Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Trafalgar
 
Katalog - dodano
 Żółte ślepia
- Marcin Mortka
 Lanny
- Max Porter
 Pułapka Tesli (wyd.2)
- Andrzej Ziemiański
 Port Cieni
- Glen Cook
 Notebook
- Tomasz Lipko
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Nadnaturalista - Eoin Colfer



 ROZDZIAŁ 5

KOCHASIE I BULDOGI
    Dwanaście godzin później Kosmo znów był w Brykietach. Tym razem jechał z tyłu Blaszaka razem z pozostałymi Nadnaturalistami. Mona zaparkowała pod daszkiem z blachy falistej naprzeciwko bazy Kochasiów: opuszczonego posterunku policji na terenie Blokady. Wszystko wokół pozamykano na noc, na ulicach widać było tylko pałętające się grupki nastolatków i bezdomnych włóczęgów.
Stefan był niezadowolony.
– Pasożyty mogą się mylić. Całkiem możliwe, że zmarnujemy tu całą noc.
– Za dużo ich było, Stefan – odparła Mona. – Jeden o niczym nie świadczy, ale te stworzenia czekały na jakąś większą katastrofę. Miguel powiedział, że Kochasie wyciągają dziś wieczorem Myishi Z12. Najprawdopodobniej wygrają i wtedy inne gangi dostaną szału.
Stefan wzruszył ramionami.
– To nie nowość.
Oczy Mony błysnęły.
– Ci goście długo byli dla mnie jak rodzina, Stefan. Trzeba dbać o rodzinę, chyba rozumiesz.
– Ok. – powiedział Stefan z niechęcią. – Popilnujemy ich przez parę godzin, ale potem wracamy do komputera.
– Dzięki, Stefan.
Ditto odwrócił się od okna.
– No dobra, chłopaki i dziewczyny. Zaczyna się.
    Kochasie wyjeżdżały z podziemnego parkingu posterunku w stuningowanych kromach, na czele z Miguelem w solidnie zakamuflowanym Myishi Z12.
– Oto i on – powiedziała Mona. – Cena mojej wolności.
Kosmo przetarł palcem brudną szybę.
– Wygląda niespecjalnie.
Mona zapaliła silnik Blaszaka; pracował zaskakująco cicho jak na swoje rozmiary.
– Spryciarze. Gdyby Kochasie zjawili się z Myishi Z12, nikt nie obstawiałby przeciwko nim. W ten sposób mogą zarobić więcej kasy.
    Wyjechała na drogę, trzymając się w sporej odległości za konwojem Kochasiów.
– Nigdy mi nie mówiłeś, jak zdobyłeś ten samochód, Stefan.
    Stefan wyszczerzył zęby.
– Wydobyłem go z działu badawczego Myishi. Testowali kilka i jeden wypadł z zakrętu. Wjechał prosto w zbiornik ze zużytym paliwem. Wjechałem na teren ich zakładu za chmarą pasożytów i zacząłem strzelać. Legaliści deptali mi po piętach, więc przesiadłem się w inny samochód. Ścigacz jest niesamowity, wyprzedza wszystkie inne o dziesięć lat. Ma nawet zaczepy do skrzydeł, gdyby ktoś chciał go ulepszyć. Ciężko było się z nim rozstać.
    Mona klepnęła go w pierś, bardzo czułym jak na nią gestem.
– Ok., Stefan. Dziękuję. Ile razy mam ci to powtórzyć?
– Jeszcze kilka tysięcy powinno wystarczyć.
    Kochasie defilowały przed nimi ulicą, trąbiąc każdy innym klaksonem, żeby obudzić wszystkich. Po chwili tłumy ludzi wyległy na balkony, powiewając bandanami. Miguel królewskim gestem pozdrawiał ich przez okno. Mona schowała się w Blaszaku, aż minęli plac Czerwony. Konwój skierował się na wschód.
– Ok., wschód. To teren Buldogów. Urządzają tu wyścigi w starej fabryce kromów.
    Ditto wstukał tę informację w komputer pokładowy i po kilku sekundach ich domowy serwer przysłał im plan fabryki.
– To doskonale. Jeśli korzystają z ramp linii montażowych, mamy dwa pięciokilometrowe tory, a poniżej twardy asfalt.
– Dostęp? – zapytał Stefan.
– Sześcioro drzwi na parterze, z których jak sądzę nie skorzystamy.
– Ok.
– Polecam więc ciągi baterii słonecznych na dachu. Nie ma wątpliwości, że miejscowi dawno temu uporali się z bateriami, więc będziemy mogli dostać się od góry na belkowanie dachu.
    Kosmo jęknął. Znów jakieś dachy. Ale nie odezwał się ani słowem.
Stefan jakby czytał mu w myślach.
– Nie bój się, Kosmo. – powiedział. – Świetnie sobie radziłeś wczoraj w nocy. Ustawiłeś tę kładkę niczym doświadczony strażak. Z miotaczem też nieźle ci szło, chociaż więcej strzelałeś w ściany niż w pasożyty.
– Czyżby Stefan Baszkir kogoś chwalił? – powiedziała Mona, udając zdumienie.
– Powinieneś to sobie nagrać i słuchać co dzień do poduszki, bo pewnie więcej ci się nie zdarzy.
    Kosmo roześmiał się. Słowa Stefana mimo wszystko dużo dla niego znaczyły. Po raz pierwszy czuł, że jest niemal jednym z nich.
    Mona przeciskała się Blaszakiem przez uliczki tak wąskie, że lusterka boczne przygięły się płasko do drzwi. Przed nimi majaczyła fabryka kromów, przez otwory po bateriach słonecznych na dachu migotał pomarańczowy blask ognia.
– To musi być tam – powiedziała Mona, gasząc silnik. Przedostała się na tył samochodu.
– W środku będzie przynajmniej pięćdziesięciu Buldogów. Wszyscy uzbrojeni w jakieś starocie na proch i może miotacze plastowirusów albo szokery. Myślę, że może dojść do jakiegoś wypadku, albo do walki między gangami.
Stefan skinął głową.
– Ok. Nie włączamy się, zanim nie stanie się to, co ma się stać. A potem zajmujemy się naszymi niebieskimi przyjaciółmi.
    Monie nie podobał się ten plan.
– Może powinniśmy spróbować to przerwać? Nie dopuścić do katastrofy?
– Nie. Nie możemy przewidzieć, co się stanie. Może właśnie kiedy spróbujemy się wtrącić, spowodujemy jakieś nieszczęście.
    To brzmiało sensownie, chociaż Monie trudno się było z tym pogodzić. Stefan położył jej rękę na ramieniu.
– W porządku, Mona? Poradzisz sobie?
    Mona z trzaskiem wsadziła zasilacz do miotacza.
– O mnie się nie martw, Stefan. Wiem, po co tu jesteśmy.
– To dobrze. Pójdziemy wyjściem ewakuacyjnym, przez dach, żeby wejść na dźwigary dachu od środka. Bądźcie czujni, być może gangi nabrały trochę rozumu i postawiły warty.
Ditto przyczepił sobie na rzepy zestaw pierwszej pomocy.
– A świnie zaczęły latać.
    Alejka była tak wąska, że musieli wyjść przez tył samochodu, a potem wspiąć się na jego dach, żeby dostać się do schodów ewakuacyjnych fabryki kromów. Mury tylko nieznacznie tłumiły ryk silników i wrzaski. Najniższy szczebel drabinki był ponad metr nad głową Stefana. Ale zamiast użyć składanego mostka, Stefan złapał Ditto za pasek.
-Gotów?
    Ditto przytaknął.
– No to dawaj na górę.
    Stefan uniósł maleńkiego ni to chłopca, ni to mężczyznę, tak żeby mógł chwycić najniższy szczebel. Pod jego ciężarem drabinka ewakuacyjna opuściła się aż do ziemi. Wspięli się jedno za drugim, Stefan na końcu. Jeśli pod którymś z nich miał załamać się szczebel, to właśnie pod tym drągalem.
    Drabinka wytrzymała jednak ciężar i kilka minut później Nadnaturaliści leżeli na brzuchach na niezbyt stromym dachu, zaglądając przez puste ramy baterii słonecznych. Pod nimi rozciągały się pozostałości rozszabrowanej niemal do ostatniej śrubki gigantycznej fabryki, która niegdyś zatrudniała dwadzieścia tysięcy mieszkańców Satopolis.
    Unoszące się nad ziemią linie montażowe wspierały się na pospawanych dźwigarach. Androidy montujące, wyprute ze wszystkiego, co mogło się komuś do czegoś przydać, zwisały bezwładnie na swoich stanowiskach niczym automatyczne truchła. Skomplikowane konstrukcje pod dachem i linie jednotorowej kolejki magnetycznej przecinały przestrzeń hali, haki, klamry i lampy zwisały z nich niczym mechaniczna biżuteria.
    Buldogi i Kochasie ścierały się w klasycznym plemiennym stylu. Co najmniej setka gangsterów defilowała wokół swoich maszyn, pusząc się i nadymając. Same pojazdy były motoryzacyjnym odpowiednikiem pawich ogonów. Wielkie spojlery ozdobione cyfrową grafiką, staroświeckie gumowe opony i zdjęte maski, odsłaniające wibrujące silniki. Tylko Myishi Z12 nie był w żaden sposób ozdobiony. Śpiąca pantera.
    Wyścig już się zaczął. Na rampę montażową wciągano po dwa samochody, które rozjeżdżały pięciokilometrowy tor w chmurze spalin benzyny i paliwa azotowego. Zasady były proste. Na każdym torze umieszczono elektryczną bramkę. Kiedy bramka się podnosiła, kierowca wciskał gaz. Jeśli zbyt późno, było po wyścigu, jeśli zbyt wcześnie, uderzenie prądu elektrycznego z bramki wyrzucało samochód i kierowcę z toru. Pierwszy na mecie zgarniał całą chwałę i dinary.
Ponad głowami uczestników wyścigów czaili się nie tylko Nadnaturaliści. Kilkadziesiąt pasożytów, uczepionych niczym pająki belkowania stropu, spadało, by wyssać kilka kropli życia z rannych rajdowców. Jak zwykle, kierowcy nie zważali na to, że są w centrum uwagi.
    Kosmo podniósł miotacz.
– Poczekaj – powstrzymał go Stefan. – To jeszcze nie to, na co czekamy. Nie zlikwidujemy zbyt wielu pasożytów przy tak lekkich zranieniach. Musimy czekać, aż zdarzy się coś poważniejszego.
Stefan sam nerwowo zaciskał palce na miotaczu. Było jasne, że pozwolić pasożytom, by skradły choć kilka kropli siły życiowej było dla niego nie do zniesienia. Ale czasem dowódcy muszą dokonywać bardzo trudnych wyborów.
    Ditto przyglądał się uważnie miernikowi wysokości w swoim zegarku.
– Jesteśmy co najmniej sześćdziesiąt metrów nad ziemią. Jeśli coś się stanie, nie będę mógł nikomu pomóc. A jestem tu tylko po to, żeby zbierać ludzi do kupy. Wiecie, co myślę o strzelaniu do pasożytów, więc jeśli nie będę mógł pomagać, mogę równie dobrze wrócić do dawnej roboty. Płacą lepiej i nie trzeba znosić fanaberii jakichś smarkaczy.
Wzrok Stefana mógłby wypalić dziurę w tytanie.
– Ditto. To nie jest dobry moment.
    Ditto spojrzał na niego takim samym wzrokiem.
– Nie jest dobry moment? To teraz ratujemy życie tylko wtedy, kiedy ty nam każesz? Szkoda, że nie wiedziałem o tym wcześniej, zostałbym w naszym pałacu i popijał browarek.
    Stefan zgrzytnął zębami, ze złości, ale i po to, żeby się nie roześmiać.
– Ditto, nie utrudniaj, bo niedługo zapiszę cię do przedszkola. Ok., weź Monę, zejdźcie poziom niżej. Ale nie szarżujcie. To nie są tacy ludzie, z jakimi zwykle mamy do czynienia. To uzbrojeni mordercy. Jeśli możecie komuś pomóc, pomagajcie, ale radzę wcześniej zaaplikować coś na uspokojenie. I włóżcie maski niewidki, nigdy nic nie wiadomo.
    Ditto wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Stefan, kochasiu.
    Dzieciak Partolego potruchtał w dół łącznikową klatką schodową, pewnie niczym kozica. Mona pobiegła za nim, klnąc po hiszpańsku. Przedostali się między przewodami i pod poręczami, aż w końcu usiedli okrakiem na rurze z kablami wprost nad linią montażową. W razie jakiegoś wypadku zrzucenie na dół drabinki będzie prostą sprawą.
Stefan obserwował ich wędrówkę przez lornetkę polową.
– Są bezpieczni.
Kosmo leżał za nim na dźwigarze.
– Może powinniśmy zejść na dół razem z nią... z nimi...?
    Stefan nie odrywał wzroku od tego, co rozgrywało się na dole.
– Coś ci poradzę, Kosmo. Lepiej nie przywiązuj się zanadto do Mony. To najlepszy Spektator, jakiego znam, ale pewnego dnia ruszy dalej swoją drogą. A wracając do twojego pytania, stąd możemy ich osłaniać. Jeśli zostaną nakryci, możemy odwrócić uwagę tamtych i skierować ogień gdzie indziej.
    Kosmo westchnął. Odwracanie uwagi Buldogów brzmiało dużo groźniej niż cokolwiek, co robili dotychczas.

Fragment udostępniło wydawnictwo W.A.B









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2006-11-29 (1900 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej