Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Królowie Wyldu
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Nikt - Magdalena Kozak

No to smacznego, kolego nocarzu!


W głębi korytarza zabrzmiały śpieszne kroki. Vesper z trudem podźwignął się na nogi. Wsparł się jedną ręką o ścianę i czekał. Witajcie, bracia nocarze.
Za kratami pojawił się Alacer, gwiazdki na pagonach jego munduru dumnie błyszczały stopniem majora.
Towarzyszyło mu dwóch podkomendnych: Fulgur i jeszcze ktoś, Vesper nie widział zbyt dobrze twarzy skrytej w cieniu. Przez chwilę zabłysła nadzieja, że to może Nidor, ale zgasła zaraz, kiedy tylko nocarze ruszyli przez otwartą kratę. To nie był Nidor, tylko jakiś inny porucznik. Vesper znał go, ale za nic nie potrafił sobie przypomnieć jego imienia.
- Witamy w domu – wycedził jadowicie Alacer.
Nocarze stanęli po drugiej stronie opadłej kraty. Ich marsowe miny bynajmniej nie zapowiadały ciepłego przyjęcia.
- Cieszę się – rzucił Vesper krótko. Rozejrzał się po celi, nieco demonstracyjnie. – Pokój mi się zmienił, widzę. Przemeblowanie?
Alacer znalazł się przy nim jednym skokiem. Wbił rozwścieczone spojrzenie w twarz więźnia.
- Żarty się ciebie trzymają, renegackie ścierwo?! – wykrzyknął pełnym nienawiści głosem. - Jako jedyny nocarz na świecie dopuściłeś się zdrady, przyniosłeś hańbę swojej jednostce! Powinieneś nas błagać na kolanach o wybaczenie!
- Nie jestem renegatem – odparł prędko Vesper, ale głos osłabł mu zdradziecko w połowie zdania. - Nie jestem zdrajcą! – powtórzył więc, już mocniej. – Nakarmiono mnie prawdziwą krwią wbrew mojej woli! Ale nigdy... Nigdy nie podniosłem ręki na żadnego nocarza!
- O tak, jasne - odparł tamten gwałtownie. - Wiemy, co tam robiłeś, wiemy doskonale. Twój kumpel Alex, zwijając się z bólu, opowiedział nam wszystko o twojej nowej karierze, zanim poddał szyję Lordowi. Wiesz... - ściszył głos do konfidencjonalnego szeptu. - Porucznik Nidor dokonywał niemalże cudów, żeby wyciągnąć z przeklętego renegata każdy możliwy szczegół. Dawno nie widziałem tak zaangażowanego przesłuchania.
Vesper przymknął oczy, echo słów majora przetoczyło mu się głucho pod czaszką. To Nidor torturował Alexa. A więc to tak.
Nocarze stali nieruchomo, niczym zaklęci w granitowe posągi.
- Uważasz, że nie zdradziłeś, bo nie strzelałeś bezpośrednio do żadnego z nas? - Alacer wyrzucał słowa, szybko, gwałtownie, jakby pragnął zamienić je w pociski. - Przysięga, którą składałeś tutaj, oznaczała również, że w każdej sytuacji, nocą i dniem, będziesz z narażeniem życia bronił zarówno ludzi, jak i swoich nocarskich braci! A ty obróciłeś się przeciwko nam wszystkim, zacząłeś zabijać ludzi, ręka w rękę z bandą renegackich zwyrodnialców! Dzięki temu twój nowy przyjaciel generał Nex miał dużo mniej roboty i mógł się zająć nocarzami! Gdzie byłeś, kiedy chłopaki ginęli jeden po drugim? Dymałeś Panią Renegat, tak? - urwał, wyprostował się, zacisnął pięści. Odetchnął głęboko.
Ma rację, jęknął w głowie Vespera zrozpaczony głos. Alacer ma rację… Oszukiwałem się tylko. Nie zostałem zdrajcą, kiedy strzeliłem do Ultora, nawet w Cichowężu, kiedy mordowałem niewinnych, jeszcze nim nie byłem. Zdradziłem dopiero potem. I nawet nie wiem, kiedy tak naprawdę to się stało. Kiedy zgodziłem się szkolić ten ich oddział specjalny? Kiedy zrozumiałem, że wciąż pragnę Aranei? Kiedy zacząłem szanować Strixa, kiedy Nex uratował mi życie, kiedy w renegatach zobaczyłem towarzyszy broni? Nie wiem, kiedy to się stało. Nie wiem.
Ale stało się na pewno.
Major sięgnął do kieszeni kamizelki i wyszarpnął coś gwałtownym ruchem. A potem wyciągnął dłoń. Popodrzucał na niej plastikowy woreczek, wreszcie rzucił go więźniowi. Ten schwytał go w locie, wiedząc doskonale, co to jest.
Nalepki głosiły: obojętna, podwójnie testowana. Krew.
– No to smacznego, kolego nocarzu! – rzucił Alacer ochryple.
Vesper zacisnął powieki, czując, jak przejmuje go lodowaty dreszcz.
Ujrzał we wspomnieniach, jak rekrut przyniósł zapasy do tajnego lokalu. Było tam z pół worka neutralnej krwi na wyciągnięcie ręki... Nawet nie odważył się pomyśleć o tym, że mógłby jej spróbować. I doskonale wiedział, dlaczego.
Bał się, że jeśli nie będzie w stanie jej wypić, nieodwracalnie straci ostatnią nadzieję na nie-bycie renegatem. I czerwony Rubikon zatopi resztkę złudzeń.
Przełknął ślinę.
- „To przecież zwykła krew...” – upomniał się w myślach. – „Jadłeś ją nie raz. Zwykła, neutralna krew...”
- No to łyk – powiedział z udawanym spokojem.
Rozdarł opakowanie drżącymi palcami, uniósł do ust. Pociągnął płyn...
Wypluł go natychmiast, tryskając wokół fontanną czerwonych kropel. Nie był w stanie utrzymać w ustach tej obrzydliwej, gorzkiej brei, cuchnącej, niczym woda z zastarzałego bajora. A już o zmuszeniu się do przełknięcia tego czegoś w ogóle nie mogło być mowy.
Odrzucił torebkę, plasnęła miękko o ścianę i spłynęła w dół, znacząc czerwony ślad. Splótł dłonie, jak w modlitwie i zacisnął palce. A więc to tak, łkał mu w głowie jego własny głos, ten sam, który utknął w ściśniętym gardle. Renegat. A więc to tak.
- Jesteś szmatą - wyszeptał z odrazą Alacer, odwrócił się i poszedł do wyjścia. – Zabierzcie go, chłopcy! - rozkazał ostrym jak brzytwa głosem. - Wiecie, dokąd!
Nocarze natychmiast ruszyli ku więźniowi. Vesper parsknął wzgardliwie, choć na plecy zwaliła mu się lawina lodowatych dreszczy a serce zakrzepło w przerażonym skurczu.
- Dajcie spokój, sam pójdę – zmusił się do burknięcia. – Bez obaw, przysiągłem, że nie podniosę ręki na żadnego nocarza. I zamierzam dotrzymać słowa, choć pan dowódca robi, co może, bym zmienił zdanie.
Pokiwali głowami, odstąpili o krok. Machnęli głowami w kierunku wyjścia: no to idź.
- Brać go! – syknął gniewnie Alacer. – Kto tu, kurwa, rządzi, jakiś renegat? Co jest, Emów padł, a ja tego nie zauważyłem?
Posłusznie pochwycili więźnia. Szarpnęli dość mocno, krew z porozbijanej głowy zaczęła zalewać mu twarz.
Major odwrócił się i ruszył przodem, wskazując drogę.
- Będziemy ucztować i bawić się, ponieważ ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się – zapowiedział szyderczo wewnętrzny głos. - I zaczęli się bawić.
- Zamknij się, gnojku – wycedził Vesper przez zęby, z całych sił próbując opanować drżące nogi. – Tylko ciebie mi tutaj potrzeba.
- I zaczęli się bawić – powtórzył tamten nieubłaganie.
- A niech ci będzie, że tak – wyszeptał więzień pobladłymi wargami.



- Szybciej, szybciej! – gniewne głosy pognały go przez ciemny korytarz, aż do sześcianu, odlanego z plastiku i szkła.
Nocarze cofnęli się o krok, wepchnąwszy ofiarę do celi. Przystanęli za progiem, dołączając do grupy przynajmniej kilkunastu kolegów. Oczy lśniły zachłannie w ciemnościach, kiedy przezroczyste drzwi sunęły z szelestem. Proszę Państwa, zaraz zaczynamy show.
Vesper potoczył się bezwładnie, upadł na środku pomieszczenia. Spróbował się podnieść, choćby na rękach, ślizgały się jednak rozpaczliwie w rozpełzającej się dookoła kałuży krwi.
Krawędzie pomieszczenia zamigotały, rozjarzyły się mdłym, niebieskawym światłem... A potem, niczym eksplozja, trysnęły nagłymi potokami ultrafioletu. Uderzenie fali ognia przycisnęło ofiarę do ziemi, zaczęło wciskać się w każdą szczelinę pomiędzy kurczowo zaciśniętymi palcami, wlewać ukropem przez poszarpany strój. Ciało zaczęło wić się po mokrej od krwi i potu podłodze.
Ktoś zaczął krzyczeć, głośno, przeraźliwie...
Dopiero po chwili Vesper zrozumiał, że to krzyczy on sam.
Znów palił się żywcem, oczy ślepły, jakby nigdy więcej nie miały oglądać świata, skóra natychmiast zaczęła pokrywać się bąblami, te pękały, zlewały się surowiczym płynem, za chwilę tuż spod nich wykwitały nowe, a do tego ten ból, ten potworny ból... To, co się kiedyś działo w płonącej ciężarówce, to był dopiero przedsionek piekła, którego teraz dano mu posmakować w rozszerzonym wymiarze.
Spróbował przepełznąć w kierunku drzwi, zatrzymał się jednak, rozumiejąc, że nawet, jeśli będzie się miotał błagalnie u wejścia, i tak wypuszczą go dopiero, kiedy zechcą.
Skulił się więc, jak potrafił najciaśniej, i zastygł bez ruchu na środku solarium. Tylko uporczywe drgawki, wstrząsające jego ciałem, świadczyły o tym, że jeszcze żyje.
- Jeżeli zabije go pan, majorze - zabrzmiał czyjś poważny głos - Lord nie będzie zadowolony. Z pewnością zamierza go przesłuchać...
Światło zgasło, niemalże natychmiast. Przez chwilę jeszcze więzień dygotał, skulony, jednak wnet mięśnie rąk i nóg odmówiły posłuszeństwa, jakby samowolnie uznały, że to już wszystko, na co je było stać. Były nocarz rozpłaszczył się na podłodze, niczym zwiotczała żaba, i bez cienia żenady zaczął szlochać w głos.
- Zabierzcie go z powrotem - warknął Alacer. - Cela renegacka.
- Tak jest! - zaszemrał nagle przycichły tłum.
Przezroczyste drzwi solarium rozsunęły się, zmieniając jaskrawe plamy rozpryśniętej krwi w rozmazane smugi.
Podjęli więźnia z podłogi, ponieśli długim, posępnym korytarzem. Każdy dotyk był niczym smagnięcie płomienistym biczem. Krople śliny spadały na podłogę, wytyczając na niej różowawy szlak.
Wreszcie dotarli do celi, ułożyli go na zimnej posadzce i umknęli pośpiesznie. Krata opadła ze świstem.
Spróbował rozejrzeć się, ale świat ścielił się dookoła gęstą mgłą. Przez zaćmiewające wzrok łzy nie sposób było ocenić, gdzie kończy się przestrzeń celi a zaczyna surowa szarość ścian.
W rogu, tuż pod sufitem, mgła była jakby gęstsza. I dużo bardziej życzliwa.
- „Witaj, bracie prawdziwej krwi” - zabrzmiał cichuteńki, dziwnie znajomy głos. Attagen?
Vesper poruszył gardłem, próbując coś odpowiedzieć, ale opadł nań całun ciemności. Niczym lawina czarnego śniegu porwał go ze sobą w dół i zmiażdżył, grzebiąc pod swymi zwałami. Gasnące resztki świadomości wyłowiły tylko echo, odbijające się wśród ścian:
- „Witaj, bracie prawdziwej krwi.”









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-10-21 (1612 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej