Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Bramy raju
 
Katalog - dodano
 Królestwo
- Jess Rothenberg
 Nasi przyjaciele z Frolixa 8
- Philip K. Dick
 Żółte ślepia
- Marcin Mortka
 Lanny
- Max Porter
 Pułapka Tesli (wyd.2)
- Andrzej Ziemiański
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Wilcze dziedzictwo. Przeznaczona - Magda Parus

Rozdział I


Kiedy otworzyła drzwi, Colin zrozumiał, że każda decyzja, jaką podjął do tej pory, przybliżała go do niej o krok. Zapatrzył się na dziewczynę jak na niespotykanie cudowne zjawisko, choć zarazem odnosił wrażenie, że doskonale zna każdy szczegół jej wyglądu.
Ona również wpatrywała się w Colina, jakby Alberto nie istniał – mimo że Włoch stał bliżej wejścia i zadawał jej pytanie, podczas gdy Colin po prostu biernie sterczał z tyłu.
– Panienko? – powtórzył odrobinę poirytowany Alberto.
Tylko on mógł we współczesnych czasach zwrócić się do dwudziestolatki per „panienko”. Dwudziestolatki. Colin nie pojmował, jakim sposobem ustalił jej wiek, ale z pewnością się nie mylił. Natychmiast też zastanowił się, czy nie wyda jej się za stary.
Dziewczyna spojrzała nieprzytomnie na pytającego, na co Włoch z politowaniem potrząsnął głową.
– Jesteś córką Antoine’a? – indagował. – Dobrze trafiliśmy? Tak, tak, nie wątpię, że dobrze. Kiedyś przyjaźniliśmy się blisko z twoim ojcem, ale potem, bywa, nasze drogi się rozeszły, aż niedawno pomyślałem sobie, że skoro zawędrowałem w te strony... Wiesz, sentymenty starych pryków, wszystko jeszcze przed tobą. Giacomo Pirelli – przedstawił się. – Jak te opony, ale nie łączy mnie z nimi najmniejsze pokrewieństwo, więc, niestety, nie dam ci kalendarza. – Z prędkością karabinu maszynowego wyrzucał z siebie mieszaninę francuskich i angielskich słów.
Dziewczyna zamrugała i popatrzyła na rozmówcę ze zdumieniem. Wydawało się, że z tej wypowiedzi przyswoiła niewiele poza informacją, że przybysz nie jest spokrewniony z oponami.
– Proszę? – zapytała po angielsku.
– Ach, porozumiewasz się w cywilizowanym języku! – ucieszył się teatralnie Alberto. – Obawiałem się, że, jak większość żabojadów, uznajesz wyłącznie rodzimą mowę.
Zmrużyła oczy. Należało Albertowi przyznać, że jeśli zechciał, w kilka sekund potrafił zrazić do siebie człowieka. No, w tym przypadku nie całkiem człowieka.
Colina ogarnęła na chwilę panika, czy przez nieuwagę nie zrzucił kamuflażu, jak mu się to zdarzyło w trakcie pierwszego po latach rozłąki spotkania z Emily. Jednakże siostrzyczka wyczuła jego drugą naturę dzięki swym nietypowym zdolnościom, a nie z powodu zaniedbania ze strony Colina. Maskował się odruchowo, zatem kamuflaż nie opadłby z niego tylko dlatego, że Colin ujrzał najpiękniejszą waderkę, jaką kiedykolwiek zdarzyło mu się spotkać.
Chociaż oddychał także odruchowo, a na jej widok...
Alberto powtórzył pytanie o Antoine’a, ale tym razem po angielsku. Mówił z silnym włoskim akcentem, znacznie wyraźniejszym niż ten, jakim posługiwał się w rozmowach z Colinem. Zresztą w Valmorel Colin mógł się także przekonać, że znajomość francuskiego u jego towarzysza bynajmniej nie kuleje. Widocznie Giacomo Pirelli miał być włoski do bólu – aż by się go chciało opisać jako okrąglutkiego, niskiego faceta, przyrządzającego wyśmienity makaron.
Wprawdzie Alberto nie był ani zbyt szczupły, ani przesadnie wysoki, a nawet dorobił się już łysiny na czubku głowy, lecz mimo to w jego jowialnej włoskości Ona niewątpliwie wychwyciła fałsz w zachowaniu Włocha, Colina jednak raczej nie rozszyfrowała.
– Tin?! – zawołał ktoś z domu. Na tyle cicho, że nie zareagowała: przed obcymi ukrywała swe zdolności.
Skąd, u diabła, wadera znalazła się w domu łowcy? Czy ten cały Antoine wiedział, że jego córka przynależy do wrogiego obozu? Bardzo inteligentne pytanie, cholera. Czy zatem Antoine był świadomym? Wtyczką organizacji w środowisku łowców, jak w Ameryce Gordon, a po nim, przez krótki okres, Colin? A potem porzucił tę funkcję, żeby wychować dziecko?
Tyle że ona dawno przestała być dzieckiem. W tym wieku powinna sama pracować na rzecz organizacji, umożliwiając ojcu powrót do służby, w dawnej lub nowej roli. Poza tym, dlaczego Antoine nie nauczył jej kamuflażu? Czyżby w Europie panowały w tym względzie inne zwyczaje?
Colin ponownie zastanowił się nad ostatnią kwestią. W gruncie rzeczy za oceanem nie każdy znany mu świadomy się maskował. Tylko inny członek społeczności zdoła rozpoznać pobratymcę po zapachu, a przecież, przynajmniej oficjalnie, wszyscy tworzą jedną wielką zgodną rodzinę. Po co mieliby zatajać swą drugą naturę przed krewnymi?
Co innego, kiedy w grę wchodzą sprawy zawodowe. Członkowie straży – czy choćby węszyciele – maskują się, żeby nie zdenerwować tropionego nieświadomego, nawet jeśli wydaje się wątpliwe, by zerówka się zorientowała, czyją wyczuwa woń. A że często biorą udział w akcjach, ten zawodowy kamuflaż wchodzi im w nawyk. Zresztą nie każdemu udaje się w pełni ukryć woń identyfikującą go jako świadomego, przeważnie zostaje ona tylko wytłumiona. Tak czy owak, wyłącznie osobnik ukrywający się przed organizacją maskowałby się na gruncie prywatnym.
Dlaczego zatem Colina zdziwił jej brak kamuflażu? Jakby z góry przyjął, że ona się ukrywa. Czy raczej: że powinna się ukrywać.
– Tin? Kto przyszedł?
Tym razem pytanie rozbrzmiało na tyle głośno, że dziewczyna powinna na nie zareagować. Włoch je usłyszał. Ona jednak stała nieruchomo, wpatrzona w Colina.
Pachniała świeżym mlekiem z nutką dzikości. Niewinna i drapieżna zarazem. Bardzo silna alfa.
Oderwała wzrok od Colina dopiero, gdy za jej plecami pojawił się mężczyzna, niewątpliwie Antoine. Mimo że sprawiał wrażenie zmęczonego życiem, podstarzałego gościa, to wyczuwało się, że potrzebowałby zaledwie tygodnia lub dwóch, żeby odzyskać swój normalny wygląd – budzącego respekt człowieka czynu.
Antoine odsunął dziewczynę na bok. Zdaniem Colina, zbyt bezpardonowo, niewykluczone jednak, że nawet gdyby Francuz poklepał ją po ramieniu pawim piórem i z ukłonem poprosił, by ustąpiła mu drogi, Colin odebrałby jego zachowanie jako obcesowe. Nie uznawał prawa Antoine’a do komenderowania dziewczyną. Czy zareagowałby tak, gdyby łowca faktycznie był jej ojcem? Facet nie nosił woni świadomego, a choć mógł się maskować z dawnego przyzwyczajenia, coś mówiło Colinowi, że stoi przed nim człowiek.
– Co tu robisz? – warknął Francuz, utkwiwszy wściekłe spojrzenie w Albercie.
– Antoine! Jak miło zastać cię w dobrym zdrowiu! Giacomo Pirelli! Nie poznałeś? Oczywiście, że nie, przecież mnie nie witałbyś w taki sposób! No? Giacomo! Pirelli! Mediolan? Jak w pysk strzelił, dwadzieścia lat temu? Ej, kolego, nie odjadę, dopóki nie przyznasz, że mnie z kimś pomyliłeś!
Alberto nadal wykrzykiwał kolejne zdania tak, jakby szył seriami z karabinu. Przy czym ewidentnie zależało mu na takim skojarzeniu: dawał Francuzowi do zrozumienia, że ten łatwo się go nie pozbędzie. A wręcz oberwie po pysku – nawet to banalne sformułowanie kryło drugie dno – jeśli odważy się spróbować.
Przesłanie Włocha zostało odczytane prawidłowo. Gospodarz dyskretnie omiótł spojrzeniem okolicę. Teoretycznie dom, stojący z dala od innych zabudowań, otoczony półtorametrowej wysokości murem z kamienia, wzdłuż którego posadzono tuje oraz inne zimozielone badyle, wydawał się dobrze osłonięty przed ewentualnymi wścibskimi spojrzeniami, jednakże Antoine raczej nie zdołałby dyskretnie zastrzelić i zakopać w ogródku obu przybyłych, pomijając już kwestię, czy popełniłby mord na oczach córki. A tylko tak zdołałby się pozbyć Alberta sprzed swych drzwi.
– Wejdźcie – warknął.
– Zaschło mi w gardle po podróży – zakomunikował Włoch meblom w salonie, do którego radośnie wkroczył jako pierwszy. – Masz może piwo w lodówce? – Obejrzał się na Antoine’a. – Och, czy popełniłem faux pas? Pewnie jako winnicznik... tak się mówi? No więc masz, winniczniku, piwo, czy też sfrancuziałeś do tego stopnia...?
– Jestem Francuzem – gniewnie wpadł mu słowo Antoine. – Gdybyś zapomniał. – Ostentacyjnie rozsiadł się w fotelu, dając do zrozumienia, że nie zamierza niczym częstować intruzów.
– Panienko? – Alberto spojrzał na dziewczynę, która bezwiednie przywędrowała za nimi. – Wnioskuję, że w kwestii zimnych napojów...
– Tin! – Francuz poderwał się z fotela. – Wracaj już do pracy. Mam z panami kilka spraw do omówienia. Zadzwonię przed szóstą.
Wydał jej rozkaz w najczystszej postaci. Colinowi poczerwieniało przed oczami na myśl, że plugawy łowca traktuje tę piękną waderkę jak swoją sukę. Zacisnął pięści, bliski urządzenia jatki.
Zreflektował się, dostrzegłszy na twarzy dziewczyny przelotny wyraz paniki. Jakimś sposobem miał pewność, że to nie słów Antoine’a tak się przestraszyła.
Au revoir – rzuciła miękko, omijając wzrokiem Colina, po czym natychmiast się ulotniła.
Odniósł wrażenie, jakby wręcz prosiła go o zachowanie rozsądku. Bała się o Antoine’a. Psiakrew, Colin nie chciał, żeby myślała o nim jako o porywczym typie, który zagraża spokojowi jej domu. Gwałtownie usiadł na sofie, opierając łokcie na kolanach.
– Wpadła chłopakowi w oko ta twoja ślicznotka – rzucił Alberto, nie kryjąc irytacji.
– Ani się waż ponownie na nią spojrzeć! – zaatakował Colina gospodarz. – Moja córka nigdy nie zwiąże się z łowcą!
Antoine bał się, że któryś z intruzów odkryje drugą naturę Tin. Przeciętny łowca zareagowałby na tego rodzaju rewelację tylko w jeden sposób. Dlatego Francuza tak zdenerwowała ta niespodziewana wizyta – i właśnie z obawy o życie dziewczyny wyprosił ją z pokoju. Colin powinien być facetowi wdzięczny za tę troskę, zamiast szykować się do ataku.
– Ależ oczywiście! – przytaknął z szerokim uśmiechem Alberto, wreszcie porzucając karykaturalnie włoski akcent. – Nieustannie powtarzam, że prawdziwy łowca z nikim się nie wiąże. Jak to mówią: albo rybki, albo akwarium. Jeśli ktoś marzy o tym, żeby sobie gruchać z żonką i hodować dzieciaki, nie powinien w ogóle...
– Załapałem – przerwał mu ze złością Antoine, choć najwyraźniej po części zgadzał się z Włochem, spod gniewu bowiem przebijało poczucie winy.
Colin sięgnął myślami do wiadomości, jakie Alberto przekazał mu na temat Francuza, kiedy tu jechali. Wściekał się na siebie, że nie słuchał wtedy zbyt uważnie. Jego przeczucie milczało – odkąd postawił stopę na europejskiej ziemi, nie odezwało się ani razu – nie spodziewał się więc, że te informacje wkrótce nabiorą dla niego wielkiego znaczenia. Gadaniny Włocha jako takiej miał już po dziurki w nosie.
W każdym razie przydługi wywód Alberta sprowadzał się do stwierdzenia, że Antoine, szalenie utalentowany łowca, w zasadzie z dnia na dzień wycofał się z zawodu, ponieważ panienka, z którą swego czasu przelotnie romansował, zmarła niespodzianie, zostawiając mu na głowie cztero- albo pięcioletnią córkę. Włoch z pewnością mówił coś więcej na temat matki Tin, ale Colin nie potrafił sobie niczego przypomnieć. Zresztą co za różnica. Ona nie była córką Antoine’a, w tej kwestii Colin wyzbył się ostatnich wątpliwości.
– Domyślam się, że nie wyjedziecie stąd, dopóki nie uzyskacie tego, po co przyjechaliście – odezwał się Francuz po chwili uporczywego milczenia. – Nie zawahacie się zniszczyć spokoju mojej córki, byle osiągnąć cel. I nigdy nie nazwałbyś tego szantażem.
– Szantaż? – obruszył się Alberto. – Mocnych używasz słów, przyjacielu.
– Nigdy nie byliśmy przyjaciółmi. Czego chcesz?
– Butelki zimnego piwa, na dobry początek – oznajmił z uśmiechem Włoch. – Dla mojego młodego towarzysza także. Przypuszczam, że jemu jeszcze bardziej zaschło w gardle.
– Skończ – warknął Colin.
Natychmiast pożałował swojej reakcji, gdyż z twarzy Alberta spłynął uśmiech, a w jego małych ciemnych oczach zapłonęła wściekłość. Niniejszym Colin dołączył do grona najbardziej godnych pogardy zdrajców, porzucających sprawę dla pary zgrabnych nóg i błękitnego spojrzenia.
Jakim cudem ona miała niebieskie oczy? Cudowna, niespotykana w społeczności barwa. Choć niewykluczone, że jedynie nosiła maskujące soczewki, żeby zmylić łowców na wypadek takiego jak dzisiejsze, niespodziewanego spotkania. Ilu ich się dotąd przewinęło przez dom Antoine’a?
Francuz wrócił z trzema butelkami piwa. Punkt dla Alberta, chociaż Colin nie pojmował sensu tej bitwy. Chyba że znowu chodziło o demonstrację: jeśli Włoch wykazał tyle determinacji w banalnej kwestii piwa, należało przypuszczać, że w zasadniczej sprawie nie cofnie się przed niczym.
Colin przyjął od Antoine’a butelkę orpala, dziękując mu niewyraźnym uśmiechem. Żałował, że nie zdążył się Tin nawet przedstawić; a teraz wróciła do pracy, skąd przyjdzie dopiero po ich wyjeździe... No, ale właściwie to lepiej, bo musiałby użyć imienia Vernon. A wtedy ona tak właśnie by o nim myślała: Vernon, łowca. Antoine niewątpliwie ostrzegał ją przed swymi dawnymi towarzyszami po fachu.
– Vernon! – Poirytowany głos Alberta przywołał Colina do rzeczywistości. – Skup się, do cholery. Te miłostki są zabawne jedynie na krótką metę.
– Gdzie tu jest toaleta? – zapytał Colin, zaskakując tym siebie samego.

***

Wezwała go. Nie pojmował, jak tego dokonała, ale szedł do toalety z niezachwianą pewnością, że Tin będzie tam na niego czekać.
Faktycznie czekała, tyle że na zewnątrz, pod oknem, które Colin natychmiast otworzył.
Patrzyli na siebie, trochę jak bliskie sobie osoby, które spotykają się po długiej rozłące. Każdy szczegół jej twarzy jakby odświeżał się w pamięci Colina, znany od dawna, ale rozmyty wskutek upływu czasu.
– Jesteś łowcą? – zapytała z wahaniem.
No tak, oficjalnie nie miała pojęcia o przeszłości ojca, zatem w jej odczuciu już tak proste pytanie wiązało się z ryzykiem.
– Świadomym – odparł Colin.
– Świadomym swych praw i obowiązków? – zażartowała, słyszał jednak przyspieszone bicie jej serca. Wiedziała, teraz już wiedziała.
– Nigdy żadnego nie spotkałaś?
Znał odpowiedź. Wyczuwał jej fascynację, ogromną radość, że wreszcie poznaje kogoś ze swoich. Na moment zrzucił kamuflaż, żeby lepiej się jej zaprezentować.
Zadrgały jej nozdrza, cofnęła się o krok od okna. Zaniepokoił się, że ją przestraszył. Ale nie, tylko zaskoczył. Zmrużyła oczy i przyglądała mu się, przekrzywiwszy nieco głowę. Miała piękne włosy. Długie, lśniące, ciemnokasztanowe. Podobne do włosów Rose, choć tamtymi Colin nigdy się przesadnie nie zachwycał.
– Colin – powiedziała. – Nazywasz się Colin?
– Dla Antoine’a Vernon – odparł bez zdziwienia, że tak łatwo odgadła jego imię. – On nie jest twoim ojcem?
Wolno pokręciła głową.
– Przyjechałeś go zabić? – W jej głosie pojawił się strach.
– Tak się do niego przywiązałaś?
Kochała Antoine’a, ale nie chciał określać w ten sposób relacji między nią a łowcą. Niemniej nie musiała tłumaczyć Colinowi, jak bardzo zraniłaby ją śmierć opiekuna. Właściwie niczego nie musiała mu tłumaczyć...
– Przecież wiesz, że nie – powiedział. – Mimo że... jak się zorientowałaś, trochę mnie zdenerwował.
– Wiem – stwierdziła niepewnie. – Tylko wydaje mi się dziwne... niemożliwe... niesamowite, żebym tak po prostu... – Urwała.
Colinowi także wydawało się niesamowite, że potrafił przewidzieć, co powie Tin. A zarazem odbierał tę sytuację jako najzupełniej naturalną.
– Nie boisz się, że się znudzisz? – zapytała z niepokojem.
– Prędzej tego, że ty się znudzisz.
– Ja to co innego.
I znowu Colin wiedział, o czym ona mówi. Nieistotne, jakich używała sformułowań lub jak niejasno brzmiałaby jej wypowiedź dla osoby postronnej, Colin od razu pojmował, co chciała wyrazić.
Był pierwszym świadomym, jakiego spotkała od czasów dzieciństwa, osnutego zresztą mgłą zapomnienia. Pierwszym przedstawicielem społeczności, której liczebności nawet się nie domyślała, Antoine bowiem, jeśli w ogóle rozmawiał z nią na ten temat, przekazywał jej co najwyżej przekonania łowców: zwierzyna to zaledwie kilka rozproszonych po świecie osobników, skutecznie tępionych przez dzielnych obrońców ludzkości. Colin fascynowałby ją, nawet gdyby był jej obojętny.
Natomiast siebie samą Tin postrzegała jako dziewczynę ze wsi, dzielącą czas między dom, szkołę i sporadyczne spotkania z koleżankami. Mogła opowiedzieć Colinowi treść interesującego filmu, ale we własnym życiu nie znajdywała niczego, co zasługiwałoby na jego uwagę. Jedyną pielęgnowaną przez nią tajemnicę odkrył w chwili, gdy otworzyła drzwi.
– Nie znudzę się – oświadczył z niezachwianą pewnością Colin. – Nigdy dotąd nie czułem z nikim takiej bliskości. To... ekscytujące.
Powątpiewała w tę deklarację. Rozmawiali zaledwie parę minut, nadal niewiele wiedzieli o sobie nawzajem, tak więc każda kolejna odczytana myśl przynosiła frapujące odkrycie. Jednakże po tygodniu czy dwóch...
– Powinieneś już do nich wracać – powiedziała Tin. Obawiała się wniosków, do których zmierzał Colin. – A ja muszę iść do sklepu, kończy mi się przerwa na lunch.
– Nie znudzę się – powtórzył. – Powiedz mi jeszcze... – Wychylając się przez okno, przytrzymał ją za ramię, ponieważ już się odwracała. Dotknął jej po raz pierwszy... Cofnął rękę. Na chwilę zapomniał, o co chciał ją zapytać. – Powiedz... to znaczy... muszę wiedzieć... jak to się stało, że się tobą zaopiekował?
Przez jej myśli przemknął strach.
– Zabił twoich rodziców? – Wściekłość narosła w Colinie tak gwałtownie, że przebarwiły mu się oczy.
A Tin przestraszyła się go nie na żarty.
– Nie bój się mnie, do cholery! – warknął.
Buntowniczo przygryzła wargi, podczas gdy Colin usiłował nad sobą zapanować.
– Wychował mnie – oznajmiła po chwili. Twardo, tonem wykluczającym dyskusję. – Jeśli ktokolwiek ma prawo pragnąć zemsty, to tylko ja. A ja rozumiem go, szanuję i kocham, jak ojca. Był łowcą, postąpił tak, jak uważał za słuszne. Mnie także mógł zabić, ale tego nie zrobił. Przeciwnie, zaopiekował się mną i pokochał jak własne dziecko.
Colina zalała fala nienawiści do tego skurwysyna. Drań najpierw zastrzelił jej rodziców, a potem odgrywał troskliwego tatusia! Stłamsił Tin, uzależnił od siebie psychicznie, tak że wbrew rozsądkowi uważała go za swego dobroczyńcę. Colin zapragnął ją natychmiast wyzwolić, zatapiając zęby w tym cholernym...
– Przestań! – rzuciła ostro.
Także jej oczy się przebarwiły, tyle że, w przeciwieństwie do Colina, ona nie straciła panowania nad sobą – po prostu sądziła, że takie triki stosuje się w trakcie sporów między przedstawicielami jej rodzaju.
– Cierpisz na syndrom sztokholmski – warknął Colin.
– Nic nie wiesz o moim tacie! Jeśli spróbujesz go tknąć...
– To co? – podchwycił, ponieważ się zawahała. Nigdy więcej się do niego nie odezwie?
Jeszcze zanim wygłosiła to oświadczenie, pojęła, że nie zdoła dotrzymać obietnicy.
– Zranisz mnie – powiedziała, odzyskując spokój. – A ja nigdy ci nie wybaczę. Przy każdym naszym spotkaniu będziesz czytał w moich myślach wyrzut.
W tę zapowiedź Colin uwierzył. Zacisnął zęby. Musiał wrócić do salonu, usiąść naprzeciw tego skur... tego drania, słuchać, jak rozmawia z Albertem.
– Właśnie tak – potwierdziła cicho. – Spuść wodę, zanim stąd wyjdziesz. W salonie to słychać.
Odwróciła się i odeszła. No, super. Colin przymknął powieki, opierając się dłońmi o okienną framugę. Pierwsza ich rozmowa i od razu kłótnia. Nie chciał, żeby Tin zapamiętała go jako rzucającego mięsem raptusa, ale nie dała mu szansy na zatarcie złego wrażenia. Wszystko przez tego... Znów zacisnął zęby.
Zamknął okno i kilka razy odetchnął głęboko. W ostatniej chwili przypomniał sobie o spuszczeniu wody.

***

Kiedy Colin wrócił do salonu, Alberto akurat relacjonował w skąpych słowach ich wspólną podróż w poszukiwaniu wieści od Dirka. Colin otworzył swoje piwo i usiadł na sofie obok Włocha. Chyba niewiele stracił z rozmowy. Jak długo go nie było?
– Moim zdaniem Dirk nie żyje – obwieścił Alberto. – Przy czym albo sprawa tak go pochłonęła, że zaniedbał pozostawienie dla mnie wskazówek, albo po jego śmierci ktoś oczyścił skrzynki kontaktowe. Tym samym zostałeś ostatnią osobą, która może udzielić mi informacji na temat jego odkryć.
Antoine zmierzył rozmówcę nieprzychylnym spojrzeniem. Wyraźnie cisnęło mu się na usta pytanie, jakim sposobem Alberto go odnalazł, ale nie chciał dawać przeciwnikowi okazji do wygłoszenia protekcjonalnego: „Mam swoje sposoby”.
– Nie przyszło ci do głowy, że Dirk po prostu zapomniał zmienić datę wysłania tego SMS-a? – zapytał.
– Ależ przyszło. – Alberto uśmiechnął się serdecznie. – Odrzuciłem jednak takie wyjaśnienie. Dirk nigdy o niczym nie zapominał.
Francuz łyknął piwa. Sprawiał wrażenie, jakby się zastanawiał, czy nie powinien mimo wszystko udać się po pistolet, zastrzelić obu intruzów, a potem wziąć się do kopania dołów. Czy gdyby Colin zabił Antoine’a w samoobronie, Tin także miałaby mu to za złe?
Ciągle czuł się oszołomiony rozmową z nią. Tak cudowną, że aż nierealną, jakby zdarzenie rozegrało się w jego wyobraźni. Nie, przecież sobie tego spotkania nie wymyślił.
Zmusił się, żeby na powrót skupić się na wypowiedzi Włocha. Emily. Przyjechał do Europy, żeby odnaleźć siostrę, a nie oddawać się miłostkom. Porzucił obiecujący przypadek w Valmorel – pierwszą od wielu miesięcy sytuację rokującą nadzieję na spotkanie kogoś ze straży – ponieważ Alberto zdołał go przekonać, że wpadł na znacznie ciekawszy trop. Przypuszczalnie Colin dał się zwieść szaleńcowi, ale skoro stracił tamtą okazję, pozostawało mu skupić się na tajemniczym śledztwie, prowadzonym ponoć przez Dirka.
Dirk, niemiecki łowca, podobnie jak Alberto skłaniający się ku tezie, że zwierzyna jest przeciwnikiem groźniejszym i lepiej zorganizowanym, niż się powszechnie przypuszcza w ich środowisku, zaginął bez wieści. Alberto otrzymał SMS-a, stanowiącego sygnał o kłopotach, automatycznie wysłanego ze strony internetowej. Gdyby sprawy układały się pomyślnie, Dirk po prostu przestawiłby na późniejszy termin datę wysłania wiadomości, jak to robił od lat.
Po nadejściu SMS-a Włoch prezentował ekscytację i pewność siebie człowieka, który trafił na ważny ślad, dając do zrozumienia, że dotarcie do celu stanowi zaledwie formalność. A Colin złapał się na to niczym niedoświadczony szczeniak. W tydzień objechał z łowcą ćwierć Europy, grzecznie pilnując wozu Alberta, kiedy ten odwiedzał kolejne skrzynki kontaktowe. Za każdym razem miała to być właśnie ta, w której Dirk na sto procent zostawił wskazówki. Tymczasem Niemiec zapewne najzwyczajniej w świecie wpadł pod samochód, zamiast zginąć z rąk agentów wilkołaczej organizacji, jak zakładał Alberto. Prowadzone przez Dirka śledztwo stanowiło wyłącznie domniemanie Włocha.
– Czy jeśli podzielę się z tobą informacjami, które powierzył mi Dirk, odjedziesz i nigdy nie wrócisz? – zapytał Antoine po dłuższej chwili pełnego wrogości milczenia.
Zatem jednak śledztwo. Colin nadstawił uszu, zaciekawiony i jednocześnie odrobinę zły, że diabli wzięli efekty jego procesu dedukcji.
Czuł się nieco poza nawiasem, kiedy tak tkwił na sofie, ignorowany przez obu rozmówców. Znienacka pojął, że Alberto przyciągnął go tu tylko po to, żeby uniemożliwić Francuzowi zastosowanie rozwiązania siłowego. Gdyby Włoch przyjechał sam, gospodarz uznałby, że ma szansę zastrzelić intruza z zaskoczenia. Z dwoma przeciwnikami nie mógł się mierzyć, zwłaszcza że nie znał umiejętności Colina ani zadań, jakie Alberto wyznaczył mu na czas tej wizyty.
– Wszystko zależy od jakości tych informacji. – Alberto nadal się uśmiechał. – Jeśli okażą się cenne, naturalnie zostawimy twoje gniazdko w spokoju, ale w ciemno ci tego nie obiecam. Walczymy o zbyt ważną sprawę. Nie obawiaj się jednak, ja nie zdradzam przyjaciół.
Ostatnie zdanie zabrzmiało jak groźba. Włoch może i nie zdradzał przyjaciół, lecz – jak wcześniej zauważył Antoine – ci dwaj nigdy nie pałali do siebie sympatią.
Cisza w salonie się przedłużała. Włoch błądził leniwie wzrokiem po pokoju, skupiając na moment uwagę to na glinianym wazoniku na komodzie, to na portrecie kobiety, zdobiącym ścianę obok kominka. Oficjalnie przedstawiał on chyba matkę Tin, choć faktycznie pochodził z targu staroci.
Francuz był w kropce. Na zabicie intruzów nie miał w tej chwili szans, a Włoch jasno dał mu do zrozumienia, że bez informacji stąd nie wyjedzie. Zatem nawet jeśli Antoine planował wykończyć ich obu przy dogodnej okazji, najpierw musiał im wyjaśnić, nad czym pracował Dirk.
Dopiero po paru sekundach Colin uzmysłowił sobie, że właściwie Francuz chce im odpowiedzieć. Owszem, nie znosił Alberta, niemniej w wojnie przeciw zwierzynie walczyli obaj po tej samej stronie. Antoine wycofał się z zawodu ze względu na Tin i także z jej powodu wykluczał własne zaangażowanie w tajemnicze śledztwo Dirka, lecz gryzłoby go sumienie, gdyby cenne informacje pozostały niewykorzystane. W pewnym sensie Włoch stanowił dla niego wybawienie. Gdyby tylko Alberto okazał na wstępie nieco więcej serdeczności, ani chybi opuszczałby już dom dawnego kolegi po fachu, i to bogatszy o kilka wskazówek.
Nieomylny Alberto źle ocenił sytuację. Colin poczuł z tego powodu głupią satysfakcję, po czym sklął się w duchu, gdyż ów błąd w ocenie wynikał przecież z przekonania Włocha, że Tin jest biologiczną córką Antoine’a, niemal dorosłą dziewczyną, która wkrótce opuści rodzinny dom – a wtedy jej ojciec zatęskni za dawnym życiem. Planując powrót do zawodu, Francuz pragnąłby osobiście podjąć przerwane przez niemieckiego kolegę śledztwo, w przekonaniu, że sam zrobi to najlepiej. Do zmiany zdania mogła go nakłonić tylko obawa przed reakcją ukochanej córki na wieść o dawnym zajęciu tatusia. I oby Włoch jak najdłużej pozostał przy takiej wizji relacji rodzinnych Antoine’a.
Wprawdzie Tin rzeczywiście dorosła, niemniej Colin żywił dziwne przeświadczenie, że opuszczenie przez nią rodzinnego domu nie wchodzi w rachubę. Znów zalała go nienawiść do byłego łowcy.
– Dirk trafił na ślad pewnej kliniki – powiedział z niechęcią Antoine. – Niemieckiej kliniki leczenia niepłodności.
– Sztuczne zapłodnienie? – ożywił się Alberto. Z jego twarzy zniknął fałszywy uśmiech, a ton głosu i postawa tchnęły profesjonalizmem. – Wilkołaki używały kliniki, żeby rozmnażać najcenniejsze okazy, wykorzystując do tego ludzkie matki?
– Owszem, Dirk wysunął takie przypuszczenie – odparł ostrożnie Antoine. – Dawniej, nim opracowano metodę mikromanipulacji, zapotrzebowanie na nasienie od dawców było większe, obecnie jednak można zapłodnić komórkę jajową nawet za pomocą pobranych z jądra spermatyd, tak więc komórki jajowe i plemniki pochodzą zwykle od poddającej się leczeniu pary. Dirk nie sądził, żeby podmieniano plemniki czy komórki jajowe, albo też, na późniejszym etapie, zarodki, w wypadku gdy przyszli rodzice wiedzieli, że dziecko otrzyma wyłącznie ich geny. Taka podmiana mogłaby wyjść na jaw, jeśli nie w klinice, to później, w postaci niezgodności grup krwi, lub przy badaniach DNA, gdyby rodzicom wydało się podejrzane, że dziecko tak mało ich przypomina.
– Zatem pozostają przypadki, kiedy korzystano z komórek jajowych lub plemników pochodzących od anonimowych dawców – stwierdził Alberto. Wstał z sofy i zaczął spacerować po pokoju. – Pytanie: jakie możliwości podmiany miała osoba pracująca dla wilkołaczej organizacji? – Zatrzymał się nagle. – Zakładam, że była tylko jedna?
Antoine wzruszył ramionami.
– Dirk przypuszczał, że pracowała tam dla nich jedna, góra dwie osoby, natomiast reszta personelu nie miała o niczym pojęcia i sumiennie wywiązywała się ze swoich obowiązków – przyznał. – Zdaje się, że nawet ustalił podejrzanego. To był lekarz, który zwolnił się wkrótce po tym, jak Dirk zainteresował się kliniką. Facet posługiwał się fałszywym nazwiskiem i przepadł bez śladu.
– Czy zarodkom nie robi się badań genetycznych? – dociekał Alberto. – Celem wykluczenia chorób?
– Owszem, stosuje się diagnostykę preimplantacyjną – przytaknął Antoine. – W niektórych krajach rutynowo, ale chyba nie w Niemczech. Polega ona na stwierdzeniu mutacji w określonym genie, który prawdopodobnie występuje zarówno u ludzi, jak i u zwierzyny. Niemniej różnice między człowiekiem a zwierzyną na poziomie genetycznym są podobno minimalne...
– Co przecież nie oznacza, że nie istnieje ryzyko wykrycia nieprawidłowości w materiale genetycznym w trakcie takiego badania – wpadł mu w słowo Alberto. – Poza tym z połączenia komórki jajowej czy nasienia wilkołaka z materiałem ludzkim mógłby powstać człowiek albo okaz nie całkiem odpowiadający ich potrzebom. Nie praktykuje się przypadkiem także dawstwa zarodków?
– Oczywiście – przytaknął niechętnie Antoine. – Dirk rozumował podobnie jak ty, dlatego skupił się właśnie na tej grupie pacjentów.
– Tak, wówczas wilkołaki wiedziałyby, co im z danego zarodka wyrośnie. – Alberto się zadumał. – Te zarodki nie mogły znajdować się w banku w klinice. Dostarczano je z zewnątrz i podmieniano tuż przed zabiegiem. Hm. Rzeczywiście, tak by osiągały najbardziej pożądany efekt przy zminimalizowanym ryzyku. Rodzice nie mieliby podstaw oczekiwać, że dziecko będzie podobne choć do jednego z nich... A noworodki? Jakie badania wykonuje się po porodzie?
– Pobiera się krew do badań przesiewowych, ale tutaj różnice między zwierzyną a ludźmi nie są widoczne. Dirk twierdził, że tylko drobiazgowe badanie DNA ujawniłoby niezgodności.
Słuchając tej wymiany poglądów, Colin z trudem powstrzymywał cisnący mu się na usta kpiący uśmieszek. Klinika leczenia niepłodności! Jakoś nie mógł uwierzyć, by organizacja prowadziła tak skomplikowaną i kosztowną operację. W dodatku po co? Żeby w brzuchach kilku ludzkich kobiet umieścić małych świadomych? Przecież w społeczności wręcz karze się tych, którym zdarzy się przygoda z ludzką kobietą bez prezerwatywy! Wystarczyłoby wydać co dorodniejszym basiorom polecenie służbowe: „Idźcie i mnóżcie się”. Colin nie sądził, żeby znalazło się wielu narzekających na te nowe obowiązki.
Chociaż... Przypomniał sobie, jak określił go Udo. „Niezwykle cenny okaz”. Byk rozpłodowy. Colin myślał, że kapłanowi chodzi o naturalne metody, ale przecież równie dobrze mogli zażądać od niego nasienia, które połączyliby z komórką jajową silnej świadomej. Tylko że taki zabieg wymaga chyba warunków laboratoryjnych, specjalistycznego sprzętu, specjalistów... Bez sensu. W społeczności znalazłoby się wiele okazów równie „cennych” jak Colin, a przy tym skłonnych do współpracy przy rozmnażaniu gatunku.
No, chyba że chodziłoby o całkiem wyjątkowe osobniki. Obdarzone niepowtarzalnymi cechami, jak Emily. Albo kapłani. Ale wtedy trzeba by myśleć raczej o klonowaniu niż klasycznym rozmnażaniu.
Nie, psiakrew. Jan słusznie ostrzegał go przed Albertem: Włoch umiał być ogromnie przekonujący. Tak bardzo, że nie zauważało się punktu wyznaczającego początek jego szaleństwa, a nawet samemu tworzyło się pokręcone teorie.
Z drugiej strony, ani Antoine, ani Dirk, o ile Colin zdołał go poznać z opowieści i niepochlebnych komentarzy Alberta (pieprzony pedantyczny Niemiec, marnotrawiący czas i środki, żeby udowodnić rzeczy, które Włoch wiedział na logikę), nie wydawali się facetami skłonnymi do fantazjowania. Skoro Dirk poważnie zainteresował się legalnie działającą kliniką, musiał mieć po temu istotne powody. Ponieważ zaś klinika zajmowała się zapłodnieniami pozaustrojowymi, oczywiste, że hipotezy Niemca dotyczyły rozmnażania świadomych.
– W jaki sposób Dirk trafił na ślad kliniki? – dociekał Alberto, usiadłszy znów obok Colina.
– Dirk rzadko ujawniał swoje źródła – mruknął Antoine tonem przypomnienia. Użył czasu przeszłego, jakby pogodził się z myślą, że Niemiec nie żyje. – Dotarł do dzieciaka, który urodził się w efekcie leczenia, jakiemu w tym ośrodku poddali się jego rodzice.
– Skąd wziął namiary? – drążył Włoch. – Podejmował wobec tego dzieciaka jakieś działania? Ile szczeniak ma lat?
– Około trzech. Kto naprowadził Dirka na trop, nie mam pojęcia, podobnie jak nie znam personaliów tego małżeństwa. Para skorzystała z zarodka od dawcy, stąd Dirk tym bardziej skłaniał się ku hipotezie, że należy skupić się na tej grupie pacjentów. Dzieciaka nie ruszał, żeby nie wzbudzić ich podejrzeń. Przez kilka tygodni obserwował klinikę, po czym nawiązał kontakt z jej dyrektorem, profesorem Hintermannem, specjalistą od zapłodnień metodą ICSI.
– Upewnił się, że facet nie jest poszukiwaną przez niego wtyką? – zaatakował Alberto.
Wyczuwalnie paliła go zazdrość. „Pieprzony pedant” trafił na bombę, której Włoch szukał od lat.
– Nie był głupcem, do cholery – zirytował się Antoine. – Potrafił o siebie zadbać.
– Najwyraźniej niedostatecznie – stwierdził zjadliwie Włoch.
Na ten argument Antoine nie znalazł celnej riposty. Zadrgał mu mięsień na policzku.
Colin nie pojmował, dlaczego Alberto nie poczeka ze złośliwymi komentarzami do czasu uzyskania od Francuza wszystkich informacji. Chyba że Włoch postawił sobie za cel wyprowadzenie rozmówcy z równowagi, tak by ten przestał się kontrolować i ujawnił również te szczegóły, które pierwotnie umyślił zatrzymać dla siebie.
Antoine bowiem dobierał słowa ostrożnie, jakby z każdej przekazywanej Albertowi wiadomości zachowywał co nieco w sekrecie.
– Hintermann nie żyje – wypalił znienacka Antoine.
Zaskoczył przeciwnika, choć należało Albertowi przyznać, że szybko odzyskał rezon.
– Jak zginął? – zapytał rzeczowo Włoch.
– Oficjalnie atak serca. Znaleziono go... przed niespełna miesiącem, w wynajętym paryskim mieszkaniu, w bloku w dziewiętnastej dzielnicy. Pojawiło się kilka wzmianek na ten temat, bo... no cóż, trochę trwało, zanim ktoś wreszcie zdecydował się wezwać policję. Uznany niemiecki lekarz, który odchodzi w nietypowych okolicznościach, w obskurnym otoczeniu.
– Ukrywał się?
– Hintermann początkowo z wielką niechęcią podszedł do sugestii, że w jego klinice dzieje się coś niedozwolonego. Dirk przedstawił mu się jako przedstawiciel niemieckiego Ministerstwa Zdrowia, prowadzący dyskretne śledztwo w sprawie nieprawidłowości, których natura nie jest dotąd w pełni znana. Zasugerował, że chodzi o genetyczne eksperymenty związane z transgenezą. Gdyby taka informacja przeciekła do prasy, zniszczyłaby Hintermanna, bez względu na to, czy o czymkolwiek wiedział. Jako dyrektor kliniki ponosił pełną odpowiedzialność za to, co się w niej dzieje.
– Zastraszył go. – Alberto uśmiechnął się z uznaniem.
– Właściwie tak. Hintermann nie należał do odważnych. Zgodził się na współpracę, oczywiście zachowując sprawę w tajemnicy przed resztą personelu. Co więcej, faktycznie coś odkrył. Zapewne naszą chimerę, chociaż nie sądzę, żeby się zorientował, z czym konkretnie ma do czynienia. Przestraszył się tego odkrycia tak bardzo, że uciekł. Do Paryża. Potem nawiązał kontakt z Dirkiem. Chciał się z nim podzielić swymi ustaleniami, naciskał jednak na spotkanie. Dirk mówił, że przez telefon wywarł na nim wrażenie panikarza, który obejrzał w ostatnich dniach zbyt dużo filmów szpiegowskich. Nie udało mu się wydobyć z Hintermanna żadnych informacji na odległość, pojechał zatem do Paryża, żeby się z nim zobaczyć. Z drogi zadzwonił do mnie i przekazał mi te informacje. Więcej się nie odezwał. Przyznaję, że temat mnie zaciekawił, więc poszperałem trochę w sieci. Tak trafiłem na wzmiankę o śmierci profesora.
– I od miesiąca nic nie zrobiłeś? – zdziwił się Alberto. – Dirk zamilkł, Hintermann nie żyje, a ty sobie siedziałeś na czterech literach?
– Nie umawiałem się z Dirkiem na regularne kontakty – warknął Francuz. – Uznałem, że sam się do mnie zgłosi, jeśli będzie potrzebował pomocy. Hintermann, skoro był takim panikarzem, mógł naprawdę przekręcić się na zawał. Przed lub po spotkaniu z Dirkiem, bez większego związku z wagą dokonanych przez siebie odkryć.
Antoine ewidentnie się bronił: w duchu zgadzał się z zarzutami Włocha.
Alberto uśmiechnął się krzywo. Sceptycznie – jakby dawał do zrozumienia, że zastanawia się, czy Antoine nie przeszedł na stronę wroga, wystawiając Dirka wilkołaczej organizacji.
– Do diabła, od dawna w tym nie siedzę – odezwał się znowu Francuz. – Nie prosiłem Dirka o żadne informacje.
– Tak, tak, przecież wiem – zapewnił Alberto, stukając paznokciami w pustą butelkę. – Jeśli grupą najbardziej podejrzaną są dzieciaki, które urodziły się z zarodków pochodzących, przynajmniej oficjalnie, z banku kliniki... a zatem mówimy o niewielkim odsetku pacjentów... Czy Dirk zdobył listę nazwisk?
– Chciał, ale Hintermann stanowczo się sprzeciwił, zasłaniając się tajemnicą lekarską. Dirk postanowił tymczasowo odpuścić temat, żeby profesorowi nie wpadło przypadkiem do głowy skontaktować się z ichnim Ministerstwem Zdrowia. Jeśli potem zdobył te namiary... albo Hintermann zamierzał dać mu listę w Paryżu, ja nic o tym nie wiem.
– Zatem Hintermann to, że tak powiem, martwy trop. – Alberto zadumał się po raz kolejny. – A klinika? Nadal funkcjonuje?
– Nie natknąłem się na wiadomość o jej zamknięciu. – Francuz wzruszył ramionami. – Ale jeśli te bydlaki rzeczywiście są sprytne, niewiele tam znajdziesz.
– Usiłujesz mnie zniechęcić? – Alberto znowu przywołał na twarz wyraz skrajnej uprzejmości.
– Usiłuję postawić sprawę jasno, żebyś za dwa tygodnie nie wrócił tu z pretensjami – odparował Antoine, podnosząc się z fotela. – Przekazałem wam wszystkie informacje, jakimi podzielił się ze mną Dirk. Wasza obecność w tym domu straciła uzasadnienie. Zamierzam trzymać córkę z dala od tego bagna. Jeśli masz jeszcze jakieś pytania, zadaj je teraz. Kiedy stąd wyjdziesz, nie chcę cię nigdy więcej widzieć.
Miło ze strony Antoine’a, że ostatnie zdanie zaadresował tylko do Włocha. Bo Colin planował wrócić w te okolice.

***

To jej spojrzenie.
Antoine pojmował, że w tej chwili za największe zmartwienie powinien uważać Alberta. Ten stary wariat dostrzegł w odkryciach Dirka upragnioną życiową szansę, nie zadowoli się byle czym. Jeśli w Niemczech nie dokona przełomowego odkrycia, wróci, zdecydowany uciec się do najbardziej drastycznych środków, żeby wydobyć od Antoine’a więcej informacji. Wypadało się przygotować na tę okoliczność.
Dla odmiany ten młokos, Vernon, traktował śledztwo z przymrużeniem oka. Przestawał z Albertem dostatecznie długo, żeby zrazić się do jego metod działania. Najwyraźniej pewne rzeczy pozostają niezmienne: w dawnych czasach nowi łowcy często przechodzili taki specyficzny chrzest. Jedni od razu klasyfikowali Włocha jako wariata, inni początkowo dawali się uwieść jego sile perswazji. Prędzej czy później jednak każdy się od niego odwracał. Kiedy zaś Vernon rozstanie się z Albertem, wstyd mu będzie się przyznać, że, choćby przelotnie, dawał wiarę jego szalonym teoriom – i postara się jak najszybciej zapomnieć o całej sprawie, z wizytą u Antoine’a włącznie.
To znaczy, zapomniałby bez wątpienia, gdyby nie dziewczyna. Wpadła młodemu łowcy w oko, niestety, i swym wymownym spojrzeniem zasygnalizowała mu, że zauroczenie jest obustronne. Czy tyle wystarczy, żeby Vernon zapragnął wrócić? Antoine liczył, że wstyd zwycięży i chłopak wymaże z pamięci obraz Tin wraz z pozostałymi wspomnieniami z wyprawy z Albertem. Ot, kolejna ładna buzia, jakie widuje się na pęczki, włócząc się po świecie w pogoni za zwierzyną.
Wystukał numer do piwnicy z winami, żeby przekazać Tin, że po pracy może bezpiecznie wracać do domu.
Niepotrzebnie utrzymywał kontakt z Dirkiem. Gdyby Niemiec choć raz nadużył jego zaufania, na przykład nachalnie zażądał przysługi, wymagającej od Antoine’a powrotu do zawodu... Jednakże dawny towarzysz broni akceptował jego decyzję. Wykorzystywał Antoine’a jako coś w rodzaju inteligentnej skrzynki kontaktowej – powierzał mu informacje o ustaleniach z kolejnych śledztw, dopóki nie był całkowicie przekonany, że sprawa dotyczy zwierzyny. Uważał za niemoralne napuszczanie Alberta na osoby, których winy na razie nie dowiódł. Wprawdzie Alberto miał otrzymać namiary na skrytki dopiero w SMS-ie wysłanym po śmierci Dirka (inaczej kontrolowałby ich zawartość na bieżąco i mieszał Dirkowi szyki w co bardziej obiecującym śledztwie), ale Niemiec uwzględniał możliwość, że zginie w wypadku niezwiązanym z badaną aktualnie sprawą.
Tym sposobem Antoine poznawał szczegóły kolejnych śledztw, w tym również dotyczącego kliniki Hintermanna. Choć zapowiadało się ono interesująco, mogło się okazać fałszywym alarmem, jak wiele wcześniejszych przypadków. Gdyby Dirkowi coś się stało, Antoine miał nawiązać kontakt z Albertem i przekazać mu tyle detali, ile uzna za stosowne.
Tymczasem cwany Włoch odnalazł go pierwszy.
Antoine nie podejrzewał, żeby Dirk postąpił nielojalnie; raczej zaniedbał środków ostrożności. A on sam? Jak głupiec, związał się z ziemią, zamiast zachować mobilność.
Jak głupiec... Pamiętał moment podejmowania tej decyzji, przed wielu laty. Dobrze rozważył wszystkie za i przeciw. Potrzebował domu z pomieszczeniem w piwnicy, o grubych ścianach, najlepiej bez okna lub ewentualnie z lufcikiem tak małym, że nie przecisnęłoby się nawet dziecko. Pomieszczeniem, które dałoby się odgrodzić solidnymi stalowymi drzwiami. Dokonywaniem tego rodzaju przeróbek w wynajmowanych domach Antoine wzbudziłby w końcu czyjeś podejrzenia, nie wspominając o kosztach takich ponawianych inwestycji.
Osiadając na stałe w Langwedocji, ryzykował, że znajdzie go któryś z dawnych towarzyszy. Znajdzie i, być może, odkryje prawdę. Antoine obiecał sobie wtedy, przed laty, że jeśli tak się stanie, uzna to za wyrok losu. Ślubował, że nigdy, pod żadnym pozorem, nie zabije łowcy, żeby bronić Tin.
Ale tę przysięgę składał dawno temu. Od tamtej pory wiele się zmieniło.
– Pojechali? – zagadnęła go Tin, wchodząc do kuchni, gdzie Antoine siedział przy stole i bił się z myślami.
Przyjrzał jej się bacznie. Pytanie nie miało sensu, odpowiedział na nie przez telefon. W rzeczywistości chciała znać powód ich wizyty, Antoine zaś rozważał, dlaczego tak jej zależy na tej informacji.
– Ten chłopak jest łowcą – powiedział. – Zabija takich jak ty.
– Wiem. – Otworzyła lodówkę i zaczęła wyjmować półprodukty, żeby przygotować obiad. – Bardzo zgłodniałeś?
– Nie zmieniaj tematu.
– Przecież wyjechał. – Popatrzyła na niego żałośnie, po czym umknęła wzrokiem.
Swego czasu Antoine przypuszczał, że stosunkowo bezbronne młode tych stworzeń standardowo wdzięczą się do potencjalnych wrogów niewinnym spojrzeniem niebieskich oczu, której później zmieniają barwę na piwną. Oczy Tin pozostały jednak równie niebieskie jak wówczas, gdy spojrzała na niego po raz pierwszy. Jedynie pociemniały jej włosy. Zmieniały kolor stopniowo, tak że Antoine ani się spostrzegł, kiedy przestała kwalifikować się do grona blondynek; zresztą od początku była co najwyżej ciemną blondynką.
Mimo tego przeobrażenia nadal wydawała mu się mało podobna do okazów, jakie napotykał w trakcie swej kariery łowcy. Antoine przypuszczał, że to figiel jego umysłu: ogromnie pragnął, żeby Tin różniła się od pobratymców.
– Spodobałaś mu się – odezwał się znowu. – I dałaś mu odczuć, że wzbudził twoje zainteresowanie. Co zrobisz, jeśli tu wróci? Myśli, że jesteś zwyczajną dziewczyną. Tak cię będzie traktował. Dopóki się nie zorientuje. Rozumiesz mnie, Tin?
– Może nie wszyscy są tacy sami – odparła tak cicho, że ledwie uchwycił sens jej wypowiedzi.
Udawała zaabsorbowaną przygotowywaniem posiłku. Unikała konfrontacji, jak zawsze, kiedy się na nią wściekał. Zachowywała się jak posłuszny pies. Gdyby podniosła wzrok na Antoine’a, byłoby to właśnie psie spojrzenie, pełne miłości i oddania. I przebaczenia. Czuł się podle, ilekroć na nią wrzeszczał.
– Nie stać cię na sprawdzanie, czy akurat on jest wyjątkiem – rzucił tym brutalniej.
– Pewnie i tak nie wróci.
Chciała, żeby wrócił. Antoine dotknął zaciśniętą pięścią blatu stołu. To jej spojrzenie, wtedy, w salonie. Jeśli chłopak wróci, Tin będzie gotowa zaryzykować życie, w płonnej nadziei na to, że Vernon okaże się wyjątkiem. Czy po to Antoine ją wychował, kosztem tylu wyrzeczeń? Żeby teraz z własnej nieprzymuszonej woli wpakowała się łowcy pod lufę?
Skuliła się – wyczuwała jego furię. Wstał i wyszedł z kuchni, nie mówiąc nic więcej.
Dorosła. Nastał dzień, którego Antoine zawsze się obawiał. Dziś w salonie spojrzała wzrokiem kobiety, która w danym mężczyźnie widzi ojca swoich dzieci.
Tłumaczył Tin, że nigdy nie będzie mogła założyć rodziny – że nie wolno jej choćby zamarzyć o potomstwie; powinna unikać angażowania się nawet w przelotne związki. Kiwała głową na znak zgody. Czy jednak Antoine miał jakiekolwiek szanse w walce z naturą? Do tej pory łudził się, że tak.
Powtórzył sobie, że Vernon nie wróci. Przy odrobinie szczęścia... jeśli chłopak dostatecznie długo wytrwa u boku Alberta, ustrzelą go ci sami, którzy załatwili Dirka. Albo zerwie z Włochem, a wkrótce potem wpadnie mu w oko inna dziewuszka. Antoine niepotrzebnie martwił się na zapas.
Tylko że problem nie leżał w samym Vernonie. Tin skończyła szkołę, chciała pójść na studia. Coraz wyraźniej akcentowała, że marzy jej się posmakować samodzielności. Tymczasem Antoine uparcie myślał o niej jako o nastolatce. Dopiero dzisiaj zobaczył dojrzałą kobietę. Jeśli nawet młody łowca się więcej nie pokaże, Tin znajdzie sobie inny obiekt westchnień. Jej dzieciństwo minęło bezpowrotnie, a dorosłość... niosła wiele zagrożeń i trudnych pytań.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-11-06 (1477 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej