego z bukłaków.
Nie rozpalali ognisk i tym razem, bo i tym razem nie było z czego. Dość szybko Ciemnowłosy przyszedł do namiotu, jeszcze słońce nie zdążyło dotknąć ziemi. Zrzucił mokrą kurtkę, cisnął w kąt. Zimna kropla słynęła po plecach wywołując dreszcz. Otrząsnął się. Potem spojrzał na skuloną w kącie dziewczynę. W cieniu namiotu jej postać zaznaczała się jedynie ciemniejszym konturem, z jasną plamą twarzy, naznaczoną parą szeroko otwartych oczu. Obserwowała go odkąd wszedł. Nie miała już noża. Nie miała jak się obronić przed tym stojącym tam w kącie mężczyzną. Przed wilczym spojrzeniem ciemnych oczu. Przed ukrytą w żylastym ciele siłą.
Wstała z ziemi natychmiast, gdy zrobił pierwszy krok. Na zewnątrz obóz rozbrzmiewał wieczorną krzątaniną. Tu jednak pod płócienną płachtą było cicho. Słyszało się każdy szelest, każdy oddech i szmer, odgłosy ocierających o siebie tkanin. Gdzieś poza namiotem rozmawiano.
— Joene hana — szepnął Ciemnowłosy, sięgając ręką jej twarzy. Odchyliła głowę, unikając dotknięcia.
— Ve hana — wymruczał.
Następnych już nie uniknęła.
— Nie — krzyknęła niegłośno.
Próba oswobodzenia rąk zostawiła silny ból w nadgarstkach. Na zewnątrz wzbiło się ponad inne kilka głośniejszych zdań. Przyspieszony oddech Keczeńca zaświszczał tuż przy uchu.
— Nie! — Raczej to skarga była niż okrzyk.
Nie mogąc odepchnąć niechcianej dłoni, próbowała przynajmniej odwrócić twarz. Tymczasem głosy w obozie nie milkły. Grupa żywo dyskutujących ludzi zbliżała się do namiotu.
Szorkaan rzucił wściekłe spojrzenie w stronę, gdzie zachodziło właśnie słońce, rzucając na płachtę namiotu niewyraźne ludzkie cienie.
— Szevde — powiedział i puścił dziewczynę. Zerwała się, odsunęła i poprawiła bluzkę. Ale Szorkaan już nawet na nią nie patrzył. Nie tając wściekłości i irytacji, wyszedł z namiotu.
Na zewnątrz stało ze dwudziestu wojowników. Jeszcze przed chwilą gniewnie wymachiwali rękami, starali się przekrzyczeć pozostałych, wyprzedzić w pochodzie. Teraz, na widok wodza, cichli, spuszczali głowy, dyskretnie wysuwali się z pierwszego szeregu. Ale nie odchodzili. Zwabieni hałasem pojawiali się inni, czekając, co się wydarzy.
W końcu Nimhead pojął, że to on musi się odezwać, jeśli ktokolwiek ma to zrobić.
— Szorkaan — powiedział suchym głosem, pochylając głowę z szacunkiem — nikt z nas twoich praw nie kwestionuje, ale pozbądź się jej.
Ciemnowłosy zmrużył oczy i odsłonił nieznacznie kły, nic jednak nie powiedział.
— To wiedźma — odważył się odezwać ktoś inny.
Szorkaan ponownie nic nie powiedział, ani się nie poruszył. Także inni zebrali się na odwagę.
— Odkąd ją wziąłeś, źle jest.
Milczał.
— Konie chorują!

— Burza nam drogę opóźnia, choć już na własnej ziemi jesteśmy! Czekał.
— Szartah krwią zaczął wymiotować! A to on ją pierwszy wypatrzył na stepie!
Szorkaan stłamsił wściekłość. Uniósł nieznacznie głowę. Zapadła cisza.
— Tchórzliwe szakale — odezwał się — nie Szartah ją wypatrzył, a ja. Czantar i Gharteen cieszyć się powinni, że z łupem a nie tylko z własnym siodłem pod sobą nie wracają, po tym jak koni nie upilnowali, by szaleju nie jadły. A burza to nie pierwsza na stepie, jaką widzę.
— Już pierwszego dnia Czartaan nożem się pociął...
— Może w namiocie dzieci karmić powinien, a nie za łupem chodzić!
— To był jej nóż!
Już nie patrzyli w ziemię. Dwadzieścia kilka par ciemnych, groźnych oczu wpatrywało się w wodza. W wodza, który może i wczoraj poprowadził ich ku zwycięstwu, zapewnił łupy i krew, ale teraz narażał ich zdobycz i życie dla wiedźmy.
— Przynieś. Przynieś ten nóż — powiedział Szorkaan sucho, nie zwracając się do nikogo w szczególności.
Cofnął się do namiotu i wywlekł stamtąd dziewczynę. Pchnął lekko, by zaraz potem przyciągnąć do siebie. Zatoczyła ciałem niewielki łuk. Poczekał, aż podano mu rzeczony nóż.
Keczeńcy stali półkolem spoglądając to na wodza i jego groźne, dumne oczy, to na brankę – drobną, wystraszoną, ze spuszczonymi oczami, które tylko na chwilę uniosła. Rozległ się kolejny jęk Szartaha.
Szorkaan przytrzymał dłoń dziewczyny i szarpnął rękawem odsłanając przedramię. Pociągnął wilczym spojrzeniem po grupie. Przełknęła ślinę. Z bijącym sercem patrzyła na błyszczące w słońcu pomarańczowo ostrze.
— Nu — szepnął ktoś nerwowo i cofnął się pół kroku.
Szorkaan w odpowiedzi wyszczerzył zęby i szybkim ruchem pociągnął nożem wdłuż jej ręki. Nacięcie wypełniło się krwią. Nic więcej. Czerwona, lepka strużka spłynęła po białej skórze i dużymi kroplami zaczęła kapać w trawę. Szorkaan omiótł tryumfalnym spojrzeniem swoich ludzi.
— Nicza? — odezwał się i drugi raz przejechał żelazem po skórze. Syknęła cicho.
Nic się nie stało. Na niebie nie pojawiły się gromy, nie uderzył huragan, ostrze nie wbiło się zdradziecko w pierś Szorkaana. Dziewczyna zwyczajnie syknęła z bólu.
Pospuszczali głowy.
— Slyven — wysyczał im w twarz i rzucił niedbale nóż pod nogi. Potem odwrócił się i ciągnąc dziewczynę za sobą, schował w namiocie. Tam rzucił ją w kąt. Skuliła się i przycisnęła krwawiącą rękę do ust. Starannie zlizywała krew, aż ta nie przestała się sączyć na tyle, by można było założyć prymitywny opatrunek.
Szorkaan stał tymczasem pośrodku namiotu zapatrzony we własną dłoń. Na opuszku palca widniało lekkie nacięcie. Całkiem zaniedbywalne, normalnie pewnie by go w ogóle nie zauważył. Krwi pojawiło się tyle, by zabarwić rysę, ale już było jej za mało, by spłynąć. Patrzył na tę kreskę i milczał. Zaciął się. Zaciął się nożem. Tuż przed tym, jak ostrze dotknęło jej skóry.
Nie przyszło mu na myśl, że się zwyczajnie zawahał.
Dziewczyna kończyła zaciskać opatrunek.
— Kim jesteś? — spytał.
Płócienko wysunęło jej się spomiędzy zębów. Powoli uniosła zdumione oczy. Nawet nie próbowała ukrywać zaskoczenia.
— Kim jesteś? — powtórzył.
Nie odezwała się. Przełknęła tylko ślinę. Był Keczeńcem i mówił jej językiem. To się zdarzało, ale wśród uciekinierów, wśród prostych wojowników, nie wśród wojowników wyższych, gdzie bardzo pilnowano czystości krwi i matka tylko sporadycznie mówiła innym językiem niż ojciec. A on z pewnością był czystej krwi.
— Co robiłaś sama na stepie?
Milczała, patrząc mu w twarz, zadzierając mocno głowę. Stał blisko i jego postać górowała nad siedzącą całkowicie.
— Udajesz, że nie rozumiesz? — powiedział i wyszedł z namiotu. Wrócił z nahajką.
Przełknęła ślinę ponownie.
— Zmierzałam do Alimenthe, to była najkrótsza droga.
— Więc jednak mówisz. — Odrzucił bicz w kąt. Odprowadziła wzrokiem jego dłoń i wyrzucony rzemień. — Kim jesteś?
Jeszcze raz zadarła głowę do góry i spojrzała mu w twarz.
— A o co pytasz?
Stał nad nią, zapatrzony w brązowe, szeroko otwarte oczy. Dziwna sekwencja myśli przemknęła mu przez umysł, budząc nieuchwytny niepokój, który zniknął jednak zaraz, tak niezauważenie, jak niepostrzeżenie się pojawił. Schylił się po sznur. Syknęła, gdy szarpnął jej zranioną dopiero co rękę.
Obudził Szorkaana chłód i uczucie, że jest sam. Było tuż po brzasku, robiło się szarawo. Usiadł na posłaniu i przypadkiem zerknął w drugi koniec namiotu. Pusty. Zerwał się na nogi i po dwóch krokach stał w miejscu, gdzie nie było dziewczyny. Na wpół schowane w zdeptanej trawie leżały kawałki sznura. Schylił się po nie i chwilę oglądał. Były przegryzione. Przegryzła więzy. Przegryzła więzy i uciekła.
Stopniowo zaczął wzbierać w nim gniew, by w końcu wydostać się z gardła w postaci cichego, tłumionego warknięcia. Energicznym krokiem opuścił namiot.
— Chantar! Nimhead!
Budzeni ostrym tonem Keczeńcy zrywali się ze snu, otwierali oczy i biegli wypełnić rozkazy. Po krótkiej chwili cały obóz był na nogach. Ludzie biegali tam i z powrotem – nieuważnemu obserwatorowi mogłoby się wydać, że bezładnie.
Po dwóch chwilach zdano mu raport: brakowało dziewczyny, jej konia, łuku i noża. Nesza, który tej nocy pilnował zwierząt, leżał w trawie ogłuszony. Ocucili go. Twierdził, że noc była spokojna, dopóki nie poczuł silnego, tępego uderzenia w tył głowy. Nic wcześniej nie słyszał, nic nie widział. Kilka spojrzeń skierowało się w stronę Szorkaana. Nie zwrócił uwagi. Wściekle cisnął w trawę kawałki sznura. Bez słowa osiodłał konia. Spakował kilka najpotrzebniejszych rzeczy, na koniec wziął w ręce arkan.
— Aarszan, poprowadzisz — odezwał się ostro. Nie patrzył na tego, do kogo mówił, wzrok skierował na zachód, ku sinawej, dalekiej linii horyzontu. — Odprowadzisz oddział do wioski.
Zacisnął zęby.
— Ja ją przywiozę z powrotem. Przywlekę ją na powrozie — wysyczał.
Zaciśnięte na arkanie palce zbielały.


2

Niebo nad stepem wciąż było zasnute chmurami. Spieszyły po niebieskich szlakach, popychane wiatrem, który pilnował, by nie rozbiegały się na boki, i pędził je gdzieś na północny wschód, poza niedosięgły widnokrąg. Cienie tych igraszek wiernie wędrowały po ziemi, głaskając samotnego jeźdźca to chłodem, to słońcem.
Ślad wiódł na zachód. Doprowadził Szorkaana nad potok, w miejsce, gdzie obozowali poprzedniej nocy. Stracił sporo czasu, badając oba brzegi i szukając miejsca, gdzie dziewczyna opuściła łożysko strumienia, zanim przypadkiem nie znalazł śladów tam, gdzie się ich nie spodziewał.
— Liene — szepnął.
Lisica. Od tego miejsca pojechała ich własnym śladem. I choć ich liczne od jej pojedynczego oddzielały dzień i noc, nie było mu łatwo pilnować tropu – zwłaszcza po ostatniej burzy, która bezlitośnie zmłóciła trawę.
Zatrzymał się. Stanął w strzemionach i wciągnął w nozdrza wiatr. Poza zapachem traw i lekko wilgotnej ziemi powiew przyniósł mu słabą woń człowieka. Bardzo słabą. Może tego zapachu w powietrzu w ogóle nie było, tylko on wiedział po prostu, że tam, gdzieś wśród traw przed nim, ktoś jest.
Opuściła wydeptany szlak nagle, ale nie przeoczył tego miejsca. Po kilku chwilach ponownie przystanął i się zamyślił. Tam gdzie się skierowała nie było nic. Tylko bory. To była po prostu najkrótsza droga, by schować się w lasy... Spojrzał pod nogi – na odciśnięty w ziemi ślad kopyta, na złamane u podstawy źdźbła. Powiódł wzrokiem do kolejnego śladu, i kolejnego, aż zniknęły, ale przesuwał wzrokiem dalej, tam gdzie się spodziewał tych niewidocznych już następnych. I tak dotarł do horyzontu. Zapatrzył się. Powietrze od rana było dziwnie przejrzyste, dawało wrażenie jakiejś nieziemskiej aury, jakby niedawna burza wyzwoliła w tym żywiole ukrytą dotąd siłę, która teraz, bez okowów już, drżała i prężyła się. Póki czas, póki znów ziemia i trawy nie stłamszą.
Trop był już tylko jeden, i każdą zmianę kierunku mógł dostrzec szybko. Zaryzykował. Spiął konia silnie nogami i z melodyjnym okrzykiem zmusił do galopu. Do wieczora udało mu się skrócić dzielący ich dystans do jednego dnia. Nazajutrz znów się zbliżył. Nie dogonił jednak dziewczyny przed lasem. Zdołała się skryć.
Las miał swoje zalety – nie mogła już jechać tak szybko. Miał też wady – łatwiej jej było go zmylić. Ale instynkt łowcy nie zawodził Keczeńca. Bezbłędnie odnajdywał skryte w poszyciu odciski kopyt. Nadłamane gałązki. Raz niewielką, niebieską niteczkę, jaką jałowiec wysnuł z jej derki. Gdy znalazł schowane wśród roślinności, skąpe ślady ogniska, popiół był jeszcze wciąż ciepły. Uśmiechnął się drapieżnie.
Od kiedy wjechała między drzewa, wyraźnie zwolniła. Nie spieszyła się już. Las dawał poczucie bezpieczeństwa tym, co nie urodzili się w stepie. Na trzeci dzień skręciła na północ, kierując się już nie w niedostępne mateczniki, a skrajem stepów. Po raz kolejny Szorkaan się uśmiechnął, mrużąc przy tym oczy. Też się już nie spieszył. Niech się poczuje całkiem bezpieczna. Całkiem. Pomyślał o jastrzębiu, który spada jak grom z jasnego nieba na nic nie podejrzewającą ofiarę, i jeszcze raz się uśmiechnął. Był jastrzębiem. I był blisko.
— Sai nihi, joene hana.
Bardzo blisko, można by powiedzieć – na wyciągnięcie ręki. Nie wychodził jednak z ukrycia, schowany między drzewami obserwował. Ognisko było niewielkie i przemyślnie schowane. Łatwiej było wyczuć dym niż zobaczyć poblask płomienia. Poruszała się cicho. Gdyby nie była nad strumieniem, gdy akurat przyszedł, pewnie by usłyszała jego kroki, choć też ostrożnie stąpał. Stał za pniem z arkanem w ręce i przyglądał się. Wróciła znad potoku. Podeszła do swoich rzeczy i chwilę grzebała w sakwie, potem udała się ponownie nad wodę.
Do zachodu słońca patrzył, jak szczotkowała włosy.
Każdego wieczoru obserwował, jak ona coraz bardziej zarzuca środki ostrożności, i radował się w duchu. Niech się poczuje całkiem bezpieczna. Znowu skręciła trochę na zachód. Ale wciąż się nie spieszył. Patrzył, jak ona stąpa coraz mniej ostrożnie, jak rozpala ogniska w coraz bardziej widocznych miejscach i pozwala im czasem płonąć do późna w noc, kiedy to gorejący blask widoczny jest z daleka. Choć nie z tak daleka, jak na stepie. Las dawał poczucie bezpieczeństwa.
Coraz łatwiej było nomadzie zakraść się w pobliże jej obozu. I skwapliwie z tego korzystał, powtarzając sobie co wieczór: nu ete. Jeszcze nie. Wciąż jeszcze zrywała się spłoszona na każdy nietypowy dźwięk. Wciąż jeszcze chwytała za łuk, gdy jakaś gałązka trzasnęła w pobliżu. Niech się poczuje całkiem bezpieczna. Kiedy tak odwracała raptownie głowę, fale włosów opadały jej na twarz, a ognisko złociło kosmyki. Nu ete.
Któregoś dnia, gdy zakończyła już całą tę wieczorną krzątaninę, usiadła przy ogniu i oparła się o pień drzewa. Siedziała tak chwilę, uśmiechając się do gwiazd. Zamknęła oczy i wyglądała jakby zasnęła, utulona śpiewem pierwiosnków. Z głową odchyloną do tyłu, z twarzą lekko zaróżowioną chłodem na policzkach. Jej pierś unosiła się miarowo w oddechu, palce prawej ręki spoczywały na ziemi i podrygiwały nieznacznie. Aż nagle szepnęła cicho:
— Tak.
Palce zatańczyły raz jeszcze i znieruchomiały. Na twarzy pojawił jej się słoneczny uśmiech. Otworzyła oczy, sięgnęła do juków i po chwili niespiesznego przetrząsania ich zawartości wyciągnęła podłużny przedmiot. To była piszczałka. Dziewczyna pogładziła czule drewienko. Potem uśmiechnęła się raz jeszcze i przyłożyła patyczek do ust.
Cicha melodia popłynęła między drzewa. Nieśmiała z początku i drżąca, nabierała pewności siebie i ogłady. Ptaki umilkły. Zasłuchał się. W umyśle pojawiły mu się ukochane stepy, trawa szumiąca, kołyszący ją wiatr, rozgrzwieżdżone niebo. Podmuch na twarzy. Zamknął oczy. Zapragnął. Zapragnął nagle, by ona grała dla niego. Nie dla siebie, nie dla drzew, a dla niego!
Cicho wycofał się w miejsce, gdzie zostawił konia. A gdy następnego dnia przypadkiem znalazł w lesie inne ślady – trochę starsze, ale z pewnoscią ludzkie, postanowił nie zwlekać już dłużej.
Zapadł zmrok. Wyczekał w stosownej odległości aż nie rozpaliła ognia. Wyprostowany w siodle czekał cierpliwie. Dopiero gdy zobaczył jeden i drugi błysk między drzewami, sięgnął po przytroczony do siodła arkan. Spiął konia i ruszył stępem.
Na widok jeźdźca wjeżdżającego na polanę zerwała się z ziemi. Niedługo dała się zawładnąć zdumieniu, ale i tak za długo. Znalazł się obok, zanim zdołała sięgnąć po łuk. Złapał za nadgarstek, zanim zdążyła zrobić użytek z noża. Wykręcił rękę. Ostrze odbiło kilka razy płomienie ogniska i upadło w trawę. Kopnęła z całej siły w krocze. Skulił się z jękiem, ale zamiast puścić, ścisnął dziewczynę mocniej, pociągnął za sobą w trawę. Przewróconą przygniótł do ziemi i unieruchomił. Trochę trwało, nim był w stanie oddychać normalnie, ale szarpanie się z nim nic nie dało.
— Serde nicza — wydostało mu się z trudem z gardła.
Związał dziewczynie ręce. Wtedy nierozważnie ją puścił, ale zdołał się uchylić i kopnięcie trafiło w ramię, nie w głowę. W głowę dostał chwilę później i osunął się na kolana przymroczony. Drugie uderzenie pozbawiło Keczeńca przytomności.
Świat wydostawał się z mroku powoli, ale w końcu przebił się i wtragnął do umysłu. Najpierw dźwięki – szum gałęzi, pohukiwania sowy, cichy chrobot w pobliżu. Potem powrócił dotyk – zimnej, mokrej trawy, więzów. Szorkaan uchylił nieznacznie powieki. Wciąż była noc. Przychmurzona. Leżał na tej samej polanie, na której obozowała dziewczyna, ale ognisko już nie płonęło. Pod jednym z drzew siedziały trzy postacie rozmawiając cicho. Dwóch mężczyzn i... ona. Zmrużył oczy. Trwał w bezruchu, próbując dostrzec tak wiele, jak się dało. Wiatr przyszedł mu z pomocą i rozgonił chmury. Na niebie pojawiły się gwiazdy, a na polanie pojaśniało.
Jeden z obcych był młody i kruczoczarny, miał lekko okrągłą twarz i krępą sylwetkę. Drugi, starszy wiekiem, z głową gęsto przyprószoną siwizną, rysy twarzy miał ostre, a ruchy... oszczędne. Gdyby przyszło im walczyć, tego trzeba będzie wyeliminować najpierw. Obaj byli uzbrojeni. Siedzieli teraz niedaleko wygasłego ogniska i rozmawiali z dziewczyną. Za cicho jednak, by z tej odległości mógł wszystko zrozumieć, ale słowo step dało się wyłowić.
— Ocknął się — kruczoczarny odezwał się głośniej, przerywając starszemu. Wszyscy troje skierowali spojrzenia na Szorkaana.
Zignorował dwójkę mężczyzn. Popatrzył dziewczynie w oczy. Po krótkiej chwili wstała i podeszła. Kucnęła obok. Lewą rękę odchyliła do tyłu, wskazała za plecy. Rękaw się przy tym nieco osunął i na jasnej skórze można było dostrzec dwie ciemne pręgi. Strupy zakrzepłej krwi jeszcze nie całkiem się wykruszyły.
— Tam jest nóż — powiedziała. — I wracaj na swoje stepy.
Podążył wzrokiem w kierunku, który wskazała. Na drugim końcu polany, na jesionowej gałęzi coś wisiało. Trącane wiatrem błyskało srebrno. Jego własny nóż.
Dziewczyna wstała i zostawiła go samego. Całą trójką podeszli do koni. Jeszcze tylko ten starszy odwrócił się na moment, a potem mruknął:
— Źle robisz, Algare. Lepiej go zarżnij i porzuć tu ścierwo. Napadł cię, masz pełne prawo.
— Uważaj, co mówisz. On rozumie — powiedziała i dosiadła konia. Inna odpowiedź nie padła. Pożegnali Keczeńca odgłosem końskich kopyt, który milkł stopniowo.
Szorkaan pozostał na polanie sam. Z pohukiwaniem puszczyka i piskami nietoperzy. Niedaleko między drzewami stał uwiązany jego koń, rozsiodłany. Prychał cicho i uderzał nogą o ziemię niecierpliwie. Nomada spojrzał na wiszący na gałęzi nóż. Ocenił odległość.
— Liene — syknął.
Wieki mu zajmie, zanim się tam doczołga, drugie tyle, zanim stanie na nogi i sięgnie wiszącego wysoko noża, i jeszcze raz tyle, zanim korzystając ze zwisającego swobodnie ostrza, uwolni ręce.
Ale mógł to zrobić.
I było coś jeszcze – wiedział już, że jego branka miała na imię Algare.
I nie wzięła pod uwagę, że on się czołgał nie będzie.
Przewrócił się na brzuch, a potem na plecy, i znów na brzuch. Dość szybko doturlikał się do jesionu. Wstał, z niejakim trudem, bo kostki mocno miał ściśnięte i nie było mu łatwo ustać. Podskoczył. Przy trzeciej próbie złapał dłońmi rękojeść. Udało mu się odwrócić ostrze ku górze. Ostrożnie zaczął piłować naciągniętą linę. Ciął, aż resztki sznura nie pękły i nie spadł w trawę. Uwolnienie rąk i nóg poszło już szybko. Noc jeszcze nie minęła, a siedział w siodle. Popatrzył na nóż i uśmiechnął się.
— Liene — szepnął i uśmiechnął się szerzej. Schował ostrze.
Założył, że będą zmierzać do drogi, i że dalej pojadą gościńcem. Dobrze założył. Wioskę jednak, do której zajechali, ominął. Zaszył się w lesie na wzgórzu i pilnował jedynie, kiedy ją opuszczą. Punkt obserwacyjny miał dobry. Sam pozostawał schowany między drzewami, przed nim zaś rozpościerały się porosłe niewysoką trawą łąki, a za nimi, lekko w dole, wioska. Widział koty wylegujące się na parapetach najbliższych domów. Za ostatnimi chatami rozciągały się pola. Droga jednak przecinała osadę i znikała znów w lesie. Nie bał się więc, że pojadą dalej po osłoniętym terenie, i że będzie się musiał ujawnić.
Wyglądało, że zamierzają zatrzymać się w wiosce na dłużej. Zsiadł z konia, rozsiodłał i pozwolił mu popaść się trochę w pobliżu. Słońce muskało wierzchołki drzew, wszystko więc wskazywało na to, że Algare zostanie we wsi na noc.
Zrobił krótki spacer między drzewami nie spuszczając wzroku z leżącej w dole wioski. Znalazł miejsce, z którego widział wejście do domu, w którym zatrzymała się dziewczyna. Urwał źdźbło i zaczął rzuć niedbale, gdy szelest w zaroślach zwrócił jego uwagę. Zerknął w bok. Napotkał spojrzenie niebieskich, przerażonych oczu. Jednym susem dzieciak wyskoczył z krzaków. Pomknął do wioski, jakby go goniły wszystkie plagi tego świata.
— Ratuj się! Ratuj! Keczeńce! Uciekajta!


Fragment udostępniło Wydawnictwo SuperNOWA








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-06-16 (1391 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej