Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Miasto złudzeń
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Wyższa magia - Kira Izmajłowa

Dwuua... jeueden... Zeruo… Stauut…!


 Mimo że był środek maja, ranek trafił się pochmurny i dość chłodny. Prace prowadzono w zakrzywionej przestrzeni, takiej jak ta, w której umieszczono nasz studencki poligon. Całkiem możliwe, że było to to samo miejsce. Spory plac zastawiono jakimiś osobliwymi urządzeniami, wyglądającymi dość złowieszczo. Całość sprawiała dziwne wrażenie: pod odkrytym niebem, w pozornym bałaganie, piętrzyły się siłowniki, przyrządy o niewiadomym przeznaczeniu, a kawałki ziemi między nimi były całkowicie pokryte pentagramami i nieznanymi mi symbolami.
Nakazano mi usiąść w centrum tego całego bałaganu, gdzie było trochę wolnego miejsca. Kilku laborantów zaczęło przyczepiać do mnie jakieś czujniki, podłączać przewody do przyrządów. Co mam robić, wyjaśniono mi szczegółowo jeszcze poprzedniego dnia. O dziwo, byłam całkiem spokojna.
— Uwaga! — nad poligonem rozległ się czyjś głos. — Projekt „Demiurg” próba druga! Zaczynam odliczanie! Personel, proszę opuścić czerwoną strefę! Powtarzam: personel, proszę opuścić czerwoną strefę! Dziesięć... Dziewięć...
Moim zdaniem personel z chęcią opuściłby nie tylko „czerwoną strefę”, a w ogóle znalazł się jak najdalej stąd. Na „siedem” włączyły się urządzenia, więc nie od razu usłyszałam przygłuszony ich równomiernym szumem, znajomy głos:
— Czernowa!
— Nieupoważniony w czerwonej strefie! — huknęło z głośników. — Łodygin Piotr Siergiejewicz proszony jest o natychmiastowe opuszczenie czerwonej strefy!
Nie mam pojęcia, jak Dawletiarowowi udało się pokonać zabezpieczenia, moim zdaniem przygnano tu więcej ochrony niż na szczyt z udziałem przywódców krajów członkowskich ONZ. Teraz stał przede mną, iluzyjna maska Łodygina rozmywała się na nim. Dawletiarow ledwie zauważalnie marszczył się z bólu — jakby szybkie pozbycie się cudzej postaci było bardzo nieprzyjemne.
— Czernowa... — Próba opisania jego wyrazu twarzy jest ponad moje siły. Był jednocześnie wściekły i zaskoczony. Tak czy inaczej, poczułam się jak zdrajczyni. — Po co…?
— Igorze Georgiewiczu... — zaczęłam. — Jeśli nie ja, to wzięliby Małgorzatę, a ona na pewno by nie wytrzymała.
— Wiedziałem, że tak będzie, Czernowa — powiedział cicho.
Widzom w tym czasie minął szok spowodowany pojawieniem się żywego Dawletiarowa. W jego stronę ruszyło trzech mężczyzn, wyglądających jak bohaterowie głupich dowcipów rysunkowych. Byli to magowie ze służby bezpieczeństwa. Mieli niewielkie zdolności, ale za to potrafili świetnie pracować w grupie.
— Sześć... pięć... — wykrzykiwał tymczasem mechaniczny głos.
— Przerwać odliczanie! — wrzasnął ktoś. — Przerwać! Jeśli nie będzie impulsu, wszystko tutaj wyleci w powietrze!!!
Magowie z ochrony nie tracili czasu na rozmowy, jednocześnie podnieśli ręce i zobaczyłam, jak potrójny potok energii wbija się w plecy Dawletiarowa.
Nie zdążył zareagować. A nawet gdyby zdążył, nie dałby rady trzem ochroniarzom, którzy chyba chcieli go po prostu zabić. Zobaczyłam, jak jego oczy rozszerzają się jak gdyby w zdumieniu i rzuciłam się do przodu, zrywając czujniki.
— Igorze Georgiewiczu…!
Oczywiście był zbyt ciężki, ale mogłam chociaż próbować ochronić go przed upadkiem.
— Czernowa, wróć na miejsce, zakłóca pani proces!!! — warknął głośnik.
A mechaniczny głos odliczał nieprzerwanie:
— Cztery...
W naszą stronę biegło jeszcze kilku ochroniarzy, formując po drodze ładunki, a ja świetnie rozumiałam, że są w stanie bez problemu dobić Dawletiarowa, nie raniąc przy tym mojej cennej osoby. To było głupie, ale...
Nagle poczułam, że „bezpiecznik” stworzony przeze mnie z takim trudem po wydarzeniach na poligonie dożył swych dni i na zewnątrz wyrywa się ładunek magii o niewyobrażalnej mocy. Coś głucho jęknęło, we wszystkie strony poleciały kawałki metalu, wystrzelił i zgasł snop białych iskier. Ochroniarzy rozrzuciło w różne strony, ale na pomoc już nadciągał niemalże cały oddział.
— Dwuua... jeueden... — Automat odliczania zaczynał lekko bełkotać, ale można było jeszcze rozpoznać słowa. — Zeruo… Stauut…!
Akurat w tej samej chwili musiałam odeprzeć kolejne ataki. Teraz ochrona już nie zwracała uwagi, w kogo celuje... Żałośnie zawyła syrena alarmowa, rozległ się zgrzyt, huk — w centrum poligonu pojawił się ogromny lej. W powietrze wzbiły się fragmenty aparatury, kamienie, iskrzące się kawałki przewodów.
Nieoczekiwanie odkryłam, że ładunek, którym staram się odeprzeć ataki, nie ma najmniejszego zamiaru zniknąć — powtórzyła się sytuacja, jak wtedy gdy pomagałam Dawletiarowowi. Byłam zaworem, przez który do naszego wymiaru wlewał się potok energii o potwornej sile, wciąż zwiększający swą moc. Wokół mnie krążył szalony korowód pogiętego metalu, kawałków darni, kamieni — wirował coraz szybciej i szybciej, granice zakrzywionej przestrzeni ledwie się trzymały...
— Czernowa! — Dawletiarowowi w końcu udało się podnieść z kolan. Krew cieknąca z rozciętej brwi zalewała mu połowę bladej twarzy. — Przestań! Jeśli przestrzeń się zapadnie...
— Nie... nie mogę!!! — próbowałam przekrzyczeć skowyt wiatru, z przerażeniem zdając sobie sprawę z tego, że nie tylko nie mogę zatrzymać potoku przepływającej przeze mnie mocy, ale nawet nie jestem w stanie jej ustabilizować. Jej poziom wciąż rósł, a ja byłam szczeliną, przez którą do naszego świata rwał szaleńczo wodospad energii. I owa luka właśnie robiła się dla niego za wąska.
Gdy Dawletiarow złapał mnie za nadgarstki, nie od razu zrozumiałam, o co mu chodzi. A potem było już za późno. Ściskał moje ręce jak w imadle, biorąc na siebie szalejący potok energii.
— Nie! — krzyknęłam, widząc, jak zwalnia otaczająca mnie trąba powietrzna. — Nie, Igorze Georgiewiczu! Igorze Georg...
W oddali zawyły syreny karetek pogotowia i wozów straży pożarnej.


Fragment udostępniony przez Wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-07-14 (1553 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej