Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Łaska utracona
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Rytuał - Mariusz Kaszyński

Wstęp - sierpień


1

Przepełniony Dworzec Centralny szumiał gwarem głosów. Tłumy podróżnych spieszyły we wszystkie strony. Jedni dopiero co wysiedli z pociągów, inni pędzili na perony lub zabijali czas oczekiwania, zaglądając do wszechobecnych sklepików. Pomiędzy nich wmieszali się także handlarze, bezdomni oraz przypadkowi przechodnie załatwiający sprawy w sercu miasta albo tylko się tu przesiadający.
Halina Strusz zatrzymała się przed kioskiem i zanim się odezwała do chudej sprzedawczyni o roztrzepanych włosach, nerwowo zerknęła na zegarek. Za pięć jedenasta, a więc miała czas. Do odjazdu pozostał kwadrans — wystarczająco dużo, by kupić jakieś czytadło i spokojnie dojść na peron. Mimo to jakaś część podświadomości kazała jej nie zwlekać. Jej osobisty nadzorca niewolników. To jemu zawdzięczała codzienną nerwowość i pośpiech, to on zmuszał ją zawsze stawiać się na czas, nawet jeśli oznaczało to dotarcie na miejsce zbyt wcześnie. Wybierając się do lekarza, kina, na umówione spotkanie, gdziekolwiek, rozmyślnie wychodziła wcześniej, co zazwyczaj kończyło się oczekiwaniem.
Dziś akurat jej osobisty nadzorca niewolników spełnił swoje zadanie, gdyby bowiem pojechała następnym tramwajem — tak jak podpowiadał rozsądek, a nie ostrożność — to przez korek, który utworzył się w Alejach Niepodległości, dotarłaby na dworzec, jak to mówią, na styk — a to nieomal jak spóźnienie. Może i była dziwna, lecz wolała poczekać piętnaście minut, niż pojawić się w ostatniej chwili bez choćby niewielkiego bufora zapasowych minut.
Halina przebiegła wzrokiem po rozłożonych za szybą gazetach. Powinna coś wybrać do pociągu. Do Olsztyna nie jedzie się długo — to znaczy nie bardzo długo, bo zaledwie trzy godziny czterdzieści minut (tyle pewnie wystarczyłoby, by w TGV przemierzyć Francję, ale ona żyła w Polsce…) — ale to i tak wystarczająco długa jazda, żeby człowiekowi obrzydło wpatrywanie się w przemykające za szybą widoki.
— Poproszę Rzeczpospolitą — powiedziała wreszcie — i może...
No właśnie, co? Nie potrafiła się zdecydować. Za dużo tego wszystkiego. Osiołkowi w żłoby dano, w jednym owies, w drugim siano... Nic dziwnego, że padł z głodu.
— Niech będzie Viva. Albo nie, Gala! — poprawiła się.
Wzięłabyś jedną i drugą i byłoby po sprawie, pomyślała. Nawet miała już na końcu języka prośbę, by kobieta podała obie gazety, jednak dwie kosztowały zbyt dużo. Nie dlatego, żeby nie było jej stać, nawet nie odczułaby tego wydatku w portfelu, lecz wręcz przesadna oszczędność była kolejną cechą, z którą się urodziła, i z którą umrze.
Chuda sprzedawczyni podsunęła Halinie gazety, spoglądając na nią wyłupiastymi oczami żaby, w których można było wyczytać nieme pytanie — co tak długo? Halina wzięła je i ciągnąc za sobą podróżną walizkę, odeszła od okienka.
Pomyślała o zespole. Jakoś dadzą sobie radę podczas tych kilku dni jej nieobecności. Co prawda ostatnio zwaliło im się na głowę sporo roboty, którą dotąd odwalały oddziały z całej Polski, ale decyzją odgórną — jak to ładnie brzmi, a znaczy tyle, że postanowił to ktoś ze ścisłego kierownictwa, ktoś kto pewnie nie ma zielonego pojęcia o ich pracy — bank miał zostać scentralizowany. W każdym razie dotyczyło to zadań, które odwalali. Założenia były piękne i może nawet po pewnym czasie całość przyniesie wymierne efekty, ale oznaczało to też, że muszą zakasać rękawy, skrócić lub zupełnie zrezygnować z zaplanowanych urlopów i zabrać się solidnie do roboty. A ona, jako menedżer zespołu, musiała wziąć na swoje barki szczególnie dużo. Bo zanim wszystkie trybiki się dotrą i maszyna zacznie pracować jak należy, minie trochę czasu. A teraz czekał ich okres błędów i szybkiego oraz zdecydowanie intuicyjnego rozwiązywania ich. Była potrzebna. Nie za bardzo potrafiła wskazać kogoś, kto mógłby ją zastąpić. Może Grażyna Olcha? Pracowała w GOLD Banku najdłużej — choć nie tak długo jak Halina — ale, mimo że posiadała niezbędne doświadczenie, nie potrafiła kierować ludźmi. Była za miękka i zbyt podatna na wpływy, by w jej ręce powierzyć czuwanie nad innymi. Szef nie może być twoim przyjacielem, a w każdym razie nie może być tylko nim.

Już lepsza byłaby Patrycja Lipska. Tyle że eliminował ją młody wiek i brak doświadczenia. Dobrze radziła sobie z ludźmi, ale jeszcze za słabo znała specyfikę ich pracy — dołączyła do zespołu stosunkowo niedawno.
Elegancko ubrany mężczyzna potrącił Halinę, wyrywając ją z zamyślenia. Strusz odwróciła głowę, by na niego popatrzeć. Świat schodzi na psy. Elity i kultura to dziś dwa przeciwstawne bieguny. Facet nawet nie wydukał krótkich przeprosin. Pognał przed siebie, jak gdyby nic się nie stało, a przecież wyrżnął ją, wcale nie lekko, łokciem w bark. Co się dzieje z tymi ludźmi, skąd ta znieczulica? Pewnie ten elegancik nawet by nie zauważył, gdyby leżała — zwyczajnie by po niej przeszedł.
Westchnęła cicho i właśnie wtedy to poczuła.
Ogarnęło ją coś na kształt obrzydzenia. Znajome uczucie, Dworzec Centralny zawsze ją odpychał — tłok i wszechobecny smród spoconych, niedomytych ciał, coś okropnego — lecz dziś wstręt był spotęgowany dziesięciokrotnie. Zupełnie jakby przez nieuwagę wdepnęła w kałużę wymiocin.
Odruchowo zerknęła, czy aby przypadkiem tak się właśnie nie stało. Zamyślona, ciągle się spiesząc — choć przecież, gdyby musiała, do przyjazdu pociągu zdołałaby się doczołgać na peron — mogła nie spostrzec takiej lub innej, równie nieprzyjemnej przeszkody.
To jednak coś innego, chodnik był czysty, no, może nie czysty, ale na pewno pozbawiony podobnych wątpliwych atrakcji. Może więc wyczuła zapach z którejś z pobliskich bud z żarciem...? Sprzedawali tu wszystko w takim ścisku — punkt przy punkcie — że wszystkie te, pożal się Boże, aromaty tworzyły jeden duszący smród. Halinę zawsze szczerze zdumiewało, że ktokolwiek kupuje tu jedzenie. Każdy z tych „lokalików” przypominał mniejszy lub większy szalet. Nikt rozsądny nie kupiłby kanapki czy hamburgera przyrządzonych w kiblu, a tu ludzie się na nie rzucali, jakby nie jedli pół roku. Jeśli już przewidywali, że zgłodnieją w czasie podróży, to czy nie mogli naszykować sobie w domu kanapki na drogę? Tak było oszczędniej (powód numer jeden, by to zrobić), ale przede wszystkim bardziej higienicznie (powód numer dwa, trzy, cztery i kilka następnych).
Halina rozejrzała się, po czym ruszyła dalej zapchanym dworcowym korytarzem. Na zapachy nic nie poradzi. Wyminęła sprzedawcę kwiatów i zbitą grupkę młodzieży z plecakami, zapewne jadących na lub wracających z wakacyjnego wyjazdu. Uczucie niesmaku nie znikło, ale jego przyczyna wciąż pozostawała zagadką.
— Jesteś przewrażliwiona — mruknęła do siebie.
Zapewne to wszystko przez zmęczenie. I dlatego ten wyjazd jest jej tak potrzebny. Nie udało się załatwić dłuższego urlopu i pojechać do Hiszpanii, jak to planowała od kilku miesięcy, ale wyrwie się do Olsztyna, zatrzyma u siostry i zregeneruje siły. Dobrze jej to zrobi, samotnej starszej pani.
Jaka tam starsza, ofuknęła się w myślach, jeszcze nie jest z tobą tak źle, masz dopiero pięćdziesiąt cztery lata, przed tobą szmat życia.
Skupiła się na zespole. Zawsze myślała o nowym kierowniku — potencjalnym nowym kierowniku, bo przecież zostało jej parę lat do emerytury — jako o kobiecie, lecz przecież wcale tak nie musiało być. Może zastąpiłby ją Kamil Jędrzejczak albo Grzesiek Natanowski? Tyle że pierwszy działał zbyt mechanicznie i wcale nie była pewna, czy potrafiłby wybrnąć z jakiejś naprawdę nietypowej sytuacji, a drugiemu brakowało ambicji — nigdy nie pchał się na świecznik. Niby dobrze, ale na jej miejsce potrzebny był ktoś potrafiący rozpychać się łokciami. Czasami, by wszystko szło jak trzeba, należało być ostrym i stanowczym, zarówno w zespole, jak i wobec dyrekcji.
To był jej zespół, stworzyła go kilkanaście lat temu, gdy bank dopiero startował, i nie zamierzała pozwolić, by ktoś, kto ją zastąpi, zmarnował wysiłki, jakie włożyła w jego ukształtowanie. Powinna już teraz szykować sobie następcę, na to nigdy nie jest za wcześnie. Krótki urlop stanowił dobry pretekst, by się nad tym zastanowić.
A więc raczej nie Kamil i nie Grzesiek. Bogdan Chęciński też odpadał — był inteligentny, nie mogła zaprzeczyć, ale to bufon, współczułaby ludziom pod jego kierownictwem.
Skręciła w główny korytarz z wyjściem na perony i halę dworca i odszukała wzrokiem białą tablicę z napisem: PERON DRUGI. Zjedzie na dół i na pewno poczuje się lepiej. Do odjazdu pociągu wciąż pozostało dziesięć minut, ale to tyle co nic, była przyzwyczajona do czekania. Zresztą może podstawią go wcześniej? Pożałowała, że nie sprawdziła, czy pociąg wyrusza z Warszawy, czy też Centralna jest tylko stacją przelotową na jego trasie. W każdym razie w wagonie z pewnością dolegliwości miną, PKP nie są nadzwyczajne, lecz cokolwiek by o nich mówili, to w Polsce śmierdzą zwykle tylko dworce, nie pociągi.
Stanęła na ruchomych schodach i obejrzała się. W tłumie spieszącym dworcowym korytarzem dostrzegła starszego mężczyznę w długim płaszczu. Nie wiedziała, czemu właśnie on przykuł jej uwagę. Może dlatego, że w przeciwieństwie do innych szedł wolno, a może powodem było jego ubranie, stanowczo zbyt grube jak na początek sierpnia. Halina mogłaby przysiąc, że starzec uśmiechnął się do niej, ale z pewnością uległa złudzeniu. Nie znali się, nie zapomniałaby tak zasuszonego, bladego oblicza, nawet gdyby widziała go wcześniej tylko przez chwilę. Co jak co, ale pamięć do twarzy miała doskonałą.
Schodząc z ruchomych stopni na peron, spojrzała raz jeszcze za siebie. Nie spostrzegła mężczyzny, zapewne to, że kierował się ku tym samym schodom, było kolejnym złudzeniem.
Spróbowała ponownie skupić się na pracy. Smród przeszkadzał zebrać myśli, ale tylko w ten sposób mogła o nim choć na chwilę zapomnieć. Jest jeszcze Renata Mechowska. Niegłupia dziewczyna, może zbyt skromna, ale można było na niej polegać. Zawsze doprowadzała do końca zaczęte sprawy. To podstawowa cecha dobrego kierownika. No i jeszcze Ola Sztumer, choć ona akurat nigdy nie przejmowała się zbytnio sprawami banku. W gruncie rzeczy dobra pracownica, ale nie materiał na kogoś, kto ma pilnować porządku i organizować pracę innym. Od szefa wymaga się większego zaangażowania.
Na dole Halina poczuła się lepiej. Nie trwało to jednak długo. Obrzydzenie, a wraz z nim niepokój powróciły już po chwili. Pociągnęła walizkę, kierując się nerwowym krokiem w stronę sektora drugiego. Było tam mniej ludzi, żywiła więc nadzieję, że panował również mniejszy smród; czymkolwiek był, bo wciąż nie potrafiła go zidentyfikować. Zerknęła na mijanych oczekujących. Wyglądali normalnie, stali, spoglądając przed siebie lub wbijając wzrok w chodnik, nie krzywili się jednak, nie zasłaniali twarzy dłońmi — zdecydowanie nie zauważali tego fetoru. Może ja wariuję? — pomyślała. Zatrzymała się raptownie przed tulącą się parą.
— Przepraszam. — Chrząknęła, by jej głos odzyskał naturalność; skrzypiała jak stare zawiasy. — Przepraszam, czy wy też to czujecie?
— Co? — Chłopak wyszczerzył się w uśmiechu.
Halina dawała mu góra osiemnaście lat. Na jej gust był jeszcze za młody, by publicznie obściskiwać się na dworcu. O jego dziewczynie nie wspominając, nieszanująca się głupia siksa. Gdy Halina była w jej wieku, prędzej umarłaby ze wstydu, niż pozwoliła, by ktoś widział ją z chłopakiem, który trzyma jedną dłoń na jej tyłku, a drugą w niedwuznaczny sposób pod bluzką. Ba, ona nigdy — i w młodości, i teraz — nie pozwoliłaby nikomu na podobną poufałość w publicznym miejscu.
Szybko odeszła. Młodzi nic nie czuli, nikt nie czuł, tylko ona się dusiła, bo ten smród — niezależnie od tego, jakie było jego źródło — nie pozwalał oddychać. Strusz ruszyła przed siebie. Niemal biegła. Stanęła dopiero na końcu sektora drugiego. Była tu sama, jeśli nie liczyć śpiącego na ławce bezdomnego. Zwykle unikała ludzi jego pokroju, cuchnęli, lecz fetor, który ją otaczał, i tak tłumił wszelkie zapachy.
Spojrzała w głąb tunelu. W oddali dostrzegła reflektory. Nadjeżdżał pociąg; liczyła, że to pośpieszny do Olsztyna. Wsiądzie do niego, poczuje się lepiej i wysiądzie dopiero po blisko czterech godzinach, zapominając o wstręcie, który ją tutaj ogarnął. Tylko Warszawa Centralna jest taka obrzydliwa. Najokropniejszy dworzec świata. Jeśli istnieje gorszy, to chyba gdzieś w Korei Północnej.
Pociąg się zbliżał. Faktycznie był to jej pośpiech, przekonała się, że podążał właściwym torem. Został nawet bełkotliwie, na wpół zrozumiale zapowiedziany przez megafony.
I wtedy, gdy lokomotywa podjechała naprawdę blisko, Halina poczuła tak intensywną falę smrodu, że aż się zatoczyła. Zasłoniła usta dłonią, jakby ten gest mógł powstrzymać mdłości. Gdyby nie ciężar walizki, pewnie by upadła. Świat wokół się zakołysał. Reflektory wydawały się wielkimi ślepiami bestii pędzącej ku niej, aby ją pożreć.
Podejdź, usłyszała. A może tylko wymyśliła sobie ten głos...? Czuła się tak źle, że być może zaczynała mieć majaki...
— Nie — wykrztusiła, starając się cofnąć. Bezskutecznie, tkwiła w miejscu.
Podejdź.
Oparła się wezwaniu — którego zapewne w ogóle nie było — lecz wtem poczuła na ramieniu chude dłonie o długich kościstych palcach. Było to o tyle dziwne, że nikt koło niej nie stał. Była tylko ona i bezdomny, ale przecież mężczyzna leżał na ławce. Kręciło się jej w głowie, jednak, choć niewyraźnie, wciąż go widziała. Nieruchome ciało przykryte poplamioną brązową kurtką.
Ten ktoś za nią pchnął ją mocno. Spocona dłoń Haliny ześlizgnęła się z rączki walizki. Kobieta nadaremnie próbowała utrzymać równowagę — poleciała do przodu wprost pod hamującą już lokomotywę.

2

Słońce schowało się za chmurę, zasnuwając okolicę przyjemnym cieniem. Dzień był bardzo ciepły, ale upały według prognoz miały się niebawem skończyć. Wioletta Brodecka spojrzała w niebo — morze błękitu z kilkoma białymi obłoczkami. Cudowna pogoda, aż szkoda było wracać do domu. Mimo to pchnęła drzwi. Czekało ją sporo pracy.
Mały hol wypełniały kartony, jedne na wpół wypakowane, inne wciąż jeszcze zaklejone taśmą zabezpieczającą je na czas podróży. Kobieta przyjrzała się pomieszczeniu i dopiero wtedy weszła do środka. Nadal nie mogła uwierzyć, że to wszystko należy do niej. Nie chodziło, rzecz jasna, o poupychane w pudłach rzeczy, tylko o dom. Kupiła go za dość okazyjną cenę — choć bez rewelacji — setki kilometrów od miejsca, w którym się wychowała i z którym łączyły ją wspomnienia. I dobre, i złe. Więcej było tych złych, bo przecież nawet najpiękniejsze chwile w jej życiu kończyły się bólem.
Pomyślała o Hubercie i mocno zacisnęła powieki. Co się stało, to się nie odstanie, przemknęło jej przez głowę, a jesteś zbyt twarda, by płakać nad rozlanym mlekiem. Głupie porzekadło! Życie to nie bańka z mlekiem. Nie wystarczy zetrzeć plamy, by wszystko było znowu cacy.
Zamknęła za sobą drzwi wejściowe i przeszła na korytarz. Tu też poniewierały się kartony, właściwie cały parter był nimi zawalony. Rozpakowywanie się szło wolno, nie z powodu braku czasu, a raczej na skutek podświadomej obawy przed uznaniem tego miejsca za własne.
Ale ono było jej, nie tylko dlatego, że kupiła je, wydając trzy czwarte pieniędzy, którymi dysponowała i które jak w bajce pojawiły się niemalże znikąd, ale przede wszystkim dlatego, że zdecydowała, że będzie jej własnym. Zacznie tu wszystko od nowa. I będzie szczęśliwa. Postanowione. Nie ma co tego rozważać, należy wprowadzić w czyn.
I nie oglądać się na przeszłość, ona minęła.
Ruszyła do salonu i wtedy je dostrzegła, cyniczne dowody, że nie ma racji. Nawet jeśli wczoraj jest nieosiągalne, zostawia ślady. Czasem nikłe jak odciski palców, ale nieraz wyraźne jak szramy po pazurach niedźwiedzia. Pod ścianą stały oszklone fotografie. Wszystkie zrobił Hubert. Pstryknął zdjęcia, wywołał i oprawił. Nie musiała się im nawet przyglądać, wiedziała, co przedstawiają, znała je na pamięć. Miały zdobić ich sypialnię, tak postanowił Hubert. Skończyło się oczywiście na „miały”.
Tym razem nie zdołała powstrzymać łzy, która szybko, jakby się bała, że zostanie złapana i zatrzymana, spłynęła po policzku.
Pieprzony świat! Kto powiedział, że czas goi rany?! Minęło czternaście miesięcy, a w najmniejszym stopniu nie czuła się uleczona, nawet nie zaleczona. Płakała może mniej — właściwie już wcale — ale nawet wtedy, tuż po wypadku, przecież nie przelała morza łez. Była twarda, bo tego od najmłodszych lat uczyło ją życie. Matka, jedyna osoba co do której w świecie Wioletty ta zasada nie obowiązywała, wpoiła jej, by liczyła tylko na siebie. To była dobra rada. Wszyscy inni, którym próbowała zaufać i uwierzyć, że może na nich polegać, prędzej czy później znikali. Najczęściej z własnej woli, lecz czasem decyzja zostawała podjęta za nich.
Na przykład przez niesprawne hamulce.
Wioletta widziała samochód Huberta, pewnie nie powinna, ale uparła się i jak zwykle postawiła na swoim. Sześcioletnia honda wyglądała jak papierowa zabawka zgnieciona w dłoni olbrzyma. Niekształtna harmonijka, w której tylko ktoś obdarzony bujną wyobraźnią był w stanie dopatrzyć się wcześniejszych kształtów. Gdy Wioletta zobaczyła odpryski szkła, w których odbijały się promienia słońca i to coś na kierownicy, co mogło — choć nie musiało — być zaschniętą krwią, o mało nie zemdlała. Wytrzymała. Wetknęła palce do ust, zacisnęła mocno zęby, wdzięczna za ból fizyczny choć na moment zagłuszający ten, który rodził się w duszy. Stało się, szepnęła wtedy, jakby miało jej to pomóc. Rzecz jasna nie pomogło. Minął rok z okładem, rana przyschła, ale się nie zagoiła. Dlatego, gdy tylko nadarzyła się okazja, uciekła. Tu, do nowego miejsca, nowego życia. Nie zabrała ze sobą pamiątek. Spaliła wszystkie fotografie z Hubertem, nawet tę, którą ceniła najbardziej i na której w chwili rozpaczy nabazgrała flamastrem „żegnaj, zabrakło nam trzech dni”. Tak, trzy pieprzone dni i byłaby wdową, a tak narzeczony uciekł jej sprzed ołtarza. Zwiał do kostuchy. Idealnej panny młodej, której się już nie opuszcza.
Zniszczyła zdjęcia z Hubertem, ale nie potrafiła zniszczyć tych, które on stworzył. Przechowała je, oszklone, czekające na coś, choć sama nie wiedziała na co.
Szybkimi ruchami przerzuciła kilka z nich. Była na wszystkich. Czarno-białych aktach, ponurym symbolu jej czarnobiałego życia (bardziej czarnego) i nagiej duszy.
Dość! Wyprostowała się, odkładając zdjęcia. Litują się nad sobą jedynie słabi, a ty jesteś silna. Pokaż im, co potrafisz. Będziesz twarda i zrobisz wszystko, co należy zrobić.
Rozejrzała się po mieszkaniu. Za dwa dni rozpocznie nową pracę. Znalazła ją szybciej, niż się spodziewała, ale to dobrze. Bezczynność jest najgorsza, pozostawia zbyt wiele czasu na rozpamiętywanie. Należało wziąć się do roboty. Najlepiej już teraz. W dwa dni nie zdąży rozpakować wszystkiego, ale zawsze ułoży parę rzeczy.
W nowym domu i w nowym życiu.

3

Trzydziestodwucalowy panasonic rzucał bladą poświatę rozlewającą się po ścianach. Na dworze wciąż było jasno, lecz wnętrze domu tonęło w cieniach. Mimo to Grzegorz Natanowski nie zapalił światła. Nie było mu potrzebne. Usadowił się wygodniej na kanapie, spoglądając na ekran, gdzie dwudziestu dwóch palantów biegało za małą biało-czarną piłką. Przy czym jedenastu palantów z Polski dawało się robić w konia jedenastu palantom z Ukrainy. Polacy przegrywali jednym golem, i cóż z tego, że dopiero zaczęła się druga połowa, grali tak fatalnie, że nic nie zapowiadało, by sytuacja miałaby się radykalnie zmienić. Chyba że na gorsze...
— I akurat dzisiaj nie zadbałem, by w lodówce chłodziło się piwo — mruknął Grzegorz.
Leżący u jego stóp Baryton, duży biały mieszaniec, pół bernardyn, pół Bóg wie co, podniósł łeb. Kilka sekund ociężale przyglądał się panu, po czym najwyraźniej doszedł do wniosku, że słowa te, po pierwsze, nie są o jedzeniu, a po drugie, ewidentnie nie zostały skierowane do niego, bo opuścił łeb i ponownie zamknął oczy. Psisko miało dwie pasje. Jedzenie i spanie. Właśnie oddawało się tej drugiej, i to w najlepszym z możliwych miejsc, tuż przy panu, a właściwie spoczywając na jego stopach.
Grzegorz sięgnął po pilota.
— Nie, nie chcę świętować — dodał do czworonoga. — To raczej stypa.
Po namyśle rzucił pilota na kanapę. Na co można przełączyć, jeśli w telewizji i tak nic nie ma? Pewnie znalazłby jedynie serwisy informacyjne pokazujące jak czołgi ruskich wycofują się z Gruzji tak, by się broń boże z niej nie wycofać, albo z zadziwiającym sadomasochizmem informujące, ile to znów medali na olimpiadzie w Pekinie przeszło Polakom koło nosa. Równie dobrze więc mógł dalej patrzeć, jak reprezentacja kraju dostaje po dupie w meczu towarzyskim. Na szczęście tym razem już tylko towarzyskim, Euro 2008 się skończyło dwa miesiące wcześniej i jak zwykle nie pomógł żaden cud, bo przecież nie dałby rady tu Duch Święty, więc tym bardziej Beenhakker.
— Mogłem kupić, wracając z pracy — westchnął Grzegorz.
Tym razem Baryton nawet się nie poruszył.
Rozległo się ciche pukanie. Natanowski ściszył dźwięk i dopiero wtedy poszedł otworzyć. Za kwadrans dwudziesta pierwsza — nietypowa pora na odwiedziny, zwłaszcza że nikogo się nie spodziewał.
Za drzwiami stała Renata Mechowska. W lewej ręce trzymała plastikową torbę z dwiema puszkami żywca. Grzegorz mógłby ją opisać, nie otwierając oczu. Szczupła i raczej wysoka, bo tylko kilka centymetrów od niego niższa, o twarzy nie brzydkiej, ale i nie wyróżniającej się w tłumie. Orzechowe oczy przy kasztanowych włosach spiętych w koński ogon dodawały jej uroku. Nie malowała się i niemal nigdy nie wkładała krótkiej spódnicy. Mówiła cicho. Zwyczajna szara myszka, choć ogólne wrażenie było raczej na plus.
— Słyszałam od ojca, że nasi przegrywają, przyszłam więc cię pocieszyć.
— Jak ty to robisz? Chyba czytasz mi w myślach. — Grzegorz się uśmiechnął. — Przed chwilą kląłem w duchu, że nie zrobiłem jakiegoś małego zapasiku w drodze do domu.
— Ile się znamy? — Wyciągnęła rękę z torbą.
— Całe wieki — odparł, odbierając piwo.
Z salonu przyczłapał Baryton. Jak to miał w zwyczaju, powąchał ostrożnie Renatę (przeważnie był tak powolny i ospały, że wydawało się, że wszystko robi z namysłem; zmieniało się to dopiero na widok pełnej miski, wtedy pokazywał światu, że energia wciąż w nim drzemie) i wrócił na swoje miejsce przed kanapą.
— Wiem o tobie wszystko. — Renata minęła Grzegorza, szybkim ruchem mierzwiąc jego krótkie ciemne włosy, i przeszła za psem do salonu. — Znam cię lepiej, niżbyś tego chciał.
Grzegorz dotknął puszek. Dobrze schłodzone, świetnie, ostatnie, na co miałby ochotę, patrząc na przegrany mecz, to ciepłe piwo. Wyciągnął z kuchennej szafki dwie półlitrowe szklanki. Gdy wrócił do pokoju, Renata siedziała na kanapie przyduszona cielskiem Barytona, który ułożył na niej przednie łapy i mordę, z przyjemnością pozwalając się czochrać po bujnej sierści.
— Baryton, nie męcz gościa — skarcił psa.
Zwierzę uniosło pysk z kolan Mechowskiej, popatrzyło z lekkim zniecierpliwieniem na pana, po czym przyjęło poprzednią pozycję.
— Masz mnie gdzieś, prawda? — Grzegorz pokręcił głową i napełnił pierwszą szklankę. Podał ją Renacie.
— Zostaw go, nam jest dobrze. — Kobieta stanęła w obronie zwierzaka.
— Jemu na pewno, ale ty już nigdy nie będziesz mogła chodzić. Przecież jeśli to potrwa choćby minutę dłużej, zmiażdży ci kości. To bydlę waży tyle co mały czołg.
Baryton szczeknął, jakby pojął, co powiedział Grzegorz, i dawał do zrozumienia, że w najmniejszym stopniu się z tym nie zgadza.
— Milcz, imitacjo psa — obrugał go Grzegorz, z trudem tłumiąc śmiech.
— Dlaczego imitacjo? — zaciekawiła się Renata.
— Prawdziwe psy robią coś więcej, niż tylko jedzą i śpią.
— Miałeś na myśli, że załatwiają się gdzie popadnie? — Udała, że nie rozumie.
— Akurat to potrafi doskonale.
Baryton zeskoczył z Renaty i podszedł do Grzegorza. Oparł o niego łapy.
— Dobra, poddaję się. — Natanowski się roześmiał. — Wycofuję zarzuty. Jesteś wspaniałym, najwspanialszym psem pod tą szerokością geograficzną. Ba, w całym układzie słonecznym, pasuje?
Baryton pozostał na miejscu.
— Nie będę cię głaskał, nawet o tym nie marz. Tam stoi moje piwo, zamierzam napełnić nim tę oto szklankę. — Podsunął szkło pod nos czworonoga. — I skosztować, dopóki jego temperatura jest idealna do spożycia.
Pies wciąż się nie poruszył.
— Tobie nikt piwa nie kupił — ciągnął Grzegorz, wskazując wymownie Renatę. — Pretensje proszę kierować pod inny adres.
Czworonóg wbił spojrzenie w Mechowską.
— Więc podczas zakupów powinnam uwzględnić Barytona?
— Jeszcze czego! Chyba że sama położyłabyś go na posłanie, po tym jak już go spoisz... — Grzegorz podrapał psa za uchem. — No, złaź ze mnie.
Zwierzak nie posłuchał.
— Daj mu spokój. — Renata machnęła dłonią i Baryton posłusznie zeskoczył z Grzegorza, a następnie położył się na dywanie przed kanapą.
— Chwileczkę, to mój pies, ma słuchać mnie, a nie byle kogo — zaprotestował Natanowski.
— Więc jestem byle kim? — Renata przekrzywiła głowę.
W jej oczach Grzegorz dostrzegł szczere rozbawienie. Nareszcie, ostatnio coraz częściej łapał się na tym, że Renata wydawała mu się dziwnie poważna, jakby zasmucona. Kilkakrotnie chciał ją o to spytać, ale zawsze, jakby podświadomie, uprzedzała go, zadając jakieś pytanie lub kończąc rozmowę.
Natanowski wykorzystał świeżo odzyskaną wolność, by napełnić swoją szklankę. Łyknął piwa.
— Doskonałe. Gdyby jutro nie trzeba było iść do pracy, natychmiast poleciałbym kupić skrzynkę.
— To weź urlop na żądanie — poradziła przekornie Renata.
Jedyną odpowiedzią Grzegorza był bliżej niesprecyzowany ruch ręki. Uśmiechnął się, upił kolejny łyk i mrugnął do Renaty.
— No więc, co cię sprowadza?
— Już mówiłam.
Nie potrafił tego wyjaśnić, ale odniósł wrażenie, że nie są to zwykłe odwiedziny przyjaciela. Renata nie zajrzała tak po prostu, bo się nudziła. Przez ułamek sekundy czuł, że chodzi o coś więcej, a potem, równie raptownie, to przekonanie graniczące nieomal z pewnością zgasło, wypaliło się jak iskierka, która wypadła z ogniska na piach.
— Więc? — Może jednak się mylił.
Renata podciągnęła stopy na kanapę. Skuliła się, objęła rękoma kolana. Przechyliła się w stronę Grzegorza i znieruchomiała oparta o jego bok.
— Może tylko nie chciałam być sama...
— Dlaczego?
To pytanie z trudem przecisnęło się mu przez gardło. Nie pytaj, nie bądź wścibski, krzyczał jakiś głos w jego głowie, lecz natychmiast został zagłuszony przez rozsądek. Niepokój jednak pozostał, ukryty, ale i tak wyczuwalny.
— Czy wszystko musi mieć powód? — odpowiedziała pytaniem na pytanie.
— Nie musi — zgodził się.
Grzegorz wyciągnął rękę, ale nie dosięgnął szklanki odstawionej na stolik przy kanapie. Zabrakło kilka centymetrów. By ją chwycić, musiałby się wychylić. Nie mógł, a właściwie nie chciał tego robić. Renata wciąż opierała się o niego i mężczyzna podejrzewał, że wystarczy drobny ruch, by się przewróciła. Zerknął na przyjaciółkę i przez moment odniósł wrażenie, że obok niego przycupnęła mała dziewczynka, Renata, którą poznał dwadzieścia parę lat temu. Biegającą w krótkich sukienkach, z podrapanymi kolanami i włosami związanymi w dwa kucyki. Małolata, na którą czasem, z typowo dziecięcym wyrafinowaniem, złośliwie wołano „Renata-szmata” (kiedyś, stając w jej obronie, pobił się o to z jednym osiłkiem; zarobił w nos i popłakał się, a potem dostał od niej całusa w policzek, co go niezmiernie zawstydziło). Uśmiechnął się do swych myśli. Wciąż doskonale ją taką pamiętał, żywą, wesołą, bawiącą się skakanką i papierowymi lalkami. Uczestniczył w tych ostatnich zabawach. Pomiędzy książkami, ukrywając go nawet przed rodzicami, trzymał wyciętego z tektury ludzika, który był tatą (a czasami nosił imię Zbyszek i stawał się rówieśnikiem kartonowej lalki Renaty o imieniu Ola — grającej najczęściej rolę mamy). Zdawało się, że od tamtych dni minęły wieki. Ich paczka składała się z trzech dziewczyn i łącznie z nim dwóch chłopaków. To z nimi spędzał każdą wolną chwilę. Aż cud, że nie wyzywano go od lalusiów albo ciot.
A teraz, po latach, na starych śmieciach zostali tylko Renata i on. Inni rozjechali się po Polsce, zostając raczej wspomnieniami przyjaciół niż autentycznymi przyjaciółmi.
— O czym myślisz? — mruknął po chwili, przerywając przedłużającą się ciszę. Na razie zrezygnował z piwa.
— O wakacjach sprzed roku... — powiedziała cicho, po czym głośno dodała, zmieniając temat: — Mogę przełączyć?
Grzegorz zerknął na ekran. Sytuacja na boisku nie uległa zmianie i pewnie już nie ulegnie. Polacy dostawali tęgie lanie.
— Im szybciej, tym lepiej — rzucił.
Renata chwyciła pilota i przeskoczyła kilka kanałów. Na jednym mała dziewczynka tuliła się do pękatego brzucha mamy wskazującego na zaawansowaną ciążę. Grzegorz wykorzystał okazję, by sięgnąć po piwo.
— Może najwyższa pora znaleźć sobie księcia, który załatwiłby ci trójkę takich szkrabów? — Wymownie wskazał ekran.
— Po co? Przecież wszyscy mężczyźni to świnie...
Grzegorz udał obrażonego.
— Ja też?
— A co, czujesz się wyjątkowy? — Zmierzyła go wzrokiem.
— Nie.
— No właśnie.
Jednocześnie wybuchnęli śmiechem. Stuknęli się szklankami, prawie rozlewając piwo.
— Ale poważnie — zaczął Natanowski, gdy nieco opanował wesołość — nikt ci ostatnio nie wpadł w oko?
— Zmieńmy temat, proszę. — Mechowska wyłączyła odbiornik.
Zerknęła na przyjaciela, sprawdzając, czy ma coś przeciwko temu. Grzegorz pokręcił głową. Rozumieli się bez słów.
Renata ponownie spochmurniała. Grzegorz nie potrzebował wyjaśnień, by stwierdzić, że coś ją gryzie. Uczucie, że nie wszystko jest w porządku, nasiliło się. Nie wiedział jedynie co. Po chwili Mechowska się uśmiechnęła i przeświadczenie o tym, że gnębią ją bliżej niesprecyzowane problemy, niemal natychmiast znikło. Ponownie niczego nie był pewien, choć zwykle doskonale odgadywał jej myśli i nastroje.
— Co się dzieje? — Podjął próbę wyciągnięcia tego z niej, o ile „to” w ogóle istniało.
— Nic, a co ma się dziać?
— Nie wiem, jesteś...
Urwał. Raz był pewien, że coś jest nie w porządku, choć nie umiał określić co, to znów zrzucał wszystko na karb własnej wyobraźni. Może nawet zmęczenia. Od jakiegoś czasu źle sypiał. Nic mu się nie śniło, a przynajmniej niczego nie pamiętał. Pozostawało jednak faktem, że często rankiem budził się zmęczony bardziej niż był wieczorem.
— ...coś cię trapi? — dokończył, nie znajdując odpowiednich słów.
— Nie rozmawiajmy o tym — mruknęła.
Na moment usiadła prosto, po czym ułożyła się na kanapie, kładąc głowę na kolanach Grzegorza. Szklankę odstawiła na podłogę. Natanowski położył lewą dłoń na ramieniu Renaty.
— Rozmowa pomaga — zachęcił.
— Nie mnie.
Mechowska zamknęła oczy. Zwinięta w kłębek wyglądała jak zmęczone dziecko przysypiające na kolanach rodzica.
Grzegorz zastanawiał się dłuższą chwilę, co powiedzieć, a gdy w końcu stwierdził, że nie wymyśli nic mądrzejszego od zwykłego „powiedz mi o tym, proszę”, spostrzegł, że Renata zasnęła. Jej oddech stał się spokojny i miarowy.
— Renka — powiedział cicho.
Nie nazywał jej tak od lat, ale teraz to nagle wydawało się najodpowiedniejsze.
Mruknęła coś niewyraźnie, lecz nie otworzyła oczu. Pogładził jej dłoń; na serdecznym palcu nosiła mały srebrny pierścionek z zielonym oczkiem. Kupił go Renacie na osiemnaste urodziny, od tamtej pory właściwie się z nim nie rozstawała. Kiedyś o to spytał i usłyszał, że to znak ich przyjaźni. Potwierdzenie, że choć świat pędzi do przodu, w tej kwestii na dobre zakotwiczył w porcie. Spodobały mu się te słowa.
Powinien ją obudzić. Jutro szli do pracy (do GOLD Banku, do jednego biura, a nawet do tego samego pokoiku). Czułaby się lepiej, gdyby wyspała się porządnie w łóżku, a nie spędziła noc zwinięta w kłębek na wąskiej kanapie. Poza tym, co powiedzieliby jej rodzice? Uwierzyliby, że po prostu zasnęła? Pomyślał o Tadeuszu i Marii. Pewnie by mu uwierzyli, no i przecież tak naprawdę nie musiał się tłumaczyć. I on, i Renata byli dorośli, od dawna pełnoletni. Ale tak długo znał Mechowskich, że nie chciał stwarzać sytuacji, w której jakaś niemądra myśl mogłaby im choć przemknąć przez głowę.
Napił się piwa. Wciąż smakowało dobrze, choć już nie tak wspaniale jak pierwszy łyk. Wiedział, że gdyby nawet osuszył całą skrzynkę, żaden kolejny nie będzie już tak wyśmienity. Pierwszy raz — pierwszy łyk, pierwszy pocałunek, pierwsza noc z dziewczyną — jest zawsze najlepszy, niezależnie od tego, czy zdarza się tylko raz w życiu, czy też można go powtarzać co dzień.
Grzegorz poprawił kosmyk włosów Renaty, który opadł jej na czoło, a potem ostrożnie wysunął się spod niej. Popatrzył na śpiącą przyjaciółkę — nawet nie drgnęła — i poszedł po koc. W domu nie było zimno, ale do rana by zmarzła.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-11-18 (1400 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej