Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Miasto poza czasem
 
Katalog - dodano
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 Ale z naszymi umarłymi
- Jacek Dehnel
 Jednookie walety
- antologia
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Biała Wiedźma - Adam Zalewski



W Domu Pogrzebowym George’a Reeda było chłodno i cicho. W małej salce, gdzie na katafalku stała trumna z ciałem Erniego, odurzająco pachniały kwiaty. Było ich mnóstwo. Wszystkie gustownie dobrane i ułożone. I wszystkie pachniały śmiercią.
Usiadł na krzesełku, sześć stóp od zamkniętej trumny. Było cicho, ale tylko przez chwilę. Ktoś włączył taśmę i spod pułapu popłynęły ciche, jakby nierealne tony Marzenia Schumana. John nie wiedział, co to jest, ale muzykę przyjął z prawdziwą wdzięcznością. Była tak bardzo kojąca. Jakby już ją gdzieś słyszał. Nie pamiętał dokładnie pogrzebu rodziców i ich bliźniaczych, mahoniowych trumien, zanurzonych w poświacie kadzideł, przy wtórze tych samych dźwięków.
Spojrzał na błyszczącą, cedrową skrzynię, w której leżało to, co zostało z jego rubasznego (Szukasz pianki, John?) przyjaciela.
Prawie całą południową ścianę stanowiły wysokie witrażowe okna i słońce, które dotarło już na tę stronę, rzucało do wnętrza sali kolorowe refleksy. W ich świetle wszystko, także trumna, wydawało się mniej ponure. Ponure były tylko myśli. Mimo wszystko. Ponura i szczera była fala emocji pomiędzy żałobnikiem i trumną.
– Zarąbał cię, Ernie, stary druhu? Zarąbał cię ten pierdolony skurwysyn z dziurawym tłumikiem. A ja nie zrobiłem nic. O niczym nie wiedziałem. I teraz też wiem niewiele więcej. Czemu właśnie tu? Czemu właśnie ty? Czemu nie jakaś pieprznięta ciota z kółka różańcowego? Czemu nie ten szurnięty Standfield? Czemu, do cholery, to musiałeś być ty?
W słodkie tony muzyki wplotło się suche łkanie. Twarz Johna była jak z kamienia, ale pod mostkiem rozgościł się piekący ból. Trwało to chwilę, ciągnącą się jak wieki, a potem, pokonując płacz, John podniósł głowę i odezwał się do cedrowej skrzyni. Na tyle głośno, by mógł usłyszeć siebie, mimo muzyki. Na tyle głośno, by mógł usłyszeć go Ernie.
– Amy nie zamknie lokalu. – Zatkało mu oddech, ale przemógł się i powtórzył jeszcze głośniej: – Amy nie zamknie lokalu, a ja... – dodał i głos mu zadrżał – a ja może spotkam kiedyś tego skurwysyna, a wtedy... – Chciał wyciągnąć dłoń ruchem Charlesa Bronsona, ale całe ciało opanowała kompletna drętwota. Mógł jedynie mówić.
– Wiesz, Ernie, może gdybym został wtedy na jeszcze jedno piwo... Ale nie było mnie przy tobie, kiedy potrzebowałeś pomocy. Za bardzo spieszyłem się do miasta. I widzisz, przyjacielu: sklepy stoją, jak stały, a ciebie już nie ma. Także i dziś, mój stary. Powinienem myśleć tylko o tobie, a nie potrafiłem. Nie przez cały czas. Za bardzo kocham życie. A moje życie trwa nadal. Wybacz, Ernie! Wiesz, że nigdy cię nie zapomnę.
Trumna świeciła fioletowo-czerwonym odblaskiem witraży.

Pogrzeb Erniego Doyle’a odbył się następnego dnia. Przed południem.
Nie była to wyjątkowo okazała uroczystość, ale ludzi przybyło dużo. Uzbierał się spory tłumek.
Cmentarz miejski w Cedar Peak był położony na łagodnym wzniesieniu, porośniętym z rzadka drzewami. Miejsce pochówku znajdowało się mniej więcej w połowie pochyłości, tuż przy asfaltowej alejce, która biegła w dół, do bramy cmentarnej. Za bramą, przy ulicy, był duży parking, teraz już w dwóch trzecich zastawiony samochodami.
Trumna tkwiła na poprzeczkach nad wykopanym dołem, przy którym zgromadzili się najbliżsi.
Obok pastora stała Amy w otoczeniu przyjaciółek i ich rodzin. Była tam Peggy Sliver, byli Marion i Bob Selznickowie, Becky z Johnem i Brenda Kovatz – wdowa po właścicielu kina. Był także Donald Greenwood, burmistrz Cedar Peak, oraz jego żona Lisa, przy której stała Helen Standfield.
Szeryf również pojawił się na pogrzebie, ale znalazł sobie miejsce w pewnym oddaleniu. Pod drzewem, na szczycie pagórka. Było to niezbyt daleko, a jednocześnie mógł swobodnie obserwować całą ceremonię. Co prawda znał i lubił Erniego, ale był również policjantem i dzisiaj wykonywał sumiennie swoją pracę. Wiedział z gorzkiego doświadczenia, że nie tylko w książkach mordercy przychodzą czasem na pogrzeb ofiary. Zwłaszcza ci z odchyłami. Rozmawiali o tym z Crenną. Obaj byli zdania, że szanse są niewielkie, ale nie wolno im niczego zaniedbać. Zwłaszcza że śledztwo utknęło. Czarny pontiac zapadł się pod ziemię. A czerwona koszula czy blond włosy? – szeryf uśmiechnął się gorzko.
Rozejrzał się dokoła. Poczuł przykre tarcie sztywnego kołnierzyka. Nie czuł się najlepiej w cywilnych ciuchach. Nie był to jednak koniec jego strapień. Od ulicy dobiegł cichy odgłos silnika. Na jedno z ostatnich miejsc parkingowych wjechała duża beżowa limuzyna. Ford taurus – zidentyfikował ją Standfield i choć nie mógł odczytać z tej odległości numerów, wiedział, że to nikt z miejscowych.
Z auta wysiadł młody mężczyzna. Na jego widok Jeff zaklął w duchu.
No, nie. Jeszcze i oni! Nawet z tej odległości od faceta zalatywało cholernym FBI. Gość był wysokim blondynem. Nosił, mimo gorąca, czarny garnitur, białą koszulę, krawat, no i oczywiście modne ciemne okulary. Przystanął na chwilę w bramie i spojrzał w kierunku żałobników, po czym powoli ruszył pod górę, obchodząc miejsce ceremonii łagodnym łukiem. Kierował się w stronę stojącego pod drzewem Standfielda. Kiedy zbliżył się już dostatecznie, sierżant upewnił się, że dobrze ocenił przybysza.
Federalny podszedł do niego i stanął obok, obracając się w stronę ceremonii żałobnej.
– Szeryf Standfield, jak mniemam? – mówił cichym, spokojnym głosem. – Agent specjalny Chris Sherman – przedstawił się, nie podając ręki. – Przyjechałem dziś rano. Porucznik Crenna ze stanowej powiadomił nas o zdarzeniu, a tak się składa, że w Dodger w Massachusetts popełniono dwa tygodnie temu podobną zbrodnię.
Standfield poczuł, że robi mu się przykro. Crenna nie zachował się fair. Powinien go powiadomić.
– Przyjechał pan na cmentarz, żeby o tym rozmawiać? – rzucił złośliwie.
– Nie, szeryfie – zabrzmiało dość sucho i urzędowo. – Porozmawiamy na posterunku. Porucznik Crenna już tam jest. Pomyślałem sobie, że wpadnę tu na chwilę, bo może zauważył pan coś ciekawego. Zna pan tu wszystkich, czy jest też ktoś obcy, ktoś może nieco dziwny?
– Niczego nie zauważyłem. Ja też przyjechałem się rozejrzeć. – Gniew minął.
– A tamten facet? Ten w granatowym garniturze. W drugim rzędzie, za wdową.
– Ten? To John Adams, przyjaciel zabitego. Dlaczego pana zainteresował? Właśnie on?
– Bo zachowuje się dziwnie.
– Dziwnie?
– Inaczej niż inni. Niech pan spojrzy. Część ludzi patrzy na duchownego. Inni zerkają na wdowę, jeszcze inni na trumnę i wieńce. Albo tamci: oglądają świeże nagrobki. Tylko nie on. Jak długo tu jestem, patrzy tylko na czubki swoich butów. Ani razu nie widziałem jego twarzy, ani razu nie podniósł głowy.
Jeff spojrzał na federalnego z uznaniem.
– Panie Sherman, Adamsowie i Doyle’owie przyjaźnią się od lat, a Adams ma po prostu kłopoty ze zdrowiem. Tamtego dnia wyszedł z baru tuż przed przybyciem mordercy. Zapewne bardzo to przeżywa.
– Niczego nie widział?
– I tak, i nie. Porozmawiamy w biurze.
– Kiedy pan wraca?
– Pokręcę się tu jeszcze przez kwadrans. Ceremonia już dobiega końca.
– OK, zaczekam z Crenną. – Federalny ruszył do bramy.
Ceremonia rzeczywiście miała się ku końcowi. Po pastorze przemówił jeszcze burmistrz, a zaraz potem zaczęto rzucać kwiaty. Sierżant ruszył w stronę samochodu. Był nieco przygnębiony i nieco zawiedziony.
Nie zdarzyło się nic. Nadal drepcą w miejscu. Myślał o tym przez całą drogę.

Przed posterunkiem stał wóz Crenny, a kilkanaście jardów za nim – ford federalnego.
W swoim gabinecie zobaczył Crennę, który siedział w foteliku przy oknie i popijał kawę z plastikowego kubka. Na widok Standfielda porucznik podniósł rękę w pozdrowieniu.
– I co, szefie? – uśmiechnął się przyjaźnie. – Żadnych śladów? Żadnego zbrodniarza?
Szeryf pokręcił głową. Z wyraźną ulgą rozpiął kołnierzyk.
– Niczego, poruczniku. Sherman nic nie mówił? A tak w ogóle, mogłeś mnie uprzedzić, że wzywasz federalnych.
Crenna wstał z fotela, omal nie rozlewając kawy.
– Jakich federalnych? To sprawa miejscowej policji. Nikogo nie wzywałem! O kim ty, do cholery, mówisz?
W gabinecie zapadła nagła cisza. Spojrzeli sobie w oczy i Jeff poczuł, że jeżą mu się wszystkie włoski na ciele. Otworzył usta i kierując wzrok na sufit, szepnął tylko: – O... kurwa!
A potem poczuł tak potężne uderzenie adrenaliny, że omal nie zwymiotował śniadania pod nogi porucznika.
– Przy ulicy stoi jego samochód – zachrypiał.
Crenna nie spytał czyj. Obaj wiedzieli. Jak szaleni wypadli na dwór, wzbudzając po drodze przestrach posterunkowego Clarka.
Clark siedział przy telefonie i umawiał się właśnie ze swoją dziewczyną Debbie na kolejną lizaną randkę, jak z chichotem nazywali wypad na lody. Odłożył słuchawkę w pół słowa, patrząc w ślad za szefem i Crenną, którzy pognali korytarzem do wyjścia. Zrozumiał, że być może dzisiaj oboje z Debbie niczego nie poliżą.

Ford nie był zamknięty.
– Nie ruszaj przednich klamek – sapnął Crenna. – Musimy wezwać ekipę!
Zajrzeli do środka, otwierając tylne drzwi. Wewnątrz było pusto i czysto. Ze stacyjki zwisały kluczyki, a na siedzeniu prawego fotela leżała kartka. Grubym, czarnym mazakiem napisano na niej:
LUBICIE MUZYKĘ CAVE’A, CHŁOPCY? JA – BARDZO.
Pod spodem widniał dopisek: MURDER BALLADS NIEŹLE KRĘCI, PRAWDA? ZAJRZELIŚCIE JUŻ DO KUFRA?
Klapa bagażnika nie była zamknięta na kluczyk i otwierała się z łatwością, ale Jeffowi wydawało się, że waży tonę. W środku nie było nic. No, niezupełnie nic. Dno kufra wyścielone było grubym kocem. Mógł być koloru auta. Wskazywał na to kawałek suchego materiału z lewej strony. Reszta była kompletnie przesiąknięta krwią. Jeszcze świeżą. W nozdrza policjantów uderzył mdlący, słodki zapach. Standfield zdjął z pokrywy rękę, która w widoczny sposób zaczynała dygotać.
– Zamknij – odezwał się cicho Crenna. – Wracamy do biura. Trzeba ściągnąć zaraz ekipę dochodzeniową z Portland. Będą mieli pełne ręce roboty.
Szeryf spojrzał w twarz porucznika. Oczy Crenny były w tej chwili inne niż dotąd. Zimne i mroczne – określił je w duchu Jeff.

W biurze poczuł się znacznie lepiej. Clark przyniósł im dwa kubki kawy i podczas kiedy porucznik rozmawiał przez telefon, Standfield wydobył z szuflady biurka dużą popielniczkę. Nic nie smakowało mu tego ranka tak jak ten papieros. Crenna skończył rozmowę. Usiadł z drugiej strony biurka i również zapalił. Obaj, jak na komendę, pociągnęli po łyku kawy. Była mocna. Takiej potrzebowali.
– No to już przynajmniej coś wiemy. – Twarz Crenny przybrała normalny wygląd. – Wiemy, na co chodzi do kina, i wiemy też, czego słucha. Mamy także pierwszego świadka, który z nim rozmawiał. – Popatrzył przeciągle na Standfielda.
– Dostałeś wypieków, Jeff – zauważył. – Ciśnienie?
Szeryf machnął ręką.
Murder Ballads. – Spojrzał na Crennę. – Słuchałeś tego, Tom?
Porucznik skinął głową.
– Rozmawialiśmy kiedyś o niej w biurze. Zastanawialiśmy się, czy takie rzeczy produkują morderców psychopatów.
– I co?
– I nic. Zdania były podzielone. Osobiście uważam, że taka muzyka, literatura czy filmy nikogo nie produkują. Na pewno nie psychopatów. Ale uważam też, że ich niekiedy prowokują. A kiedy już tak się stanie, wtedy mamy prawdziwy problem.
– Chcesz powiedzieć, że to świr? Chcesz powiedzieć, że nie przestanie, póki go nie dopadniemy?
– Dokładnie. A nie będzie to łatwe, zapewniam cię. Chociaż uważam, że nasz przyjaciel kpi sobie z ryzyka. Za godzinę będzie tu ekipa i jestem pewien, że znajdą mnóstwo odcisków. Coś mi mówi, że takich odcisków nie mamy w żadnych kartotekach. Może zresztą mamy, i to się da sprawdzić, ale z pewnością nie ma ich do kogo przykleić.
Szeryf pomyślał, że Crenna niestety ma rację. Porucznik ciągnął dalej:
– Sporządzimy też portret pamięciowy. Zapamiętałeś go dobrze, Jeff?
Standfield rozpiął kolejny guzik koszuli.
– Wszystko, oprócz oczu. Nosił duże, ciemne szkła. (Miałeś go dwie stopy od siebie, dupku).
Zaszumiało mu w głowie.
– Trudno. Jedzie tu Mary Travis, nasza specjalistka od tej roboty. Porozmawiasz z nią. Ten portret będzie chyba naszym najmocniejszym atutem.
– On o tym wie. – Szeryf spojrzał na Crennę. – Ale najwyraźniej ma to wszystko w dupie. Pierdolony czubek! – Walnął dłonią w biurko.
Crenna pominął milczeniem ten wybuch emocji.
– Co sądzisz o bagażniku, Jeff?
– Co sądzę? Sądzę, że mamy kolejne miejsce zbrodni. Krwi jest zbyt dużo. Nie wypłynęłoby tyle ze zwłok. Chyba że...
– Że...
– Chyba że je tam ćwiartował.
– Jak myślisz, po co?
– Nie wiem. Ale wiesz, co ci powiem, Tom? Myślę, że on to lubi.
– No to mamy kolejnego Kubę Rozpruwacza.
Spojrzeli sobie w oczy, a między nimi zawisło pytanie z policyjnych porzekadeł: „Boże, dlaczego ja? Dlaczego spotyka to właśnie mnie?”.










Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-10-02 (1504 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej