Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Echa wielkiej pieśni
 
Katalog - dodano
 Fałszywy Pieśniarz
- Martyna Raduchowska
 Opowieści o duchach
- Jim Butcher
 Legion. Kłamstwa patrzącego
- Brandon Sanderson
 Zmiany
- Jim Butcher
 Upiorne opowieści po zmroku
- Alvin Schwartz
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Plagi tej ziemi - Michał Krzywicki

Prolog


Za młodu książę pomorski Warcisław był naszym dobrodziejem. I za to dostał nóż w plecy. Wiele lat temu mnisi, którzy jechali do Kamienia z cennymi zbiorami, zostali napadnięci. Los chciał, że Bóg pozbawił ich żywota, ale księgi nie zaginęły. Stały się cennym skarbem Biblioteki Brenneńskiej, a książę Przybysław roztoczył nad nimi opiekę. Za cenę życia wiecznego.

Wypis z kroniki klasztoru w Darguniu, A.D. 1144


Białe płatki sypały się z nieba, grubym wiekiem przykrywając burgundzkie bagna niedaleko Montbard i pokryte lodem strumyki, które wyznaczały granice cysterskiego opactwa Fontenay.
Na ośnieżonym dziedzińcu zaskrzypiał śnieg pod ciężarem pośpiesznie stawianych stóp brata furtiana. Zgrzytnęły zawiasy ciężkich drzwi, chwilę później od grubych murów odbił się donośny głos:
– Bernard z Clairvaux! Bernard z Clairvaux!
Próg przekroczył przełożony zakonu cystersów. Stanął w lekkim rozkroku, splótł dłonie jak do modlitwy, przystawił palce do ust i wyszeptał:
– Boże, bądź łaskaw mnie grzesznemu. A dla tych, którzy hańbią twą cześć, Jezusie Chrystusie, nie miej litości.
Zaraz za nim wślizgnął się sznur białych mnichów. Ostatni z nich, Przecław, z łomotem zatrzasnął za sobą drzwi. Jakby na zawsze.
– Większość jest w infirmerii. Ale część pozostała w kuchni. – Furtian ugryzł czerstwy bochen chleba, który wręczył mu jeden z przybyłych cystersów, i jęknął. – Od kilku dni nic porządnego w ustach nie miałem.
– W kuchni? – zdziwił się Bernard. – Nie w kościele?
– Tam najcieplej. Chociaż wczoraj przestali palić. Widocznie ledwo żyją. Jeszcze kilka dni, a sam bym zdechł. Ludzie z Montbard zaczęli już szeptać o zarazie.
– I niech tak zostanie. To, co się tu stało... – Bernard się zastanowił i po chwili dodał: – ...i zaraz się stanie, nie ma prawa wyjść nigdy poza mury tego opactwa.
Furtian wzruszył ramionami, jakby w życiu nic nie widział i nie słyszał.
Opat podziękował skinieniem głowy braciszkowi, za to, że dzięki niemu od kilku dni mieli wieści, co się wyrabia w Fontenay, i za to, że bez problemu wpuścił ich do opactwa. Kazał dwóm mnichom, by się zaopiekowali bratem furtianem. Braciszek z wdzięcznością przyjął ciepły płaszcz godny chyba samego biskupa, dodatkowe suchary, dzban wina.
Gdy upił łyk, może dwa, coś złapało go za gardło, diabelstwo jakieś albo sam Szatan, bo dech mu odebrało w jednej chwili, a w drugiej życie.
Ciało opadło bezwładnie na ścieżkę. Wino uciekało z upuszczonego naczynia, wsiąkało w śnieg.
Bernard podziękował Przecławowi ponurym uśmiechem. Mnich westchnął ciężko i skinął na resztę.
Mnisi rozbiegli się między zabudowaniami gospodarczymi jak psy. Wbiegli na krużganki, wtargnęli do pokojów gościnnych, które okazały się puste, wyważyli drzwi refektarza, wdarli się do kuchni, kilku przeszukało kuźnię i chlew. Opactwo wydawało się wymarłe, gdyby nie kwilenie świń i szczekanie psów, które jednak gdzieś się pochowały.
Bernard spojrzał na odbitą na tle nieba i śniegu ponurą sylwetkę niepoświęconego jeszcze kościoła, którego budowę dopiero co ukończono. Jednak wbrew jego żądaniom, w Fontenay nie wykonano do końca budowy głównego portalu. Nad wejściem do kościoła na rusztowaniach zalegał śnieg.
Bernard zaklął szpetnie. Za kilka miesięcy kościół miał poświęcić papież Eugeniusz III.
Opat skierował się w towarzystwie Przecława w stronę infirmerii, położonej na tyłach opactwa. Chorzy wyszli im jednak naprzeciw, wyłaniając się zza rogu refektarza. Kilku mnichów Bernarda cofnęło się w przerażeniu, ku wyjściu zaczął podążać sam opat. Chorzy zatrzymali się na dziedzińcu. Zwiesili nisko głowy, ale bynajmniej nie ze wstydu, tylko smutku. Nikt w Fontenay nie witał opata, bo nikt go się tu nie spodziewał. Unikali jego błogosławieństwa. Nie w smak im był krzyż nakreślony w powietrzu i szpetna mina na obliczu Bernarda, tylko według niego samego wyrażająca zatroskanie. Zaniedbane tonsury i nieobecne spojrzenia zdradzały, że przez ostatnie dni modlitwa była jedynym zajęciem mnichów w opactwie.
Trzech padło z wyczerpania na śniegu. Kolejny zachwiał się w omdleniu, ale bracia przytrzymali go cierpliwie. Zawisł na ich barkach jak Chrystus, z rozpostartymi ramionami. Jego głowa opadła bezwładnie na wychudłą pierś.
– Szkoda, że zaraza mnie nie ubiegła. – Bernard nie zamierzał okazywać heretykom miłosierdzia. Wskoczył między chorych i niczym bicz boży wybijał pięścią zęby i łamał nosy.
– Dla was jestem jak czyściec! Czeka was prawdziwy Sąd. Ale nie ja będę waszym sędzią, tylko sam Chrystus.
Gdy opuściły go siły i minął pierwszy gniew, Bernard przystanął. Z trudem wciągał do płuc zimne powietrze.
– A więc to wszystko prawda, co mówiłeś o Fontenay. – Wsparł się na ramieniu Przecława. – I co mówił furtian. Zobacz, jak oni wyglądają. Stronią nie tylko od kobiet, ale i od jadła. W ten sposób chcą się oczyścić przed śmiercią, którą na siebie dobrowolnie sprowadzają. Nawet ptaki wymarły. – Wskazał na gołębnik nieopodal kaplicy przylegającej do murów przy wejściu.
Z krużganka wybiegł jeden z psów Bernarda, by zdać opatowi relację z tego, co zobaczył w innych pomieszczeniach.
– To jakiś koszmar – wysapał. – Straszymy ich stosem, ale śmieją się nam w twarz. Mówią, że od wielu dni nie przyjmują żadnych pokarmów. Nawet wody. Wyglądają jak starcy. Nic nie chcą powiedzieć. Milczą jak zaklęci. Leżą wszędzie. W refektarzu, w swoich celach, nie dbając już o nic.
– Więc trucizna jest zbyteczna. – Bernard spojrzał znacząco na Przecława. – Spalcie wszystko. – Chrząknął i zerkając na furtiana i innych mnichów na dziedzińcu, dodał: – Wolę wszystko zniszczyć, niż choćby starać się to zrozumieć.
– Chyba ktoś już cię w tym ubiegł, opacie. – Przecław wskazał na budynek kościoła, gdzie dojrzał płomienie.
Chwilę potem klasztorem wstrząsnął potężny wybuch.

***

Opat z Clairvaux patrzał na niebo i modlił się, by runęło na całe Fontenay. Ale wciąż padał tylko śnieg, który zdążył już przykryć zgliszcza kościoła. Spod białej kołdry mnisi Bernarda wygrzebywali resztki monstrancji, kawałki krzyża z ołtarza, część nawy głównej.
Przecław wspiął się na stertę gruzu. W ślad za nim poszedł jeden z klasztornych psów – bura suka. Łasiła się przez chwilę, ale mnich nie zamierzał jej głaskać. Odskoczyła więc kilka susów dalej i zaczęła rozgrzebywać śnieg. Już po chwili skamlała i szczekała na przemian. Suka trzymała w pysku nadpalony ochłap ludzkiego mięsa. Oczy jej błyszczały, długi ogon przecinał powietrze. Tym razem Przecław potargał jej zmierzwioną od śniegu czuprynę, poklepał po grubym karku.
– Puść! – Lekkim uderzeniem w pysk zmusił psa, by upuścił zdobycz, i pozwolił mu odbiec.
Bernard stał kilka kroków od pogorzeliska. Wydawał się skupiony na modlitwie, ale Przecław domyślał się, że szeptał pod nosem najgorsze przekleństwa przeciwko tym, którzy ośmielili się puścić z dymem kościół.
– Co jest? Masz tego więcej? – Przecław ukucnął przy psie, który wrócił, nie przestając machać ogonem i szczekać. – No to chodźmy – powiedział niechętnie. Od smrodu spalenizny kręciło mu się w głowie, ale dał się zaprowadzić kilka kroków dalej.
Z podmokłego śniegu sterczały kikuty nadpalonych ludzkich kości: rozgrzebane przez psa piszczele, żebra, dwie czaszki.
Bernard ruszył za nimi. Z trudem wspiął się na pogorzelisko, nie zbaczał z wyznaczonej przez Przecława ścieżki.
Przykucnął przy jednym z trupów i z obrzydzeniem starł mu z twarzy puchową maskę, jakby chcąc się upewnić, że nie dojrzy tam niczego prócz zwęglonej czaszki.
– To Hugon – parsknął, zrywając z szyi trupa ocalały krzyżyk. – Heretyk, zaprzaniec. Jego teologia wypadła sroce spod ogona. Miał chłonny umysł, który, jak widać, nie okazał się dla niego błogosławieństwem. – Wstał i spojrzał w stronę refektarza. – Razem z nim i umierającymi w infirmerii mamy trzy tuziny. Musimy odnaleźć jeszcze tuzin. Zabierajcie się do roboty! – ponaglił mnichów.
Braciszkowie zaczęli zbierać odnajdywane kości i przenosić do wielkiego dołu na cmentarzu za kuźnią, układali je, porządkowali, liczyli i dopiero potem przysypywali fosforem.
Śnieg nie zamarzał, kopanie nie sprawiło im więc trudności. Pracowali bez przerw na odpoczynek.
Przecław tymczasem naliczył kilka kolejnych trupów. Dzięki furtianowi, który przez posłańca zdawał Bernardowi dokładne relacje o wszystkich heretyckich spotkaniach, o gościach w opactwie, wiedzieli, ilu obecnie mnichów mieszkało w klasztorze.
Zmierzchało już, gdy jednemu z cystersów łopata ugrzęzła w czymś miękkim. Przerwał pracę i kiwnął na Przecława. Mnich uklęknął i zaczął odgarniać dłońmi resztki śniegu.
Twarz okazała się cała, nienadpalona. Z ziemi wystawała ręka. Na serdecznym palcu świecił w blasku dnia pierścień przeora.
– Nawet Jakub. – Opat pokręcił głową. – Cóż. Cztery tuziny mamy skompletowane. Reszta uciekła. Gruzy po klasztorze zryliśmy przecież do gołej ziemi. – Powiódł wzrokiem po hałdach usypanego na dziedzińcu gruzu. Spojrzał na gołe, wypalone ściany, zniszczoną nawę, pożarty przez ogień ołtarz. To wszystko, co zostało z jego kościoła.
Nagle usta przeora się rozchyliły.
Bernard natychmiast ukucnął przy nim, przystawił ucho do jego ust.
– Wyspowiadaj się, Jakubie – szepnął.
Wydawało się, że przeor się uśmiechnął.
– Wolę zdechnąć – szepnął, nie otwierając oczu.
– Właśnie to robisz. Ale część z was uciekła.
– Nie uciekli, opacie – zagryzł wargi – tylko zamierzają, wbrew tobie, nadal budować Królestwo Boże na ziemi.
Opat złapał go za policzki.
– A wiesz może gdzie?
– W Langwedocji, gdzie nie sięga władza królów; nie sięgnie i twoja.
– Langwedocja. – Bernard pokiwał w zamyśleniu głową. – Spuszczę tam wszystkie swoje psy! Ale dlaczego miałbym ci wierzyć, Jakubie?
– Bo już jesteś martwy. Tylko o tym nie wiesz.
Bernard pobłogosławił szyderczo przeorowi, który wydał ostatnie tchnienie.
– Obróciliście mój kościół w gruzy. Odwdzięczę się wam. Zmienię każdą heretycką wioskę w cmentarz, dopóki się nie dowiem, co przede mną wywieźliście z Fontenay.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-10-04 (1554 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej