Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Pieśń węży
 
Katalog - dodano
 Wspomnij Phlebasa
- Iain M. Banks
 Złodziejka magii
- Lisa Maxwell
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Nocny obserwator - Oleg Diwow

Bliźniacy


 Łuzgin przyszedł do wsi od południa i teraz maszerował wąską boczną uliczką, zamiast jak zwykle główną. I od razu zauważył, jak wiele domostw zostało porzuconych. Ten kraniec Zaszyszewia rzeczywiście obumarł.
Ale co dalej?
Jakby zgadzając się z jego myślami, gdzieś daleko zamuczała krowa. Łuzgin przyśpieszył, skręcił za węgieł i zatrzymał się, z ulgą wzdychając.
We wsi żyli jednak ludzie. Nawet pracowali. Bracia Jaszynowie, niepodobni do siebie bliźniacy, mocni sześćdziesięcioletni emeryci, akurat mieli zajęcie. Starszy brat, elektryk Witia, wisiał na wysokim słupie, obejmując go przyczepionymi do stóp rakami, i dłubał w telefonicznej łącznicy. Cieśla Jura, młodszy, siedział u podnóża słupa i pił wódkę, przekąszając wędzoną rybą. Witia, wyraźnie miał ochotę też sobie walnąć jednego, ale nie chciało mu się schodzić ze słupa, spuścił więc na dół polową torbę na długim rzemieniu, a Jura wstawił do środka szklankę, przykrywszy ją kanapką z rybą.
— No, braciszku! — powiedział Witia, odchylając się do tyłu, żeby wygodniej było opróżnić naczynie, tak daleko, jak pozwalał mu asekuracyjny pas owinięty dokoła słupa.
— No, braciszku! — odparł Jura.
Wypili zgodnie, przy czym Jura właśnie wtedy zobaczył Łuzgina i ponad krawędzią szklanki zrobił wielkie oczy. Witia u siebie na górze zakąszał.
— Ty, słuchaj, Andriusza przyjechał! — powiadomił zachrypniętym głosem Jura.
— Gdzie? — Witia zaczął niebezpiecznie wiercić się na słupie. — O! Andriucha! Ażeby cię! Przyjechawszy!— Nie przyjechawszy, a przyszedłszy — poprawił go Łuzgin. — Witajcie, ojcowie.
— Witaj. A samochód gdzie?
— Zostawiłem Marince.
— Siadaj. Braciszek, w pizdu z tym telefonem, złaź tu. Słuchaj, a Marinka przyjedzie?
— Nie przyjedzie — uciął Łuzgin, zrzucając plecak na ziemię.
— Ano tak… — powiedział Jura ze zrozumieniem. — No, wypij.
Witia zlazł na dół, pobrzękując rakami, podszedł do Łuzgina, podał mu twardą dłoń.
— Znowu wyrósł — oszacował go. — Ile jeszcze będziesz rosnąć, co?
— Gdzie tam rosnę, już trzydziestkę mam. Żartujesz sobie ze mnie, wujku Witia.
— Ile?
— Trzydzieści.
— No to ja mam ile?
— Słuchaj, nie gadaj tyle, tylko dawaj szkło — upomniał go Jura.
— Na.
— No… To trzymaj, Andriucha. Na okoliczność przyjazdu.
— Na okoliczność — zgodził się Łuzgin, z lękiem zaglądając do szklanki i już się wzdrygając na zapas. Etykieta na butelce ostrzegała już z daleka, a z bliska…
I dostał od razu setę co najmniej. Tu nikt nie umiał nalewać inaczej. Nie rozumieli, po co? I niby racja, co za sens? Pije się, żeby wypić.
Wódka okazała się ciepła i obrzydliwa. Pewnie dlatego od razu, jednym skokiem, huknęła w głowę. Łuzgin usiadł na trawie i wyjął papierosy.
— Palicie? — zapytał.
Bliźniacy pięć lat temu założyli się i rzucili palenie. Który pierwszy zapali, ten stawia skrzynkę.
— Nie-a. — Jura pokręcił głową. — Ten tam pewnie kopci po tajniaku, tak mi się widzi…
— Coo?
— Jajco, nic nie mówiłem. Słuchaj, Andriucha, rybki skosztuj. Świetna rybka.
Łuzgin skosztował, dawała się jeść, prawie dowędzona.
— Dobra. — Skinął głową. — Sami… nastrzelaliście?
Opartą o płot dubeltówkę Łuzgin zauważył od razu, tylko nie wiedział, jak o nią zapytać. Bracia wymienili spojrzenia.
— Słuchaj, walniemy na drugą nóżkę — zaproponował Jura. — I tak już nic prawie nie zostało.
— Ale ja muszę iść dom otworzyć. Posprzątać, pozamiatać, wytrzepać, umyć, wody nanosić, roboty na trzy godziny… Może wieczorkiem?
— Wieczorkiem nie będzie na to czasu — bąknął Witia. — Lepiej teraz. Co ty tak się gapisz na nią? Dobre wino.
Łuzgin z trudem oderwał wzrok od butelki, zapalił i skinął. Tym razem dostał trochę mniej, to i w głowę huknęło nie tak mocno. Takie tam lekkie trzepnięcie.
— Dobre wino — powtórzył Witia. — Ech… Dobra, lezę dokończyć.
Poszedł w kierunku słupa.
— A co z telefonem się stało? — zapytał Łuzgin.
— Aa, ciągle z nim coś nie tak. Zaczął trzeszczeć. Źle słychać.
— A na wieczór jaki jest plan?
Witia, jedną nogą już wczepiony w słup, obejrzał się.
— Gdzieś tak na dziesiątą przyjdź na Kriesty — powiedział.
— Pogadamy. Wszyscy tam będą, to pogadamy.
— Ze strzelbą?
— A jak! Masz kule?
— Breneki. Trzy zera. Niemal kartacze.
— No, nie wiem. To może lepiej najpierw do mnie wpadnij, dam ci kule, ty masz jaki kaliber? Dwunastka?
— A na kogo będziemy polować?
— A chuj go wie — bardzo szczerze powiedział Witia, wdrapując się na słup.
Łuzgin patrzył na Jurę, nie odwracając spojrzenia. Ten jakoś dziwnie poruszył nosem.
— Słuchaj, a ty skąd na piechty suniesz? — zapytał.
— Od rozwidlenia. Filino ominąłem, szofer mi tak poradził, ten co mnie przywiózł.
— Te, słyszysz, Witia? Szoferak mu poradził Filino ominąć.
— Jaki znowu szoferak?
— Ten, co Andriuchę do rozwidlenia przywiózł. No, co za kutasy te mieszczuchy!
— Suczesyny — poparł go Witia, znowu przypinając się pasem do słupa. — Andriucha, o psach wściekłych ci nie mówili?
— Opowiadali. Gliniarz na dworcu. Ale ten, co mnie wiózł…
— A to kondony podarte, żeby ich kur na wór!
— …powiedział, że nie o psy chodzi.
— Aha! — ucieszył się Jura. — Słuchaj, ludzie się gryzą, tak?
Łuzgin wystawił przed siebie dłonie, że niby, co kupił, to sprzedaje.
— A w ogóle, jak się w mieście dłużej pożyje, to i kąsać człowiek zaczyna, i szczekać — zauważył ze słupa Witia.
— Dobra — powiedział Łuzgin. — No to kto kąsa?
— Zwierz — usłyszał odpowiedź. — Zwierz chodzi.
— Ee… Jaki?
— Przesz mówię, chuj go wie. Ślady jakby rosomaka…
Widziałeś tropy rosomaka?
— Nie.
— No to takie jak u rosomaka, ale większe. Niedźwiedź nie niedźwiedź, wilk nie wilk. Trzeba by go, wiesz... Łazi, gadzina, ślady zostawia, psy żre, baby wystraszone na śmierć. Wczoraj psa Kozłowego porwał; pamiętasz Kozła?
— No…
— Kozioł zmarł. Pies latał, ganiał, wczoraj patrzę: zginął. Musi zwierz go pożarł, skurwiel. Nikt inszy.
— To nie taki czarny z rudymi plamami, uszy sterczące, ogon do góry? — zapytał Łuzgin. — Niewielki, wyleniały, jakby parchaty? Ja go pod Filinem widziałem.
— Niee, Kozioł miał białego. A tamten, to jego pies. — Witia ze słupa wskazał na brata.
— Uciekł — westchnął Jura. — Pod Filinem, mówisz?
M-tak… Pewnie jebać poleciał. No nic to, najebawszy się, przybiegnie.
— A myślicie, że to ten zwierz pastuchów zagryzł? — drążył temat Łuzgin.
— Jakich pastuchów? — zdziwili się bracia chórem.
— No, przesz dwaj zginęli… — zaczął niepewnie Łuzgin.
— E, słuchaj, ty o tych z Goriełego Boru? — przerwał mu Jura. — Tak? Nie, no braciszku, ty to słyszysz?
Ja pierdziu! Oni tam w mieście całkiem ochujawszy! Kto ich zagryzł?! Oni by sami kogo chcesz zagryźli. Nożami się pocięli. Babą się nie mogli podzielić. Tfu!
— Dobra, a ta martwa kobieta pod Filinem?
— Słuchaj, ale ona przecież nie miejscowa! — wrzasnął Jura z taką beztroską, jakby to wszystko tłumaczyło i sprowadzało straty do minimum.
— No… to co?
— Co, wywieźli ją z miasta i umyślnie podrzucili!
— Nie za daleko na takie wywozy?
— Słuchaj, chłopie, kto ich tam, miastowych, zrozumie?
— Wyobraź sobie, Andriucha — powiedział Witia, wsadzając śrubokręt w łącznicę. — No co może pod Filinem robić w lesie goła baba z manikjurem i tym pa… pedikurem? Młoda.
— Młoda! — powtórzył Jura, unosząc ku górze palec. Jakby młodość nieboszczki dużo wyjaśniała.
— A to, że pogryziona… to co tam, mało co mogło ją pogryźć?!
Łuzgin głośno beknął. Odbiło mu się siwuchą.
— Przepraszam — powiedział. — Może podsumujmy. Czyli tak, łazi zwierz, psy morduje, zostawia ślady, więcej nic. Ale ludzie przecież giną, nie? Wędkarze, słyszałem, zaginęli. Poza tym, podobno ubiegłego lata przyjechało tu dwóch z Moskwy i też zaginęli. Milicja ich szukała.
— Aa, słuchaj, to ci akurat, co zwierza łowili! — przypomniał sobie Jura. — Biolodzy, zoolodzy, cholera wie, co za jedni.
— Sami go tu pewnie ściągnęli — dodał Witia ze słupa.
— Czy on tu był w zeszłym roku? — zapytał z niedowierzaniem Łuzgin.
— Niee, w tamtym roku zwierz bliżej miasta łaził. Moskwicze pokręcili się tu trochę, popytali i pojechawszy dalej. Sierioga Muromski ich za Goriełyj Bor zawiózł i tyle. Gliniarnia potem szukała ich, ale gówno znaleźli. A oni dziwni byli ci dwaj. Walnięci czy nie walnięci, ale lekko stuknięci na pewno. Powolni jacyś. Nawet sobie pomyślałem: jak oni zwierza złapią, jak sami nieruchliwi tacy.
— Dobra — powiedział Łuzgin, wstając. — Idę dom otwierać. Wieczorem się zobaczymy.
— Ty, Andriucha, tam u siebie przyjrzyj się uważnie. Chata z boku stoi, to popatrz, może i ślady jakie są.
— Patrzyłem, nie ma — wtrącił Jura.
— A niech on też popatrzy, młode oczy ma.
— Tyle że zalane już trochę — zauważył Łuzgin i znowu beknął.


Fragment udostępniony przez Wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-08-26 (1571 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej