Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Wody głębokie jak niebo
 
Katalog - dodano
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 Czara Cieni
- Frances Hardinge
 Śpiew kukułki
- Frances Hardinge
 Cała Orsinia
- Ursula K. Le Guin
 Stróże 2: Brudnopis Boga
- Jakub Ćwiek
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Gdzie wasze ciała porzucone - Philip José Farmer

Rozdział 1


Żona trzymała go w ramionach, jakby miała nadzieję, że odepchnie śmierć.
– Boże mój – załkał – już jestem martwy.
Drzwi do pokoju otworzyły się. Zobaczył olbrzymiego dromadera, usłyszał brzęk dzwoneczków na jego uprzęży, poruszanych gorącym wiatrem pustyni. Potem pojawiła się wielka, czarna twarz pod ogromnym czarnym turbanem. Przez drzwi wkroczył czarnoskóry eunuch z gigantyczną szablą w dłoni. Śmierć, Ta Która Niszczy Rozkosz i Rozdziela Towarzyszy, w końcu przybyła.
Czerń. Nicość. Nie wiedział nawet, że jego serce przestało bić na zawsze. Nicość.
A potem otworzył oczy. Serce biło mocno. Był silny, bardzo silny! Bóle w stopach powodowane podagrą, cierpienia, które zawdzięczał wątrobie, tortury zadawane przez serce, wszystko zniknęło.
Było tak cicho, że słyszał szum własnej krwi. Był sam w świecie bez dźwięków.
Przestrzeń zalewało równomierne, jasne światło. Widział, lecz nie rozumiał tego, co widzi. Czym były te przedmioty nad nim, obok niego, pod nim? Gdzie się znajduje?
Spróbował usiąść i ogarnęło go tępe przerażenie. Nie miał na czym – był zawieszony w pustce. Przesunął się do przodu, bardzo wolno, jakby pływał w basenie napełnionym rzadkim syropem. O stopę od czubków palców ujrzał pręt z jasnoczerwonego metalu. Pręt opadał z góry, z nieskończoności i znikał w nieskończoności w dole. Spróbował pochwycić ten najbliższy twardy przedmiot, lecz coś go powstrzymało. Jakby jakieś siły odpychały go, odsuwały.
Powoli wykonał salto. Nieznana siła zastopowała jego palce w odległości jakichś sześciu cali od pręta. Wyprostował się i posunął jeszcze o ułamek cala do przodu. Jednocześnie zaczął się obracać wokół pionowej osi ciała. Głośno zaczerpnął tchu. Wiedział, że obok nie ma niczego, za co mógłby chwycić, lecz ogarnięty paniką, próbując się złapać czegokolwiek nie potrafił się powstrzymać od gwałtownego wymachiwania ramionami.
Spoglądał teraz „w dół”; a może właśnie „w górę”? Gdziekolwiek to było, był to kierunek przeciwny do tego, w którym miał zwróconą twarz w chwili przebudzenia. Ale to bez znaczenia. „Nad” nim i „pod” nim niczym się nie różniło. Wisiał w przestrzeni, utrzymywany przez niewidoczny i niewyczuwalny kokon. Sześć stóp „pod” nim znajdowało się ciało kobiety o bardzo bladej skórze. Była naga i całkowicie pozbawiona włosów. Wyglądała na pogrążoną we śnie. Miała zamknięte oczy, a jej piersi unosiły się i opadały w powolnym rytmie, nogi złączone i wyprostowane, ręce wyciągnięte wzdłuż boków. Obracała się powoli, jak kurczak na rożnie.
Siła, która poruszała jej ciałem, działała także na niego. Powoli odwrócił się i ujrzał wokół siebie inne, też pozbawione owłosienia ciała mężczyzn, kobiet i dzieci, milczące, obracające się, sformowane w szeregi. Tuż nad nim wirowało nagie, również nieowłosione ciało Murzyna.
Opuścił głowę, by móc zobaczyć swoje stopy. On sam także był nagi i pozbawiony włosów. Miał gładką skórę, wyraźnie zaznaczone mięśnie brzucha, na udach widać było napięte, silne, młode muskuły. Zniknęły żyły, które wcześniej znaczyły skórę niczym błękitne falochrony. Nie było to już ciało zniedołężniałego, chorego, sześćdziesięciodziewięcioletniego starca, który jeszcze przed kilkoma chwilami konał. Zniknęła też ponad setka blizn.
Zdał sobie sprawę, że żadne z tych ciał nie było stare. Wszyscy, którzy go otaczali mieli najwyżej dwadzieścia pięć lat, choć trudno było określić ich dokładny wiek, co sprawiały bezwłose głowy i łona.
Kiedyś przechwalał się, że nie wie, co to strach. A teraz wyrwał mu on z gardła rozpaczliwy krzyk. Czuł przerażenie, które tłumiło radość wywołaną tym, że znów żyje.
Początkowo był tym oszołomiony. Potem, otaczająca go przestrzeń i to, co ujrzał wokół siebie zmroziło mu zmysły. Czuł się tak, jakby patrzył przez grubą, brudną szybę. Po kilku sekundach coś w nim pękło. Niemal to usłyszał, jak szczęk otwieranego okna.
Świat nabrał kształtu, który postrzegał, ale nie potrafił go zrozumieć. Wokół niego unosiły się ciała, w pionowych i poziomych rzędach. Pionowe były od siebie oddzielone czerwonymi prętami, cienkimi jak kij od szczotki. Jeden znajdował się dwanaście cali od stóp śpiących, drugi – dwanaście cali od ich głów. Sześć stóp dzieliło każde ciało od innych, z góry, z dołu i po obu stronach.
Pręty wznosiły się z otchłani bez dna i biegły w otchłań bez pułapu. Szarość, w której znikały i one i ciała, z góry i z dołu, z prawej i z lewej, nie była ani ziemią, ani niebem. W przestrzeni nie było nic prócz mgiełki nieskończoności.
Z jednej strony znajdowało się ciało śniadego człowieka o toskańskich rysach, z drugiej zaś Hinduski, a za nią wysokiego mężczyzny, który wyglądał na nordyka. Dopiero przy trzecim obrocie zrozumiał, dlaczego ten ostatni wydał mu się dziwny. Jego przedramię było mocno zaczerwienione. Wydawało się, że zostało pozbawione naskórka.
Chwilę później i kilka rzędów dalej, zobaczył ciało dorosłego mężczyzny, któremu brakowało skóry i wszystkich mięśni twarzy.
Były też inne zdekompletowane ciała. W oddali dostrzegł niewyraźny zarys szkieletu i plątaninę narządów w jego wnętrzu.
Ogarnięty przerażeniem, obracał się i obserwował, a serce waliło mu jak młot. Zdążył się już domyślić, że znajduje się w jakiejś gigantycznej komorze i że metalowe pręty emitują siłę, która podtrzymuje i obraca miliony – może miliardy – ludzkich ciał.
Gdzie mogło być takie miejsce?
Z pewnością nie w mieście Triest, które w 1890 roku należało do Cesarstwa Austro-Węgierskiego.
Nie było to ani niebo, ani piekło, o jakich kiedykolwiek słyszał czy czytał, a uważał, że udało mu się zaznajomić z każdą teorią na temat tamtego świata.
Umarł. A teraz żyje. Przez całe życie śmiał się z życia pozagrobowego. I po raz pierwszy musiał przyznać, że się mylił. Ale nie było nikogo, kto mógłby powiedzieć: „A nie mówiłem ci, ty niedowiarku?”
Z tych milionów ludzi, on jeden był przytomny.
Wirując w tempie mniej więcej jednego pełnego obrotu na dziesięć sekund zobaczył jeszcze coś, co spowodowało, że aż się zachłysnął ze zdumienia. Pięć rzędów od niego unosiło się ciało, które na pierwszy rzut oka wyglądało na ludzkie. Ale żaden przedstawiciel Homo sapiens nie ma trzech palców i kciuka przy każdej dłoni ani czterech palców u stóp. Ani takiego nosa i wąskich, czarnych, skórzastych warg, podobnych do psich. Ani moszny napiętnowanej masą małych guzów. Ani tak dziwacznie pofałdowanych uszu.
Przerażenie minęło. Jego serce uspokoiło się trochę, choć nie wróciło jeszcze do normalnego rytmu. Umysł zaczął pracować. Trzeba przecież znaleźć wyjście z sytuacji, w której był równie bezradny, jak prosię na rożnie. Musi znaleźć kogoś, kto potrafi mu wyjaśnić, jak się tu znalazł i dlaczego.
Postanowić – znaczy działać.
Podciągnął nogi, kopnął i stwierdził, że ta akcja – a raczej reakcja na nią – przesunęła go o pół cala. Kopnął znowu i przesunął się dalej, wbrew hamującej go sile. Lecz gdy przerwał, wolno popłynął z powrotem na swoje miejsce. I coś łagodnie ustawiało jego członki w ich wyjściowej pozycji.
Szaleńczo kopiąc nogami i poruszając rękami jak przy pływaniu żabką przysuwał się do pręta. Im bliżej był celu, tym mocniejsza stawała się pajęczyna linii sił. Nie rezygnował. Gdyby się poddał, wkrótce znalazłby się w punkcie, z którego wyruszył, ale mógłby już nie podołać kolejnej próbie. Rezygnacja nie leżała w jego naturze – dopóki nie wyczerpał wszystkich sił.
Dyszał ciężko, ciało pokryło się potem, ręce i nogi poruszały się, jakby hamowała je gęsta galareta, a każdy ruch do przodu był niemal niedostrzegalny. Aż wreszcie czubkami palców lewej ręki dotknął pręta. Był ciepły i twardy.
I nagle zrozumiał, gdzie jest „dół”. Zaczął spadać.
Dotyk złamał czar. Niewidzialna sieć wokół niego pękła bezgłośnie i wtedy runął w dół.
Był tak blisko pręta, że zdołał go pochwycić jedną ręką. Wyhamował. Boleśnie uderzył biodrem o metal, skóra dłoni zapiekła od tarcia, aż wreszcie chwycił pręt także drugą ręką i zatrzymał się.
Przed nim, z drugiej strony pręta, ciała zaczęły spadać. Poruszały się z prędkością swobodnego spadania na Ziemi, a każde z nich zachowywało wyprostowaną pozycję. Nie przestały się nawet obracać.
Poczuł podmuchy powietrza na nagich, spoconych plecach i okręcił się wokół pręta. Za nim, w pionowym rzędzie, w którym jeszcze przed chwilą sam zajmował miejsce, spadały uśpione ciała. Jedno za drugim, jakby zrzucane kolejno, przelatywały obok niego, powoli się obracając. Ich głowy mijały go o kilka cali. Miał szczęście, że go nie strąciły, bo runąłby w otchłań wraz z nimi.
Spadały ciągle, tworząc majestatyczny pochód. Ciało za ciałem przelatywało obok, po obu stronach pręta, a tysiące, miliony innych spały dalej.
Przez chwilę patrzył tylko, potem zaczął liczyć. Zawsze lubił to robić. Kiedy jednak doszedł do 3001, przerwał. Potem tylko obserwował ten wodospad ciał. Jak wysoko, jak niewyobrażalnie wysoko się znajdowały? I jak daleko mogą spaść? To on zrzucił je nieświadomie, gdy dotknął pręta i naruszył tkwiącą w nim siłę.
Nie mógł wspiąć się w górę, mógł jednak schodzić w dół. Zaczął się ześlizgiwać. Gdzieś znad jego głowy dobiegło brzęczenie, zagłuszające cichy szum spadających ciał. Spojrzał w górę i zapomniał o przelatujących obok śpiących.
Wąski pojazd o kształcie canoe, wykonany z jakiegoś jaskrawozielonego materiału, opuszczał się pomiędzy kolumną spadających a kolumną zawieszonych. Zastanowiło go, w jaki sposób to powietrzne canoe się utrzymuje. Jak magiczny dywan z „Tysiąca i jednej nocy”.
Jakaś twarz wychyliła się zza burty. Pojazd zatrzymał się, brzęczenie ucichło i druga twarz pojawiła się obok pierwszej. Obie były okolone długimi, prostymi, ciemnymi włosami. Po chwili twarze zniknęły, brzęczenie rozległo się ponownie i canoe zaczęło się obniżać. Zatrzymało się około pięciu stóp nad nim. Na zielonym dziobie widniał niewielki znak: biała spirala rozwijająca się w prawo. Jeden z pasażerów powiedział coś w języku podobnym do polinezyjskiego – słychać było dużo samogłosek i często się powtarzający przydech.
Nagle niewidzialny kokon zwarł się ponownie. Spadające ciała zwolniły i zatrzymały się. Człowiek trzymający się pręta poczuł, jak linie siły zbiegają się i unoszą go w górę. Choć rozpaczliwie przywarł do metalu, jego nogi oderwały się i uniosły, pociągając za sobą resztę ciała. Po chwili, wyprostowany, patrzył w dół. Nieznana siła rozluźniła uchwyt dłoni, a jednocześnie zamknęło się jego życie, umysł, jego świat. Popłynął w górę, obracając się powoli. Minął powietrzne canoe i wzniósł się wyżej. Dwaj mężczyźni we wnętrzu pojazdu byli nadzy, przystojni i ciemnoskórzy, przypominali Arabów z Jemenu. Mieli nordyckie rysy twarzy podobnie, jak znani mu Islandczycy.
Jeden z nich podniósł rękę, w której trzymał metalowy przedmiot wielkości ołówka. Przyłożył się, jakby nim do czegoś celował.
Człowiek unoszący się w powietrzu ryknął z wściekłości, nienawiści, rozpaczy; zamachał rękami, usiłując się zbliżyć do maszyny.
– Zabiję was! – wrzeszczał. – Zabiję! Zabiję!
I znów ogarnęło go zapomnienie.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-08-19 (1632 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej