Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Agent JFK 8: Kaliber 45
 
Katalog - dodano
 Słupnik
- Jakub Bielawski
 Diablero
- F.G. Haghenbeck
 Opowieści z piasku i morza
- Alwyn Hamilton
 Letnia noc
- Dan Simmons
 Pójdę twoim śladem
- Ryszard Ćwirlej
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Zbawienie

Autor: Mariusz Strojec


Przyjemny poranek. Słonecznie, powietrze tak słodko chłodne i orzeźwiające. Świat w taki dzień, jak dziś wydaje się ostoją spokoju i jakiejś niepojętej szczęśliwości. Kto wie, może to właśnie tak wyglądał pierwszy dzień ludzi zaraz po ich biblijnym początku, a może to wspomnienie utraconego raju? Może tylko jemu ten dzień wydawał się cudowny, bo inni, których widział na ulicy nie mieli tak zamglonych oczu i głupich, przyklejonych do twarzy uśmiechów. Chciał, aby ten dzień był wyjątkowy, właściwie to nawet wiedział, że jest. Dwudziesty drugi marzec zaczął się wyjątkowo i nie pozwoli żeby inaczej się skończył.
Czekał, światło się zmieniło i ruszył na druga stronę. Naprzeciwko na swoją zieleń czekała para zakochanych nastolatków, czule objęta, szepcząca coś tylko dla siebie. Dziewczyna figlarnie się uśmiechała a ten młody, już prawie mężczyzna, ciągle szeptał jej… No właśnie, co? Nie wiedział, nie pamiętał już, co w takich chwilach szepce się do ucha siedemnastolatki. Myślał o wysuniętym języku muskającym jej małe sterczące sutki, palcach, które poznawały smak kobiety. Oczami wyobraźni widział siebie - napalonego samca trzymającego młodą dziewczynę za włosy, jej prężne, wypięte w jego kierunku pośladki, uda, po których spływał pot. Niestety on jakoś tam nie pasował, robił to coraz gwałtowniej, mocniej, a ona przestał już jęczeć a zaczęła szlochać, widział jej łzy spływające po policzku, usta próbujące powiedzieć żeby przestał, ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Przelewał w nią swoją spermę i frustrację, samemu nie wiedząc, której z tych dwóch substancji będzie zawdzięczał nadchodzący orgazm.
Był już starym, nieapetycznym mężczyzną, nie łapał się do żadnych standardów „przystojności”. Wiedział o tym. Jego ukochana żona nie kochała się z nim już od roku, a może dwóch lat.
Dobrze, że dziś to wszystko nie było ważne, dziś to wszystko się skończy, dziś uśmiechnął się do niego Bóg. Nie wiedział, który ani dlaczego akurat do niego, ale był pewien, że się uśmiechnął!
Był już prawie na miejscu. Przychodził tu każdego ranka, na cudowną czarną kawę i słodkie najlepsze w tym mieście „wu-zetki”. Dziś zje dwie, może nawet trzy nie musi przecież przejmować się tuszą. Nie on - wybraniec Bogów.
Kawiarnia była pusta. Wszedł do środka ściągnął płaszcz i powiesił na wieszaku tuż przy wejściu. Rozejrzał się, miał do wyboru każdy stolik! I nikt nie mógł go powstrzymać przed zajęciem miejsca przy samym oknie. Tylko on, ciasta, ciasteczka i banda kretynów na zewnątrz.
To musiał być jeden z tych szczęśliwych Bogów, ten dobry i sprawiedliwy…
Kelnerka ociągała się z podejściem do stolika, ale nie miał jej tego za złe, przecież kawiarnia dopiero, co została otwarta, jemu w ogóle się nie spieszyło. Gdy w końcu wyszła zza lady i ruszyła w jego kierunku mimo woli spojrzał na nią i nie mógł oderwać oczu. Młoda, sprężysta, uśmiechnięta (może tylko, dlatego że był klientem). W białej bluzeczce z kołnierzykiem i czarnej króciutkiej spódniczce. Śliska. Wiedział, że musiała być śliska…
-Czym mogę służyć? - zapytała trzymając w dłoniach mały czarny notesik i ołówek.
-Jakąś przyjemna przyjemnością, najlepiej czarną i bez cukru- uśmiechnął się i czekał na reakcje kelnerki.
-Mała czy dużą? - nie usłyszał nawet leciutkiego zawirowania w jej głosie.
-Dużą - skończył grę rozczarowany - i jeszcze „wu- zetki”, trzy i żeby każda była na osobnym talerzyku i miała swój własny widelczyk.- Spojrzała na niego, w ten sposób… pełen irytacji i współczucia a może rozbawienia. To chyba było właśnie rozbawienie. Będzie miała co opowiadać koleżanką gdy przyjdą.- „Taki świr jakiś, trzy „wu- zetki” z osobnymi widelczykami, hi hi hi.”
Odwrócił się do okna, teraz to on mógł się ponabijać. Był tu całkiem bezpieczny w swoim prześmiewaniu. Nikt nie zwracał na niego uwagi, a on widział wszystkich - był synem Boga, był jego uchem i okiem!
Zastanawiał się, jakie to będzie głupie, gdy pewnego dnia, kiedy wybije już godzina tych wszystkich ludzi i oni umrą. Jak będą się czuli widząc jednego z nich, wydającego wyrok na całe miliony, na każdego z osobna.
Ty nie jesteś jednym z nich!
Ułożył palce w pistolet i celował do przechodniów za oknem. „Ty kobieto na zakupach, będziesz potępiona i ty też baranie, który zamierzasz zjeść śniadanie w KFC, i ty kobieto z psem. Was studenci potępiam- tuff, tuff, tuff.” Celował i pluł sobie na brodę potępiając i skazując na męki wszystkich, którzy znaleźli się w polu jego widzenia.
-Pana zamówienie. - Kelnerka stała koło stolika i trzymała kubek z kawą i pierwsze z trzech zamówionych ciastek.- Zaraz przyniosę następne? - stała i patrzyła nie mogąc oderwać oczu od jego brody, na której lśniły kropelki śliny.
-Tak, dobrze - odpowiedział machinalnie. Jego oddech był szybszy, a huk bijącego serca całkowicie otępiał.
Dziewczyna ciągle stała wpatrując się w niego lekko wystraszona.
-Proszę się nie bać, ja…bo dziś rano, hmm, nie wiem czy pani rozumie, ale Bóg on dał mi, on ze mną rozmawiał. Znaczy się on do mnie mówił…rozumie pani.- Nie rozumiała, patrzyła, skamieniała, wyglądała jakby bała się poruszyć.
-Proszę przynieść ciastka.- Uśmiechnął się, mrugnął okiem i przyglądał się dziewczynie, oddalającej się za ladę. Nawet na chwilę nie oderwała od niego oczu. Szła tyłem. On się uśmiechał.
Oni tak mają, nie rozumieją
! Poczuł się dziwnie. Nagle dzień jego chwały jakby stał się mniejszy. Jak to możliwe, że oni nie wiedzą?
Oni nie chcą wiedzieć!
Wziął ciastko i zawinął je w poranna gazetę, którą wziął ze stojaka. Wyciągnął z portfela dwudziesto-złotowy banknot, chwycił płaszcz i wybiegł. Nie chciał już widzieć tego apatycznego, martwego, ludzkiego wzroku na sobie.

9.30 ławka w parku. Drzewa. Delikatny wiatr baraszkujący w liściach. Promienie słońca na jego twarzy dające przyjemne, euforyczne ciepło. Wiosna zaczęła się wczoraj i nikt nie miał wątpliwości, że przyszła już na stałe. On wiedział, ze to ta wiosna, na którą wszyscy czekają, ta najwspanialsza i jedyna. Pierwsza taka, o której nikt nic już nie powie i nie napisze żadnej piosenki. On wiedział!
Otulił się mocniej płaszczem, poczuł w jego kieszeni rozmazane ciastko. Wsunął dłoń do środka. Poczuł miły, przepływający między palcami krem i rozkruszone ciasto. Zginał i rozprostowywał palce. Gęsta maź miała w sobie coś hipnotyzującego. Miał ochotę rzucić się na trawnik, tarzać po nim, czuć zapach trawy i liści… i zgniatać ciastko, miażdżyć je w nieskończoność. Uśmiechnął się do siebie. Chciał zrobić, coś! Poczuł mrowienie w palcach prawej dłoni zaciśniętej na ciapie, która kiedyś była „wu- zetką”.
Jest miękko.
Jest ślisko.
Jest świetliście!
Jestem tym ciastkiem! Wiesz o tym prawda?

Wiedział. Poczuł znowu to, co rano, gdy leżał jeszcze w łóżku obok kobiety, która była jego żoną. Tuż przed tą przykrą chwilą zmuszającą go do podniesienia się z pościeli. Ciepłej i pełnej snów. Czekał na Boga. Wiedział, że przyjdzie!
Zamknął oczy, rozkoszując się samym sobą, skąpanym w boskiej chwale.
Telefon. Dzwonek. Dzwonek. Telefon. Dzwonek.
To twój telefon.
Wyciągnął aparat z kieszeni. Na ekraniku wyświetlał się zapis numeru, który znał. To dzwonił jego szef. Ręce zaczęły mu się trząść, musiał odebrać, był o tym przekonany, choć nie mógł znaleźć żadnego argumentu, który by za tym przemawiał. Nacisnął przycisk i przyłożył słuchawkę do ucha.
-Halo?
-Twój samochód stoi przed biurem, a ciebie ciągle tu nie ma! Gdzie jesteś? - Znał ten głos, kiedyś lubił nawet jego właściciela. Wczoraj go lubił, wczoraj było tak dawno…
-Nie, ale..
-To dobrze, wiesz przecież, że o dziesiątej masz klientów na tą kamienicę na wieluńskim? Nie muszę ci o tym przypominać prawda?
-Nie, ale…
-To za ile się pojawisz, czy przygotowałeś już umowy? - „Nie zbawię cię ty skurwysynu, nie masz co na to liczyć!”
-Ja nie wiem czy dziś przyjdę. - Powiedział, a jego głos był pełen obaw, nie był to głos Posłańca.
-Jak to nie wiesz czy przyjdziesz? Jesteś chory? Co się stało? - Pytania, jedno za drugim, wyskakiwały jak pociski z karabinu. Najpierw natarczywe, potem coraz bardziej „miękkie” jakby wyrażały troskę.
Może jest dla niego nadzieja?
Nie odzywał się przez chwilę, pytania ustały. Nie wiedział jak na nie odpowiedzieć. On pewnie też nie może zrozumieć. Nikt nie mógł! Może jednak warto spróbować?
Spróbuj!
-Jesteś tam? Halo? - Pytania nie ustawały. Szef chciał wiedzieć!
-Marek, słuchaj ja nie wiem jak ci to powiedzieć…nie wiem czy zrozumiesz? - Zaczął skomleć, słyszał sam siebie i wstydził się jak jeszcze nigdy w życiu.
-To musi być coś naprawdę ważnego, lepiej żeby było! - Marek prawie krzyczał. Był człowiekiem, któremu kiedyś ufał. Kochał jego siostrę. Kiedyś, jak jeszcze byli piękni i młodzi. Ona go nie kochała.
-Ja… to może dziwnie zabrzmi, ale ja nie mogę w ogóle przyjść do pracy to już koniec. Wiesz dziś wszystko się skończy. Ja to wiem, bo on mi powiedział i …on dał mi wskazówki, ja wiem jak… wiem jak być zbawionym. Musisz mnie tylko wysłuchać, ja mogę cię zbawić! - uśmiechnął się gdy to powiedział. „Ja mogę cię zbawić!” - usta rozszerzyły się w uśmiechu tak bardzo, że do oczu napłynęły mu łzy.
Marek milczał.
-Jesteś tam? - zapytał.
-To jakiś żart? - krótkie pytanie. Jedno.
-Nie, to nie jest żart! Ja jestem jego posłańcem! Rozumiesz? - był szczęśliwy.
Pik. Marek się rozłączył.
On jest jednym z nich!
„Co się teraz stanie, pewnie uznał mnie za wariata?” Pomyślał, że mógłby mieć trochę racji. W każdym innym przypadku by tak było, ale nie dziś i nie w jego przypadku. On nie był wariatem! Twardo stąpał po ziemi. Jeszcze studiując rozpoczął staż w amerykańskiej firmie doradczej. Wygrał go! Był najlepszym studentem na swoim wydziale i nie tylko w swoim mniemaniu. Wszyscy tak twierdzili! Pracował dla amerykanów przez siedem lat. Jego kariera była olśniewająca. Rano - sukces, w południe - drugi, wieczorem - kolejny i tak aż do następnego dnia pełnego nowych sukcesów. Kochał tą nieustającą lawinę gratulacji. Był Kimś! Zrezygnował, bo… chciał mieć rodzinę. Chciał kochać i być kochanym. Pragnął miłości, na którą wcześniej nie miał czasu.
Myślałeś, że ci się udało?
Chciał żeby to była prawda, oddał wszystko, co miał, w zamian za miłość!
Telefon. Dzwonek. Dzwonek. Telefon. Dzwonek.
Żona. Miłość. Przecież te dwa słowa powinny się wzajemnie przenikać!
Nieprawda!
-Słucham? - chciał żeby to była inna kobieta, może wtedy zapytałby- „słucham kochanie” albo „cieszę się, że dzwonisz”.
Było tylko słucham.
-Cześć, dzwonił do mnie Marek, gdzie jesteś, czy ty się dobrze czujesz? - udawała troskę. Wszyscy tylko udają i nikt nigdy tak naprawdę się nim nie przejmował.
-Tak, wszystko w porządku. - „Rozłącz się błagam nie niszcz mi tego dnia!”
-Dlaczego nie jesteś w pracy? Marek mówił, że masz dziś jakiegoś ważnego klienta. Przecież rano wyszedłeś do pracy, czemu tam nie dotarłeś?- Tratatata! Kolejna seria pytań, nie da się przed nimi uciec!
To niemożliwe!
Milczał, nie chciał z nią rozmawiać. Była tak samo martwa jak wszyscy. Tak samo głupia!
-Halo, jesteś tam? - słyszał w jej głosie nutkę rozdrażnienia.
-Tak.
-Czemu się nie odzywasz, co się dzieje?- wiedział, że szuka teraz nerwowo papierosów, po chwili usłyszał zgrzyt kamienia zapalniczki krzeszącego iskrę.
-Nie wiem co ci powiedzieć. To już koniec. Przykro mi, że zmarnowałaś sobie życie. - trochę mu było, ale czuł też satysfakcję, przecież ona zniszczyła jego szczęście!
-Jak to koniec? Co chcesz przez to powiedzieć? - zaciągnęła się papierosem.
-Mogę sprawić, że po wszystkim będziesz szczęśliwa! Naprawdę szczęśliwa! Mogę cię zbawić! - mówił, a drugą ręką ściskał miazgę w kieszeni płaszcza. Uśmiechał się. Do niej. Szkoda, że nie mogła tego zobaczyć, ten ostatni uśmiech, a taki jak ten pierwszy.
-Gdzie jesteś? Zaraz tam przyjadę! - teraz słyszał to wyraźnie. Bała się.
-Wierzysz mi, prawda? - serce zabiło mu szybciej, palce nerwowo ugniatały to co zostało z ciastka.
Jest miękkie.
Jest śliskie.

-Tak, wierze. Gdzie jesteś? - prawie płakała.
-Nie martw się jestem bezpieczny, a gdy to się skończy ty też będziesz. - Czuł jak krew krąży coraz szybciej. Podniecało go to. Wypełniał go wszechmoc, szukała ujścia. Jego męskość przebudziła się i napierała na materiał. Zrobiło mu się sucho w ustach. „Czy tak się zbawia ludzi?”
To niemożliwe!
-Proszę powiedz gdzie do diabła jesteś?!? Błagam! - wiedziała, że nie pił. Nigdy nie pił. Nie brał też żadnych narkotyków, ale przez tę jedną, jedyną chwilę w swoim życiu chciała wierzyć, że jest naćpany. „Proszę niech on będzie naćpany!!”
-Nie martw się, nie muszę cię widzieć żeby cię zbawić. Nie zrobię tego teraz, to się stanie dopiero jak umrzesz! - „Czego się bała, przecież już jej to obiecał, mimo wszystko?”
-Nie jesteś pieprzonym Chrystusem!! Gdzie jesteś?!! - słyszał jak łka.
-Wierzysz mi? - uśmiech zniknął z jego twarzy, znowu poczuł się tak jak w kawiarni. Poczuł się głupio.
-Chce wiedzieć tylko gdzie jesteś? - bała się. Była przerażona.
Nie wierzy ci!
-Wierzysz mi? - zacisnął zęby.
To niemożliwe!!
-TAK!! - krzyczała przez łzy.
To niemożliwe!!!
-Kłamiesz!

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

-Halo! Piotr! - krzyczała do słuchawki. Rozłączył się. Wybrała zapis ostatniego połączenia, chciała z nim porozmawiać jeszcze raz. Musiała wiedzieć gdzie jest i co się z nim dzieje. Dlaczego opowiada takie niestworzone rzeczy. „Co ci siedzi w głowie? Boje się o ciebie, boję się o nas! Proszę odbierz!”
-Abonent jest poza zasięgiem lub ma wyłączony telefon, proszę spróbować później. The number you try…- chłodny głos maszyny… nic więcej.
Stała przez chwilę i nerwowo ściskała słuchawkę telefonu. Położyła go na stole, rękawem beżowego swetra otarła łzy. Sięgnęła po kolejnego papierosa. „Muszę się uspokoić! Muszę!!” Przez te wszystkie lata ich wspólnego małżeństwa nauczyła się tego od Piotra, on nigdy nie robił nic w gniewie, nie podejmował ważnych decyzji, gdy był czymś poruszony. Ich małżeństwo miało podobne początki. Nie znosiła go za to! Ten jego „profesjonalizm życiowy”, jak go nazywała doprowadzał ją do szału.
Nie było namiętność, a przynajmniej nie takiej, jakiej oczekiwała. Kochał ją, tak mówił a ona mu wierzyła! Tak bardzo chciała mu wierzyć, wtedy, teraz!
Poznali się na nudnym bankiecie. Ona, skromna sekretarka i on, młody, pewny siebie, przystojny mężczyzna, na cześć którego wydano bankiet.
„Minęło tak wiele czasu!”
Zamienili ledwie kilka słów na samym początku przyjęcia, potem nie miał dla niej zbyt wiele czasu. Rozmawiał ze wszystkimi na sali. Każdy chciał zasięgnąć jego opinii, dowiedzieć się, co sądzi o tym lub o tamtym. Piotr uśmiechał się i odpowiadał na wszystkie pytania. Nie miało dla niego znaczenia czy pytania, które mu zadają są w języku polskim, angielskim, niemieckim, czy francuskim. Każdym posługiwał się z równą lekkością. Imponował jej! Kręciła się cały wieczór gdzieś obok niego, chciała, choć na sekundę otrzeć się o tą zmysłową aurę, którą tak epatował.
Była ładną dziewczyną, wysoką blondynką, o długich zgrabnych nogach, przyjemnym wcięciu w talii. Cudownie okrągłe piersi podkreślała obcisłymi swetrami, bądź bluzkami, raczej bez głębokiego dekoltu. Pokazywała, jakie są okrągłe. To działało, mężczyźni nie mogli oderwać od nich oczu, a ona wiedziała, że od tej pory są tylko jej. On, gdy z nią rozmawiał patrzył w oczy. Uśmiechał się i nie dawał się złapać. Jakby był ponad nią.
Krótko po godzinie drugiej impreza przechodziła do przeszłości. Ostatni goście opuszczali salę. Kelnerzy zaczęli składać już zastawę i sprzątać resztki jedzenia, jakie zostały.
On ciągle rozmawiał z jakimś małym japończykiem. Piotr wyglądał już na trochę zmęczonego a ten kurdupel nie chciał przestać mówić, poruszony jakimś tylko jego obchodzącym interesem. Kiwał głową próbując okazać zainteresowanie, ale wychodziło mu to z coraz większym trudem. Wyglądał jakby naprawdę nie wiedział już, o co chodzi biznesmenowi z kraju wschodzącego słońca.
Zebrała się na odwagę, dopiła drinka i postanowiła stać się jego wybawicielką. Jeszcze raz spróbować go oczarować. Podeszła do rozmawiających mężczyzn.
-Kochanie, wracajmy już proszę, jestem zmęczona - uśmiechnęła się zalotnie i kątem oka spojrzał na japończyka. Piotr odpowiedział jej przelotnym uśmiechem i zaciekawieniem w oczach. Patrzył tylko na jej twarz.
Przeprosił rozmówcę, tłumacząc się zmęczeniem narzeczonej. Nawet nie drgnął, kiedy to powiedział. Robił wszystko tak naturalnie! Biznesmen pochylił się jemu i jej poczym odszedł prosto do wyjścia.
Jego twarz wyglądała jak prezent na Boże Narodzenie. Była tak ciepła jakby oświetlały ją choinkowe lampki. Zaproponował, że za jej ratunek musi się odwdzięczyć i odwiezie ją do domu. Zgodziła się bez żadnych oporów. Pojechał z nią i został aż do następnego ranka. Gdy się obudziła czuła, że się jej przygląda. Śledzi linię jej szczęki od ucha aż do brody. Przyglądał się zaróżowionym policzkom, czuła jak jego oczy prawie dotykają jej ust a palce masują skronie, brwi, przeczesują włosy. Nie wytrzymała i odwróciła się do niego. Patrząc mu w oczy wyszeptała: „Nie chcę już spać”. Pocałował ją…
„Minęło tak wiele czasu!”

Chwyciła kluczyki do samochodu. „Musi go znaleźć!” – pomyślała i ruszyła do drzwi. Postanowiła, że swoje poszukiwania zacznie od miejsc, w których zwykle bywał. Dopiero, kiedy zatrzasnęła drzwiczki samochodu uświadomiła sobie, że nie zna tych miejsc, że nie wiem gdzie on może być, że nie wie, co on robi w czasie, kiedy nie ma go w domu. Gdzie je obiad? Gdzie chodzi po pracy na kawę, czy w ogóle chodzi? Łzy napłynęły jej do oczu, oparła głowę na kierownicy i załkała. Czuła się taka bezradna. Przypomniała sobie o Marku, który mówił, że auto Piotra stoi przed agencją, był to jedyny punkt zaczepienia, jaki miała. Jedyny! Ruszyła do centrum miasta, jeżeli był tam jego samochód on też musiał być gdzieś w pobliżu.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Siedział i rozkoszował się cudowną pogodą. Czekał na coś, nie wiedział, na co, ale pewien był, że coś musi się wydarzyć. Nie miał pojęcia, czego się spodziewać. „Niezbadane są wyroki boskie” przypomniał sobie, ale czy ta ludowa mądrość ma zastosowanie do Boga, z którym rozmawiał, czy ten Bóg słyszał o ludzkich wyobrażeniach na swój temat? Wyszczerzył zęby w uśmiechu satysfakcji, że on to rozumie, że wie o Bogu więcej niż wszyscy ludzie do tej pory. Myślał czy choć jedna z mądrości, które poznał o Wszechmocnym była prawdziwa, zastanawiał się, czy wie, czego może się spodziewać? Czy może zaufać ludzkiej wiedzy na ten temat?
Oni nic nie rozumieją!
Teraz był pewien, że nie. Głos to jedyna pewna rzecz, której może zaufać! Musi czekać, nie zostało mu nic więcej. Był pewien, że usłyszy! On nie pozwoli mu przegapić instrukcji, które na pewno mu przekaże.
Prawa kieszeń płaszcza zaczęła znaczyć się brudna plamą rozciapanego ciastka. Jego dłoń ciągle w niej spoczywała. Nie ściskał już miazgi, wystarczyła mu jej bliskość, jej przyjemna miękka tłustość.
-Dzień dobry. - usłyszał przed sobą i utkwił oczy w kobiecie stojącej naprzeciwko. Była wyższa od niego, cała ubrana na filetowo, w obcisły kostium składający się z mocno przylegających spodni i czegoś, co mógłby nazwać żakietem spiętym paskiem z dużą twardą, fioletową klamrą na środku. Kobieta miała buty równie fioletowe jak reszta ubioru, na płaskim obcasie, co dodatkowo go zaciekawiło. Była bardzo wysoka. Uśmiechnęła się. - Czy mogę usiąść? - zapytała.
Nie odpowiedział, a ona zajęła miejsce obok niego. Przyglądała mu się, jej usta drżały w niewymuszonym uśmiechu, w którym wyczuwało się pełnie zrozumienia.
-Proszę się nie bać, nie chcę panu nic sprzedać. - Kobieta ciągle się uśmiechała.
-Piękna pogoda, prawda? W sam raz na koniec.
Ona wie!
Poruszył się nerwowo, chciał coś powiedzieć, niestety nie mógł wydobyć nawet dzień dobry.
Wyciągnęła rękę i zamknęła swoja dłoń na jego kieszeni z ciastkową miazgą. Uśmiechnęła się uspokajająco.
-Jest przyjemnie miękki. Taki relaksujący, mimo że czujemy się przy nim tacy malutcy.
Ona wie!!
-Czy chciałby mnie pan wysłuchać? - zapytała.
Przez sekundę, która wydawała mu się godziną walczył ze sobą żeby coś wreszcie powiedzieć.
-T…tak - wydusił z siebie.
-To takie przyjemne miejsce. Świat. Tylko tu jest takie słońce i takie rośliny. Tyle cudownych kolorów. - Mówiąc to cały czas ściskała w swojej dłoni jego dłoń umazaną ciastkiem. Położyła głowę na jego ramieniu i zaczęła głęboko wciągać powietrze. Wdech i wydech, jeden za drugim. Jego myśli sprzężyły się z tym rytmicznym oddechem. Poczuł spokój.
-K…kim pani jest? - zapytał nieśmiało.
-Nikim, a pan? - cały czas patrzyła na szumiące drzewa.
-Ja…
Nie bój się!
-Jestem posłańcem, chyba… - wybełkotał i zrobiło mu się głupio.
-To znaczy, że ja jestem pana przewodnikiem. Jestem tu by panu pomóc. Żeby pan nie zabłądził. - Podniosła głowę z jego ramienia i uśmiechnęła się radośnie. W tym uśmiechu było coś tak ujmującego, że nie mógł go nie odwzajemnić.
-Czy to znaczy, że ja mam odbyć jakąś podróż zanim to wszystko się skończy? - w jego głosie pojawiła się już pewność siebie. Zaufał tej kobiecie, nie wiedział, kim jest ani czego od niego chce, był natomiast pewien, że może jej ufać.
Nie odpowiedziała, podniosła tylko rękę do góry i skierowała ją prosto w słońce. Spojrzał we wskazywanym przez nią kierunku. Najpierw promienie oślepiały go nieprzyjemnie, szczypały, czuł jak odparowują mu łzy. Jego oczy zaczęły się topić a on nie mógł przestać patrzeć. Ognista żółć zaczęła wypełniać jego jaźń. Czuł jak wpływa przez oczy, które zamieniły się w pełne światła kanały. Gorąco przenikało jego ciało, słyszał jak jego skóra zaczyna skwierczeć, czuł jak pojawiają się pierwsze pęcherze, jak zaczęły pękać. Światło wchodziło i wychodziło przez niego. Razem z ogniem wypełniała go ekstaza. Umierał i rodził się w każdej chwili na nowo, jakby ten proces nie miał końca. Otworzył usta chciał krzyknąć, ale jedyne, co wydobyło się z pomiędzy jego warg to snop rozżarzonych iskier, które topiły zęby. Widział tylko żółty, słyszał skwierczenie, czuł przyjemny, ogarniający wszystkie członki ból.
Nie bój się!!!

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Zatrzymała się na podjeździe przed agencją, tuż koło srebrno-szarej alfy męża. Wysiadła w pośpiechu, obeszła swoje auto i podeszła do sportowego samochodu. Na siedzeniach nie było żadnych teczek, dokumentów, czegokolwiek, co Piotr mógłby zostawić w środku. Szarpnęła za wszystkie klamki, żadne zamek nie ustąpił. Samochód stał pusty i martwy. Przeszła przez drzwi agencji nieruchomości, w której od pięciu lat pracował jej mąż. Wspięła się schodami na górę. Na ścianach porozwieszane były zdjęcia najlepszych domów i kamienic, które firma miała w swojej ofercie. Gdy weszła do biura wszyscy pracownicy zajęci byli swoimi komputerami i nikt z wyjątkiem drobnej dziewczyny w okularach nie zwrócił na nią uwagi. Wiedziała jak ta dziewczyna ma na imię. Piotr przedstawił ją kiedyś. Teraz nie specjalnie zależało jej żeby je sobie przypomnieć.
-Czy Marek jest u siebie? - zapytała zanim sekretarka zdążyła się odezwać.
-Tak - dziewczyna zaczerwieniła się, spuściła głowę.
„Zaczęli już plotkować” - pomyślała. Rozłościła się na siebie, że nie doprowadziła się do lepszego stanu w samochodzie. Jej oczy były opuchnięte a łzy spłynęły razem z tuszem na policzki. Wyglądała jak arlekin, który tak przyzwyczaił się do swojego kostiumu, że nigdy go nie zdejmował. „Pieprze to, ten jeden raz mam to głęboko w dupie!”
Skręciła w korytarz po prawej stronie i poszła prosto do drzwi szefa agencji.
Jej mąż wcale nie musiał tu pracować. Czasem wyobrażała sobie, że Piotr pracując dla Marka wyrządza mu wielką przysługę. Poniekąd była to prawda, mógł przecież pracować wszędzie. Jego CV byłoby łakomym kąskiem nawet dla agend rządowych czy wielkich korporacji prawie na całym świecie. Pracował tu, bo miał już dość. Sam jej to powiedział: „Chce czuć, że żyje, a nie tylko wyobrażać to sobie każdego wieczora”.
Przeprowadzili się do Częstochowy, bo ona się tu urodziła. Namawiała go do tego. Przekonywała, że to naprawdę miłe miasto. Po roku był szczęśliwy. Nie było tu tego zgiełku, od którego uciekał. Znalazł tu swój azyl.
„Minęło tak wiele czasu!”
Chwyciła za klamkę i bezceremonialnie weszła do środka. Marek siedział za biurkiem i rozmawiał przez telefon, płaszczył się przed jakimś klientem. Przepraszał za niedyspozycję pracownika. Zrozumiała, że tłumaczy jej męża. Pokazał jej ręką żeby usiadła. Po minucie odłożył słuchawkę.
-Co się stało? - zapytał. Był wściekły, ale zdobył się na tyle żeby nie wyładować tego na niej. Patrzył na nią z ubolewaniem.
-Nie wiem myślałam, że może ty mi coś podpowiesz. Rano wszystko było w porządku. Sama nie wiem…- bała się żeby nie wybuchnąć łzami. „Jeśli chcesz żeby ktoś coś dla ciebie zrobił nie okazuj strachu” - tak mówił Piotr- „Ludzie są jak zwierzęta, boją się. Słabsi boją się silniejszych, a strach ma ten swoisty jedyny w swoim rodzaju zapach, który jak psy wyczuwamy.”
-Czy u Piotra wszystko w porządku, wiesz tak w ogóle?- w jego głosie pojawiło się coś co mogłaby nazwać troską.
-Nie wiem, on nic nie mówił. Ten dzisiejszy telefon całkiem wybił mnie z równowagi.
-Mówił ci… no wiesz o Bogu i … sama rozumiesz? - był skrępowany.
-Tak - przyznała- mówił, to do niego nie podobne, my nigdy nie chodziliśmy do kościoła. Obchodzimy święta, ale tak po świecku, bardziej tradycyjnie niż religijnie a on, zachowywał się jak natchniony. - „Mów tylko tyle ile jest konieczne!”- „Wiem, Piotrze, wiem!!”
-Może…wiem, ze nie będziesz mi chciała uwierzyć, ale może on przechodzi jakieś załamanie. Wiesz po tym, co przeszliście. Może dopiero teraz to do niego dotarło i nie wytrzymał. - Odwrócił do niej plecami, w stronę okna.
„…po tym co przeszliście”, kiedy o tym wspomniał zalała ją fala grozy, czuła jak krew odpływa jej z twarzy. Było takie małe, takie drobne… takie ciche.
„Minęło tak wiele czasu?!? Czy wystarczająco wiele?”
Nie wytrzymała, płacz przyszedł sam. Spokojnie, bez żadnych wcześniejszych oznak wśliznął się pod powieki i powoli wydostawał się na zewnątrz. Wyglądał jak nieruchoma starożytna figura kobiety, blada z zastygłymi łzami, które zatrzymały się na policzkach, grzęznąc w skorupie z tuszu i pudru. Jej oczy zamarły, odwróciły się do środka, chciała patrzeć tylko do wewnątrz.
Poczuła dłoń na włosach. Tak, jak kiedyś dawała jej spokój pomagała patrzeć na świat. Wilgotne usta na czole, dotyk na szyi. Uspokajała się. Nagle jej skóra zaczęła wydawać jej się brudna, mrowiła jakby chodziło po niej stado karaluchów. Wyrwała się z otępienia, czuła jak Marek liże ją po ustach, jak podniósł jej sweter odsłaniając piersi i zgniata jedną z nich w swojej dłoni.
-Nie, przestań…- odsunęła go. Opuściła sweter i szybko wstała z krzesła. - Nie po to tu przyszłam! - Była zła.
-Nie panikuj, ok? - chciał ja objąć, strąciła jego ręce ze swoich ramion.
-Myślałam, że możesz mi pomóc. Chciałam żebyś mi pomógł. - Starała się opanować, zapomnieć o przeszłości myśleć tylko o tym, co teraz było ważne.
-Pomóc, w czym? Jeżeli ten szlachetny człowiek zwariował to jak myślisz, kto jest temu winien? - drwił z niej. Przemawiała przez niego duma odtrąconego mężczyzny.
Patrzyła a on głupkowato się uśmiechał.
-To chyba dobrze, będziesz miała teraz spokój? - był okrutny.
-Jak możesz…- patrzyła niedowierzając, że przez krótka część swego życia obdarzyła tego człowieka zaufaniem.
-Czego ty chcesz? Kiedy on miał się dobrze pieprzyłem cię na tym biurku a ty wiłaś się jak piskorz, a teraz co? Chcesz grać dobrą żonę? To śmieszne!
-Jesteś skurwysynem! - wyszła, na jego głowę spadł z sufitu płatek tynku.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Był całkiem sam. Nie słyszał żadnych odgłosów. Skwierczenie i przeraźliwy pisk, które wypełniało jego uszy całkowicie ustały. Nic nie czuł. Nie wiedział czy jest mu gorąco jak przed chwilą, czy może powinien odczuwać teraz chłód. Pory jego skóry nie rejestrowały nic. Żadnego ruchu powietrza, pełzających płomieni ani tej rozkosznej energii, która wcześniej zawładnęła jego ciałem. Chciał się rozejrzeć, zobaczyć gdzie się znajduje, ale otwarcie oczu okazało się niemożliwe. Właściwie nie wiedział nawet czy jego oczy są otwarte czy zamknięte. Nie mógł zmusić się do podniesienia powiek. Nie czuł żeby drżały, gdy chciał nimi poruszyć. Nie potrafił poruszyć ręką. Całe jego ciało było nieruchome. Wydawało mu się, że naokoło jest ciemno, a może ktoś założył mu opaskę i związał tak mocno, że nie mógł choćby drgnąć. Chciał zmusić swoje mięśnie do jakikolwiek czynności, chwilowego naprężenia, lekkiego dotknięcia palca o palec. Nic się nie działo. Jakby jego ciało w ogóle go nie słuchało. Próbował poruszyć językiem dotknąć podniebienia lub zębów. Te zabiegi nie przyniosły żadnych rezultatów! Nie poczuł nawet czy rusza językiem, nie wiedział czy ten ciągle znajduję się w ustach, nie wiedział czy ma usta.
Wszystko, co go otaczało było niczym. Absolutnie niczym, nie mógł tego zobaczyć. Nie mógł posłużyć się żadnym zmysłem. Wszystkie przyrządy, w które wyposażyła go natura były martwe. „Martwe!!” - pomyślał- „Czy ja jestem martwy?”
Ogarnęło go zwątpienie. Był przekonany, że umarł albo właśnie umierał.
„Gdybym umarł, nie mógłbym oddychać a przecież…”- spróbował wciągnąć powietrze, uspokoić się rytmicznym ruchem klatki piersiowej. Myślał przecież, a mózg żeby funkcjonować potrzebował tlenu, dużej ilości tlenu. Tu musi być tlen a on wciąga go i wypuszcza, oddycha i żyje! Miło go to uspokoić dać pewien argument, dowód życia.
Nie oddychał. Tak mu się wydawało, bo sam nie mógł się zdecydować. Potrzebował kogoś, kto wytłumaczy mu, co się z nim dzieje. Chciał odszukać jakąś znajomą twarz, usłyszeć czyjś głos. Nie przemieszczał się, nie obracał, a jednak wiedział, że na około niego nic nie ma. Nie wiedział czy widzi wszechobecną ciemność, „czy ona jest rzeczywista?”. Czasami myślał o ciemności jak o samym sobie. Jak o swojej projekcji. Nieskończonej materii wypełniającej go, jednocześnie będącej i nie będącej nim! Otaczająca go ciemność wcale nie była czarna. Była nijaka, nie potrafił określić jej koloru, wcale jej nie widział. Jej tam przecież nie było!, a on (tak bardzo chciał wiedzieć czy widzi!) nie widział nic. „Czy jest tym, co widzę? Czy to coś jest projekcją obrazu na mojej siatkówce? Czy ja mam siatkówkę?” - coś jednak działało - mózg, dusza? On istniał!
„Umarłem - pomyślał.- Tak wygląda śmierć! Umarłam, tam na ławce w parku otoczony tą przerażającą ogniową kulą. Tak, coś wybuchło, nie zauważyłem tego i teraz nie żyje! Umarłem i nawet tego nie zauważyłem!” - gdyby mógł uśmiechnąłby się.
Bóg obiecał mu przecież zbawienie, obiecał mu moc, dzięki której miał razem z nim zbawiać ludzi. Czy On łamał dane słowo? Chyba, że był teraz zbawiony?
„Skąd mam to wiedzieć??!!”
Wszystko, czemu ufał, co prowadziło go przez całe życie teraz było zawodne. Nie było wzroku, smaku, węchu. Ciało, które było częścią jego osoby, było Piotrem! Przestało nim być! Została tylko dusza - jeżeli mógł to tak nazwać - jaźń, osobowość, jestestwo? Coś, co sprawiało, że pogodzenie się ze śmiercią było takie trudne!
Nie bój się!

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Podeszła do samochodu, przysiadła na masce i wyciągnęła z torebki paczkę papierosów. Zapaliła jednego i próbowała zebrać myśli. Sportowy samochód Piotra ciągle stał na podjeździe. Pusty, stalowy wrak, jakby skrywał tajemnicę, był najlepszym sejfem na świecie. „On był w nim jeszcze dwie godziny temu, jechał tym pieprzonym gratem! Dlaczego nie może się dowiedzieć gdzie jest?”
Obeszła srebrnego potwora kilka razy dookoła, ale żaden z zamków nie ustąpił. Dalsze obstukiwanie alfy nie miało już sensu, jeżeli auto skrywało jakąkolwiek wskazówkę to nie miało zamiaru się nią dzielić.
Wyciągnęła z torebki telefon, trzymał go w rękach i zastanawiała się, pod jakim numerem może poszukać pomocy. Policja, pogotowie, może powinna obdzwonić szpitale, komisariaty, może stało się coś złego i Piotr przebywa w którymś z tych miejsc i potrzebuje jej pomocy. Jej wyobraźnia podpowiadała jej różne scenariusze, a każdy wydawał się bardziej przerażający. Może ktoś go napadł, okradł i zamordował? Może rzeczywiście miał jakiś problem, o których nie wiedziała? Brał narkotyki, upijał się i leży teraz gdzieś w rynsztoku, w zapomnianej części miasta? A może Marek ma racje, może Piotr zwariował, przecież tyle się wydarzyło.
Niespodziewanie poczuła się lepiej, a wszystkie te odrażające wyobrażenia gdzieś przepadły. Nawet zrobiło się jej trochę wesoło. Na około niej przechodzili ludzie gnani swoimi sprawami, niektórzy przyglądali się jej udając, że robią to od niechcenia, tak całkiem przypadkowo. Myśleli pewnie, że to jakaś wariatka, wyciapana tuszem, smutna, rozgoryczona kobieta, którą może właśnie zostawił kochanek, a może mąż…ona by tak pomyślała.
Opanowała się i wślizgnęła na przednie siedzenie swojego auta. Chciała wrócić do domu i tam czekać na Piotra. Przekonywała siebie, że on na pewno już tam jest, a jeżeli nie to zaraz będzie. Chciała się też przekonać, upewnić, że cokolwiek by się nie stało, to ponad wszelka wątpliwość on nie odszedł, nie opuścił jej a jego rzeczy ciągle są w domu.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

……………………………………………………………………………………… -Podoba ci się tu?
-Słucham?
-Pytałam, czy ci się tu podoba? - stała nad nim. Ale tym razem jej filetowy kostium był oliwkowy, taki sam tylko zmienił kolor.
-Nie wiem, myślałem, że nie żyje. - Podniósł się na klęczki i zaczął rozglądać.
Krajobraz, który go otaczał był tak samo oliwkowy jak jej strój. Wydmy oliwkowego piachu i dziwaczne, białe niebo. Nie błękitne, z białymi, puszystymi, umykającymi przed wiatrem obłokami, do jakiego był przyzwyczajony, ale całkiem białe i nieruchome. W oddali widział wznoszące się w górę gejzery oliwkowego piachu, które po chwili formowały się w kolumny i zaczynały wirować z zawrotną prędkością, aż do chwili, kiedy wszystkie ziarna nie zostały odrzucone na boki we wszystkich kierunkach.
Stała obok niego i przyglądała mu się ze spokojem. Pozwalała napatrzeć się do woli na to niesamowite przedstawienie.
-Gdzie jesteśmy? - zapytał po chwili.
-Podróżowaliśmy, pamiętasz?
-Tak, ale gdzie jesteśmy, co to za miejsce? - jego głos się załamał a głowa wodziła na boki, spojrzał na nią błagalnie. – Powiedz mi proszę, czy umarłem?
-Nie. Będziesz jeszcze żył i to zdecydowanie dłużej niż przypuszczasz. - Uśmiechnęła się.-Twój świat nie skończy się dziś.
Stała z rekami skrzyżowanymi na piersiach i ciągle świdrowała go wzrokiem. Kiedy ich spojrzenia się spotkały obdarowała go matczynym uśmiechem. Poczuł się dużo lepiej, zapragnął wtulić się teraz w jej objęcia. Poczuć dotyk drugiego człowieka w tym obcym miejscu. Po woli wstał. Ona była od niego dużo wyższa, miała chyba ze trzy metry wzrostu. Wyciągnęła w jego kierunku dłoń, chwycił ją łapczywie i gdyby nie resztka spokoju, jaką zachował położyłby ją na swojej głowie i poprosił żeby go pogłaskała.
-Musimy teraz pójść. Zobaczysz to zupełnie niedaleko.
-Proszę powiedz mi, co tu się dzieje, ja muszę wiedzieć. Co to za miejsce? Dlaczego tu jestem i dokąd mamy pójść?- Wpatrywał się w jej spokojną twarz, a z głosu próbował wyeliminować cały strach i błagalny ton. Właściwie, dlaczego miał jej ufać, a przecież obdarzył ją zaufaniem już w pierwszej chwili. Zrobił tak, dlatego że ona wiedziała, że mu uwierzyła. Ona jemu to i on jej.
-Czy ta rzeczywistość podoba ci się? – zatrzymała się i wskazała ręką na otaczający ich świat.
-Nie wiem czy mi się podoba, tu jest inaczej, przede wszystkim tu jest pusto. Nie ma ludzi, ptaków, one zawsze latają gdzieś w górze. - podniósł głowę i przyglądał się niebu.- A tu nie ma nic: zwierząt, samochodów, ludzi!
-Chciałbyś żeby były ptaki?- zapytała.
-Ptaki?! Pewnie, że tak! I żeby było tak słonecznie…, jak na tamtej ławce i ciepło.
Na bielutkim niebie rozszedł się żółty jaskrawy blask, twarz zaczęła się nagrzewać a ten wszechobecny oliwkowy kolor, który miał taki martwy wyraz w zestawieniu z bielą nieba, nabrał teraz żywszego odcienia. Nagle horyzont się wygiął, raz a potem drugi, po chwili już rytmicznie pulsował ciemna pozioma linia oderwała się od ziemi i z zawrotna szybkością zbliżała do nich. Rozległ się donośny pisk, skrzek i warkot na moment wypełniający cały otaczający go świat, a tuż po nim miliony skrzydeł trzepotały nad jego głową, obok niej. Wszystkie dziobate istoty pędziły wprost na niego, ale żadna nie zderzyła się z jego przerażoną twarzą. Stał jak zahipnotyzowany i nie śmiał się poruszyć, kolejne miliony stworzeń wymijały go, za nimi pędziły już następne. Niekończący się wodospad dziobów, pazurów, skrzydeł i ogłuszających dźwięków. Stał otoczony przez te nieprzeliczone miliony, bał się, chciał zawołać swoja przewodniczkę, ale nie wiedział jak ma się do niej zwracać. Wykrzykiwał: „Gdzie jesteś?”, wzywał pomocy, ale ptasia ściana zdawała się nie przepuszczać na zewnątrz żadnego dźwięku.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Pokonywała na raz po dwa stopnie żeby jak najszybciej znaleźć się na drugim piętrze, gdzie znajdowało się ich mieszkanie. Była przekonana, że tam go spotka, że on na nią czeka i tęskni tak samo jak ona. Chwyciła za klamkę, drzwi ustąpiły, wbiegła do środka, jej serce omal nie wyskoczyło z piersi. „Drzwi są otwarte!”- ucieszyła się w duchu. „Wrócił!”
Zdenerwowana wpadła do mieszkania. Przedpokój, kuchnia, pokój, sypialnia, gabinet i ten ostatni, mały pokoik. Nie zatrzymywała wzroku na żadnym szczególe, chciała zobaczyć znajomy kształt sylwetki męża. W całym domu panowała jednak niczym niezmącona cisza i bezruch, któremu nie poddawały się tylko firanki falujące w otwartym oknie.
Oparła się o ścianę i zaczęła zsuwać się w dół. W końcu siedziała na podłodze ukrywając twarz w dłoniach, łkając, zabijając się niepewnością i smutkiem, który wyrywał z jej serca resztki nadziei jak czarna dziura wyrywa światło i życie ze wszechświata.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Na wszystkich otaczających go wydmach siedziały ptaki, przeczesywały swoje skrzydła, część dziobała oliwkowy pył, a jeszcze inne przelatywały z jednego miejsca na drugie. Wielki, czarny kruk rozłożył szeroko skrzydła i podskakując wbiegł miedzy gruchające gołębie rozganiając je na boki. Nad nim wysoko w górze krążyły jeszcze inne, zataczały koła o różnej średnicy, szukając miejsca gdzie mogłyby znaleźć bezpieczne schronienie.
-Czy teraz czujesz się lepiej?- usłyszał za sobą głos kobiety w oliwkowym kostiumie.
-Jak to zrobiłaś, skąd wzięło się tu nagle tak dużo ptaków? Przecież to szaleństwo!
Cieszył się, że nic jej się nie stało. Cieszył się wrzawą, jaką robiły wokół siebie te wszystkie zwierzęta. Nie potrafił ukryć radości. Położyła dłonie na jego barkach. Czuła, jaki jest rozdygotany od wypełniających go emocji.
-To nie jest moja zasługa, a jak pamiętasz nie był to również mój pomysł. To ty chciałeś żeby były tu ptaki. Nie wiem tylko czy na pewno życzyłeś sobie żeby było ich tak dużo…
-To ja sprawiłem, że się pojawiły?
Tylko słabo przytaknęła głową.
-Czyli to prawda! Ja jestem „Posłańcem”!- zawahał się i spojrzał na wysoką kobietę.- Czy to prawda?
-Czy uwierzysz mi, że tak? A może oczekujesz, że zaprzeczę i pozwolę wrócić ci to twojego dotychczasowego życia? Jakiej odpowiedzi oczekujesz i jaka będzie cię satysfakcjonować? – Jej oczy były zimne i rzeczowe, czekała na konkretną odpowiedź.
-Ja … nie wiem. Czy możesz sprawić, że to wszystko się odkręci i nie będzie końca świata? – „Podpowiedz mi coś Boże, proszę”.

Na jej twarzy malowało się rozczarowanie. Stała tak milcząc jakiś czas. Po czym przemówiła głosem pełnym pogardy:
-Pytanie, za pytaniem. Wątpliwości, które do nikąd nie prowadzą. Rozpacz i radość z powodu jednego. Tylko, dlatego że masz wziąć w swoje ręce trochę więcej odpowiedzialności. Co będzie, jak będzie, albo czego nie będzie? Wszyscy musicie zadawać tyle pytań!?
Poczuł się nagle bardzo nieswojo. Bał się tej wysokiej kobiety. Zapragnął mieć tu coś osobistego, coś, co należy tylko do niego i jest dla niego ważne. Jego srebrnego potwora, cudowną alfę.
-Czy mogę jeszcze czegoś sobie życzyć? - Bał się odpowiedzi, nie wiedział czy jej nie rozgniewa.
-Nic nie rozumiesz człowieku! Możesz chcieć wszystkiego, nawet zbawienia dla siebie i innych.- Jej oczy były zimne jak sople lodu i buchała z nich równie chłodna nienawiść.
-Chciałbym mój samochód, chciałbym żeby tu był!

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Leżała na podłodze, jej powieki były zamknięte a za nimi rozgrywała się sztuka złożona z aktów ich wspólnego życia. Sceny kończyły się pocałunkami i ukradkowymi uśmiechami. Jedna za drugą pokazywały to, co było kiedyś. Purpurowa kurtyna opadała to podnosiła się a oni ciągle byli pełni radości i miłości.
Wreszcie purpurowa kurtyna opadła po raz ostatni. Wisiała tak zasłaniając aktorów. Z cienia po lewej stronie wyszedł tłum ludzi. Ustawili się w dwóch rzędach. Ich twarze zasłonięte były białymi maskami, z otworami wyciętymi na oczy i usta. Maski przedstawiały dziwny grymas, który kojarzył jej się z pośmiertną miną wisielca. Zaczęli intonować jakąś pieśń w nieznanym jej języku. Zawodzili głosami pełnymi rozpaczy, jakby opłakiwali dawno zmarłego króla-bohatera. Ich białe twarze zdawały się przyćmiewać wszystkie kolory, wychodziły na pierwszy plan przesłaniając cały obraz za nimi. Po kilku kolejnych rozpaczliwych taktach, wycofywały się w miejsce tuż przed kurtyną, ale ta nie była już purpurowa tylko czarna jak smoła. Chór zniknął, a czarna kurtyna wolno uniosła się do góry. Za nią Patrycja zobaczyła siebie, uśmiechniętą, patrzącą gdzieś poza scenę. Była w zaawansowanej ciąży.
Z letargu wyrwał ją dzwonek telefonu. Za oknem było już ciemno. Rozglądała się za torebką, w której spoczywał telefon. Jego przeraźliwy dzwonek wzywał ją coraz bardziej natarczywie. Wysypała zawartość torebki na podłogę. Telefon rozświetlony był jak niebo na nowy rok. Na jego wyświetlaczu widniało imię Marka.
-Czego chcesz? – wyrwało jej się zanim zdążyła pomyśleć, że Marek może mieć jakieś wieści o Piotrze.
-Ja chciałem cię przeprosić -w jego głosie słychać było skruchę.- Wiem, że zachowałem się jak baran, strasznie mi głupio. Przepraszam.
Patrycja nie wiedziała co odpowiedzieć. Ona już się nie gniewała, właściwie to nawet cieszyła się, że zachował się jak palant. Mogła teraz bez żadnych wewnętrznych sprzeciwów skończyć romans, jaki łączył ją z Markiem.
-Czy masz jakieś wiadomości od Piotra?- zapytała, przemilczając jego przeprosiny.
-Właściwie to myślałem, że ty masz, że Piotr wrócił już do domu. Jego samochód…
-Co z nim, co z samochodem?
-No, zniknął sprzed agencji. To znaczy nie było go jak wychodziłem, myślałem, że Piotr go zabrał i pojechał do domu…
-Nie, nie ma go. Powiedz mi, która jest godzina?- „Odszedł, on po prostu odszedł” –W oczach stanęły jej łzy, które spokojnie spływały po policzkach, pogodzone z losem.
Nie usłyszała, co mówił, jej świadomość zarejestrowała tylko godzinę 23:15. Przeprosiła go, usprawiedliwiając się brakiem głowy do rozmów na temat tego, co teraz będzie między nimi. Miała to gdzieś. Zdradzała z nim Piotra, ale w głębi duszy chciała, żeby on ich przyłapał albo chociaż dowiedział się o tym, żeby zareagował, zrobił jej awanturę. W jakiś chory sposób liczyła na to, że taka awantura będzie ich osobistym katharsis, że oboje wyrzucą z siebie wszystkie pretensje i lęki, a atmosfera, jaka wypełnia ich życie rozrzedzi się. Stało się jednak coś innego, może Piotr dowiedział się prawdy i dlatego nie chciał już rozmawiać ani z nią, ani z Markiem. Postanowił odejść. Pewnie nawet zrobił to, bo ją ciągle kochał i sam przed sobą przyznawał, że robi to z miłości, żeby nie zabierać jej tej resztki szczęścia, którą starała się sobie zapewnić.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

-Odwróć się. Stoi za tobą.
Piotr rzucił się w stronę samochodu. Sportowa alfa stała na piachu, zupełnie jak podczas sesji zdjęciowej do reklamowego prospektu. Sięgnął do kieszeni po kluczyki, ale nie znalazł w nich nic oprócz zmiażdżonej „wu-zetki”. Pomyślał więc, że chce kluczyki od swojego samochodu, w tej samej chwili znalazły się one w jego dłoni. Wsiadł do środka, zapalił silnik, jego delikatne mruczenie rozchodziło się po ciele mężczyzny. Wcisnął pedał gazu, auto zaryczało drapieżnie. Gdyby tylko zwolnił sprzęgło rzuciłoby się do przodu niczym lwica za antylopą. Przekręcił stacyjkę.
„Mogę żądać czego chce!”
Zaczynał rozumieć, został obdarzony boską mocą, został wybrany na posłańca i ma do wykonania najważniejszą misję w dziejach ludzkości. Ma władzę nad życiem i śmiercią. Może decydować o rzeczach, które przekraczają granicę poznania ludzkiego! Mógł nieść śmierć!

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Łazienkę wypełniała para. Drobinki wody przyklejały się do każdej śliskiej powierzchni w ich zasięgu. Woda w wannie była gorąca, po pomieszczeniu rozchodził się kokosowy zapach soli do kąpieli. Patrycja stała przed lustrem, ubrana tylko w miękki, wełniany szlafrok. Patrzyła w lustro, przyglądając się sobie bardzo uważnie. Przed kilkoma minutami zmyła cały makijaż z twarzy, chciała wyglądać naturalnie, bez tej chemicznej maski, którą nosiła na co dzień.
Opuściła szlafrok z ramion i pozwoliła mu opaść na ziemię. Przyglądała się swojemu ciału w lustrzanym odbiciu. Widziała bardzo dokładnie, dlaczego mężczyźni wciąż gotowi byli tracić dla niej głowę. Była tak zgrabna jak dziesięć lat temu, ciągle tak samo atrakcyjna. Jemu pojawił się brzuszek, a właściwie to można go nazywać już tylko brzuszyskiem. Wielkość jego czoła stale się powiększała, był taki słodki, kiedy próbował zamaskować to zaczesując włosy do przodu.
„Był… kiedyś moim mężem”.
Z ociąganiem chwyciła za obrączkę na serdecznym palcu. Postanowiła zostawić całą biżuterię, którą tak lubiła, a której nie zdejmowała nawet do spania: dwa srebrne pierścionki, cieniutką niczym pajęcza nitka bransoletkę, wykonaną z białego złota. Chciała czuć bliskość tych rzeczy, ich moc związaną ze wspólnymi rocznicami. Nie chciała tylko obrączki. Przy trzeciej próbie złoty krąg zsunął się posłusznie z palca. Położyła go na szafce pod umywalką. Weszła do wody. Wyciągnęła się wygodnie i cieszyła się z dźwięków pękających bąbelków, koło jej włosów i uszu. Sięgnęła ręką do torebki, wyciągnęła z niej papierosy i zapalniczkę, po chwili jeden z nich znalazł się w jej ustach. Zapaliła go rozkoszując się pierwszą porcją nikotynowego dymu. Zapalniczkę odłożyła na małą półeczkę umieszczoną na ścianie, nad wanną, tuż obok, jeszcze spokojnie spoczywającego, niewielkiego nożyka z nierdzewnej stali, którego ostrze na całej długości pokryte było kropelkami wody.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Wysiadł z samochodu. Czuł; jak wypełnia go moc, której nie mógł sobie nigdy wyobrazić. Szedł w kierunku wysokiej kobiety, uśmiechając się szeroko.
-Teraz już rozumiesz?- zapytała odwzajemniając jego radość.
-Tak, już rozumiem.- przytaknął zdecydowanie.
-I co zamierzasz zrobić?- Na jej twarzy mimo uśmiechu dało się odczytać niepewność.
Zastanawiał się, jaki powinien być jego kolejny krok, czy powinien już przejść do właściwych działań, czy może wolno mu nacieszyć się jeszcze tym szczególnym darem, spełniając swoje maluczkie, osobiste zachcianki.
Kilka ptaków podleciało i usiadło na masce samochodu. Były tam dwie sowy, sikorka, kilka wróbli i wielki czarny kruk, który wcześniej atakował gołębie. Piotr chwycił garść oliwkowego pyłu i rzucił w stronę intruzów. Stworzenia momentalnie wzbiły się w powietrze, ale na srebrnej karoserii zostawiły białe ślady swojej obecności. Oliwkowa kobieta buchnęła śmiechem.
-Zanim przejdziemy do pracy, mam jeszcze jedno życzenie - powiedział uśmiechając się złośliwie.- Niech te wszystkie ptaki zdechną!
Zwierzęta, które spacerowały po ziemi zaczęły wykręcać nagłe skurcze, niektóre próbowały wzbić się w powietrze, ale gdy tylko wzleciały kilka centymetrów nad ziemię ich oczy robiły się matowe a lot kończył się równie gwałtownie jak zaczął. Z nieba runęły wszystkie te, które do tej pory kołowały nad głową Piotra. Spadały z dużą prędkością, wbijając się w pył lub roztrzaskując o szczególnie mocno ubite przez wiatr wydmy. Charkot i skrzek konających zwierząt rozniósł się nad całą powierzchnią, po której stąpał nowy Bóg-Człowiek.
Niektóre ptaki drgały jeszcze na piachu. Machały skrzydłem, próbowały oddychać, choć ich łepki odgięte były pod nienaturalnym kątem. Gdzieniegdzie słychać było pojedyncze krakanie, gruchanie. Śmierć była tu wszechobecna, piaszczyste wydmy pokrywał teraz pierzasty dywan zwłok.
-Czy teraz będziesz równie okrutny dla ludzi?- zapytała.
-Myślę, że dla nich będę jeszcze okrutniejszy.- Jego oczy błyszczały, opętańczo.
-Zaczynaj, kiedy tylko będziesz gotowy.
Piotr, odwrócił się od swej przewodniczki i rozpoczął wspinaczkę na jedną z wyższych wydm. Przechodził między padłymi zwierzętami. Całą okolicę wypełniała cisza. Wzrok Piotra spoczął na martwym ciele wielkiego, czarnego kruka. Ten leżał do góry brzuszkiem z szeroko otwartym dziobem. Mężczyzna pochylił się i podniósł martwe ciało zwierzęcia. Wyciągnął z kieszeni odrobinę zmiażdżonego ciastka i delikatnie włożył ją do dzioba.
-Żyj!- powiedział i już po sekundzie ptak zaczął miotać się w jego rękach. Puścił go a ten wzbił się w powietrze i ruszył w stronę horyzontu kracząc donośnie.
-Zamierzasz już zbawiać, czy chcesz się jeszcze powygłupiać człowieku?- zapytała stojąca u dołu piaskowego wzniesienia kobieta.
-Jeszcze tylko jeden żarcik- powiedział Piotr przyglądając się z uwagą kobiecie w oliwkowym kostiumie. Na jego twarzy pojawił się chłodny, wyrachowany, ludzki uśmiech - Chce żeby moja córka żyła!
Przewodniczka znieruchomiała, jej oczy otworzyły się szeroko, policzki wydęły w nieodgadnionym grymasie. Z gardła dobiegał dziwny charkot, dłonie złączyły się na brzuchu po chwili kobieta przewróciła się. Leżała na oliwkowej ziemi i rzucała się na boki, dłonie unosiły się wraz z pęczniejącym brzuchem, który z każdą chwilą stawał się coraz większy, coraz bardziej nabrzmiały.
Piotr znieruchomiał. Czekał. Brzuch kobiety był już nabrzmiały do granic możliwości, z jej ust sączyła się gęsta, lepka krew wymieszana ze śliną. Głośny krzyk przerwał groteskową ciszę i wtedy napięta skóra pękła z głośnym trzaskiem.
Cisza utrzymywała się nieznośnie długo. Piotr czekał, choć sam nie wiedział na co, aż wreszcie usłyszał najpierw ciche kwilenie, a potem głośny płacz dochodzący z miejsca gdzie leżała martwa przewodniczka. Podbiegł do rozerwanego trupa, w jego wnętrznościach leżała mała dziewczynka, jego córka.
Piotr podszedł do auta, otworzył drzwi i delikatnie umieścił zawiniętą w swoja koszulę dziewczynkę na fotelu pasażera. Wsiadł do środka, włączył silnik. Uśmiechnął się do niej i pogłaskał ją po rzadkich, jasnych włosach.
-Włosy masz po mamie, kochanie. Pojedziemy teraz do niej.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Wszedł do łazienki, Patrycja miała zamknięte oczy na wodzie unosił się niedopałek. Dotknął jej policzka, przesunął dłonią po wilgotnych włosach. Kobieta obudziła się przelękniona, ale po chwili na jej twarzy malowała się już tylko radość. Patrzyła na swojego męża i ich córkę, mała uśmiechała się do mamy.
-Teraz już będziemy razem, na zawsze - powiedziała przez łzy.
-Kocham cię.


Mariusz Strojec









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-09-15 (2074 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej