Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Złodziej wody
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Nekromeron - Wiktoria Ugriumowa, Oleg Ugriumow

Złe wieści to wróg dobrego trawienia


Złe wieści to wróg dobrego trawienia. A człowiek źle trawiący to zły człowiek. O tym ciągle mówi królewski medyk Sapulsa. To mądry starzec i zna się na rzeczy. Przez dwadzieścia lat służył z oddaniem ilgalijskiemu księciu, nieraz udowadniając swoje przywiązanie. Potem został wysłany na dwór królewski Tyrongi, jak łatwo się domyślić, na poczet długu karcianego księcia. No więc ów Sapulsa nie zalecał wysłuchiwania ministrów bezpośrednio przed posiłkiem. A szczególnie silnie wyczulony był na markiza Gizongę. Lwia część wszystkich kolek żołądkowych, na które cierpiał monarcha, zdarzała się właśnie po wysłuchaniu raportów głównego skarbnika.
— Jakieś nowiny? — zapytał Julein, starając się trzymać w ryzach. Przemknęła mu przez głowę szalona myśl: a może wybadać Nepestosa, jak też się odniosą gwiazdy do zabójstwa głównego skarbnika? Czy może tam, na górze, też ma mocne koneksje?
— Nie nazwałbym tego nowinami — rzeczowo zauważył markiz. — Ciągle to samo. Skończyły się pieniądze w skarbcu, Wasza Wysokość.

Pieniądze to to, co z rzadka przechodzi przez nasze ręce po drodze do skarbnicy państwa.

Monarcha zasmucił się. Brak pieniędzy nie stanowił jakiejś szczególnej niespodzianki, ale świństwem było wpadanie do jadalni dosłownie na minutę przed obiadem, żeby znowu wałkować ten temat. Co to zmieni? Czy od tego poprawi się stan finansów?
— Lud jest niezadowolony — kontynuował uparty markiz. — Lada moment mogą się zacząć rozruchy. Prosiłbym Waszą Wysokość o wysłuchanie głównego burmasingera. Ma nadzwyczajny komunikat.
— I, jak wiadomo, nieprzyjemny — z kpiną zauważył monarcha.
— Wiadomo — zgodził się Gizonga. — Obecnie innych nie ma.
Obiad odsuwał się na czas nieokreślony. Julein czuł się jak ryba wyjęta z wody, wypatroszona i rzucona na rozgrzaną patelnię. Żałośnie spoglądał na swojego kata, ale skarbnik był niewzruszony. Już od dziesięciu lat nieomal codziennie król patrzy na niego jak skazaniec na katowski topór. Zachowanie to trudno byłoby porównać do zwyczajów ojca obecnego monarchy. Numiliusz II, nienadaremnie nazwany Krwawym, nigdy i na nikogo nie patrzył jak zaszczuta sarna. I przynoszenie mu informacji o braku gotówki w państwowym skarbcu było równoznaczne z wejściem do jaskini smoka, dręczonego przez pchły. Pożarłby i nawet nie mrugnął. Mógłby nawet nie zauważyć ofiary.
A państwowy skarbiec to takie dziwne miejsce, w którym nigdy nie ma gotówki. Nawet jeśli coś tam wpadnie kompletnie przypadkowo, natychmiast znika z fantastyczną szybkością. Czasem mówi się, że pieniądze topnieją niczym śnieg w promieniach słońca. Bzdura. Kompletny idiotyzm. Proces topnienia śniegu można dostrzec gołym okiem. Każdy człowiek jest w stanie zaobserwować, jak błyszczące śnieżnobiałe góry, przypominające bryły cukru, zmieniają się w brudnawe kałuże. Proces znikania pieniędzy absolutnie wykracza poza kontrolę. Właśnie to potwornie rozdrażniało Numiliusza II.
Markiz Gizonga przez dwadzieścia dwa lata przynosił mu nieprzyjemne raporty, ale jakoś pozostał cały i nawet zdrowy. Udoskonaliwszy swoje mistrzostwo w ciągłych stosunkach z Krwawym monarchą, z Dobrodusznym mógłby sobie poradzić lewą ręką. Aż jakoś głupio było…
Nie doczekawszy się, aż król poradzi sobie ze swoimi cierpieniami na tyle, by wydać służbie jakiś sensowny rozkaz, główny skarbnik burknął coś krótko do oczekującego przy wejściu lokaja. Ten otworzył drzwi i zgiął się w ukłonie, zupełnie jakby został mieczem przerąbany na pół.
Hrabiemu da Unarze, naczelnikowi Królewskiej Tajnej Służby, kłaniano się tylko tak. Ten smukły, zawsze starannie uczesany i uperfumowany, wytwornie odziany mężczyzna o życzliwym wyrazie twarzy wywoływał u większości ludzi strach, drżenie kolan i zimne poty. Wcale nie był przesadnie okrutny czy złośliwy, ale aureola władzy absolutnej widniała nad nim i czyniła jego osobę szczególną, podobną mieszkańcom niebios. Przecież tylko bogowie wiedzą o ludziach absolutnie wszystko. Ale bogowie to wszystko mają gdzieś. A hrabia da Unara nie tylko wiedział wszystko o wszystkich w Tyrondze i przynajmniej o połowie ludzi poza jej granicami, ale mógł w każdej chwili wykorzystać tę wiedzę.
Należy jednak oddać mu sprawiedliwość i podkreślić, że pozbawiony był emocji i żadnych osobistych sympatii czy antypatii nie ujawniał. Cokolwiek czynił naczelnik tajnej służby, robił to wyłącznie w interesach państwa. Ale przy tym wychodziło na jaw, że hrabia cenił ludzi nie bardziej niż figurki na szachowej desce i z łatwością rozstawał się nawet z tą najważniejszą, o ile mógł liczyć na wygraną. Doskonale wiedział, że porównuje się go do jadowitej żmii, która zawsze bezbłędnie wybiera ofiarę. Dla da Unary słowa te były najwyższą pochwałą.
Pan Fafut, główny burmasinger Bulli-Tolli, przecisnął się przez drzwi boczkiem, starając się nie ściągać na siebie uwagi. Był to prosty człowiek, w pałacu czuł się źle, obco i kompletnie nie widział sensu w swojej obecności podczas rozmowy hrabiego z królem.
Jeśli jego przełożony przypominał żmiję, to główny burmasinger bardziej przypominał niewyspanego niedźwiedzia, który został zmuszony do chodzenia na tylnych łapach. Przestępował z nogi na nogę za plecami hrabiego, ale jeśli nawet naprawdę zamierzał się tam ukryć, to z tego pomysłu nic wyjść nie mogło.
Król pomyślał, że został osaczony, zapędzony w kozi róg, a teraz zaczną go dręczyć poważnymi rozmowami. Etykieta w takich wypadkach nakazywała przyjęcie wyglądu monarchy wspaniałego i groźnego, gotowego uważnie wysłuchać, nie zapominając przy tym o dumnej postawie. Albowiem właśnie postawa odróżnia monarchę od poddanych.
— Może bez specjalnych ceremonii, panowie — zaproponował Julein, prostując się w fotelu. — Ekonomia nakazuje oszczędzać czas i siły, skoro nie możemy zaoszczędzić pieniędzy.

Ekonomia — sztuka wydawania pieniędzy bez żadnej z tego tytułu przyjemności.
Armand Salacrou

Owo lekkomyślnie rzucone „my” dotknęło i głównego skarbnika, i hrabiego da Unarę. Nie to, żeby kompletnie nie mieli nic wspólnego z błyskawicznym topnieniem śniegu… znaczy państwowych środków. Ale jednak do uwielbianego władcy było im — ach! — jak daleko! Tylko burmasinger Fafut nie czuł się obrażony. To, że kompletnie nie umie oszczędzać pieniędzy, codziennie wbijały mu do głowy żona, teściowa i siostra — chuda, przejrzała dziewica, której nijak nie dało się wydać za mąż.
— Cóż, Wasza Wysokość — z łatwością zgodził się hrabia. — Oszczędzajmy zatem czas. W celu wzmiankowanej ekonomiczności nie będę przytaczał licznych faktów, odczytywał donosów oddanych sług Waszej Wysokości i komunikatów otrzymanych przeze mnie z zagranicy. Powiem krótko — w kraju dojrzał bunt. Nie dojrzewa, mój panie, a już dojrzał i lada moment eksploduje powstaniem, które zmiecie wszystko na swojej drodze.
— Chce pan powiedzieć, że moja armia i cały oddział tajnego wywiadu, na który idą niewyobrażalne środki, nic nie mogą poradzić? — obruszył się król.
— Mogą — spokojnie odpowiedział da Unara. — Ale postawię tę kwestię inaczej. Czy Waszej Wysokości naprawdę jest potrzebny bunt? Potrzebne są oszalałe hordy ludu łupiące Tyrongę? Hordy najeźdźców, którzy tym razem nie przepuszczą doskonałej okazji i na pewno wezmą udział w podziale apetycznego kąska, jakim jest ten kraj? I chce pan, Wasza Wysokość, potem, po latach, od nowa odbudowywać państwo na pogorzelisku?
Dobroduszny zaczął szarpać kołnierzyk drżącą ręką. Koronka nie poddawała się, zaczęło mu się wydawać, że to sama śmierć dusi go kościstymi palcami. O, zaraz naciśnie mocniej i koniec. „Umarł król, niech żyje król!”
— Czy to naprawdę aż tak poważne? — tchnął szeptem. — I nie ma wyjścia?
— Wyjście zawsze jest, panie — uśmiechnął się przymilnie hrabia. — Właśnie z tego powodu zdecydowaliśmy się z markizem niepokoić Waszą Wysokość. Nie posiadamy kompetencji do podejmowania tak poważnych i ważkich decyzji. Przecież sprawa dotyczy, jakkolwiek by to było, pańskiego najbliższego krewnego. Księcia pełnej krwi, choć jest to bardzo zasmucające.

Najstaranniej należy wybierać sobie wrogów.
Oscar Wilde

— Kogo ma pan na myśli? — zaniepokoił się monarcha.
Pomyślał, że może bogowie usłyszeli jego modlitwy i teraz ministrowie zaproponują zamordowanie księcia Lufgorna wraz z jego obrzydliwą siostrzyczką do kompletu. W jaki sposób mord na księciu mógłby pomóc w rozwiązaniu nagromadzonych problemów, Julein sobie nie wyobrażał, ale ochotę na to miał wielką.


Fragment udostępniony przez Wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-07-20 (1649 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej