Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Dziedzictwo. Tom II
 
Katalog - dodano
 Wspomnij Phlebasa
- Iain M. Banks
 Złodziejka magii
- Lisa Maxwell
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Sprzysiężenie Czerwonego Wilka - Robert V.S. Redick




1
Smołownik


1 vaqrina (pierwszy dzień lata) 941 północ
Jak wszystkie inne katastrofy w jego życiu, także ta zaczęła się od ciszy. Port i wioska spały. Wiatr, który ryczał przez całą noc, ucichł nad przylądkiem. Bosman był zbyt śpiący, żeby wrzeszczeć. Za to Pazel Pathkendle siedzący czterdzieści stóp nad pokładem na wyblinkach nigdy w życiu nie był bardziej rozbudzony.
Przede wszystkim zmarzł na kość. O zmierzchu ogromna, niespodziewana fala uderzyła w dziób, przemaczając do suchej nitki ośmiu chłopców i zmywając okrętowego psa do ładowni – nadal skomlał, żeby mu pomóc. Jednak to nie zimno martwiło Pazela, lecz chmura burzowa. Pojawiła się nad wybrzeżem nagle, przywiana wysokimi wiatrami, których nie czuł. Statek nie musiał się jej obawiać, ale Pazel wręcz przeciwnie. Próbowano go zabić, a jedyne, co powstrzymywało napastników, to księżyc, ten błogosławiony jasny księżyc, jak węglem rysujący cień Pazela na pokładzie Aniela.
Jeszcze jedna mila, pomyślał. Potem, jeśli o mnie chodzi, może sobie lać.
Cisza trwała, a Aniel sunął cicho jak sen: kapitan nie cierpiał niepotrzebnych wrzasków. Twierdził, że to kiepscy piloci podpierają się nimi jak namiastką autorytetu; sam ledwie gestem wskazywał podoficerom na rufie, kiedy nadchodził czas halsować do brzegu. Zerknął ku żaglom na grotmaszcie i jego wzrok padł na Pazela; przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu: starszy mężczyzna, pomarszczony i wyprostowany jak cyprys, oraz chłopiec w postrzępionych spodniach i koszuli, z kasztanowymi włosami wpadającymi do oczu, trzymający się kurczowo smołowanych i sztywnych od soli lin. Chłopiec, który nagle zdał sobie sprawę, że nie otrzymał pozwolenia, by się wspiąć.
Udał, że sprawdza sworznie przy rejach i mocowania najbliższych sztagów. Kapitan ze stoickim spokojem obserwował jego błazeństwa. A potem ledwie widocznie pokręcił głową.
Pazel natychmiast zsunął się na pokład, wściekły na siebie. Pathkendle, ty durniu! Jeśli stracisz sympatię Nestefa, to koniec z tobą!
Kapitan Nestef był najmilszym z pięciu oficerów, pod którymi służył: jedyny, który nigdy go nie bił i nie głodził, ani nie zmuszał – jego, piętnastoletniego chłopca – do picia ku uciesze załogi koszmarnego, czarnego alkoholu zwanego grobel. Gdyby Nestef kazał mu skoczyć do morza, Pazel zrobiłby to bez chwili wahania. Był zaprzedańcem i można go było sprzedać jak niewolnika.
Pozostali zaprzedańcy na pokładzie – smołownicy, jak na nich wołano ze względu na smołę, która brudziła ich dłonie i stopy – spojrzeli na niego z pogardą. Byli starsi i więksi; z dumą obnosili się z krzywymi nosami połamanymi w odległych portach w bójkach o honor. Najstarszy, Jervik, popisywał się dziurą w prawym uchu, tak dużą, że dałoby się przełożyć przez nią palec. Plotka głosiła, że porywczy kapitan przyłapał go na podkradaniu puddingu i złapał za ucho rozgrzanymi do czerwoności szczypcami.
Inna plotka na temat Jervika mówiła, że dźgnął w szyję chłopca, z którym przegrał w rzutki. Pazel nie bardzo wiedział, czy wierzyć w tę historię. Wiedział natomiast, że w oku Jervika pojawiał się niebezpieczny błysk, gdy dostrzegał czyjąś słabość. I wiedział, że tamten nosi przy sobie nóż.
Jeden z chłopaków wiecznie pałętających się przy Jerviku wskazał na Pazela brodą.
– Ten tu myśli, że jego miejsce jest na grotmaszcie – powiedział, szczerząc zęby. – Założę się, że potrafisz mu pokazać, gdzie jego miejsce, co, Jervik?
– Przymknij się, Nat, sam nie jesteś mądrzejszy – odparł Jervik, nie spuszczając z oczu Pazela.
– Patrz no, Pazel Pathkendle, ale masz obrońcę – dodał ze śmiechem inny chłopak. – Nie podziękujesz? Lepiej, żebyś ładnie podziękował!
Jervik rzucił mówiącemu zimne spojrzenie. Śmiech ucichł.
– Nikogo nie broniłem – stwierdził.
– Oczywiście, że nie, ja tylko...
– Jeśli ktoś zaczepia moich kumpli, to ich bronię. I bronię swojego dobrego imienia. Ale nie zamierzałem bronić ormaelskiej płaksy.
Teraz wszyscy parsknęli śmiechem – Jervik im pozwolił.
– Kumpli i dobrego imienia – odezwał się Pazel. – A honoru, Jervik? I słowa?
– Ich też bronię – warknął Jervik.
– A mokrego ognia?
– Hę?
– Pływających kogutów? Czteronogich kaczek?
Jervik gapił się przez chwilę na Pazela, a potem podszedł i uderzył go w twarz.
– Błyskotliwa odpowiedź – stwierdził Pazel, nie poddając się, chociaż policzek palił go żywym ogniem.
Jervik uniósł brzeg koszuli. Za spodnie miał wsunięty kapitański nóż ze wspaniałą, wytartą od używania skórzaną rękojeścią.
– Chcesz poznać inną, co?
Jego twarz znajdowała się kilka cali od twarzy Pazela. Usta Jervika były poplamione na czerwono od kiepskiego żywicznika; jego oczy miały żółtawy ocień.
– Masz mi oddać mój nóż – odpowiedział Pazel.
– Kłamiesz! – warknął Jervik. – Nóż jest mój!
– Ten nóż należał do mojego ojca. Jesteś złodziejem i nie ważysz się go użyć.
Jervik znowu go uderzył, tym razem mocniej.
– Broń się, Muketch – prowokował.
Pazel nie uniósł pięści. Szydząc, Jervik i pozostali chłopcy wrócili do swoich obowiązków, zostawiając Pazela, który zaciskał powieki z bólu i wściekłości.
Zgodnie z Kodeksem Żeglarskim, który obowiązywał na wszystkich statkach, kapitan Nestef nie miałby innego wyjścia, jak oddalić smołownika przyłapanego na bójce. Jervik mógł sobie pozwolić na takie ryzyko: był obywatelem Arqualu, ogromnego cesarstwa obejmującego jedną trzecią znanego świata, i zawsze mógł się zgłosić na inny statek. A co więcej, nosił mosiężny pierścień Obywatelstwa jako wpisany do Cesarskiego Rejestru Chłopców Okrętowych. Takie pierścienie kosztowały tyle co miesięczna wypłata, ale były tego warte. Bez pierścienia chłopiec złapany w nadmorskim miasteczku mógł być wzięty za zbiegłego zaprzedańca albo cudzoziemca. Niewielu smołowników mogło sobie pozwolić na pierścień; większość nosiła papierowe certyfikaty, a te łatwo zgubić albo stracić na rzecz złodzieja.
Pazel był jednak nie tylko zaprzedańcem, ale też cudzoziemcem. Gorzej nawet: przedstawicielem podbitej rasy. Gdyby w jego papierach pojawiło się zdanie „zwolniony z powodu bójki”, nie przyjęto by go już na żaden statek. Dryfowałby bez celu i czekał, aż ktoś go weźmie jak monetę znalezioną na ulicy, a wtedy do końca swoich dni należałby do znalazcy.
Jervik dobrze o tym wiedział i uparcie podjudzał Pazela do bójki. Nazywał młodszego chłopca Muketch od nazwy błotnych krabów z Ormae­lu, rodzinnego miasta, którego Pazel nie widział od pięciu lat. ­Ormael był niegdyś miastem-fortecą, zbudowanym na wysokich klifach nad ideal­ną, błękitną zatoką. Miejscem pełnym muzyki, balkonów i zapachu dojrzałych śliwek; jego nazwa oznaczała „Łono poranka”. Ale to miasto już nie istniało. I Pazel miał wrażenie, że niemal wszyscy woleliby, żeby on zniknął razem z Ormaelem. Jego obecność na arqualskim statku stanowiła ujmę na honorze, jak plama po zupie na kapitańskim mundurze galowym. Biorąc przykład z Jervika, pozostali chłopcy, a nawet niektórzy żeglarze, zaczęli wołać na niego Muketch. Jednak to słowo zdradzało też pewien szacunek: żeglarze uważali, że te zielone kraby rojące się na bagnach przy Ormaelu były zaczarowane, i starali się jak mogli w żadnym razie na któregoś nie nadepnąć, bo to by przyniosło pecha.
Przesądy nie powstrzymały Jervika i jego gangu od szturchania i podcinania Pazela za plecami kapitana. A od zeszłego tygodnia zrobiło się jeszcze gorzej: zaczepiali go po dwóch, trzech w ciemnych kątach pod pokładem, z brutalnością, jakiej nigdy wcześniej nie doświadczył. Oni naprawdę mogą mnie zabić. (Jak można mieć tę świadomość i nadal pracować, jeść, oddychać?). Mogą spróbować dziś w nocy. Jervik namówi ich do tego.
Pazel wygrał ostatnią rundę: Jervik naprawdę bał się go dźgnąć przy świadkach. Ale w ciemnościach to inna sprawa – w ciemnościach sprawy toczą się szybko, nerwowo, a potem zbywa się je byle jakim wytłumaczeniem.
Na szczęście Jervik był głupi. Na złośliwy sposób bywał sprytny, ale radość, jaką sprawiało mu dręczenie innych, sprawiała, że był nieuważny. Zresztą na pewno w końcu Nestef go odprawi. Do tego czasu Pazel musi uważać, żeby nie zapędzili go w kozi róg. To pierwszy z powodów, dla których wspiął się na maszt. Po drugie, chciał zobaczyć Chathranda.
Bo dziś wieczór wreszcie go zobaczy – Chathrand, najpotężniejszy statek na całym świecie, z drugim grotmasztem tak ogromnym, że nie zdołałoby go objąć trzech żeglarzy, z rufowymi lampami wielkości człowieka i żaglami o powierzchni większej od Parku Królowej w Etherhorde. Zbudowano go z myślą o otwartym morzu, dalekich rejsach handlowych, hen poza zasięg cesarstwa. Może pożegluje do Fiordu Południa, gdzie ludzie byli czarni, albo na Wyspy Zewnętrzne na obrzeżu Morza Rozleg­łego. Albo do Państw Bez Korony, umęczonych poprzednią wojną. Co dziwne, nikt nie potrafił mu powiedzieć, dokąd popłynie Chathrand, chociaż statek był już praktycznie gotów ruszać w rejs.
Pazel to wiedział, bo też trochę pomagał w przygotowaniach. Dwukrotnie w ciągu dwóch nocy podpływali do burty Chathranda, tu, na ciemnych wodach zatoki Sorrophranu. Obie noce były pochmurne i bezksiężycowe, a Pazel, kiedy docierali na miejsce, za każdym razem pracował w ładowni aż do ostatniej chwili. Gdy wreszcie wychodził na pokład, widział tylko czarną, wygiętą ścianę porośniętą wodorostami i ślimakami, z małżami jak wbitymi ostrzami, która pachniała smołą, drewnem i morzem. Głosy mężczyzn spływały z góry, a w ich ślad na pokład Eniela obniżała się platforma podczepiona do ogromnego bomu ładunkowego. Na nią wędrowały worki z ryżem, jęczmieniem i twardą, ozimą pszenicą. Potem na deskach układano skrzynki pełne mandarynek, owoców berberysu, fig, solonego dorsza, solonej dziczyzny, następnie koks i węgiel; na koniec szły główki kapusty, ziemniaki, pochrzyn, wieńce czosnku i koła twardego jak skała sera. Jedzenie w ilościach zapierających dech w piersi: racje na sześć miesięcy bez zawijania do portu. Dokądkolwiek Wspaniały Żaglowiec się wybierał, najwidoczniej nie zamierzał korzystać z gościnności krajowców.
Kiedy już nic więcej nie dało się dołożyć do sterty, platforma unosiła się jak za sprawą magii. Niektórzy ze starszych chłopców łapali za liny i ze śmiechem dawali się unieść wysoko – pięćdziesiąt, sześćdziesiąt stóp – i przenieść nad odległym relingiem. Kiedy wracali na pustej ­platformie, ściskali drobniaki i słodycze, podarki od niewidocznej załogi. Pazel miał za nic te drobiazgi, ale dałby wszystko, żeby zobaczyć pokład Chathranda.
Teraz całym jego życiem były statki – odkąd pięć lat temu Arqual połknął jego kraj, Pazel spędził na lądzie raptem niecałe dwa tygodnie. Poprzedniej nocy, kiedy platforma wzniosła się po raz ostatni, zapomniał o ostrożności: złapał za linę w rogu. Jervik oderwał jego palce od sznura i Pazel poleciał na łeb na szyję na pokład Eniela.
Dziś jednak, w czasie krótkiego, trwającego jedną noc rejsu z Besq do Sorrophranu, niewielki statek nie przewoził ładunku, tylko pasażerów: trzy ciche postacie w żeglarskich płaszczach. Trzymali się na uboczu, nie tylko z dala od załogi, ale nawet od siebie nawzajem. Teraz, kiedy już było widać błękitne światła lamp gazobłotnych w Stoczniach Sorrophranu, cała trójka wyszła na dziób, jakby równie jak Pazel nie mogła się doczekać ujrzenia legendarnego statku.
Ku wielkiej radości Pazela, do trójki pasażerów należał doktor Ignus Chadfallow. Był to smukły mężczyzna o smutnych oczach i o dłoniach wykształconego człowieka. Cesarski lekarz i znakomity uczony, który uratował raz cesarza i jego Gwardię Konną przed śmiercionośną bełkotnicą, zalecając zarówno ludziom, jak i koniom sześciotygodniową dietę z prosa i suszonych śliwek. Uratował też samego Pazela przed niewolnic­twem.
Wszyscy trzej pasażerowie weszli na pokład o zachodzie słońca. Pazel i pozostali smołownicy przepychali się przy relingu, rywalizując o szansę przytaszczenia ich kufrów na pokład za kilka monet. Kiedy dostrzegł Chadfallowa, podskoczył i wymachując rękoma, niemal wrzasnął: „Ignus!”. Jednakże doktor tylko rzucił mu mroczne spojrzenie i powitanie zamarło chłopcu na ustach.
Kiedy Nestef witał pasażerów, Pazel daremnie próbował pochwycić spojrzenie Chadfallowa. Kiedy kucharz krzyknął: „Smołownik!”, zeskoczył zejściówką, żeby wyprzedzić innych chłopców, ponieważ Nestef miał zwyczaj witać nowych pasażerów kubkiem ostro doprawionej przyprawami herbaty. Dzisiaj jednak poczęstunek był bogatszy: kucharz położył na tacy piżmówkowe herbatniki, cukierki z czerwonego imbiru i nasiona lukki, które się żuje, żeby było ciepło. Balansując z wielką ostrożnością tacą pełną tych specjałów, Pazel wrócił na pokład i podszedł prosto do Chadfallowa, z sercem walącym mu w piersi.
– Może się pan poczęstuje?
Chadfallow patrzył na zalane księżycowym światłem skały i wysepki, jakby nic nie słyszał. Pazel odezwał się raz jeszcze, głośniej, i tym razem doktor odwrócił się gwałtownie. Pazel uśmiechnął się niepewnie do swego dawnego dobroczyńcy, ale Chadfallow warknął:
– Gdzie twoje wychowanie? Najpierw obsłużysz księżnę. No już!
Z płonącymi policzkami Pazel odwrócił się. Chłód doktora zranił go bardziej niż jakikolwiek cios Jervika. Chociaż, z drugiej strony, nie był wielkim zaskoczeniem: Chadfallow często sprawiał wrażenie, jakby się bał, że ktoś go zobaczy z Pazelem, i nigdy dłużej z nim nie rozmawiał. Ale był najbliższym odpowiednikiem rodziny, jaki ostał się Pazelowi na świecie, a nie widzieli się od dwóch lat.
Dwóch lat! Dłonie – a niech to! – mu zadrżały. Z trudem przełknął ślinę i dopiero wtedy odezwał się do księżnej. A przynajmniej taką miał nadzieję – że ta zgarbiona staruszka trzy cale niższa od niego, która stała przy grotmaszcie, mamrocząc i obracając złote pierścienie na palcach, to rzeczywiście księżna. Kiedy się odezwał, uniosła głowę i spojrzała mu w oczy. Miała wielkie, mlecznobłękitne oczy. Jej pomarszczone usta wykrzywiły się w uśmiechu.
Ehiji!
Jej dłoń z zakrzywionymi jak szpony palcami błyskawicznie wystrzeliła; paznokieć przejechał po policzku. Mokrym od uronionej wcześniej łzy. Starucha włożyła wilgotny palec do ust i jeszcze szerzej wyszczerzyła zęby. A potem zainteresowała się tacą. Najpierw wrzuciła do ust trzy największe cukierki imbirowe, a cztery następne wsunęła do kieszeni. Potem wyjęła z fałd płaszcza starą odbarwioną fajkę. Osłupiały Pazel patrzył, jak wytrząsnęła na wpół wypalony tytoń do miseczki z nasionami lukki, wymieszała je kciukiem, a potem wetknęła mieszankę nasion i tytoniu z powrotem do fajki, cały czas przy tym szepcząc do siebie i skrzecząc coś pod nosem.
– Masz krzemień?
– Nie, proszę pani.
– Dla ciebie lady Oggosk! Przynieś lampę.
Kilka chwil później miał wrażenie, że urwą mu się ręce, kiedy trzymał mosiężną lampę pokładową, ciężką od tłuszczu morsa, a lady Oggosk siłowała się z fajką. Smugi dymu z płonącego tłuszczu, tytoniu i lukki wypełniły mu nozdrza. Oddech księżnej, gdy zaciągnęła się fajką, a potem dostała czkawki, pachniał jak powiew z cuchnącego imbirem grobu. Wreszcie fajka się rozjarzyła, a staruszka zachichotała.
– Nie płacz, małpiszonku. Nie zapomniał o tobie, nawet na chwilę nie zapomniał, o nie!
Pazel zagapił się na nią. Mogła mieć na myśli jedynie Chadfallowa, ale co wiedziała o ich znajomości? Nim wymyślił, jak o to zapytać, odwróciła się od niego, nadal chichocząc.
Trzecim pasażerem był kupiec, zadbany i dobrze odżywiony. Pazel uznał, że jest chory: nosił biały szalik ciasno owinięty wokół szyi i trzymał na nim rękę, jakby osłaniając obolałe miejsce. Odchrząknął i zabrzmiało to naprawdę boleśnie – Pazel niemal rozlał herbatę. Mężczyzna także miał niezły apetyt: w jego ustach zniknęły cztery herbatniki, a za nimi kolejny z największych imbirowych cukierków.
– Nie jesteś zbyt czysty – powiedział nagle, obrzucając chłopca spojrzeniem od stóp do głów. – Czyjego mydła używasz?
– Czyjego mydła, proszę pana?
– To takie trudne pytanie? Kto robi mydło, którego używasz do mycia twarzy?
– Dostajemy szare mydło, proszę pana.
– Jesteś zaprzedańcem.
– Ale już niedługo, proszę pana. Kapitan Nestef okazał mi przyjaźń, za co błogosławię go po trzykroć. Mówi, że mam naprawdę dobre perspektywy, z moją smykałką do języków i...
– A moje perspektywy są, rzecz jasna, nadzwyczajne – oznajmił mężczyzna. – Nazywam się Ket; warto zapamiętać to imię, warto je sobie zanotować. Niedługo zawrę transakcję wartą sześćdziesiąt tysięcy złotych sercówek. A to tylko jedna wyprawa handlowa.
– To wspaniale dla pana. W rzeczy samej! Będzie pan płynął na Chathrandzie?
– W życiu nie zobaczysz sześćdziesięciu tysięcy... czy nawet sześciu. Zmykaj.
Położył coś na tacy i odprawił Pazela gestem. Chłopak skłonił się i wycofał, a potem zerknął na tacę. Leżał na niej bladozielony krążek z wyciśniętym napisem: MYDŁO KETA.
Jedna z tych sześćdziesięciu tysięcy monet bardziej by mu odpowiadała, ale i tak wsunął mydełko do kieszeni. A potem przyjrzał się tacy i serce mu się zacisnęło. Nie miał już czym poczęstować Chadfallowa – został tylko kawałeczek imbirowego cukierka i połamany herbatnik.
Doktor zignorował słodycze, ale wskazał na butelkę z herbatą. Pazel ostrożnie nalał mu kubek. Chadfallow zacisnął długie palce wokół ­naczynia i podniósł je do ust, zaciągnął się aromatyczną parą, a potem powiedział, że tak się powinno robić na zimnie, żeby „ożywić nozdrza”. Nie spojrzał nawet na chłopca, a Pazel nie wiedział, czy ma zostać, czy odejść. W końcu doktor zapytał ściszonym głosem:
– Nie chorujesz?
– Nie.
– A twoje ataki?
– Wyleczone – odpowiedział szybko Pazel, ciesząc się, że są sami.
Nikt na Enielu nie wiedział o jego atakach.
– Wyleczone? Jakim cudem?
Pazel wzruszył ramionami.
– Kupiłem lek w Sorhn. Wszyscy tam jeżdżą po takie rzeczy.
– Ale nie wszyscy żyją pod wpływem magicznego zaklęcia. A ile ci policzyli za to... lekarstwo?
– Wzięli... wszystko, co miałem – przyznał Pazel, marszcząc brwi. – Ale to było warte każdego grosza. Zrobiłbym to jeszcze raz, choćby jutro.
Chadfallow westchnął.
– Przypuszczam, że rzeczywiście byś to zrobił. A zęby?
Pazel podniósł wzrok zaskoczony nagłą zmianą tematu.
– Z moimi zębami jest wszystko w porządku – odpowiedział ostrożnie.
– To dobrze. Bo z tą herbatą nie jest. Spróbuj jej.
Chadfallow podał mu kubek i patrzył, jak chłopiec pije. Pazel się skrzywił.
– Gorzka.
– Bardziej gorzka dla ciebie niż dla mnie. A przynajmniej tak możesz pomyśleć.
– Co masz na myśli? – Pazel podniósł głos. – Dlaczego tak dziwnie się zachowujesz?
Ale jak wcześniej księżna i kupiec mydlarski, Chadfallow tylko odwrócił się i spojrzał na morze. I przez całą noc nie okazał Pazelowi więcej zainteresowania niż jakiemukolwiek zwykłemu żeglarzowi, krzątającemu się w pobliżu.

***

A teraz, sześć godzin później, poobijany, przemoczony i przemarznięty na kość Pazel patrzył, jak zbliżają się do Stoczni. Za kilka minut wejdą do portu, skąpanego w księżycowym świetle.
Pazel wiedział, że był głupcem, spodziewając się, że Chadfallow potraktuje go milej. Doktor stał się innym człowiekiem od czasu najazdu na Ormael, co jako cesarski Wysłannik Nadzwyczajny obserwował osobiście. Przemoc go odmieniła – stał się człowiekiem ponurym, a źródło serdeczności, jakie w nim biło, wyschło. Podczas ich ostatniego spotkania, dwa lata temu, udawał, że nie zna Pazela.
Ale dlaczego znalazł się tutaj, w wigilię wypłynięcia Chathranda? Doktor zawsze pojawiał się, kiedy w życiu Pazela miała nastąpić jakaś gwałtowna i radykalna zmiana. Chłopak pomyślał, że dziś wieczór też tak będzie, i dlatego kręcił się przy grotmaszcie, ciekaw, co zrobi Chadfallow.
Powitał ich głos z brzegu: „Zawijajcie, Eniel!”; „Zawijajcie tam! Port jest zatłoczony!”.
Kapitan Nestef ryknął: „Tak jest, Sorrophran!” i ostro pociągnął za koło sterowe. Bosman krzyknął, ludzie skoczyli do lin i białe żagle Eniela się zwinęły. Płynąc siłą rozpędu, Eniel minął suche doki, długie rzędy okrętów wojennych z opancerzonymi dziobami i nadburciami jeżącymi się od kolców, flotę krewetkową, łodzie mieszkalne o porcelanowych kopułach Nuneków. A potem na pokładzie rozległo się chóralne westchnienie zdumienia – wyrwało się z piersi wszystkich oficerów, żeglarzy i smołowników. Przed nimi pojawił się Chathrand.
Nic dziwnego, że w porcie nie było miejsca! Chathrand zajął prawie całą przestrzeń. Teraz, gdy Pazel dobrze go widział w księżycowym świetle, wyglądał, jakby zbudowano go nie dla ludzi, ale dla olbrzymów. Czubek grotmasztu Eniela ledwie sięgał pokładu rufówki, a żeglarz wysoko na salingu wydawał się malutki jak mewa. Maszty Chathranda przywodziły Pazelowi na myśl wieże królów Fiordu Południa, wznoszące się nad czarnymi klifami w Pol. Przy nim nawet cesarskie okręty wojenne wyglądały jak zabawki.
– Ostatni z tego gatunku – odezwał się ktoś za plecami Pazela. – Nie odwracaj się.
Pazel zamarł z ręką na maszcie. Głos należał do Chadfallowa.
– Żyjący relikt – ciągnął doktor. – Pięciomasztowy segralski Wietrzny Pałac, największy statek, jaki skonstruowano od czasów Bursztynowych Królów przed Wielkim Sztormem. Nawet drzewa, z których go zbudowano, przeszły do historii: m’xingu, z którego zrobiono stępkę, sosna tritne na maszty i reje, skalny klon na pokład i odbojnice. Przy jego budowie brali udział w równym stopniu cieśle okrętowi i magowie, a przynajmniej tak mówią stare opowieści. Dla nas ta sztuka już przepadła. Ona i wiele innych rzeczy.
– Czy to prawda, że przepłynął Morze Rozległe?
– Owszem, Segralowie ważyli się wypłynąć na te wody, właściwie po to go zbudowali. Ale Chathrand ma sześćset lat. Jego młodość to dla nas tajemnica. Tylko najstarsi z Handlowego Rodu widzieli zapiski z naj­wcześniejszych podróży.
– Kapitan Nestef mówi, że zaopatrywanie Chathranda tutaj nie ma sensu, skoro Etherhorde znajduje się raptem sześć dni stąd – powiedział Pazel. – Mówi, że mają tam robotników, którzy latami przygotowywali się do pracy przy nim.
– Sprowadzono go tutaj właśnie ze stolicy.
– Ale czemu? Kapitan Nestef mówi, że Etherhorde i tak będzie jego pierwszym przystankiem.
– Widzę, że twoja ciekawość ma się świetnie – stwierdził oschle Chadfallow.
– Dziękuję, owszem. A po Etherhorde? Dokąd potem popłynie?
Doktor się zawahał.
– Pazel, ile pamiętasz z naszych lekcji w Ormaelu?
– Wszystko. Mogę nazwać każdą kosteczkę w ciele, sześć rodzajów żółci, jedenaście narządów i przewodów we wnętrznościach...
– Nie pytam o anatomię. Pomyśl o tym, co ci mówiłem o polityce. Wiesz przecież o Mzithrinie, naszym wielkim wrogu na zachodzie.
– Waszym – odparł z naciskiem Pazel; nie mógł się oprzeć pokusie.
– Możesz nie być obywatelem Arqualu – stwierdził ostrzejszym tonem doktor – ale twoja pomyślność spoczywa w naszych rękach. A plemiona Mzithrinu napadały na Ormael całe stulecia przed naszym przyjściem.
– Jasne. Próbowali nas zniszczyć przez setki lat i nie udało im się. Wy dokonaliście tego w dwa dni.
– Przemawia przez ciebie ignorancja! Gdyby Mzithrińczycy chcieli zająć wasze państewko, zrobiliby to jeszcze szybciej niż my. Zamiast tego woleli, żebyście wykrwawiali się po cichu, a świat o niczym nie wiedział. A teraz udowodnij, że słuchałeś moich wykładów. Czym tak naprawdę jest Mzithrin?
– To cesarstwo szaleńców – odpowiedział Pazel. – A przynajmniej tak to brzmiało, kiedy mi opowiadałeś. Poszaleli na punkcie czarów, diabłów, starożytnych rytuałów i oddawania czci kawałkom Czarnej Urny. To szaleńcy i w dodatku niebezpieczni, dzięki śpiewającym strzałom, pociskom-smoczym jajom i gildii świętych piratów. Jak się ich nazywa?
Sfvantskor. Ale nie o to chodzi. Mzithrin to pentarchia, kraj, w którym rządzi pięciu królów. W czasie ostatniej wojny czterech z tych królów przeklęło Arqual jako cesarstwo zła, ucieleśnienie herezji, służalców Otchłani. Ale piąty nie powiedział nic takiego. I utonął w morzu.
Nad wodami zatoki poniosły się dźwięki rogu.
– Jesteśmy prawie na miejscu – powiedział Pazel.
– Słuchasz mnie? Piąty król utonął, bo działa arqualskie zatopiły jego statek. Nigdy nas nie potępił, a jednak jego właśnie zabiliśmy. Nie uważasz, że to dziwne?
– Nie, wy zawsze zabijacie, kogo chcecie.
– A ty się upierasz przy głupocie, chociaż w gruncie rzeczy jesteś względnie mądrym chłopakiem.
Pazel rzucił doktorowi wściekłe spojrzenie. Mógł zdzierżyć niemal każdą obrazę, dopóki nie powątpiewano w jego inteligencję: czasem miał wrażenie, że jest ona ostatnim powodem do dumy, jaki mu pozostał.
– Zapytałem, dokąd płynie Chathrand, a ty mi mówisz o Mzithrinie. Słuchasz mnie w ogóle? – Pozwalał sobie na sarkazm, ale nie dbał o to. – A może to właśnie twoja odpowiedź? Statek odwiedzi naszych „wielkich wrogów”, królów Mzithrinu.
– A czemu nie?
– Bo to niemożliwe.
– Czyżby?
Doktor musiał się z nim droczyć. Arqual i Mzithrin walczyły ze sobą od wieków, a ostatnia wojna była najkrwawsza ze wszystkich. Zakończyła się czterdzieści lat temu, ale Arqualczycy nadal nienawidzili i bali się Mzithrińczyków. Niektórzy kończyli poranne modlitwy, odwracając się i plując na zachód.
– „Niemożliwe” – powiedział Chadfallow, kręcąc głową. – Oto słowo, którego musimy się oduczyć.
W tej samej chwili rozległ się okrzyk bosmana: „Port, na stanowiska!”.
Ucichły rozmowy; mężczyźni i chłopcy rozeszli się do swoich zadań. Pazel też zaczął się zbierać – rozkaz to rozkaz – ale Chadfallow złapał go za rękę.
– Twoja siostra żyje – powiedział.
– Moja siostra! – wykrzyknął Pazel. – Widziałeś Nedę? Gdzie jest? Nic jej nie grozi?
– Cicho! Nie, nie widziałem jej jeszcze, ale zamierzam. I Suthinię.
Pazel zdołał tylko zdusić kolejny okrzyk. Suthinia była jego matką. Myślał, że obie zginęły w czasie najazdu na Ormael.
– Od jak dawna wiesz, że żyją?
– Nie pytaj już. Na razie są bezpieczne, o ile ktokolwiek może tak o sobie powiedzieć, ale nic nie jest pewne. Ale jeśli chcesz im pomóc, posłuchaj uważnie: nie idź na swoje stanowisko. Pod żadnym pozorem nie schodź pod pokład Eniela dziś wieczór.
– Ale pracuję przy pompach!
– Nie będziesz pracował.
– Ale, Ignus... Auć!
Chadfallow zacisnął dłoń na ręce Pazela.
– Nigdy nie mów mi po imieniu, smołowniku! – syknął. Nie patrzył na Pazela, ale było widać, że jest wściekły. – Więc byłem głupcem? Przez pół dekady byłem głupcem? Nie odpowiadaj! Powiedz tylko, schodziłeś na brzeg w Sorrophranie?
– T-tak.
– Więc wiesz, że stawiając stopę poza dzielnicą portową, stajesz się celem dla Migarzy? Że dostają oni trzy złote monety za każdego chłopca i dziewczynę, których odeślą do Zapomnianych Kolonii, dwadzieścia dni marszu od Stepów Slevranów?
– Wiem o Migarzach i o tym strasznym miejscu! Ale co to ma wspólnego ze mną? Zostanę na pokładzie tej nocy, a o wschodzie słońca wypływamy!
Chadfallow pokręcił głową.
– Pamiętaj tylko, że Migarze nie mogą tknąć cię w porcie. A teraz trzymaj się z dala ode mnie, Pazelu Pathkendle i przede wszystkim zostań na pokładzie! Nie będziemy już więcej rozmawiać.
Doktor otulił się płaszczem i ruszył ku rufie. Pazel widział już nadchodzące nieszczęście. Pierwsza zasada przetrwania dla smołownika mówiła: „Bądź szybki!”, a Chadfallow już zmusił go do jej złamania. Kapitan Nestef jeszcze tego nie zauważył, ale szeregowi żeglarze, którzy ruszyli do swoich zadań, patrzyli na niego jak na szaleńca. Co sobie wyobraża ten chłopak? Nie wyglądał na chorego, nie spadł z rei, a mimo to stał w miejscu.
Pazel wiedział, co się zaraz stanie, i się nie pomylił. Pierwszy oficer nadzorujący pracę ludzi na otwartym pokładzie złapał Pazela i obrzucił zgorszonym spojrzeniem.
Muketch! – ryknął. – Odbiło ci? Złaź pod pokład, albo zedrę skórę z tego ormaelskiego tyłka!
Oppo, proszę pana!
Pazel pognał do głównego luku, ale u szczytu drabiny się zatrzymał. Zawsze wykonywał polecenia Chadfallowa. Rozejrzał się za innymi smołownikami – może zamieniłby się z kimś na robotę? – ale wszyscy znajdowali się pod pokładem, na swoich miejscach. Wkrótce się zorientują, że go brakuje, i zostanie surowo ukarany za złamanie rozkazu. Jak się wytłumaczy? Sam nie bardzo wiedział, co robi.
Desperacko próbując zachować pozory, Pazel rozejrzał się i zauważył zwiniętą cumę przy lewej burcie. Ukradkiem przewrócił zwój i zaczął go dokładnie zwijać od nowa. Przynajmniej będzie wyglądało na to, że ma zajęcie. W głowie mu się kręciło od nowin Chadfallowa. Jego matka i siostra żyły! Ale gdzie mogły być? Ukrywały się w zniszczonym Ormae­lu? Sprzedano je do niewoli? A może dotarły do Państw Bez Korony, szczęśliwie uciekły z cesarstwa?
I wtedy nagle Pazel źle się poczuł. Zakręciło mu się w głowie i zamglił wzrok. Wspomnienie ohydnej herbaty podeszło mu do gardła. Zatoczył się i znowu przewrócił zwój liny.
Ignus, coś ty mi zrobił?
W następnej chwili dziwne wrażenie zniknęło. Czuł się już dobrze, ale ktoś chichotał za jego plecami. Pazel odwrócił się i zobaczył Jervika, który triumfalnie wskazywał go palcem.
– Znalazłem go, proszę pana! Opuścił swoje stanowisko! Specjalnie przewrócił cumę, żeby zrobić sobie dłuższą przerwę! Niech ma tę swoją przerwę, panie Nicklen!
Bosman Nicklen garbił się za Jervikiem. Wykrzywił usta. Był zwalistym mężczyzną o czerwonej twarzy i oczach zatopionych w opuchniętych powiekach, co wyglądało, jakby ktoś odcisnął dziurki w miękkim cieście. Zwykle traktował Pazela względnie przyzwoicie, pozostając pod silnym wpływem Nestefa, ale lina leżała oskarżycielsko w nieładzie, a kiedy bosman zapytał go, czy Jervik mówi prawdę, Pazel zacisnął zęby i pokiwał głową. Jervik skrzywił się za plecami bosmana, szczerząc się w szerokim uśmiechu.
– Dobra, spadaj, Jervik – powiedział Nicklen. – A co do pana, panie Pathkendle, to ma pan szczęście. Powinieneś zebrać baty za lekceważenie obowiązków, ale zamiast tego pójdziesz ze mną.

***

Czterdzieści minut później Pazel wcale nie czuł, że dopisało mu szczęście. Zaczął padać deszcz, a on stał na zalanej wodą ulicy w Sorrophranie, bez kapelusza (leżał w kufrze na Enielu), i słuchał przytłumionych dźwięków skrzypiec i akordeonu oraz towarzyszących im ryków śmiechu, które dobiegały zza kamiennej ściany tawerny obok. To była bezsensowna kara wyznaczona przez Nicklena: kazał mu stać na ulicy jak zawstydzonemu uczniakowi, podczas gdy sam poszedł przepijać wypłatę.
Nie pierwszy raz Pazel przeklinał Jervika. Na szczęście znajdował się w dzielnicy portowej, z dala od kręcących się Migarzy. Ale na ile znał Jervika, chłopak opowie pierwszemu oficerowi, co się wydarzyło na pokładzie i Pazel nie uniknie lania.
Wspomniał o tym podejrzeniu bosmanowi, gdy szli przez miasto. Odpowiedź Nicklena była dziwna: powiedział Pazelowi, żeby zapomniał, że kiedykolwiek znał głupka imieniem Jervik.
– Panie Nicklen – zagadywał go dalej Pazel (dziś bosman z wyjątkową cierpliwością znosił jego gadaninę) – a Chathrand to jest szybki?
– Szybki! Praktycznie frunie przy dobrym wietrze! Tylko trudno na taki trafić. Małe statki mogą więcej przy lekkiej bryzie, kapujesz? To dlatego Jego Zwierzchność tak lubi malutkie kanonierki. Ale kocha też i duże, zapamiętaj sobie. I te średnie. A jeśli idzie o Chathranda, marzy mu się wiatr, który zatopiłby każdy inny przeciętny statek. Śmiem twierdzić, że Nelu Peren podcina mu skrzydła.
Nelu Peren, czyli Morze Spokojne, to był jedyny kawałek oceanu, po którym Pazel żeglował. Czasem trudno by je uznać za spokojne, ale było znacznie bezpieczniejsze od Nelu Rekere (czyli Morza Ograniczonego), które je zamykało. Najdalej, już za archipelagami na południu, rozciągał się Nelluroq, czyli Morze Rozległe. Legendy mówiły o ogromnych wyspach, może nawet całych kontynentach, ukrytych wśród bezmiarów wód, pełnych dziwnych zwierząt i ludzi, którzy niegdyś handlowali i paktowali z północą. Ale minęły stulecia i ogromne statki tonęły jeden po drugim. Ostał się tylko Chathrand, a wszystkie wyspy, które mogły leżeć na Morzu Rozległym także zatonęły – w morzu zapomnienia.
– W każdym razie w dzisiejszych czasach nie musi już szybować jak skrzydlaty murth. Już nie jest statkiem wojennym.
Na wspomnienie o wojnie myśli Pazela przeskoczyły do następnej kwestii.
– A pan brał udział w ostatniej wojnie, panie Nicklen? To znaczy w tej wielkiej?
– W drugiej morskiej? A tak, ale jako żółtodziób. Byłem młodszy od ciebie, kiedy się skończyła.
– Naprawdę zabiliśmy jednego z królów Mzithrinu?
– A tak! Shaggata! Shaggata Nessa i jego bękarty, i jego maga. To była słynna nocna bitwa. Ich statek poszedł na dno z całą załogą. Niedaleko od Ormaelu, skoro już pytasz. Ale nigdy nie znaleziono nawet śladu po tamtym statku. Shaggat, chłopcze, to znaczy Król-Bóg dla tych kundli.
– Ale czy on był... przyjacielem Arqualu?
Szczerze zdumiony Nicklen spojrzał na Pazela.
– To jakiś żart, panie Pathkendle?
– Nie, skąd! Ja tylko myślałem... to znaczy ktoś mi powiedział...
– Shaggat Ness był potworem – przerwał mu Nicklen. – Występnym demonem kochającym mord. Nie był przyjacielem dla żadnego żywego człowieka na tym świecie.
Pazel nigdy nie słyszał, żeby bosman przemawiał z większym przekonaniem. Ten wysiłek wyraźnie go zmęczył: mężczyzna uśmiechnął się niezręcznie, poklepał Pazela po ramieniu, a kiedy doszli do baru, kupił chłopcu pora zapiekanego w cieście i kufel dyniowego piwa – przysmaki z Sorrophranu. Ale nim poszedł się zabawić, pogroził smołownikowi palcem.
– Zejdź z tego stanowiska, a utopię cię w Hansprit – powiedział. – Miej oczy otwarte, dobrze? Kapitan nie lubi pijaństwa.
Pazel pokiwał głową, ale wiedział, że bosman coś ukrywa. Smołownicy rzadko pijali dyniowe piwo. Co Nicklen kombinował? Nie chodziło o bunt ani handel oparami śmierci: był za stary i zbyt powolny, żeby się poważyć na takie zbrodnie. Tak samo klienci, żartujący z „małego wartownika” i mierzwiący jego mokre włosy w denerwujący sposób, nie wyglądali na przestępców.
Godzinę później bosman pojawił się z drugim zapiekanym frykasem i starą owczą skórą przeciw deszczowi. Miał zmętniałe spojrzenie i marszczył czoło. Jego ubranie cuchnęło piwem.
– Nadal nie śpi! – powiedział. – Dobry z ciebie chłopak, Pathkendle. Kto powiedział, że Ormaelczykowi nie można ufać?
– Na pewno nie ja – wymamrotał Pazel, chowając por, który miał zamiar zostawić sobie na śniadanie.
– Nigdy ich nie nienawidziłem – powiedział Nicklen zmartwiony. – Nigdy bym nie wziął w tym udziału, mam nadzieję, że to rozumiesz. Gdybym tylko miał wybór...
Odwrócił wzrok i zataczając się, wrócił do baru.
Zdezorientowany Pazel usiadł na schodach. Nicklen nie mógł naprawdę martwić się kapitanem. Nestef nie lubił pijatyk, to prawda. Ale miał lepsze zajęcie niż ścigać bosmana w deszczu.
Mijały godziny, pijacy przychodzili i odchodzili. Pazel na wpół drzemał pod owczą skórą, kiedy poczuł coś ciepłego i aksamitnego na nagiej stopie. Natychmiast się obudził i zobaczył, że patrzy w oczy największemu kotu, jakiego w życiu widział: to było smukłe, rude stworzenie, którego żółte ślepia patrzyły prosto w oczy chłopca. Jedną łapę kot położył na palcu Pazela, jakby sprawdzał, czy żyje.
– Witam pana – powiedział Pazel.
Stworzenie warknęło.
– Och, panią, tak? Pokój z tobą, kimkolwiek jesteś.
Zrzucił owczą skórę i kot skoczył. Nie na niego, ale na drugi por w cieście. Nim Pazel zdołał zrobić coś więcej niż zakląć, zwierzę zabrało mu przysmak z ręki i czmychnęło do zaułka. Pazel zerwał się i pogonił za kotem, ale lampy już pogaszono i kot zniknął mu z oczu.
– Ty zapchlony złodzieju!
W chwili, kiedy krzyknął, choroba powróciła. Było gorzej niż przedtem: zatoczył się na kosz na śmieci, który przewrócił się z hukiem. Pazel znowu miał gorzki posmak w ustach, a kiedy z okna powyżej poleciał stek wyzwisk, słowa wydały mu się czystym nonsensem. I wtedy nagle atak minął i słowa zabrzmiały wyraźnie:
– ...od mojego kosza! Przeklęte łobuzy! Idą spać, kiedy ptaki wstają!
Rozzłoszczony Pazel wrócił do tawerny. Nagle się zatrzymał. Tamten człowiek miał rację: rzeczywiście zaczynały już śpiewać ptaki. Zbliżał się świt.
Otworzył drzwi do tawerny. Barman leżał tuż za progiem i wyglądał na pijanego.
– Auć! Zmiataj, żebraku! Zabawa dawno się skończyła.
– Nie żebrzę. Tu jest pan Nicklen i powinienem go obudzić.
– Ogłuchłeś? Wszystko wypiliśmy! Nikogo tu nie ma.
– Ale pan Nicklen tu jest.
– Nicklen? Ta męczydusza z Eniela?
– Eee... ma pan rację, to on.
– Wyszedł dawno temu.
– Co?
– I chwała mu za to. Jęczał całą noc. „Doktor! Doktor zapłacił mi za ten niecny uczynek!”. Nikt nie mógł go uciszyć.
– Jaki doktor? Chadfallow? O czym on mówił? Dokąd poszedł?
– Ciszej! – jęknął barman. – Skąd mam wiedzieć, co za doktor? Ale do Etherhorde, tam się udał! Powiedział, że wypływają przed świtem. I nie zapłacił za ostatniego drinka, łachudra. Uciekł tylnymi drzwiami. Auć!
Pazel wskoczył do środka. Tawerna świeciła pustkami. Dał się oszukać! Dał się oszukać Nicklenowi! A co barman usłyszał? Że wypływają przed świtem?
Wybiegł na ulicę. Deszcz nadal zalewał Sorrophran, ale na wschodzie czarne chmury zamieniały się w szare. Pazel popędził tą samą drogą, którą przyszli z Nicklenem, skręcił za róg, zbiegł po nadkruszonych schodach, minął rudego kota pożerającego jego zapiekankę, wpadł na kolejne kosze na śmieci, skręcił za następny róg i śmignął na nabrzeże, jakby od tego zależało jego życie.
Rybacy wracali z nocnych połowów. Gwizdali i śmiali się. „Ducha zobaczyłeś, smołowniku?”. Pobiegł między ich beczułkami, korytami do patroszenia i stosami sieci. Ogromny kadłub Chathranda wznosił się dokładnie przed nim; ludzie kręcący się na jego pokładzie, wśród szarości poranka wyglądali jak mrówki na kłodzie. Ale w załomie nabrzeża za Chathrandem nie było statku o nazwie Eniel, na który Pazel mógłby wejść.
Popędził na koniec pomostu dla rybaków. Zobaczył Eniela wypływającego z portu; łapał wiatr w żagle i przyśpieszał. Pazel zdjął koszulę i zaczął nią wymachiwać, wykrzykując imię kapitana. Ale wiatr wiał od lądu, a deszcz stłumił jego głos. Nikt na Enielu go nie usłyszał albo nie chciał usłyszeć. Pazel stracił dom.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-08-29 (1436 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej