Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Królowa musi umrzeć
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Rytuał - Mariusz Kaszyński

Rozdział II


PIĄTEK, 22 sierpnia

1

Ołowiane niebo wisiało nisko nad głowami, wywołując wrażenie, że lada moment przytrze o spryskaną deszczem ziemię. Nie zanosiło się, że w najbliższym czasie przestanie padać. Przy silnym wietrze parasol dawał marną ochronę przed siekącymi kroplami; Grzegorz wyszedł z domu zaledwie dziesięć minut temu, a już był przemoczony do suchej nitki. Cholera, miną co najmniej dwie godziny, nim wyschnie — nie ma nic przyjemnego w siedzeniu w pracy w mokrej koszuli i spodniach. Pocieszał się tym, że chociaż buty nie przemiękły.
Autobus oczywiście nie nadjeżdżał, jakżeby inaczej? Złośliwość losu czy złośliwość ludzka? Kierowca nie musiał się spieszyć, siedział w przytulnej kabinie, to oni tkwili wystawieni na strugi deszczu na niezadaszonym przystanku.
Grzegorz potrząsnął parasolem; dziesiątki kropel rozbiły się o chodnik. Cóż, najwyższa pora kupić nowy samochód. Stary się rozkraczył, a solidny remont, jakiego potrzebował, by stanąć na nogi, a raczej na koła, przekroczyłby jego wartość.
Natanowski skrzywił się nieznacznie — chwilowo nie było go stać na cokolwiek lepszego niż kolejny gruchot. Chyba że wziąłby wóz na raty... Pewnie tak zrobi, jeszcze kilka podobnych sierpniowych lub wrześniowych słotnych poranków i miarka się przebierze — komunikacja miejska jest dobra na pogodne dni, a przecież wielkimi krokami zbliżała się jesień. Zanim się obejrzy, co drugi dzień będzie lało. Niezła perspektywa.
Zerknął na czekających wraz z nim ludzi. Codzienność dnia roboczego: zbite w ciasną grupkę kobiety po pięćdziesiątce, dzisiaj wyjątkowo małomówne, kilku mężczyzn, zero dzieciarni, jeszcze nie zaczął się rok szkolny — za dwa tygodnie będzie ich tu całkiem sporo. Sami nieszczęśnicy, tacy jak on.
Renata się nie pojawiała. Pewnie pojechała wcześniejszym autobusem. Grzegorz mógłby się założyć, że tamten się nie spóźnił i pewnie jeszcze nie był zatłoczony.
Jego z pewnością będzie. Tłuste baby będą się rozpychać, gniotąc innych w uścisku swych cielsk, a podchmieleni od rana faceci wypełnią resztkę wolnej przestrzeni przepalonymi kwaśnymi oddechami.
Uśmiechnął się. Koniec tego fatalizmu! Nie będzie aż tak źle. Przecież nawet gdyby ikarus przyjechał pusty, Grzegorz też nie zdecydowałby się usiąść. Przemoczone spodnie do tego nie zachęcały, teraz stał, a i tak nieprzyjemnie lepiły się do ciała.
Byleby tylko autobus przyjechał jak najszybciej. Jeszcze trochę, a nie pozostanie nic innego, jak wrócić do domu i zabrać ciuchy na zmianę (nie było sensu się przebierać, i tak do pracy dojechałby mokry). Oczywiście pech znów da o sobie znać. Gdy odejdzie z przystanku, tak długo oczekiwany autobus zjawi się natychmiast, za to kolejny nie przyjedzie w ogóle albo rozkraczy się gdzieś po drodze. W najlepszym przypadku każe znów na siebie czekać i Grzegorz spóźni się do pracy.
Jeszcze tydzień temu niespecjalnie by się tym przejmował — wypadki chodzą po ludziach, nieprawdaż? — ale od wczoraj pieczę nad ich zespołem sprawowała nowa kierowniczka. Kto wie, co skrywała za przyjacielskim uśmiechem? Może nabuzowana świeżo objętym stanowiskiem zrobiłaby aferę z marnych kilkudziesięciu minut spóźnienia? Ba, prawie na pewno nie przymknęłaby oczu na taki drobiazg. Młoda, ambitna i już menedżer dwunastoosobowej grupy w centrali GOLD Banku — dobrze znany wszystkim typ. Taka dostrzeże problem w każdej dupereli. Zwykła zimna suka, ostatnio się ich namnożyło.
— Gdybyś miał jaja i więcej ambicji, też byłbyś już kierownikiem i nie mókłbyś na deszczu — mruknął.
Zerknął, czy nikt nie zwrócił uwagi, że gada do siebie. Tego jeszcze brakowało, żeby przypięto mu łatkę wariata. Choć Płudy to administracyjnie część Warszawy, jedynym świadectwem tej przynależności były zajeżdżające tu autobusy miejskie. Okolica — skupisko domków jednorodzinnych — stanowiła typowe przedmieście. Wszyscy się tu znali — w każdym razie z widzenia — i ploteczki rozchodziły się szybko. Etykietka szurniętego mogła łatwo przylgnąć, trudniej byłoby się jej pozbyć.
Zatrząsł się z zimna. Poranek był chłodny, a dzisiaj nie włożył marynarki, zbyt optymistycznie uwierzył, że nie będzie mu potrzebna. W końcu lato trwało w najlepsze. Przynajmniej w kalendarzu.
Chyba po raz setny zerknął na szosę. Autobus jeszcze się nie pojawił. Czekało go przynajmniej kolejne pięć minut czekania, droga biegła prosto jak strzelił i każdy pojazd było widać z daleka.
Zimno, mokro i brak jakichkolwiek perspektyw na najbliższą godzinę. Dobrze, że chociaż humor mu jeszcze dopisywał.
Dziś będę pracować na stojąco — zaśmiał się w duchu — albo ściągnę portki. Usiądę za biurkiem w samych gatkach. Może wpadnie dyrektor...
Rozbawienie przerwała czerwona mazda RX-8. Sportowy wóz ostro przyhamował, po czym zjechał na zatoczkę przystanku, ochlapując Grzegorza wodą z kałuży, która rozlała się przy krawężniku. Zatrzymał się tuż przy mężczyźnie.
— Ekstra, dzięki — prychnął Natanowski, spoglądając na auto. Czemu tu stanęło?
Nic się nie działo, nikt nie wysiadł, nikt nie wsiadł, a mokre szyby uniemożliwiały zerknięcie do środka. Grzegorz podszedł do samochodu i szarpnął za klamkę. Nawet jeśli kierowca go zwymyśla, i tak to nie zepsuje już dzisiejszego poranka, a jeśli nie zwymyśla, to może on będzie miał okazję rzucić wiązankę w podzięce za upaprane błotem spodnie.
Otworzył drzwi. Pierwsze, co zobaczył, to długie nogi w jasnych rajstopach. Dopiero potem spojrzał na twarz.
— Powinna pani... — Umilkł zaskoczony.
No cóż, wiązanka nie była najlepszym pomysłem. Za kierownicą siedziała Wioletta Brodecka, ich nowa menedżer.
— Wsiadasz, czy dalej będziesz tak stał? — rzuciła.
— Jasne — bąknął.
— Co jasne? — Wioletta uniosła nieznacznie brwi. Wydawała się rozbawiona.
— Jasne, że wsiadam — poprawił się.
Podejrzewał, że właśnie popełnił jedno z tych głupstw, które potem mszczą się na człowieku. Kobieta-szef podwożąca go do pracy. Jak się chłopaki dowiedzą, nie dadzą mu spokoju przez miesiąc. Gdyby nie pogoda i gdyby nie nowiutka sportowa mazda, pewnie by odmówił, ale tak...
A może nie bez znaczenia był widok długich, cholernie zgrabnych nóg?
Usadowił się w środku, przeklinając w duchu klejące się do ciała spodnie. Z koszulą było lepiej, zmoczył jedynie część pleców i rękawy, to przeszkadzało nieco mniej.
— Co za spotkanie — stwierdziła Wioletta, wrzucając bieg.
Znalazła lukę w sznurze aut, który niespodziewanie rozciągnął się na szosie, i włączyła się do ruchu.
— Faktycznie.
Zastanawiał się, jakim kierowcą okaże się ich nowa menedżer. Paniusia w sportowym autku. Miał nadzieję, że ich nie zabije.
— Kupiłam dom w okolicy, dwieście metrów dalej... — Machnęła ręką gdzieś w tył.
Grzegorz musiał przyznać, że pomylił się przynajmniej w jednej kwestii. Prowadziła dobrze. O ile, rzecz jasna, nie myliło go pierwsze wrażenie.
— To jest nas troje — zauważył.
— Troje?
— Renata Mechowska też mieszka w pobliżu.
Starał się otwarcie nie gapić na jej nogi, ale nie mógł powstrzymać się przed zerkaniem. Brodecka była naprawdę niezła — wystrzałowa laska. Świetna figura i ładna twarz. Błękitne oczy, pełne usta i jasne włosy opadające na ramiona. Zaczął się zastanawiać, jakie skarby kryje jej beżowa bluzeczka, wyraźnie zresztą opięta. Gdyby tylko Wioletta nie była jego przełożoną. Romans w pracy — okej, ale nie z kimś, przed kim bezpośrednio odpowiadasz. To dobre dla wazeliniarzy, on nie będzie całował nikogo w tyłek, byleby tylko wspiąć się na kolejny szczebel kariery. Choć — spojrzał na menedżer — taki tyłek aż chciało się całować.
— Całkiem niezłe zagęszczenie jak na dwunastoosobowy zespół.
— Pani jest trzynasta. — Z trudem wrócił do wątku rozmowy.
Przez krótką chwilę obawiał się, że go sobie nie przypomni.
— Mam zatem nadzieję, że nie przyniosę wam pecha. I skończ z tą panią, będziemy razem pracować.
— Tak, ty na górze, ja na dole.
Zaczerwienił się, gdy dotarła do niego dwuznaczność tych słów. Brodecka wcale nie musiała się domyślić, że chodziło mu o piętro. W każdym razie nie wydawała się urażona. Była albo na tyle głupia, że nie wychwyciła bezwiednej aluzji, albo obdarzona poczuciem humoru.
Jeśli chodziło o jego odczucia, nie wydała się tępa.
— Ktoś musi przewodzić — powiedziała. — Zresztą nie będę na górze, jak moja poprzedniczka. Rozmawiałam z dyrektorem, zgodził się, żebym zajęła pokoik piętro niżej, obok waszej sali. Tak chyba powinno być... — Popatrzyła uważnie na Grzegorza. — Przeszkadza ci, że jestem młodsza albo że jestem kobietą?
Zawahał się. Też wymyśliła. Zestaw pytań od szefa, na które można szczerze odpowiedzieć. „Tak, jasne, nie będę mógł skupić się na pracy, myśląc jedynie o tym, by cię zerżnąć” albo „Tak, bo nie lubię młodych, głupich cip, którym odwala sodówa”.
Prawdę mówiąc, prawdziwa odpowiedź brzmiała: „Jeszcze nie wyrobiłem sobie zdania. Skąd, do cholery, mam wiedzieć, jaka się okażesz”. Ale to też wolałby zachować dla siebie. Najlepszy był wymijający żart.
— Jeszcze nigdy nie przeszkadzała mi młoda ładna kobieta.
Wioletta parsknęła śmiechem.
— Ale ci zadałam pytanie.
Grzegorz skinął głową. Co mógł powiedzieć?
— Nie jestem krwiożercza, tak myślę. — Sprawnie wyprzedziła sunące niespiesznie niebieskie punto, co upewniło Natanowskiego, że się nie mylił, prowadziła naprawdę dobrze. — Sądzę, że wszystkim wam będzie się dobrze ze mną pracowało.
— Liczymy na to.
— Ostatnie, na czym mi zależy, to nieporozumienia. Zespół wtedy źle funkcjonuje. Do pracy powinno się chcieć przychodzić.
— To nie zawsze możliwe — zauważył.
— Owszem — przyznała. — Wiele zależy od postawy obu stron.
Grzegorz ostrożnie stwierdził, że może pomylił się również w drugiej kwestii. To nie była zimna suka, choć ten osąd należało jeszcze zweryfikować w praktyce. Tak naprawdę będzie to wiedział po kilku tygodniach, może miesiącach współpracy.
— Jaka była poprzednia kierowniczka?
— Stara i brzydka — wypalił. — Nie miała...
Umilkł. Czego nie miała? Takich ekstra nóg? Jędrnych baniaków? A może sportowego wozu? To chciałeś powiedzieć? Skup się, stary, na rozmowie, nie na jej ciele, zganił się w myślach. Gdyby ona tak patrzyła na ciebie, jak ty na nią, już dawno wylądowalibyście w rowie.
— Nie miała poczucia humoru — wybrnął po krótkim namyśle. — Ale nie była najgorsza. Nie czepiała się drobnostek.
— Na przykład?
Grzegorz zaśmiał się cicho.
— Na przykład dziś zastanawiałem się, czy nie wrócić do domu po suche ciuchy. Tyle że nie zdążyłbym do pracy na ósmą. Halina nie robiłaby z tego problemu, w każdym razie o ile nie zacząłbym spóźniać się codziennie.
— A jak myślisz? Jak ja bym zareagowała?
Wzruszył ramionami.
— Pewnie nie byłoby tak źle. — Klepnęła go w kolano.
Szybko cofnęła rękę, ale dla Grzegorza jej dłoń mogłaby tam pozostać. W dotyku Wioletty było coś elektryzującego. Zawstydzony poczuł, że ma erekcję. Zapragnął dotknąć jej skóry, posmakować ust, ale nawet nie drgnął. Tego jeszcze brakowało, żeby dostał po gębie od własnej menedżer.
— Masz fajny wózek — rzucił, zmieniając temat.
— Ja myślę, wydałam na niego blisko jedną czwartą oszczędności.
— Jedną czwartą? To nie jest tak źle, jeszcze na co nieco cię stać...
Brodecka wysłała mu promienny uśmiech.
— Jest gorzej, niż myślisz, za resztę spadku kupiłam dom.
— Spadku? — zainteresował się Grzegorz. — Czyżby właśnie tobie spełniła się bajka o zapomnianym, bajecznie bogatym i bezdzietnym wujku zza oceanu?
— To po ojcu.
Grzegorz skrzywił się mimowolnie. Kolejna gafa. Chyba lepiej by było, gdyby całą drogę milczał.
— Przykro mi — mruknął.
Wioletta nie wyglądała na przejętą.
— A mnie nie — powiedziała — nie znałam go. Mam jego fotografię sprzed ponad trzydziestu lat. To cały nasz kontakt. Nawet nie słyszałam jego głosu. Jeśli już mowa o bajkach, to raczej jest to ta o dawcy spermy, który znika w sinej dali, uciekając przed odpowiedzialnością. W opowieściach matki był z niego super gość, ale ja sądzę, że trafiła na skończonego łajdaka.
— Dlaczego tak uważasz?
— Mam swoje powody.
Faktycznie, nie powinien pytać. Jej sprawa. Co go naszło, by włazić z butami w czyjeś życie?
Wioletta umilkła na dłuższą chwilę. Prowadziła wpatrzona w drogę przed autem. Wydawało się, że zapomniała o obecności pasażera.
— Masz dzieci? — spytała nagle.
— Ja...? — Grzegorz drgnął zaskoczony. Myślami błądził już gdzie indziej. Właśnie wyobrażał sobie mały, przytulny, zaciemniony pokoik z nastrojową muzyką i ogromnym łożem. A w środku on i Brodecka. Oboje bez tych wszystkich krępujących ciuchów. — Nie, nawet nie mam dziewczyny. — Uznał, że nie zaszkodzi przemycić tę informację.
— A gdybyś miał córkę, chciałbyś ją spotkać?
— Pewnie.
— A on nie. — Gdy mówiła o ojcu, w jej głosie brzmiała mieszanina żalu i gniewu. — Matka, dopóki żyła, wysyłała mu co rok moje zdjęcia. Bóg jeden wie po co. Pewnie od razu wyrzucał je do kosza. Jeśli w ogóle do niego trafiały. Ukrył się tak dobrze, że nawet nie wiedziałyśmy, gdzie mieszka, więc fotografie wysyłała na adres firmy, która do niego należała. Pół roku temu umarł, nie zdążyłam się z nim spotkać, zadać tych wszystkich pytań, które w sobie noszę. Inna sprawa, że wcale do tego nie dążyłam. Chyba się zbyt bałam odpowiedzi...
— Pamiętał jednak o tobie...
— Myślisz o spadku? — Wioletta pogardliwie wydęła wargi. — Miałam go nie przyjmować, ale trudno odmówić, gdy w grę wchodzi góra pieniędzy. Zresztą i tak dostałam tylko ułamek jego majątku, resztę zapisał jakiejś fundacji, o której nigdy wcześniej nie słyszałam.
Grzegorz wsłuchał się w ton jej głosu. W ostatnim stwierdzeniu nie pobrzmiewał żal, to było raczej suche stwierdzenie faktu. Nowa szefowa nie była pazerna. Jak dotąd poznawał jej dobre strony, ale przecież musiały istnieć i gorsze, każdy je ma.
— Dojeżdżamy — zauważyła.
Skinął głową. Dotarli na plac Grzybowski, po lewej ukazał się budynek GOLD Banku. Nareszcie. Niechcący trafił w czuły punkt Wioletty i dobry nastrój diabli wzięli. Ale wbrew sobie musiał przyznać, że zaczęło się bardzo obiecująco.
Brodecka zajechała pod bank i skręciła do podziemnego garażu. Jako menedżer miała zapewnione miejsce parkingowe. Nie musiała krążyć po pobliskich uliczkach w poszukiwaniu skrawka przestrzeni, na którym można zmieścić auto.
Zatrzymała się i Grzegorz otworzył drzwi.
— Dzisiaj cały zespół idzie po pracy na piwo — powiedział po krótkim wahaniu. — Może chciałabyś się przyłączyć? W końcu jesteś już jedną z nas.
Pokręciła głową. Po raz kolejny pomyślał, że jest piękna.
— Chyba na to za wcześnie, nie chcę przeszkadzać.
Grzegorz wysiadł. Spodnie wciąż nieprzyjemnie lepiły się do ciała, ale już nie tak, jak wtedy gdy wsiadał do samochodu. Jednak żeby zupełnie wyschły, musiał poczekać jeszcze przynajmniej godzinę.
— Czemu miałabyś przeszkadzać? To doskonała okazja, żeby poznać wszystkich od strony prywatnej. Nie można żyć wyłącznie pracą. Następne spotkanie dopiero za dwa tygodnie.
— Robicie plany na przyszłość?
— To nasz święty rytuał. Taka nowa świecka tradycja. Nie powstrzyma nas nawet gradobicie i koklusz. Więc jak, Wasza Ekscelencjo?
Wioletta uśmiechnęła się szeroko, po czym energicznie kiwnęła głową.
— Zgoda.

2

— Czemu się tak gapisz?
Grzegorz ocknął się z zamyślenia.
— Że co? — Spojrzał na Bogdana Chęcińskiego.
Był to średniego wzrostu mężczyzna tuż po czterdziestce. Szatyn o okrągłej twarzy i minie pewnego siebie zawadiaki. W oddziale uchodził za nałogowego bawidamka i uwodziciela. Nie bez powodu zresztą. Nawet jeśli tylko połowa przechwałek, którymi raczył każdego, kto zechciał go wysłuchać, miałaby okazać się prawdziwa, i tak lista jego podbojów była imponująca.
— Na naszą nową księżną. Co tak wybałuszasz gały? Spodobała ci się?
— Gadasz głupoty — żachnął się Grzegorz.
— Ślepy nie jestem.
Ich biurka stały naprzeciwko, tak że siedzieli zwróceni twarzami do siebie. Za plecami Bogdana ciągnęła się szklana ściana, zza której wyłaniały się kolejne pomieszczenia, w tym nowo urządzony pokoik Wioletty. Ze swego miejsca Grzegorz widział ją doskonale.
— Niezła sztuka, co nie? — Bogdan nie dawał za wygraną. — Żeby jej tak rozłożyć nogi...
— Ty byś przeleciał wszystko, co się rusza.
— Nie wszystko, ciebie nie, i Leppera, i Łyżwińskiego też bym sobie darował.
— Dzięki za doborowe zestawienie. — Grzegorz machnął ręką.
Bogdan wyszczerzył zęby.
— To jak, jesteście umówieni?
— Kto?
— No, ty i nowa. — Chęciński wykonał nieokreślony gest za siebie. — Ponoć weszliście razem...
— I o czym to według ciebie świadczy?
Twarz Bogdana wykrzywiła się w geście samozadowolenia.
— Nie udawaj, już ja swoje wiem, cicha woda. — Zaczął gwizdać melodię piosenki. Przerwał. — Biedna Renata, zapłacze się na śmierć.
— Znowu zaczynasz? Jesteśmy przyjaciółmi, znamy się od zawsze.
Te tłumaczenia nie przekonały Bogdana.
— Gadaj zdrów. Dałaby ci tu, na tym stole, i to natychmiast, przy nas wszystkich. Wystarczy, byś rzucił słowo. Masz okazję, patrzy na ciebie...
Chęciński pomachał do Renaty.
Grzegorz pokręcił z niedowierzaniem głową. Dadzą mu kiedyś spokój? Wszyscy znajomi z pracy byli święcie przekonani, że Renata jest w nim zakochana na zabój. Upierali się przy tym zawzięcie, rzecz jasna jeśli w pobliżu nie było samej zainteresowanej. Wtedy uwagi i komentarze milkły i na krótko zapanowywał spokój. Najgorszym mąciwodą był — czego można się było spodziewać — Bogdan. Nie przegapił żadnej okazji, by wcisnąć swoje pięć groszy. A tematy jego uwag były niezmienne: seks, dupy i seks.
— Po prostu Wioletta podwiozła mnie dzisiaj. Okazało się, że mieszkamy niedaleko siebie.
— O, już jesteście po imieniu. Może zatrzymaliście się gdzieś po drodze? Skręciliście do lasu, poszukać grzybków...? — Bogdan zaczął rechotać.
Grzegorz nie odpowiedział.
— Dobrze zacząłeś, stary, ale wybacz moją szczerość: nie masz szans. Taka laska to coś dla starych wyjadaczy, harcerzyku. To ja będę pierwszy. Głęboką wodę zostaw zawodowcom, ty zacznij na brodziku. Załatwić ci pierwszą lekcję?
Bogdan znów pomachał do Renaty.
Mechowska wstała od biurka i podeszła do nich. Grzegorz znał ją właściwie od dziecka, zbyt długo, by przez głowę choćby przemknęła mu myśl o umówieniu się z nią. Renatę traktował jak siostrę. Nie wyobrażał sobie, by któreś z ich spotkań przerodziło się w randkę. Poza tym wszelkie przemeblowanie w ich wzajemnych stosunkach mogło przynieść więcej złego niż dobrego. Ciężej jest żyć bez przyjaciół niż bez miłości.
— Chcieliście czegoś? — spytała Renata.
Grzegorz już zamierzał zaprzeczyć, ale Bogdan go uprzedził.
— On ma ci coś do powiedzenia. — Wskazał paluchem Natanowskiego.
— Tak? — zainteresowała się.
— Nie słuchaj go.
Grzegorz pokazał gestem, co sądzi o całym tym zamieszaniu i o Bogdanie w szczególności. Chęciński udał obruszonego. Skrzywił się w teatralnej pozie.
— Jak to nie słuchaj? Kolegi ma nie słuchać? Czyżbym miał zwyczaj kłamać? Zadajesz ból memu sercu — wyrzucił z siebie. — Ten facet ma ci coś do powiedzenia, naprawdę.
Grzegorz westchnął z rezygnacją. Wiedział, że z Bogdanem nie wygra, szybciej przegadałby imć pana Zagłobę.
— Ale nie Renacie, tylko wam wszystkim. — Starał się wybrnąć. — Zaprosiłem Wiolettę na nasze dzisiejsze spotkanie.
Z przyjemnością obserwował, jak uśmiech samozadowolenia znika z twarzy Bogdana. Zaskoczenie nie trwało jednak długo.
— Świetnie! — Chęciński niemal wykrzyknął.
— Dlaczego świetnie? — zdziwiła się Renata. — Dawno temu ustaliliśmy, że to nasze prywatne spotkania. Nasz zespół, nikt więcej. Bez mężów, żon i kochanek.
— Ona należy do zespołu — zaprotestował Bogdan.
Jego mina zdradzała, że nie ustąpi. Wyglądał jak myśliwy, który niespodziewanie natknął się na trop grubego zwierza.
— Jeszcze nie — zaprotestowała Renata.
— Fakt, nie przeszła inicjacji. Jeszcze się ze mną nie przespała.
— Mierząc w tych kategoriach, ja też nie należałabym do zespołu. — Renata się skrzywiła. — Ona pracuje tu zaledwie od wczoraj — zwróciła się z wyraźnym wyrzutem do Grzegorza.
— Tym bardziej musimy ją lepiej poznać. — Mężczyzna próbował się bronić. — Poza tym wydaje się w porządku...
— Po czym to poznałeś? Po długich nogach czy wypchanej bluzce?
Cios był nie fair, ale przemilczał to.
— Podwiozła mnie rano, mieszka niedaleko nas.
— Słyszeliście? — Renata podniosła głos, żeby było ją słychać w całej sali. — Dzisiaj idzie z nami szefowa.
— Jak to? — Natalia Pieńczuk uniosła głowę znad rozłożonych na biurku papierów.
— Grzesiek ją zaprosił.
— No dobrze.
Natanowski rozejrzał się po sali. Sądząc po minach, zespół podzielił się mniej więcej w połowie na zwolenników i przeciwników zaproszenia Brodeckiej na spotkanie. Tak, jak się spodziewał, faceci stanęli za nim murem, za to część dziewczyn uważała, że zanadto się pospieszył.
— Coś się stało? — Przez ożywione głosy, przebiło się pytanie Wioletty.
Nawet nie zauważyli, jak wyszła ze swego pokoiku i znalazła się na sali ogólnej.
— Ależ skąd — Renata odwróciła się do niej. Do ust miała przyklejony uśmiech, ale nie wydawał się zbyt szczery. — Słyszałam, że wybiera się pani na nasze codwutygodniowe spotkanko. Fajnie.
Brodecka chyba dostrzegła, że Mechowska myśli coś zupełnie odwrotnego.
— Oczywiście jeśli macie coś przeciwko... — zaczęła wolno.
— Ależ skąd — powtórzyła nieco ciszej Renata, wracając do swojego biurka.
— I ty twierdzisz, że ona nie jest zazdrosna — szepnął Bogdan. — Chłopie, bierz się za nią. Zapewniam cię, że pod tym ubrankiem znajdziesz coś ciekawego. Na początek dobre i takie piegi. Nie chciałbym cię uświadamiać, bo to powinni zrobić już dawno temu rodzice lub starszy brat, ale chłopcy i dziewczynki różnią się trochę od siebie. I nie chodzi o to, że my nosimy spodnie, a one spódnice. Posłuchaj rady kumpla, zaciągnij ją do łóżka. Poznasz życie, no i nie będziesz musiał co noc walić kapucyna.
— Głupi jesteś — skwitował Grzegorz.
Na usta cisnęły się mu mocniejsze słowa, ale się powstrzymał.
— To akurat wiem. Gdybym był mądry, to nie siedziałbym tu, tylko w fotelu prezesa. Powiedz mi coś nowego.
Natanowski uśmiechnął się pod nosem. Zaskoczyć go czy nie? Złość, którą odczuwał przed sekundą, już minęła. Bogdan był specyficzny, ale na swój sposób nie dało się go nie lubić.
— Wioletta jeździ mazdą RX-8. — Rozmyślnie użył imienia, nie nazwiska, by podkreślić właściwie nieistniejącą zażyłość między nim a menedżer.
Niech ten nadęty bufon nie sądzi, że tylko on ma wyłączność na piękne kobiety.
— Żartujesz...
Grzegorz pokręcił głową.
— I wpuściła cię do środka? — Chęciński przybrał minę, która miała wyrażać zdumienie. — Żebyś coś zepsuł albo zapaskudził? Chyba zwariowała! A może po prostu przepełnia ją dobroć dla zwierząt? Zawsze to lubiłem u babeczek.
Grzegorz popatrzył na Bogdana z politowaniem.
— Sądziłem, że ty u kobiet podziwiasz jedynie wszelkie zaokrąglenia...
— Jak już jakąś przelecę, szukam innych pozytywnych cech. To właściwy czas na ocenę charakteru.
Natanowski najchętniej zakończyłby już tę rozmowę, ale obawiał się, że Chęciński jeszcze długo nie da mu spokoju. Zerknął na leżącą na biurku stertę papierów. Musiał się dzisiaj przez nie przekopać. Podniósł pierwszą kartkę z brzegu. Kątem oka dostrzegł, że Bogdan chce jeszcze coś dodać. Uprzedził go:
— Powiedz, czy ty naprawdę nie masz nic do roboty?
— Mam, mam, ale się nie przemęczam, nie chcę dostać wrzodów.

3

Bar Storczyk, niewielka knajpka na rogu ulic Kredytowej i Mazowieckiej, jak zwykle był wypchany po brzegi. Nie wcisnęłoby się do niego nawet szpilki, ale na nich w niewielkiej salce czekał wolny stolik.
— Jesteśmy na miejscu, zapraszamy — powiedział Bogdan, przekrzykując głośną muzykę. Pstryknął w karteczkę z napisem REZERWACJA. — Rozgość się, chyba mogę ci mówić po imieniu?
— Jasne — zgodziła się Wioletta.
Grzegorz pokręcił z zażenowaniem głową. Odkąd wyszli z biura, Chęciński nie opuszczał menedżer na krok. Właściwie nikt prócz niego nie zamienił z nią słowa. Gdy tylko spostrzegał potencjalnego intruza, zmieniał temat lub odwracał uwagę Brodeckiej. Robił to po mistrzowsku. Nie na darmo miał opinię pierwszego podrywacza ich oddziału.
Zajęli miejsca. Bogdan zdołał to na tyle sprytnie zaaranżować, że Natanowski wylądował po przeciwnej stronie stolika. Ewentualny rywal został odseparowany.
— Czego się napijecie? — spytała Brodecka.
— Pani stawia? — rzuciła Patrycja Lipska.
Była to wysoka, szczupła dziewczyna o ciemnych oczach i niemal tej samej barwy włosach sięgających połowy pleców. Tyle zalety — jak to kiedyś określił Bogdan. Miała też owalną twarz, trochę za duży nos, a jej usta niezmiennie układały się w podkówkę, nie dodając twarzy uroku.
Nie przeszkadzało to, rzecz jasna, uganiać się za nią Bogdanowi, gdy tylko dołączyła do ich grupy. Tak jak teraz nie opuszczał menedżer, jeszcze nie tak dawno towarzyszył Patrycji.
— Nie nazywaj mnie panią, jestem Wioletta. — Brodecka wyciągnęła rękę.
Patrycja skrzywiła się z niechęcią. Była najmłodsza stażem w oddziale, dołączyła zaledwie przed siedmioma miesiącami. To wystarczająco długo, by Bogdan stracił nią całe zainteresowanie — według jego słów, ujętych w znacznie łagodniejszej formie, dostał, co chciał i nie miała mu już nic więcej do zaoferowania, mógł poszukać kolejnej zwierzyny. Ona wciąż jednak robiła do niego słodkie oczy. Odkąd wyszli z pracy, wyraźnie zła krążyła wokół Wioletty i beztrosko szczebiocącego Bogdana, ale przez całą drogę do Storczyka nie odezwała się nawet słowem.
— Jak chcesz — odparła zimno, ale zignorowała podaną dłoń.
— Jasne, mamy być zgranym zespołem. — Brodecka jakby nie dostrzegła jej niechęci.
— Bo będziemy! — zakrzyknął wesoło Bogdan. Wstał. — Jest z nami dziś nowy przedstawiciel zespołu. Ktoś powinien pełnić funkcję gospodarza i nie widzę powodu, dla którego to nie miałbym być ja. Są głosy sprzeciwu? Nie słyszę... A więc, gościmy w naszym gronie przełożoną i, mam nadzieję, nową, dobrą koleżankę. Chyba pora, żebyśmy się lepiej poznali. Wiem, że Wioletta zna już wasze imiona i nazwiska, ale pozwólcie, że przedstawię wszystkich raz jeszcze od strony nieco bardziej prywatnej.
Kilka osób gwizdnęło, niektóre pokręciły głowami, ale Bogdan na to nie zważał.
— Zacznę oczywiście od pań. Jakżeby zresztą inaczej, kultura osobista nie pozwoliłaby mi...
— Do rzeczy. — Natalia się zaśmiała.
— Jak sobie życzysz... Ta młoda osóbka, która mi tak niegrzecznie przerwała, to Natalia Pieńczuk. Pracuje z nami dwa lata i wiem o niej tyle, że opiekuje się staruszką z kotami lub na odwrót, kotami ze staruszką. A może to staruszka, co ma kota. — Wykonał przy czole znaczący gest. — Obok niej usadowiła się Zuza Witkowska, do dziś miss naszej grupy. Teraz, niestety, musi oddać koronę najpiękniejszej. — Uśmiechnął się wymownie do Wioletty.
Patrycja wsunęła palec do ust, udając, że wymiotuje. Bogdan zignorował ten gest.
— Zuza dużo się uśmiecha — ciągnął. — Za to mało mówi. Nigdy nie pije piwa i ucieka, gdy ktoś zapali przy niej papierosa. Dalej jest Ola Sztumer. Szczęśliwa żona, matka i zapewne kochanka. Jej mąż niedawno wrócił z Afganistanu. Oficjalnie odbudowywał tam zniszczoną przez talibów pustynię, czy coś w tym rodzaju, ale tak naprawdę torturował ludzi, już ja swoje wiem. Znudziło mu się, dlatego wrócił do żonki torturować ją. Zresztą, ile można ostrzeliwać wioski na jakimś zapomnianym przez Boga krańcu świata? Po zabiciu setnego cywila to przestaje bawić.
Ola udawanie pogroziła Bogdanowi palcem.
— Uważaj, bo dam mu namiary na ciebie — rzuciła.
— Zmieniam więc szybciutko osobę. Oto Renata Mechowska, nasz wydziałowy Kopciuszek. Czeka na księcia, a w międzyczasie poleruje srebra, pierze brudną bieliznę i wybiera ziarenka soczewicy z popiołu. W każdym razie słyszałem, że to właśnie jej hobby, któremu zapamiętale oddaje się w wolnych chwilach. Obok siedzi Patrycja Lipska. Dziś wyjątkowo niemiła. — Przerwał na moment, jakby się zastanawiał, czy nie wtrącić jakiegoś złośliwego przytyku. — Może o niej tyle. Wróci jej humor, to poznacie się lepiej. Przejdę do pani w okularach. To Grażyna Olcha. Liczy najwięcej wiosen z nas wszystkich. Prawdziwa matka zespołu. I ze wszystkich tu obecnych najdłużej pracuje w naszym zacnym banku. Jak to starsze panie mają w zwyczaju jest spokojna i pije jedynie bacardi z sokiem pomarańczowym.
— Dam ci starszą panią. — Grażyna uśmiechnęła się z fałszywym oburzeniem. — Poczekaj no, szczylu!
— Została nam tylko Marzenka Kozłowska. Nieśmiała wnusia zdecydowanie znacznie bardziej śmiałej babuni. Nestorka rodu Kozłowskich, o ile wierzyć opowieściom, którymi nas nieraz raczono, grywała w teatrze, udzielała się wokalnie na scenie, a wieczorami, pomiędzy dopingowaniem bójek, jakie toczyli ze sobą jej amanci, tańczyła kankana w spelunkach.
Marzena spuściła głowę. Jej długie ciemne włosy zasłoniły twarz, ukrywając bladoróżowe blizny, znamiona po pożarze sprzed wielu lat, gdy była jeszcze dzieckiem.
— Niepraw... — wyrwało się jej, lecz nie dokończyła. Wiedziała, że i tak nikt nie bierze słów Bogdana poważnie. Poza tym czuła ulgę, że nie wspomniał o jej wyglądzie. Był do tego zdolny, i zapewne by to zrobił, gdyby sądził, że krótka lecz celna uwaga o „Biedroneczce” rozbawi publikę. — To nie był kankan.
— Ale nie przeczysz, że spelunki — podchwycił Chęciński. Nigdy nie przegapiał okazji, gdy ktoś zostawiał mu furtkę do mniej lub bardziej kąśliwej riposty. — Miałem mówić o Marzence, a rozgadałem się o jej babci o wdzięcznym imieniu Truskaweczka, Hiacynta... czy jakoś tak.
— Konwalia — sprostowała Kozłowska.
— Czas minął. — Natalia przyszła Marzenie z pomocą. — Następna osoba.
— Jak chcecie. A więc tyle panie. Pora na panów. Po lewej stronie...
— Prawej.
Bogdan przymknął jedno oko.
— Po tej prawej stronie Natalii, która jest lewa dla mnie, siedzi Wojtek Rogulski. Jest mały, brzydki i w ogóle do niczego. W każdym razie ze mną równać się nie może. Obok niego wbija w ciebie spojrzenie Kamil Jędrzejczak. Moczymorda, ale swój chłop. Grzegorza Natanowskiego znasz może nieco lepiej, co tu zresztą o nim gadać, nieciekawe chuchro. Przy nim przycupnął Artur Smolicz. Przystojniacha, ale, uwaga, niepoprawny katolik, przez co bezwzględnie wierny żonie, tak więc dla reszty żeńskiej populacji zupełnie nieprzydatny. Równie dobrze mógłby być eunuchem. Zostałem jeszcze ja. Pozwól, że z właściwą sobie skromnością pominę temat rozlicznych zalet, które mnie przepełniają. Jeśli ktoś z tu obecnych będzie kiedykolwiek twierdził coś innego, nie słuchaj, to tylko i wyłącznie zazdrość w czystej postaci. Małe żałosne ludziki, nie mogą znieść, że jestem niemal doskonały. — Zrobił krótką pauzę. — I to już cały nasz zespół. Witamy cię serdecznie wśród nas. Razem stworzymy najlepszą grupę pod słońcem.
— To się okaże. — Patrycja wstała. — Idę do toalety. Gdyby podszedł kelner, zamówcie mi whisky z colą.
— Poczekaj, idę z tobą. — Renata zatrzymała ją w pół kroku.
— Może zrobimy kilka zdjęć? — Wojtek wyciągnął komórkę, nowy model nokii z pięciomegowym aparatem.
Nie zawrócił dziewczyn.
— Później. — Mechowska skrzywiła się z niechęcią.
Lipska nie powiedziała nic, odwróciła się teatralnie.
— Co je ugryzło? — spytał Kamil, gdy kobiety odeszły od stolika.
— Jeśli to przeze mnie, to przepraszam — powiedziała cicho Wioletta.
— Nie gadaj bzdur. — Bogdan machnął ręką. — No dobra, gdzie ten kelner? I nie ma mowy, żebyś stawiała. Czego się napijesz?
— Ja? Kawy.
Wysłał w stronę menedżer jeden ze swoich promiennych uśmiechów, dzięki którym, jak uważał, dziewczynom miękły nogi.
— Nie żartuj. Co ci zamówić? Drinka? Piwo?
Brodecka pokręciła głową.
— Jestem samochodem.
— Żaden problem, poczeka na parkingu.
— Jednak nie, dziękuję.
Bogdan nie nalegał.
— To może Wojtek pstryknie nam kilka fotek... — Zmienił temat.
Objął szefową ramieniem. Brodecka popatrzyła na niego, ale się nie odsunęła.
— Nie ma sprawy — zapalił się Rogulski. Nachylił się nad stołem, by jak najlepiej zmieścić ich w kadrze.
— A ty znów chwalisz się tym cudeńkiem. — Artur pokręcił głową.
Wojtek udał urażonego.
— Gdybyś co niedziela nie rzucał działki tłustemu złodziejowi w czarnej sutannie, też by cię było stać na taki, a może nawet lepszy.
Smolicz zamierzał coś odpowiedzieć, ale pojawił się kelner — ostrzyżony na jeża chłopak w białym fartuchu i z niewielkim kolczykiem w nosie. Złożyli zamówienia. Zanim chłopak zdążył wrócić, Renata i Patrycja ponownie zajęły swoje miejsca.
— Na czas naszych spotkań ustaliliśmy kilka zasad. — Bogdan zwrócił się głośno do Wioletty. — Chyba powinienem cię wdrożyć. Po pierwsze i chyba najważniejsze, nie rozmawiamy o pracy.
— To jest notorycznie łamane — wtrąciła Zuza.
— Dzisiaj nikt się nie wyłamie, prawda? — Bogdan popatrzył po obecnych.
— Jasne. Jak tam żona? — rzuciła Patrycja, spoglądając na niego ze złością.
Chęciński nieco zmarkotniał. To nie był temat, który chciałby poruszać przy Wioletcie.
— Dzięki, dobrze — burknął, po czym odparował: — A u ciebie? Znalazłaś sobie wreszcie kogoś, czy nadal łazisz niedopieszczona i wkurzona na cały świat?
— Czy kogoś mam? Po tym jak dałam się tobie ogłupić? Wciąż nie! Zresztą, o ile pamiętam, gdy przyszło co do czego, u ciebie też było słabo z pieszczotami. Więc faktycznie mam spore zaległości.
— Co widać, słychać i czuć — skwitował Bogdan.
— Może nie powinniśmy... — zaczęła Wioletta, ale nie dane jej było dokończyć.
— Nie widzisz, jak się do ciebie ślini? Pewnie masz mokry mankiet. Uważaj, nie bądź taka głupia jak ja!
Chęciński popatrzył zimno na Patrycję.
— To, co zaszło między nami, faktycznie było jedną wielką pomyłką. Tym bardziej przemilczmy ten temat.
Przy stoliku zaległa niezręczna cisza. Grzegorz sądził, że Patrycja wyjdzie z baru, ale została. Siedziała nachmurzona, spoglądając złowrogo na Chęcińskiego. Inni wbili z zakłopotaniem wzrok w stojące przed nimi, wciąż pełne naczynia. Zanosiło się, że ta wymiana zdań popsuje cały wieczór.
— Skąd jesteś? — zagadnęła Wiolettę Zuza, podejmując próbę rozluźnienia atmosfery.
— Pochodzę z Trójmiasta.
— No to przejechałaś niemal pół Polski. Co cię tu zagnało?
W tym momencie wokół stolika dało się odczuć coś w rodzaju zbiorowego oddechu ulgi. W powietrzu wciąż wisiało napięcie, ale wydawało się, że burza mija.
— Chciałam zmienić otoczenie.
— I lepiej nie mogłaś trafić — zauważył Bogdan, lecz kobiety go zignorowały.
Chwilowo był w niełasce u wszystkich. On i Patrycja.
— A jak ci się podoba w Warszawie? — dociekała Zuza.
— Tłoczniej tu, i jakby jeszcze bardziej brudno. Na razie bez specjalnych rewelacji, liczę jednak, że się szybko oswoję.
— Na pewno. — Witkowska pokiwała głową. — Stolica to jedna wielka zbieranina. Ściągają tu ludzie z całego kraju. Gdyby każdy musiał nosić na piersi tabliczkę z nazwą miasta, w którym się urodził, ze świecą szukałabyś miejscowych. — Rozległy się pierwsze takty Dance Me To The End Of Love Leonarda Cohena i Zuza na moment umilkła. — Uwielbiam tę piosenkę...

4

Patrycja wyszła ze Storczyka, nie oglądając się za siebie. Bez zastanowienia ruszyła w stronę przystanku autobusowego. Była wzburzona, ba, więcej niż wzburzona, cholernie wściekła — to właściwsze określenie. Ten skurwysyn, ten alfons, dziad pieprzony nie odpuścił nowej flądrze nawet na sekundę. Skakał wokół niej jak jakiś zasrany tresowany piesek. „Na pewno nie skusisz się na drinka?”, „Może jeszcze soku?”, „A słyszałaś, że...”, nie to, to tamto, niedobrze się robiło. A Wioletta tylko się uśmiechała i kręciła blond łbem we wszystkie strony. Głupia pizda!
Kiedyś jednak sama była nie lepsza. Trzeba przyznać, że drań umiał czarować. Co w nim takiego było? Cholera wie. Jak się zastanowić na spokojnie, to nawet nie był przystojny, co najwyżej okej. Fakt, że „okej” dla faceta koło czterdziestki to i tak dużo — większość chłopów w tym czasie przechodzi dziwną transformację, zmieniając się w brzuchatych troglodytów. Na Bogdana jednak leciała niejedna. Pół roku temu Patrycja też zakochała się po uszy, i co gorsza — nie puściło.
Szybko stracił nią zainteresowanie. Półtora, może dwa miesiące spotkań, zawsze u niej — kutas był żonaty — wiele deklaracji o miłości, o odejściu od głupiej żony... i tyle.
Bawił się, dopóki zabawka mu nie spowszedniała. Później odstawił ją z dnia na dzień.
„Nie pasujemy do siebie” — najchętniej wepchnęłaby mu te słowa z powrotem do gardła rozżarzonym do czerwoności widelcem. Może tak powinna zrobić, zamiast wylewać łzy w poduszkę i oszukiwać się, że może jeszcze do niej wróci. Próżne nadzieje, Bogdan już obskakiwał inne. Piesek lał już na kolejne drzewka. Znaczył teren.
Gdyby tylko nic do niego nie czuła...
Patrycja dotarła na przystanek i dopiero na miejscu uzmysłowiła sobie, jak głupio postąpiła. O tej porze autobusy nie jeździły zbyt często, a o taksówkę było łatwiej w pobliżu Storczyka.
— Cholera!
Zerknęła na zegarek. Dochodziła dwudziesta druga trzydzieści. Według rozkładu jej autobus powinien przyjechać za pół godziny. Tyle czekania, żeby jechać marne dziesięć minut. Gdyby wzięła taryfę, już byłaby w domu.
Wszystko przez to, że rzygać się jej chciało od patrzenia, jak Bogdan kręci się wokół Brodeckiej. Żeby chociaż ona się tak ciągle do niego nie uśmiechała. Tego już Patrycja nie potrafiła znieść. Wybiegła w gniewie i teraz jak idiotka stała na niemal pustym przystanku. Prócz niej czekało jeszcze trzech młodych mężczyzn. Wcale nie czuła się z nimi bezpieczniej. Byli głośni i wyraźnie podpici. Cholera wie, co mogło im strzelić do głowy.
Powinna zawrócić...
A jeśli się natkniesz na Bogdana albo szefową?
Ta myśl sprawiła, że ruszyła przed siebie. Wystarczyło tylko przejść przez Ogród Saski i miałaby połowę drogi za sobą. Pójdzie piechotą. Żeby tylko przebrnąć przez park, dalej będzie więcej osób. W końcu nie było jeszcze aż tak późno, na ulicach kręciło się całkiem sporo przechodniów.
Ruszyła w stronę drzew. Zerknęła tylko, czy kolesie z przystanku nie idą za nią. Nie. Dalej się przekrzykiwali, wrzeszcząc na siebie i śmiejąc się na przemian. Trudno było zgadnąć, czy zaraz zaczną się bić, czy ściskać w porywie przyjaźni.
Po zmroku Ogród Saski nie wydawał się zbyt przyjazny, ale to w końcu centrum Warszawy. Zresztą park wcale nie był aż taki duży. Nie miała się czego obawiać. Skręciła w jedną z asfaltowych uliczek. Jej buty wydawały na wilgotnym podłożu nieprzyjemnie głośny stukot. Nawet odgłosy samochodów sunących pobliską Marszałkowską nie mogły z nim konkurować.
Stuk, stuk, stuk, stuk — krok za krokiem.
Pożałowała, że nie włożyła butów na niskim obcasie. Jasne, w tych wyglądała o niebo lepiej, podkreślały jej zgrabne nogi, ale właściwie dla kogo się stroiła? Nawet gdyby przyszła do pracy goła, Bogdan i tak nie zwróciłby na nią uwagi.
A te kroki...
Czemu tak ją niepokoją? Nie potrafiła odpowiedzieć sobie na to pytanie. Pewnie za dużo drinków. Whisky, nawet rozcieńczona colą, szumiała jej w głowie.
Biec?
Zawahała się. Nie bądź głupia! Czego się boisz? Stukotania obcasów?
Zatrzymała się na kilkanaście sekund. Wyrównała przyspieszony oddech. Była sama, nie dostrzegła innych przechodniów; to stanowczo zbyt późna pora na spacery po parku.
Ruszyła przed siebie. Myśli o Bogdanie wyleciały jej z głowy. Marzyła tylko o tym, żeby wynurzyć się spomiędzy drzew w światła ulicznych latarni i okien budynków. Żeby ponownie poczuć się bezpiecznie.
Odgłosy okolicy zaczęły zamierać. Patrycja poczuła na karku lodowaty powiew. Owszem, zagłębiła się w park, ale przecież ulica była na tyle blisko, że powinna słyszeć przejeżdżające nią samochody. A nawet nie widziała ich świateł. Otaczała ją czerń. Spojrzała na niebo, ale nie wypatrzyła nawet jednej gwiazdy. Nadal zasłaniała je gruba powłoka chmur.
Albo...
Nie ma żadnego albo. Nad parkiem nie rozciągał się nadnaturalny cień z taniego horroru. Wzdrygnęła się z niechęcią. Podobne bajki nie trafiały jej do przekonania — niech ekscytują się nimi pryszczaci chłopcy w długie samotne wieczory. Świat z krwi i kości jest prawdziwszy, bardziej ekscytujący, bardziej...
...przerażający.
Nie słyszała już nic. Zapadła absolutna cisza. Tego nie potrafiła wytłumaczyć. Zerknęła za siebie. Przez ułamek sekundy wydawało się jej, że dostrzega dwie plamy jasnego światła, dwa ślepia wpatrzonej w nią bestii. Zbyt krótko, by uwierzyć, że to coś więcej niż jedynie złudzenie wywołane lękiem.
— Przepraszam! — krzyknęła. — Jest tu ktoś?
W duchu błagała o odpowiedź. Spóźnionego przechodnia, pijaka, ćpuna, kogokolwiek. Nawet śliniący się zwyrodnialec byłby lepszy od martwej ciszy. Gdyby z krzaków wyskoczyła nagle trójka podpitych chłoptasiów z przystanku, z radości chybaby ich ucałowała.
Przyspieszyła kroku. W każdym razie próbowała iść szybciej. Jej nogi powstrzymywała jakaś niewidzialna bariera, coś na kształt oplatającej kostki przeźroczystej gumy. Każdy ruch był spowolniony i przynosił mizerne efekty. Szła, ale wciąż tkwiła w miejscu.
Przypominało to sen. Koszmar, po którym ciężko jest ponownie zasnąć. Ciemność gęstniała, połykała świat, czas zwalniał, a ona mogła jedynie krzyczeć w myślach. Nie słuchało jej własne ciało. Nie czuła członków, nie potrafiła odwrócić głowy, stery przejął ktoś inny.
— Podejdź — usłyszała.
Nie była w stanie odpowiedzieć. Nie mogła też nie usłuchać.
— Bliżej.
To wzywała ją ciemność.
Rozsądek krzyczał, by spróbowała przerwać niewidzialne więzy, że powinna uciekać, ale w tym syczącym głosie, który dobiegał jakby zewsząd, było coś pociągającego. Coś, co sprawiało, że nawet gdyby panowała nad sobą, odmowa byłaby trudna, wręcz niemożliwa.
A przecież i tak nie mogła się wyzwolić...
Znieruchomiała jak uwięziony w pajęczynie owad, który zaprzestał walki, świadomy, że koniec jest nieuchronny.
Co ma się stać, niech się stanie.
Ciemność wciąż narastała, otulała ją ciasną zasłoną niczym kocem.
— Przyjdź, staniesz się moją komunią...
Nie protestowała.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-11-18 (1413 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej