Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Rok Jednorożca
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Czystopis - Siergiej Łukjanienko

Rozdział 1


Dworzec kolejowy to miejsce przemiany. Wsiadamy do pociągu i przestajemy być sobą. Od tej chwili mamy inną przeszłość i liczymy na inną przyszłość. Przypadkowemu współtowarzyszowi podróży gotowi jesteśmy opowiedzieć o tym wszystkim, co nam się w życiu przydarzyło, a także o tym, co nie przydarzyło nam się nigdy. Z rozmów w pociągu można by wywnioskować, że na świecie nie ma nudnych ludzi z nieciekawymi biografiami.
I za to właśnie kocham pociągi.
Nawet te jadące na południe.
Przedział był nadspodziewanie czysty, zaskakująco czysty jak na ukraiński pociąg. Na podłodze chodnik, na stoliczku biała serwetka i plastikowe kwiatki w wazoniku, do którego nie wiadomo po co ktoś nalał wody. Poszarzała, ale czysta pościel była już obleczona. Nad oknem, na metalowym uchwycie umocowano telewizor – nie płaski monitor, co byłoby bardziej logiczne, tylko pyzaty kineskopowy, ale zawsze.
Tak, wagon sypialny ma swoje niewątpliwe zalety. I chodzi nie tylko o to, że ma się jednego sąsiada w przedziale, lecz o ogólną wygodę.
Wrzuciłem torbę na półkę, przymknąłem drzwi do przedziału i wyszedłem na peron. Pod nogami chlupał rozmiękły śnieg, wiał wilgotny wiatr – zupełnie jakbym nie był w Moskwie, tylko nad morzem, w Jałcie albo Soczi, jakby to ten południowy pociąg przyniósł ze sobą wilgotno-słone ciepło. Zapaliłem papierosa. Nieopodal przytupywały konduktorki, głośno rozmawiając w żargonie będącym mieszaniną języka rosyjskiego i ukraińskiego. Obgadywały jakąś Wierkę, a w szczególności jej idiotyczne zachowanie.
Wykupiłem miejsce w pierwszej klasie nie dlatego, że jestem miłośnikiem komfortu, ale dlatego, że nie było już innych, a nie chciałem odkładać wyjazdu. Czułem, że jeśli zaczekam choć jeden dzień, to już nigdzie nie pojadę. Miałem dość przygód.
A może nie?
Gdy paliłem na peronie, do wagonu weszło kilku pasażerów. Ciekawe, czy któryś z nich będzie moim współlokatorem? Może ta szczupła dziewczyna o dużych oczach za okularami w cienkich oprawach? Pewnie nie... A chłopak w moim wieku, ubrany w elegancki płaszcz, z drogą aluminiową walizką w ręku? Też raczej nie... Złośliwi kolejowi bogowie przeznaczą mi na towarzysza podróży tego zgrzybiałego, półślepego, kaszlącego staruszka. Albo, co gorsza, tę młodą kobietę z przemiłym rocznym brzdącem. Mieliście kiedyś okazję być przy zmianie pieluszki w przedziale? Zwłaszcza gdy maluch cierpi na rozstrój żołądka na skutek zmiany jedzenia i wstrząsów? A przecież ta cudowna kobieta na pewno już wcześniej wyłączy wentylację, żeby dziecko się nie przeziębiło.
Pełen mrocznych przeczuć wróciłem do swojego przedziału i zobaczyłem, że tym razem jednak miałem szczęście. Wprawdzie nie była to szczupła dziewczyna w okularach, ale przynajmniej rówieśnik, który już wyjął ze swojej szpanerskiej walizki butelkę piwa.
– Dobry wieczór. Sasza. – Chłopak wstał i bez zbędnych ceregieli podał mi rękę.
– Dobry wieczór. Kirył.
– Nie ma pan nic przeciwko? – Sasza wskazał wzrokiem butelkę.
– Ależ proszę.
Jego styl zachowania sprawił, że poczułem się nieswojo. Czyżby yuppie? Nie, wyglądał raczej na tych próżniaków, którzy nazywają się „młodymi politykami” i albo urządzają swoje mityngi, albo rozwalają cudze, a przede wszystkim urządzają pyskówki w Internecie, niczym kłótliwe baby w tramwaju.
Jeśli tak było naprawdę, czekał mnie wesoły wieczór. Młodzi politycy nie potrafią uspokoić się nawet na chwilę, przez cały czas wykazują się wysoką aktywnością.
– Chciałbym pana poczęstować... – Sasza podał mi butelkę.
Ho, ho, ho, dobre angielskie ale, nie importowane piwo rozlewane w Rosji i nie piwna twórczość naszych ukraińskich braci.
– Dziękuję – powiedziałem, biorąc butelkę.
Usiadłem na swojej leżance, a tymczasem chłopak rozpakowywał bagaż – pojawiło się jeszcze pięć butelek piwa, basturma, ser, orzeszki. Za to żadnych obwisłych trykotów i gumowych klapek, w które tak lubią przebierać się nasi pasażerowie. Zresztą, Sasza wyglądał na człowieka, który w miejscach publicznych nie zniża się do kapci. Gładko ogolony, ostrzyżony tak, jakby właśnie wyszedł od fryzjera, granatowy garnitur z cienkiej wełny wyglądał na bardzo drogi i pewnie był jeszcze droższy, niż wyglądał.
Sasza nie potrząsał głową, żeby ostrożnie, bez rozwiązywania zdjąć krawat, jak czynią to ludzie nieprzywykli do noszenia garnituru. Nie, on starannie rozwiązał krawat, idealnie dobrany do odcienia koszuli, wyjął z torby specjalny pokrowiec, wpakował tam krawat i powiesił go na wieszaku. Rzecz jasna, na marynarkę czekał oddzielny pokrowiec, z wieszakiem w środku. Pewnie miał coś takiego nawet na skarpetki.
Przysunąłem się do okna – w chwili gdy peron drgnął i zaczął odjeżdżać. Jechałem do Charkowa. Po co? Mało mi było przygód w ciągu ostatniego tygodnia? Co tam tygodnia... W ciągu ostatniej doby trzy razy otarłem się o śmierć!
– Moskwianin? – zapytał Sasza.
– Co? – Zamyślony, nie od razu zrozumiałem, o co pyta. – Tak, moskwianin.
– Ja również – oznajmił Sasza takim tonem, jakby dawał odzew na hasło.
– Biznes? – zapytałem. Tak naprawdę wcale mnie to nie obchodziło, ale wypada jakoś podtrzymać rozmowę, zwłaszcza gdy rozmówca częstuje cię piwem.
– No... nie do końca... – Sasza chyba się zastanawiał. – Chociaż można by to ująć i tak.
– Polityka? – zasugerowałem bardziej ponurym tonem.
– W pewnym sensie. – Sasza się zaśmiał. – Choć tak właściwie ma pan absolutną rację. To coś pośredniego między polityką i biznesem. Pracuję w strukturach państwowych, że tak powiem, biurokraczę pomalutku. Rzecz jasna, politycznymi głupstwami się nie zajmuję, to działka polityków. A nasza – żeby państwo żyło, pociągi chodziły, zboże rosło, a granice były bezpieczne! W czasach ZSRR powiedzielibyśmy: funkcyjny.
Napiłem się piwa i odstawiłem butelkę. Aha, funkcyjny.
– A pan pracuje, studiuje? – spytał Sasza.
To już była przesada. Facet, który jest ode mnie starszy najwyżej o rok będzie mnie dobrodusznie pytał: „Pracuje pan, studiuje?”.
– Chwilowo bezrobotny – odparłem.
– Lepiej mówić „w trakcie szukania pracy” – poprawił mnie Sasza. – Proszę mi wierzyć, brzmi znacznie lepiej! A gdzie pan przedtem pracował?
– Jako funkcyjny – odparłem z rozdrażnieniem. Jaki to trzeba mieć tupet, żeby pouczać nieznajomego człowieka! Widocznie taka bezceremonialność pojawia się z czasem u wszystkich urzędników. Biurokraczy sobie, widzicie go! Żeby zboże było bezpieczne, pociągi rosły i granice jeździły.
– Jaki funkcyjny, jeśli to nie tajemnica? – zapytał Sasza i w jego głosie dała się słyszeć autentyczna ciekawość. – Nigdy nie spotkałem funkcyjnego, który mógłby podróżować.
Popatrzyliśmy na siebie, a ja poczułem, że krew pulsuje mi w skroniach.
– Wie pan o funkcyjnych? – zapytałem.
– Oczywiście – odparł spokojnie Sasza. – Mistrzowie jednej profesji, przykuci do swojej funkcji. Nie możecie się oddalić od niej dalej niż na dziesięć-piętnaście kilometrów. Strzygę się u fryzjera-funkcyjnego na Czystych Prudach.
– Więc wie pan o funkcyjnych? – powtórzyłem tępo.
No nie, czemu ja się dziwię? Jako funkcyjny-celnik pracowałem zaledwie kilka dni, a przez moją wieżę między światami chodzili i politycy, i biznesmeni, i jakieś gwiazdki pop z przyjaciółmi. Przychodził z inspekcją jeden polityk i komik. Wystarczająco dużo ludzi, żeby zrozumieć – w Moskwie o funkcyjnych wie kilkuset zwykłych ludzi. A może nawet kilka tysięcy. Ci, którzy należą do sfery władzy, biznesu, kultury masowej – oni są wtajemniczeni. A ten młodzieniec wcale nie jest taki zwyczajny, od razu widać.
– Wiem, wiem! – odparł Sasza, śmiejąc się. – No, jak mam to panu udowodnić? Chce pan, to wymienię cła, które są w Moskwie?
– Lepiej niech pan poda nazwy kilku światów, do których wychodzą te cła.
– Weroz! – powiedział od razu Sasza.
– Nie ma takiego świata! – odparowałem z satysfakcją.
– Jak to nie ma? To ten, gdzie są państwa-miasta. Gdzie jest taki śmieszny feudalizm z maszynami parowymi... – Pstryknął palcami. – Tam jest Nut, Kimgim, Ganzser...
Skinąłem głową. Miał rację. Z mojego cła można było przejść właśnie do Kimgimu. Bardzo sympatyczne miasto. A prócz niego istniało jeszcze kilka tysięcy innych państw-miast.
– Wierzę – powiedziałem.
– Jest jeszcze Skansen – mówił dalej Sasza. – I...
– Wierzę, wierzę – przerwałem mu i napiłem się piwa. – Tak. Nie spodziewałem się.
– A jakim pan jest funkcyjnym? – pytał dalej Sasza, ciągle z tą samą dobroduszną ciekawością. – Przepraszam, jeśli jestem zbyt natrętny, może nie chce pan odpowiadać...
– Jestem celnikiem – wyznałem, nie dodając, że raczej eks-celnikiem.
– I może pan podróżować?
– Tak.
– Niesamowite! – Samo istnienie funkcyjnych zupełnie go nie dziwiło, jedynie zdolność przemieszczania się. – Za to można by wypić... czy jak?
Wsunął rękę do walizki i gestem sztukmistrza wyjął butelkę martela.
Pokręciłem głową.
– Dziękuję. Lepiej nie. Nad ranem przyjdą celnicy.
Sasza się zaśmiał.
– A to dobre! Funkcyjny, który boi się celników! – Nagle spoważniał. – Granice, cło... ciągle budujemy mury. Prości ludzie mają problemy, a dla bandytów to i tak żadna przeszkoda. I komu to potrzebne?
Dziwna rzecz... Mówił niby szczerze, i ja absolutnie zgadzałem się z jego słowami, a jednak brzmiało to sztucznie, jak przemówienie wygłaszane z trybuny. Mimo woli przypomniałem sobie polityka Dimę. Czyżby to jakaś skaza zawodowa?
– Nikomu to niepotrzebne – przytaknąłem mimo wszystko.
– Weźmy taki Weroz – ciągnął Sasza, zręcznie krojąc basturmę – wygląda jak patchwork, a przecież prawdziwych granic prawie nie ma. Taki miły, sympatyczny światek. Wie pan, czasem się zastanawiam, czyby się tam nie przenieść.
– Niech mi pan powie, jak dowiedział się pan o funkcyjnych? – zapytałem. – I innych światach?
– Muszę wiedzieć takie rzeczy. – Chłopak uśmiechnął się szeroko. – Gdy zostałem referentem u Piotra Piotrowicza, wprowadzono mnie w temat. Sam pan rozumie, niektóre sprawy wymagają mojej stałej obecności przy szefie.
Odniosłem wrażenie, że kluczowe w jego wypowiedzi było to „referent Piotra Piotrowicza”. To już na pewno było hasło rozpoznawcze, które funkcyjny powinien znać... i zareagować.
– Jak on się czuje? – palnąłem na chybił trafił. – Lepiej?
Cóż, zapewne nieznany mi bliżej Piotr Piotrowicz, posiadający zaufanych referentów, ma co najmniej pięćdziesiąt lat. A w tym wieku, w dodatku wśród urzędników z pogranicza „biznesu i polityki” nie ma ludzi absolutnie zdrowych.
Sasza mrugnął i powiedział:
– Tfu, tfu, na psa urok. Wodę pił, był na diecie...
– Karlsbad? – strzeliłem i znów trafiłem.
– Tak jak zwykle. – Teraz już chyba Sasza uznał mnie za „swojego”. Przestała go niepokoić moja umiejętność podróżowania i to, że mnie nie znał. Odkorkował butelkę i spytał: – Słyszał pan dowcip o funkcyjnym-ginekologu?
– No?
– Funkcyjny-ginekolog wpada do gabinetu kolegi i mówi: „Chodź ze mną! Mam taką pacjentkę...”.
Cały problem takich dowcipów polega na tym, że są przeróbkami starych kawałów. I nawet jeśli nie jesteś fanem książek o Harrym Potterze, gry w MTG, czy, nie daj Boże, rapu, i tak znasz te dowcipy. Zamień Czapajewa na Pottera, a Pietkę na Rona, Pugaczową na Timati albo Decla i już. Właśnie tak one powstają.
A jednak uśmiechnąłem się uprzejmie i w ramach rewanżu opowiedziałem w miarę sprośny dowcip o rozprawie nad rozpustnym Gruzinem. Sasza zarżał radośnie, podsuwając mi butelkę piwa. Najwyraźniej był zadowolony z towarzystwa.
Ja, szczerze powiedziawszy, również.
Piliśmy piwo, kilka razy wychodziliśmy zapalić – poczęstowałem Saszę zarekwirowanymi w samochodzie Kotii papierosami „Treasure” i zostałem obdarzony pełnym aprobaty spojrzeniem. Piwo się skończyło i Sasza zaproponował, żeby pójść do wagonu restauracyjnego. Rzecz jasna, nie mieli tam angielskiego ale, ale, jak wiadomo, po trzeciej butelce człowiekowi robi się już wszystko jedno i każde piwo jest jednakowo dobre.
Koło drugiej w nocy położyliśmy się spać – w jak najlepszych humorach. Aleksander szybko zaczął chrapać, ale nie przeszkadzało mi to, stuk kół i tak zagłuszał chrapanie. Wentylacja działała, co już było ewenementem. Leżałem na plecach, podłożyłem rękę pod głowę i patrzyłem na przesuwające się po suficie światła latarni – podjeżdżaliśmy do jakiegoś miasteczka.
Ciekawe... Ze wszystkich pasażerów trafił mi się taki, który wiedział o funkcyjnych i w dodatku zręcznie mnie zagadał. Przypadek? A może pułapka? Wyrwałem się z systemu, złamałem prawa funkcyjnych, można nawet powiedzieć, że wznieciłem bunt. Pokonałem policjanta Andrieja, zabiłem „akuszerkę” Natalię, potem uciekłem kuratorowi... mojemu byłemu przyjacielowi Kotii.
Rzecz jasna, z punktu widzenia logiki taki przypadek byłby raczej mało prawdopodobny i Sasza jest po prostu nasłanym agentem. Lecz gdyby na to wszystko patrzeć logicznie, to od dawna leżę w szpitalu i bredzę – no bo czy można uwierzyć w inne światy, do których prowadzą tajemne przejścia, w spacerujących po mieście funkcyjnych i kierujących tym wszystkim tajemniczych eksperymentatorów?
Podniosłem rękę i spojrzałem sennie na metalowe kółko na palcu – jedyne, co zostało z mojej funkcji.
Trzeba iść spać. Mój sąsiad, bez względu na to czy jest przypadkowy, czy nasłany, raczej nie zaatakuje mnie w nocy. Nie przeczuwałem niebezpieczeństwa, a zawsze ufałem swoim przeczuciom. Rano będę w Charkowie, poszukam Wasylisy, kobiety dziwnej, ale budzącej zaufanie...
Pociąg zwalniał. Z daleka dobiegł metaliczny łoskot dworcowych głośników: „Pociąg pośpieszny numer 19... relacji Moskwa-Charków... wjeżdża na peron drugi...”. Po ścianie przepłynął jasny prostokąt światła, wyłuskując z ciemności spodnie, wciśnięte na siatkową półkę razem z pomiętym swetrem i skarpetkami (tak, niechluj ze mnie!).
Uniosłem się na łokciu, przysunąłem do niedokładnie zaciągniętej zasłonki i odruchowo spojrzałem na zbliżający się peron.
Na samym początku, tam gdzie pewnie zatrzyma się ostatni wagon, stała grupka młodych mężczyzn – dziesięciu, może dwunastu. Wszyscy krótko ostrzyżeni, z odsłoniętymi głowami, w lekkich płaszczach albo krótkich kurtkach. I wszyscy bacznie przyglądali się wagonom.
Ich twarze wydały mi się znajome – nie chodziło o szczegóły, lecz o ogólne wrażenie. Niby wyglądali przeciętnie, a jednak było w nich coś obcego.
Dalej peron był pusty, w końcu niewielu ludzi czeka na nocny pociąg w małym prowincjonalnym miasteczku.
Chociaż nie... trzydzieści metrów dalej stał chłopak, który wyglądał tak, jakby przypadkiem odłączył się od tamtego towarzystwa. Kolejne dwadzieścia metrów dalej nudziło się dwóch młodych i dzielnych, a potem jeszcze jeden. Nad budynkiem dworca świecił się napis „ORZEŁ”.
Ciągle patrząc w okno, zacząłem się ubierać. Dżinsy, skarpety, buty... sweter. Na torbę tylko rzuciłem okiem, nie będę jej brał, tam i tak są tylko ciuchy. Narzuciłem kurtkę, poklepałem się po kieszeni, czując ciężar portfela. Cóż, na mnie pora.
– Odlać się czy zapalić? – zapytał ze swojego miejsca Sasza, który nagle przestał chrapać.
– Palić – wymamrotałem. – Śpij.
Wyśliznąłem się na korytarz. Pociąg nadal hamował, wjeżdżając na peron. Teraz do pierwszego i ostatniego wagonu wejdą bardzo uważni ludzie. A przy drzwiach każdego wagonu stanie po dwóch lub trzech.
Nie wiem, czy miałbym z nimi jakieś szanse, nawet będąc funkcyjnym. Bo teraz to już na pewno nie.
Biegłem korytarzem, szarpiąc za aluminiowe klamki okien. Zamknięte... Zamknięte... Zamknięte... Czwarte okno ustąpiło, zjechało w dół. Zobaczyłem mokre szyny, towarowy pociąg na bocznicy, wirujący mokry śnieg w chwiejnym stożku światła latarni.
A potem spostrzegłem krótko ostrzyżonego chłopaka, stojącego samotnie na sąsiednich torach. Powoli, jakby sennie, rozciągnął usta w uśmiechu i pomachał mi ręką. A potem, nie kryjąc się, zdjął z pasa krótkofalówkę.
Ci, którzy otoczyli pociąg, nie mieli zamiaru popełniać błędów. Kordon był szczelny, pułapka się zatrzasnęła.
– Kirył, dokąd się wybierasz?
Sasza, ziewając, wysunął się z przedziału. Spojrzał na mnie, potem na okno. Odprowadził kogoś wzrokiem i zmrużył oczy. Wyczuwał zagrożenie instynktownie, jak dzikie zwierzę. Cóż, pewnie w najbardziej nieprzebytej dżungli nie jest aż tak niebezpiecznie, jak w jasnych, klimatyzowanych korytarzach świata władzy i biznesu.
– Po ciebie? – spytał.
Skinąłem głową i również spytałem:
– Jesteś z nimi?
– A po co by mi to było?! – zawołał oburzony Sasza, a ja, zupełnie jakbym nadal był funkcyjnym, zrozumiałem: mówi prawdę. Właśnie dlatego nadal obraca się w swoich kręgach polityki i biznesu, spokojnie „biurokraczy” w strukturach państwowych, bo nigdy z nikim się nie kłócił. Nie brał udziału w żadnym starciu, zawsze dobroduszny i neutralny. Tacy zwykle nie wchodzą na sam szczyt, ale za to nigdy nie spadają.
– Muszę uciekać – powiedziałem. – Polują na mnie.
Pociąg szarpnął się, pokonując ostatnie metry.
– Uciekaj – powiedział z ulgą Sasza. – Powodzenia! Chętnie bym ci pomógł, ale...
– Miło z twojej strony – powiedziałem. – W takim razie pomożesz.
Wskoczyłem do przedziału, złapałem swoją torbę, podbiegłem do otwartego okna – właśnie wjeżdżaliśmy w cień pod mostkiem przerzuconym nad torami – i wyrzuciłem torbę za okno.
Sasza myślał chyba, że chcę wyskoczyć w ślad za swoimi rzeczami i nawet podszedł do mnie, żeby pomóc; ale ja pociągnąłem hamulec bezpieczeństwa i zmusiłem niemal już przystający pociąg do zatrzymania się z gwałtownym szarpnięciem. Pewnie na głowę Bogu ducha winnego maszynisty sypały się teraz przekleństwa rozbudzonych pasażerów.
– Wyskoczyłem przez okno – oznajmiłem Saszy. – Widziałeś?
Przez kilka sekund Sasza milczał, oparty o ścianę, drapiąc się po płaskim brzuchu. Nie wiedział, kto mnie prześladuje, i to bardzo przeszkadzało mu w podjęciu decyzji. Niby byłem swój, ale czasem trzeba umieć odciąć się od swoich...
Nietrudno było zrozumieć, jakie myśli miotają się teraz w jego głowie. Za tym, żeby mi pomóc, i za tym, żeby mnie zdradzić, przemawiało tyle samo argumentów.
Sasza odwrócił się ode mnie, wychylił przez otwarte okno i ryknął w ciemność:
– Stój, sukinsynu! Stóóóój!
Teraz musiałem działać szybko.
Skoczyłem z powrotem do przedziału, zerknąłem w wąską szczelinę między zasłonkami – chyba nikt nie patrzył – i stanąłem na łóżku.
Wagon sypialny we współczesnym ukraińskim wydaniu niewiele się różni od zwykłego. Brak górnych półek i pewien „face lifting”, nic więcej. Półka bagażowa nad drzwiami w przedziale pozostała nietknięta.
I tam właśnie wszedłem, podciągając się ze zręcznością człowieka, któremu pięty parzy oddech ścigającego go drapieżnika.
Miałem niewiele szans. Najgorsze, co może wymyślić uciekinier, to ukrywanie się. Jedynym ratunkiem ściganego jest ucieczka, ukrywanie to tylko zabawa w chowanego.
Ale nawet podczas ucieczki jest czas na manewry.
– Ja cię pod ziemią znajdę! – wrzeszczał Sasza na korytarzu, i muszę przyznać, że brzmiało to bardzo naturalnie. – Złodzieju jeden!
W końcu trzasnęły drzwi wagonu i na korytarzu rozległ się tupot. Było w nim coś miarowego, jednakowego, jak u maszerujących żołnierzy, albo idących po taśmociągu uczniów w „The Wall” Pink Floydów. Mundur jednoczy, nawet, jeśli zostają z niego tylko buty.
Nagle przypomniałem sobie opowiedzianą przez kogoś historię, jak to podczas olimpiady w Moskwie milicjantów na skalę masową przebierano w cywilne ciuchy i wysyłano na patrole. W tym celu zakupiono w bratniej NRD ogromną liczbę garniturów, koszul i krawatów – absolutnie jednakowych. Może dlatego, żeby nikt nie czuł się gorszy. A może w głowach intendentów nie mieściła się myśl, że cywilne ubrania mogą mieć różne fasony. I po ulicach Moskwy zaczęli krążyć parami krótko obcięci młodzieńcy w jednakowych marynarkach. Ponieważ ze stolicy dodatkowo wywieziono na wakacje wszystkie dzieci – żeby nie wyłudzały pamiątek od obcokrajowców – wrażenia zagranicznych gości musiały być koszmarne: Moskwa to miasto pełne przebranych agentów, ponure, nienadające się do życia.
– Co się stało, obywatelu? – dobiegło z korytarza.
Poczułem chłód w piersiach.
Mężczyzna zadał pytanie po rosyjsku, bardzo czysto i bardzo prawidłowo. Pozostawała tylko nieuchwytna nutka, leciutki akcent świadczący o tym, że był tu obcy.
Polowali na mnie nie funkcyjni i nie nasze służby specjalne: pociąg przeczesywali ludzie z Arkanu.
Mogłem tylko mieć nadzieję, że Sasza tego nie zauważy.
– Mój sąsiad z przedziału, sukinkot! – zawołał Sasza z nieco przesadną artykulacją. – Jechaliśmy razem...
Z odgłosów zrozumiałem, że dosłownie wepchnął swojego rozmówcę do przedziału, pozwalając mu się przekonać, że przedział jest pusty, i od razu wyciągnął go, pchnął w stronę okna.
– A to gnida! I jeszcze piwo ze mną pił jak człowiek! Uciekł przez okno, dopiero co! Pewnie mi portfel ukradł... – Usłyszałem szmer, Sasza zajrzał do przedziału, złapał swoją marynarkę i ze zdumieniem zawołał: – Jak to? Portfel na miejscu... Hej, dokąd pan idzie? Pomyliłem się, to nie złodziej...
– Pana współpasażer to szalenie niebezpieczny terrorysta i morderca – odpowiedział mu ktoś. – Niech się pan cieszy, że pan żyje, obywatelu.
Leżałem bez ruchu, ciągle nie wierząc, że przedział nie został przeszukany. Na półce bagażowej pachniało kurzem, środkiem dezynfekcyjnym i, nie wiedzieć czemu, konopiami. Zresztą, czemu się tu dziwić, przecież to pociąg południowy.
Uratowało mnie tylko to, że ścigający byli z Arkanu, z Ziemi-jeden. Ze świata, gdzie wszystko jest bardziej prawidłowe niż u nas. Gdzie obywatele są lojalni i mówią policji szczerą prawdę.
– Hej ty, morderco i terrorysto... – zawołał niepewnie Sasza. – Już poszli.
Zerknąłem na dół i zeskoczyłem na półkę.
W wagonie panował spokój. Pasażerowie chyba wyczuli coś niedobrego, bo jeśli nawet ktoś się obudził, to siedział w przedziale, nie wysuwając nosa.
Sasza ciągle patrzył na mnie z tym samym powątpiewaniem, jakby chciał zapytać: „Czy ja dobrze robię?”.
– To na razie – rzuciłem i pochylony pobiegłem do wyjścia z wagonu.
Przedział konduktorów był otwarty. Na peronie rozmawiały, oglądając coś, dwie kobiety. Zerknąłem ze schodów na to, co trzymały w rękach. To było moje zdjęcie. Nie czytałem tekstu pod nim – zeskoczyłem do kobiet i powiedziałem cicho:
– Chcecie żyć?
Starsza skinęła głową i przycisnęła dłonie do twarzy, młodsza otworzyła usta, chyba mając zamiar krzyczeć.
Zacisnąłem na jej ustach dłoń i powiedziałem:
– Chcesz, żeby twoje dzieci nadal bawiły się na podwórku?
Oczy kobiety rozszerzyły się, chyba skamieniała.
– W takim razie nikogo nie widziałyście i niczego nie słyszałyście. – Cofnąłem rękę.
Kobiety milczały.
Spojrzałem w lewo i prawo – pusto. Albo przeczesywali pociąg, albo szukali mnie na bocznicach i wśród wagonów towarowych.
Co sił w nogach pobiegłem w stronę ciemnego budynku dworca.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-10-11 (1469 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej