Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Wielka Księga. Opowieści o Czarodziejach, tom 2
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Korund i salamandra - Ałła Gorelikowa

Z drugiej strony


— Skóry z nich zedrę żywcem! Zdrajcy!
Małgorzata i Julia kulą się, zatrwożone. Król Henryk Groźny, daleko poza granicami Targali znany ze skłonności do okrucieństwa, nigdy za ich pamięci nie był do takiego stopnia rozwścieczony.
— Mężu mój, królu... — próbuje wtrącić królowa Nina.
— Milcz, idiotko! — wrzeszczy król. — Gdzieżeś była?!
— Ojcze! — krzyczy Małgorzata, wyrywając się z odrętwienia. — Nie ma czasu tego wyjaśniać! Trzeba ratować Karola, dopóki nie zamknęło się przejście!
— Nie zamknie się. — Julia zagląda do czarnej jamy. — Halabarda zaklinowała koło.
— Jakie znowu koło? — pyta król, zniżając głos o jeden ton.
— Nie mam pojęcia. Jest tu jakieś koło. — Julia dotyka wielkiego koła zębatego, zaczepionego jednym zębem o okute drzewce. Kiedy odejmuje dłoń, widzi na palcach ciemne plamy krwi.
Małgorzata bierze z toaletki lampę naftową z ażurowym, srebrzystym kloszem, wciska się za Julią do tunelu i uważnie ogląda ściany.
— Zostawił dla nas ślad!
— Kto? — pyta, szlochając, królowa.
— Gustaw — wyjaśnia księżniczka. — Jak widzisz, Nino, zdołał zaklinować wrota. Widzę tutaj plamy... i tutaj! Jakby ranny osunął się po ścianie. Trzeba pójść za tym śladem, ojcze!
— Prosto w pułapkę? — pyta surowo król. — Ty tam na pewno nie pójdziesz, Małgorzato!
— Mam wezwać dowódcę straży? — odpowiada pytaniem księżniczka.
— W żadnym wypadku! Pójdę sam. I biada nieludziom, którzy się ośmielą...
— Powiadają, że czary z dziecka może zdjąć tylko krewna — mówi cicho Małgosia. — A mężczyzna może odczarować pocałunkiem ukochaną kobietę.
— Bujdy — ze smutną pewnością siebie sprzeciwia się pasierbicy królowa Nina. — Żeby odwołać czary, trzeba przede wszystkim znać...
— Dość gadania — przerywa jej władca. — Małgorzatko, wezwij sir Olivera, niech zabezpiecza nam tyły. I żeby nikt więcej o tym się nie dowiedział! Rozumiecie? Nie chcę, by jutro plotkował o tym cały Korwaren. Daj lampę, Małgosiu.
Lampę chwyciła już Julia.
— Ja ci poświecę, królu.
— Nie potrzebuję cię tam!
— Lampa przeszkodzi ci w walce, królu — sprzeciwia się panna. — Pomocna dłoń może się przydać. Nie sądzisz...
— Dobrze, panienko. — Król ciska żonie srogie spojrzenie i odsunąwszy Julię, wkracza do ciemnego tunelu. — Trzymaj się z tyłu, zrozumiano? I ani słowa.
— Weź to. — Królowa zawiązuje troskliwie na jej nadgarstku srebrny sznurek z wplecionymi na końcach maleńkimi szmaragdami. — To „srebrne ziele” dla ochrony.
Julia kiwa głową i prędko przeciska się za królem przez wejście do tunelu. Ochronne „srebrne ziele” dodaje jej pewności siebie. Pomarańczowe światło migocze na ścianach, rozpraszając ciemność. Tunel wiedzie ciągle w dół: najpierw pochylnią, potem po kamiennych stopniach, w pewnej chwili nawet po długich, kręconych schodach. Nagle korytarz się rozgałęzia. Król bierze lampę od Julii i zaczyna oglądać ściany oraz posadzkę. Milczy, stąpając niemal bezszelestnie, podobnie stara się poruszać Julia, bezgłośnie i ostrożnie. Podziemna cisza dzwoni w uszach.
Cisza? A może czary gnomów odbijające się od „srebrnego ziela”?
Król zatrzymuje się tak gwałtownie, że Julia niemal uderza nosem w jego szerokie okryte aksamitnym kaftanem plecy. Władca macha dłońmi. Daleko przed nim majaczy światełko gorejące nierównymi ognikami. Słychać dudniący, niewyraźny głos gnoma. Monarcha napiera całym ciałem na niewidzialną przeszkodę, potem próbuje przebić szpadą, wreszcie mruczy w bezsilnej złości:
— Zamknęli przejście!
— Co robić? — Julia wyciąga dłoń i dotyka koniuszkami palców przegrody, a wówczas ze sznura królowej tryskają migotliwe skry. Mimowolnie jęknąwszy, panna cofa dłoń.
— Co to takiego? — pyta ochryple król.
— Ochronne „srebrne ziele”.
— Ech, diabli nadali, trzeba było ze sobą wziąć Ninę!
Milknie bełkot gnoma i daje się słyszeć głos Gustawa. Taki znajomy... Julia ledwie powstrzymuje jęk. Głos jest zdecydowany, twardy, pełen wewnętrznej siły. Jej Gustaw... Co się z nim dzieje?! Panna przeczuwa, że coś strasznego!
Niczym w sennym koszmarze, Julia odstawia lampę na ziemię i zaczyna wodzić rękami po kłującej nieprzeniknionej przegrodzie oddzielającej ją od Gustawa. Nie zwraca uwagi na biegające po palcach srebrne iskierki, mimochodem dziwi się tylko, że nie płacze, chociaż płacz byłby w tej chwili czymś naturalnym.
Przeszkoda znika. Julia wpada w ciemność rozpraszaną poblaskiem płomieni, rozglądając się w popłochu. Gustaw — jej Gustaw! — powoli, bezwładnie osuwa się do nóg nieruchomej Matyldy, mamki księcia Karola.
Jak się tutaj znalazła? I kto kryje się w gęstej ciemności w pobliżu? I dlaczego tak dziwnie brzmi śmiech małego księcia?
— Gustawie, wstawaj!
— Idziemy, głupia! — Król jedną ręką podtrzymuje Matyldę, drugą zaś pomaga Julii podnieść z ziemi półprzytomnego Gustawa. — Przebieraj nogami, dopóki się nie opamiętają!
Ciemność gęstnieje wokół, niemal ich dławi, ożywiając pradawne strachy i dziecięce lęki.
— Julio, lampa!
Pochwycona w biegu lampa otacza ich kręgiem pomarańczowego światła odbijającego się od ścian. Przerażona Matylda skowyczy po drodze. Gustaw dyszy ochryple, z przerwami, próbując sam stawiać kroki, dopóki król nie odpycha odeń rąk Julii i nie zarzuca go sobie na ramiona jak barana. Korytarze wiodą ciągle pod górę i wszystkim coraz ciężej oddychać. Kręcone schody wydają się ciągnąć w nieskończoność. Tak daleko!
— Julio — rzęzi Gustaw. Król zwalnia kroku. Matylda idzie chwiejnie, jakby miała za chwilę upaść, Julia więc odbiera od niej Karola, ciężko dysząc. Nagle wyłaniają się z ciemności królowa Nina i sir Oliver, kapitan gwardii królewskiej.
— A wy tu po diabła? — syczy król.
— Wyczułam, że potrzebujecie pomocy — odpowiada cicho królowa.
Kapitan przejmuje Gustawa z królewskich rąk, Nina chwyta prędko Karola. Monarcha podtrzymuje Julię i Matyldę. Od razu łatwiej iść. Uciążliwa droga pod górę rozmywa się w pomarańczowych błyskach rzucanych przez lampę, szeleście ubrań i monotonnych odgłosach stąpnięć. To naprawdę niezwykłe, zobaczyć w końcu przed sobą światło dzienne...
Król wyszarpuje halabardę ze stworzonego przez gnomów mechanizmu, a wówczas ciężkie, grube na łokieć tajne drzwi bezszelestnie wtapiają się w ścianę.


Fragment udostępniony przez Wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-07-19 (1554 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej