Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Agent FK. Świątynia czarownic
 
Katalog - dodano
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 Ale z naszymi umarłymi
- Jacek Dehnel
 Jednookie walety
- antologia
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Zadra, część 1 - Krzysztof Piskorski

Fragment 2


W piątek Maurice obudził się bardzo wcześnie rano i nie mógł już zasnąć. W szlafroku chodził po zimnym, zamglonym ogrodzie, dopóki nie wstała służba, a Loretta przygotowała mu śniadanie. Zjadłszy, próbował zabrać się do redagowania artykułu, ale praca nie potrafiła go wciągnąć. Przeszedł więc do kartkowania naukowych pism, próbując znaleźć jakąkolwiek wzmiankę o Beulayu. Choć pracował do południa, przekopując się przez zakurzone bruliony i żurnale, odkrył tylko dwie. Pierwszą było sprawozdanie z pogrzebu Morthiene’a, gdzie profesor Beulay szedł zaraz za trumną, w grupie najbliższych współpracowników wynalazcy. Druga, znacznie ciekawsza, pochodziła z Biuletynu Miesięcznego Akademii Paryskiej datowanego na wrzesień 1816. Dalmont znalazł tam sprawozdanie z dyskusji, jaka odbyła się na konwencji naukowej w Wersalu. Była to ta sama, pamiętna okazja, przy której Laplace oraz Thieres wyłożyli teorie, które ukształtowały mechanikę etherową. W jednym akapicie wspomniany był Antoine Beulay, który gorąco sprzeciwiał się dowodom Laplace’a na nieoznaczoność sił etherowych. Twierdził, że dynamikę ruchów etheru da się opisać wzorem, który nie powstał jeszcze tylko ze względu na niezwykłą komplikację zagadnienia, które należało rozpatrywać przez pryzmat wielowymiarowej, nieeuklidesowej geometrii. Beulaya wyśmiano, a Laplace nazwał jego wzór, pełen znaków zapytania i wymagający od widza wiele dobrej woli, bzdurą roku. Potem nazwisko profesora nie pojawiło się już ani razu.
Maurice zamyślił się. Czyżby uczony szedł dalej drogą, którą próbował przedstawić na konferencji? Ta możliwość była podniecająca, ale i niepokoiła Maurice’a. Podczas długich miesięcy osamotnienia badacze często doznawali wrażenia, że widzą jakiś cudowny ład w pomiarach, które były ledwie bezsensownym zbiorem liczb. Dalmont wiedział to aż za dobrze. Sam nieraz doświadczył tych fałszywych olśnień i pozornych przełomów. Czy zatem Beulay był starym, zgorzkniałym naukowcem, który tak bardzo chce dokonać czegoś ważnego, że ulega omamom? Jeśli tak, mieszanie się do jego badań mogło tylko pogorszyć i tak złą sytuację Maurice’a.
Wyszedłszy z gabinetu, Dalmont zdał sobie sprawę, że minęło już południe. Co gorsza, był cały zakurzony, rozczochrany i nieprzygotowany do ważnej wizyty. Wezwał Nicolasa, kazał się ogolić i uczesać. Podczas tych zabiegów wiercił się tak, że Nicolas ze wściekłości niemal rzucił grzebieniem o ścianę. Potem Maurice wahał się, czy włożyć swój wiśniowy, jedwabny surdut, czy też szary, tweedowy. Wybrał pierwszy, bo wydawał mu się bardziej odpowiedni do rangi sytuacji. Tymczasem Battiste zaprzągł powóz i po chwili już Dalmont siedział w środku, podskakując w rytm kół toczących się po krzywo brukowanej ulicy.
Gdy za oknem mignął Pont Royal i szeroki nurt Sekwany, a potem ogromne ogrody pałacu Tuileries, Dalmont zaczął czuć niepokój. Przez to, że zakopał się w naukowych publikacjach i cały ranek myślał wyłącznie o tajemnicy milczenia Beulaya, nie przygotował się na rzecz, która była dla niego najtrudniejsza. Nie przećwiczył w myślach każdego słowa powitania, nie zastanowił się, jak poprowadzić rozmowę, jak zaprezentować sie staremu profesorowi.
Pokazać się od ekscentrycznej strony czy zachować jak człowiek opanowany, spokojny i wyważony? Ruszać się żywo i energicznie? Czy przeciwnie – z ospałą nonszalancją?
Właśnie takie dylematy były w stanie wzbudzić w Dalmoncie panikę. Od małego rzadko przebywał wśród ludzi, więc nie mógł się nadziwić, jak to jest, że niektórzy umieją dobrze się zachować w każdej sytuacji. Dla niego świat uśmiechów, półuśmiechów, sugestii, anegdot, ironii, konwenansów, obyczajów, wyuczonej nonszalancji był niepojęty jak najdalsze przestrzenie kosmosu. Gdy znajdował się w towarzystwie, nie wiedział nigdy, co ze sobą zrobić, toteż chował się najczęściej w jakimś ciemnym kącie. Gdy siostra lub Nicolas próbowali mu pomóc naiwnymi poradami, w stylu „bądź po prostu sobą” lub „zachowuj się naturalnie”, miał szczerą ochotę ich udusić.
Nie potrafili zrozumieć, że Maurice’owi nic nie przychodziło naturalnie.
Każdy gest, każde słowo czy grymas musiał wywoływać siłą, wcześniej namyśliwszy się trzy razy, czy będzie on na miejscu. Nie wiedział, co znaczy „być sobą”. Gdyby naprawdę „był sobą” na balu albo towarzyskim spotkaniu, to po prostu siedziałby bez słowa jak kołek, myśląc o jakimś ciekawym i frapującym temacie, lub wręcz zacząłby czytać jedną z kieszonkowych książek, które starał się zawsze ze sobą nosić.
Ponieważ musiał stwarzać pozory towarzyskiego życia, pozostawała mu jedynie gra – aktorskie maski na każdą okazję, które podpatrywał u innych ludzi i starał się z mniejszym lub większym sukcesem naśladować. A że każda wymagała skupienia, to po dowolnym salonowym spotkaniu był bardziej wyczerpany niż po całej nocy w laboratorium.
Teraz, jadąc do willi Beulaya, gorączkowo próbował obmyślić maskę na dziś. Było to zadanie przerażające, biorąc pod uwagę, jak mało wiedział o starym profesorze.
Kiedy więc Battiste zatrzymał konie przed dużą, miejską rezydencją o pastelowozielonych ścianach z białymi pilastrami oraz wysokimi oknami, Dalmont był już całkiem spocony ze strachu. Wyszedł na zewnątrz chwiejnym krokiem, odgarnął z twarzy wilgotne kosmyki włosów. Mokre dłonie wytarł w poły fraka, zostawiając na błyszczącym materiale wyraźny ślad.
– Wszystko w porządku, paniczu? – spytał Battiste. – Za gorąco w powozie?
– Tak... To znaczy nie – mruknął Dalmont, nie tłumacząc, na które pytanie odpowiada.
– Czekać na panicza?
– Nie. Pojedź do miasta załatwić sprawunki dla Loretty. Wróć po mnie za dwie godziny.
To powiedziawszy, Dalmont ruszył w stronę drzwi. Stojąc przed nimi, poprawił surdut, odetchnął głęboko i sięgnął po kołatkę. Ta jednak uciekła mu nagle spod palców, a skrzydło otwarło się, ukazując półmrok przedpokoju i okrągłą, okoloną grzywą siwych włosów twarz profesora Antoine’a Beulaya.
– Pan Dalmont, czy tak? Czekałem na pana. Bardzo mi miło. Naprawdę bardzo miło!
Chwycił rękę Dalmonta swoją szeroką, pożółkłą dłonią i potrząsnął mocno. Maurice stał oniemiały i nie wiedział, co ma odrzec. Jeszcze przed chwilą był skupiony i wyciszony, gotowy do rozmowy, na końcu języka miał już przygotowaną formułkę powitania. Ale nagłe pojawienie się starego profesora zupełnie wytrąciło go z równowagi.
Gospodarz na szczęście ignorował zmieszanie Dalmonta oraz brak powitania z jego strony. Zabrał się do zdejmowania mu płaszcza, nie przestając ani na chwilę mówić.
– Bałem się już, że pan nie przyjdzie. Proszę nie myśleć, że nie wiem, co o mnie wygadują w Akademii. Stary wariat! Dobre sobie. Każdy z nas, panie Dalmont, jest w pewien sposób wariatem. Tylko wariatów ciągnie do nieznanego, podczas gdy rozsądniej byłoby zadowolić się tym, co sprawdzone i pewne. Nieprawdaż?
Maurice skinął głową.
– O! Widzę, że doskonale się zrozumiemy. To dobrze wróży na przyszłość. Proszę dalej, mój drogi. Proszę dalej. Usiądziemy sobie w laboratorium i spokojnie porozmawiamy.
Profesor ruszył w głąb domu, a Maurice zamknął wejściowe drzwi, o których gospodarz całkiem zapomniał, a następnie poszedł za nim. Gdy tylko przeszli zagraconym korytarzem do przestronnego salonu, Dalmont zdał sobie sprawę, że właściwie cały dom Beulaya był wielkim laboratorium. Każde możliwe miejsce zajmowały wyładowane książkami regały, tablice, do których przypięto kartki zapisane pieczołowitym, ręcznym pismem, uginające się pod papierami stoły. Niektóre przedmioty, jak na przykład ramy, w których rozpięto różnego rodzaju tkaniny i materiały, dziwiły Dalmonta. Nie rozumiał, co takie rzeczy robiły u badacza etheru.
W kącie salonu stał duży, roboczy blat, pełen mechanicznych części i malutkich narzędzi, zupełnie jak warsztat pracy zegarmistrza. Przy nim krzątał się właśnie służący, który rozkładał porcelanowy serwis, stawiając dzbanuszki i miseczki z ciastkami pomiędzy stertami kół zębatych i sprężyn.
– Pan wybaczy, że nie kazałem nakryć obrusem, ale jestem tu w trakcie pracy i boję się cokolwiek ruszać. Rozumie pan, potem cały dzień musiałbym spędzić na układaniu tego z powrotem – rzekł Beulay. – Proszę siadać! Napije się pan herbaty czy kawy? Mam doskonałą martynikę, którą przysyła mi przyjaciel z Kadyksu. Najlepsze ziarna, dla których zginęło pewnie wielu ludzi. Przemycają ją przez blokadę, wie pan? Naszą własną, francuską kawę, z naszych własnych kolonii! Do czego to doszło...
Dalmont nie zajął jednak fotela, który wskazał mu Beulay. Zobaczył bowiem na środku salonu coś, co przykuło jego uwagę: wielki, żelazny mechanizm.
Cewka Morthienowska. Bardzo stara i nieporadna.
Od czasu pierwszych prototypów w 1813 roku, tego typu mechanizmy szybko ewoluowały. Wielkie, ciężkie do rozpędzenia i awaryjne modele, jak ten, bardzo szybko ustąpiły miejsca lepszym konstrukcjom, robionym już nie przez samych badaczy, lecz przez doświadczonych mechaników. Co roku wprowadzano więc nowe udoskonalenia, a stare typy cewek przetapiano w hutniczych piecach, aby nie wpadły w ręce szpiegów obcych mocarstw. Dlatego właśnie przedmiot, który stał na środku pokoju, zdawał się Maurice’owi reliktem jakiejś dawnej epoki. Choć maszyna miała zaledwie pięć lat, mogłaby uchodzić za eksponat w muzeum nauki.
Ta wielka cewka, złożona z ośmiu pierścieni, osadzonych na skomplikowanym układzie osi, a poruszana korbowym mechanizmem, była zapewne jednym z pierwszych projektów. Brakowało w niej klatki bezpieczeństwa, poziomic, stabilizatora, precyzyjnej regulacji odległości między łukami.
Cewka musiała być niezwykle niebezpieczna. Z pewnością mocno przeciekała, nie było też żadnej metody powstrzymania groźnych fluktuacji etheru, z wyjątkiem zatrzymania mechanizmu prymitywnym hamulcem. Zresztą przykryte świeżymi deseczkami dziury w podłodze oraz złuszczona od gorąca farba na suficie mówiły wszystko wprawnemu obserwatorowi.
– Po co pan to trzyma, profesorze? – zagadnął Maurice. – Jeśli pan chce, mam w swoim laboratorium trzy małe cewki od Giuliamot, chętnie jedną odstąpię. Tak będzie o wiele bezpieczniej!
Beulay zaśmiał się.
– Nie myśl, młody człowieku, że nie stać mnie już nawet na dobrą cewkę. Zresztą za to cudo musiałem zapłacić więcej, niż Giuliamot bierze za najlepsze modele. Cudem tylko sprzątnąłem ją z przed nosa różnym szurniętym kolekcjonerom.
– To jeden z wczesnych modeli? O to chodzi?
– Blisko. To pierwszy model, panie Dalmont. Zbudowany zimą tysiąc osiemset dwunastego roku.
Maurice sapnął.
Tętno w jednej chwili przyspieszyło mu jak szalone.
– Czyli zrobił ją... Morthiene!
Oniemiały Dalmont zbliżył się do cewki i położył dłoń na zimnym pierścieniu. Poczuł osobliwy dreszcz, zupełnie jakby dotykał pradawnej relikwii. Nie mógł uwierzyć, że ma przed sobą przedmiot, który zapoczątkował całą współczesną naukę! Pierwszą cewkę, za pomocą której sprowadzono do tego świata pierwszą kulę etheru.
– Cewka Morthiene’a... – szepnął.
– Tak właśnie! Zrobiona przez niego własnoręcznie oraz, proszę wybaczyć wulgarne słowa, kompletnie i gruntownie spieprzona. Magnetyczne pole, które generuje, jest do tego stopnia niejednorodne, że z trudem utrzymuje ether w miejscu. Po pół godzinie działania mechanizm jest tak gorący, że trudno się do niego zbliżyć.
Maurice zmarszczył się. Przestawał już cokolwiek rozumieć. Nie posądzał Beulaya o sentymenty. Dlaczego więc miałby płacić za tak nieudany model? Chyba że...
– Anomalie! Bada pan etherowe anomalie.
– Dobrze! Wyśmienicie! – Beulay zaśmiał się i poprawił okulary, które zsunęły mu się przy tym z pękatego nosa. – Widzę, że jest pan tak bystry, jak oczekiwałem. Nowe, bezpieczne cewki zbyt tłumią ether, ściskają go w klatce równiutkich, magnetycznych pól. Ja zaś muszę zobaczyć, jak reaguje on w sytuacji, gdy jest możliwie najmniej uwiązany wszelkim siłami. To oczywiście niebezpieczne. Mój asystent rzucił pracę, kiedy kropla etheru wypaliła mu dziurę w ręce. Powinieneś to zobaczyć, młody człowieku. Dało się przez nią przełożyć napoleondora!
Dalmont spojrzał na Beulaya niepewnie. Ten znowu się roześmiał.
– Niech pan tylko nie myśli, że chcę zastąpić tego niecnotę panem! Co to, to nie! Asystentów mógłbym mieć na pęczki, gdybym tylko chciał. Potrzeba mi za to wspólnika. Więc jak, usiądziemy i porozmawiamy?
Dalmont skinął głową, zarumieniony z przejęcia.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-11-18 (1374 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej