Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Czerwona Maska
 
Katalog - dodano
 Fałszywy Pieśniarz
- Martyna Raduchowska
 Opowieści o duchach
- Jim Butcher
 Legion. Kłamstwa patrzącego
- Brandon Sanderson
 Zmiany
- Jim Butcher
 Upiorne opowieści po zmroku
- Alvin Schwartz
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Serce teściowej - Rafał Dębski




Czy ce równa się emcekwadrat

Smok w jaskini pod szkarpą zamieszkał, niecałe dwie wiorsty od grodu. Zatem jeszcze nim słońce dobrze wzbiło się na nieboskłon, byliśmy na miejscu. Rycerz pod pachą ściskał ciężką, w całości okutą żelazem kopię, ja zasię ku pokrzepieniu księgę Marcusa Sanctusa Huberathusa do piersi tuliłem.
- Patrzaj, Jakubie - odezwał się rycerz, a głos jego zadudnił głucho wewnątrz wielkiego hełmu - jaką to sobie ogromną pieczarę bestia za siedzibę obrała. Ku postrachowi maluczkich pewnie to uczyniła, by uwierzyli, że iście potężna jest.
- A jeśli w istocie rzeczy tak wielki jest smok? - spytałem drżącym głosem.
- A to odczytaj tam z księgi, co trzeba na taką okoliczność.
I odczytałem, a w miarę zagłębiania się w uczoności traktatu, wracała we mnie wiara i nadzieja. Oto bowiem, jeśli najdzie się smok nadmiernie wielki, słaby w ruchach musi być i głupawy, a latać zgoła nie może wcale. Tak i bodaj łatwiejszym jeszcze może paść łupem mocarnego rycerza niźli mały i zwrotny potwór.
- Sam zatem widzisz, jako jest - rzekł Strzygniew Strzegonia. - Zaś żaden smok, jeśli dobrze mi całą rzecz objaśniłeś, dłuższy nad sto lub sto pięćdziesiąt łokci tak czy siak być nie może. Gdyby bowiem był większy, zgoła by żyć nie potrafił, a własny ciężar rozpłaszczałby go na ziemi. Czy tak?
- Tak owe słowa mędrca pojmować niechybnie należy.
- Zatem poczynajmy, a godnie. Zatrąb w róg, mój wierny giermku.
Przyłożyłem do warg koniec instrumentu i zadąłem jak mogłem najgłośniej.
Zaczem mój dzielny rycerz wrażą poczwarę na bój wyzwał. Krzyczał i dzwonił wielką tarczą, a ja trąbiłem z całych sił, aż nareszcie w jaskini począł się czynić ruch. Bestia, zbudzona i, wnosząc z niskiego groźnego pomruku, ogromnie rozdrażniona, zaczęła wypełzać. Wpierw ukazał się pysk do jaszczurczego podobny, a potem...
Wstrzymałem oddech, patrząc na owo zjawisko. Powiadano, iż trzysta łokci miał mierzyć potwór. Łeż to była, wierzajcie mi! Smok najmarniej na trzysta, jeno nie łokci, a kroków był długi! Nim cały z jaskini wylazł, przed południem nieledwie się zrobiło. A mój rycerz czekał cierpliwie, modlitwą się pokrzepiając.
- Dobrze jest - rzucił ku mnie. - Im większa gadzina, tym mniej się będzie mogła opędzić przed mym kunsztem rycerskim. I latać nie umie na pewno, spójrz jak małe ma skrzydła przy swej postaci.
Smok zasię spojrzał po polu, szukając, kto mu w spokojności pobruździł. Wlepił też w nas wielkie żółte ślepia i uczułem z nagła, jak w mojej głowie wpierw pustka, a potem dziwne myśli i pytania latać zaczynają. Czy przodkiem mym był niejaki Garbus Samosiej, syn bednarza i żonglera, który to żongler owego bednarza uwiódł był pewnej letniej księżycowej nocy? Zali rzeczywiście w niebiesiech anieli w chóry bywają ustawieni? Ilu diabłów może usiąść jednocześnie na stolcu biskupa? I owo najdziwniejsze, którego nie mogłem za nic wyrozumieć, a mianowicie „czy ce równa się emcekwadrat”. Smocze to były sztuczki, ażeby wrogów pognębić i bez nijakiej walki pokonać. Słabość też wielka moje członki od tych myśli ogarniać poczęła, że ni kroku, ni najmniejszego gestu uczynić nie mogłem.
Lecz rycerz mój na całe szczęście zdawał się zdrów i rześki. Prawdę widać rzekł o swej na zbędne myślenie odporności, bo oto krzyknąwszy gromko, ku potworowi popędził. Zdumiał się smok niepomału, szyję wysoko wzniósł, patrząc na człeka, co z wielkim wrzaskiem i zabójczą kopią nań leciał. Iście nieruchawy był i do lotu niezdolny, jak to słusznie opisywał uczony Huberathus, bo zamarł tak, śledząc jeno, jak bezlitosny grot przybliża się ku niemu, prosto w serce chcąc ugodzić. Zadem przyparł się do skały, przypłaszczył, jakby chciał w nią cały wnijść, by starcia tchórzliwie uniknąć.
Zasię rycerz Strzygniew coraz głośniej wołał i coraz to bliżej poczwary się znajdował. W cwale rumak szorował prawie brzuchem po ziemi. Był o pięćdziesiąt, o czterdzieści kroków... jeszcze dwadzieścia, dziesięć... Już znalazł się tuż-tuż...
I już miał rycerz kutym, ostrym niczym igła grotem pierś smoczą przeszyć. I już prawicę szykował, by miecz z pochew wyszarpnąć, by przez pysk obrzydły z rozmachem ciąć. Zdawało się, że nic potwora nie wyratuje z obieży! Lecz wtedy stało się coś, czego nikt spodziewać się nie mógł. Nagle ogromna bestia machnęła marnymi skrzydłami. Mniemałem, iż ze strachu wielkiego jeno to czyni, lecz serce we mnie zamarło, gdy z nagła wzbiła się w górę. Nie mniej ode mnie musiał być zdumiony Strzygniew Strzegonia, bowiem rumaka nawet nie usiłując wodzami ściągnąć, w niepowstrzymanym pędzie o skałę, w którą dotąd wspierał się smoczy zad, z całej siły wyrżnął.
Zaś wielka poczwara żwawo i zwinnie zatoczyła w powietrzu koło, kłam rozważaniom mistrza Huberathusa o niezdarności i niemożności rządnego lotu zadając. Tak się ustawiła przy tym, że leżący śmiałek tuż przed jej pyskiem się znalazł. Tyle miał przytomności skołatany upadkiem rycerz, by się jeszcze pod wielką tarczą schować, nogi podkurczywszy i głowę niczym ślimak w skorupę wciągnąwszy. Albowiem w tym momencie z rozdziawionego pyska smoka ogień wytrysnął. Ogarnął płomieniem mego pana oraz jego wierzchowca i trwał, trwał a trwał... Dobrze ponad pół pacierza minęło, nim smok przypiekać nieszczęsnego przestał. Zaraz też, niewiele czekając, następny równie wielki płomień z siebie dobył. A trza jeszcze rzec, iż pod bardzo silny wiatr smok ział, znów pokazując, jak ulotne i niemiarodajne są mądrości zawarte w uczonej księdze.
Potem, zgrabnie na ziemi siadłszy, jednym kęsem dobrze już przypieczonego konia pożarł i ku rycerzowi się zwrócił. Ten żyw był jeszcze, bo ręką ruszył, dowód dając, iż prawdziwie przedni pancerz płatnerz przygotował. Czując, że dusza moja ku ziemi z przerażenia spływa, patrzyłem, jak nieszczęśnika smoczysko w szczęki porwało.





A czy ty jesteś kompletnym idiotą?!

Zaczęło się już w dniu ślubu, przed kościołem. Teściowa kategorycznie odmówiła wejścia do środka. Twarz miała spoconą, rysy wykrzywione, trzęsła się jak w febrze.
- Oj, jakby bies w mamusię wstąpił - zauważyłem niefrasobliwie. - Dzień zimny taki, a od mamusi żar bije niby z rozgrzanego pieca.
Wiem, wiem, nie jestem zbyt bystry. Nigdy nie byłem. Przecież nawet dziecko by się domyśliło, w czym rzecz, ale nie ja, oszołomiony w dodatku szczęściem i przepełniony życzliwością dla całego świata. Zdziwiłem się tylko przelotnie, że oczy teściowej zalśniły czerwono, a palce zakrzywiły się niczym krogulcze szpony.
Od tamtej pory co najmniej dwa razy w tygodniu budziłem się w świńskim korycie. O innych złośliwościach tej wiedźmy nawet nie chcę wspominać. Jak choćby o tym, że wszelkie okoliczne ptactwo z wielkim upodobaniem i bardzo pracowicie obsrywało mi głowę. Albo jak duszony w śmietanie szczupak użarł mnie znienacka w palec podczas kolacji. To wszystko drobnostki. Ale były i rzeczy znacznie poważniejsze.
Wystaw sobie, dobroczyńco mój, że nie mogłem spokojnie wypić niczego mocniejszego niż sok jabłkowy. A w moich okolicach, kto nie pije należycie, ten nie ma czego szukać w porządnym towarzystwie. Teściowa dla pognębienia mnie przyzwała osobnego demona. Niegodziwiec ten czuwał bezustannie i czyhał na najdrobniejszy przejaw chęci spożycia przeze mnie jakiegokolwiek napitku przyjemniejszego niż woda. Wyskakiwał wtedy spod ziemi, błyszcząc, grzmiąc i hucząc, odbierał trunek, by wypić go samemu. Gorzej jeszcze działo się, gdy sobie ów piekielny stwór podchmielił, albowiem zdarzało się, iż musiał interweniować kilkakrotnie, gdyż próbowałem mimo wszystko jednakowoż wlać w gardziel to czy tamto. Wówczas potrafił pozbawić wina, piwa i okowity także moich współbiesiadników. Alkoholik zawołany był z tego demona. Pijak i złodziej.
Nic zatem dziwnego, że nie byłem zbyt popularną postacią w swojej wsi, a przyjaciele odwrócili się całkiem ode mnie.
Najgorsze miało jednak dopiero nadejść. I, jak zwykle w moim parszywym życiu, zaczęło się niewinnie. Więcej - zdawało się, że może być już tylko lepiej. Pewnego pięknego dnia żona przybiegła do domu z policzkami mokrymi od łez.
- Co za nieszczęście - krzyknęła od progu, po czym z łkaniem rzuciła się na łóżko.
Zmartwiałem. Cóż takiego mogło się wydarzyć? Minęło ładnych kilka chwil, zanim wydobyłem ze zrozpaczonej kobiety zrozumiałe słowa.
- Co za tragedia, mamusia jest w wielkim kłopocie!
No cóż, tarapaty teściowej są małymi, skrytymi, ale słodkimi radościami każdego zięcia. Nie powiedziałem jednak nic, słuchając pilnie, co też się takiego wydarzyło.
- Kapituła zakonu wytoczyła mamusi proces o nadużywanie czarów i działalność na szkodę zgromadzenia. Kara za to jest straszliwa! Najgorsza z możliwych, tak mi powiedziała mamusia...
Pokręciłem głową.
- A co takiego twoja matka przeskrobała?
- No wiesz? - Żona aż sapnęła z oburzenia. - Jak w ogóle możesz mówić o mamusi, że coś przeskrobała!
- Co więc zrobiła, że wytoczono jej proces?
- Nie wiem. - Znów ujrzałem fontanny łez tryskające z przepięknych chabrowych oczu.
Koniec końców okazało się, że jednak wie. Teściowa bez zezwolenia Rady Najwyższej oraz Kapituły Zakonu Niewiast Znających łyknęła pokątnie eliksiru młodości, co stanowi poważne wykroczenie przeciw regule. Ale to jeszcze nie wszystko. Mamusia mojej żony nigdy niczego nie robiła połowicznie... Przepraszam, czy mógłbyś bardziej uważać z tym ostrym narzędziem? Biorąc pod uwagę moje szczęście, wraz z pajęczyną możesz pozbawić mnie paru ważnych organów. O tak, spróbuj może ciąć nieco dalej.
Jak już mówiłem, teściowa niczego nie robiła połowicznie. Zawsze postępowała zgodnie z zasadą „jak kochać to na zabój, jak kraść, to miliony”. Nie dość, że wypiła nielegalnie ten eliksir, to na dobitkę - żeby mieć pewność, iż produkt jest najlepszego gatunku - uszczknęła go z prywatnych zapasów samej Mistrzyni Ziół, najbardziej wpływowej czarownicy w Radzie. A to już, według ich reguły, traktowane jest jak zbrodnia.
- Co jej właściwie grozi? - Próbowałem przebić się przez płacz żony.
Nie wiedziała. Ale na wyjaśnienie tej kwestii nie trzeba było długo czekać. Pojawiło się wraz z szanowną osobą teściowej. Ależ była wściekła! Kiedy na mnie spojrzała, zrobiło mi się gorąco w najdosłowniejszym znaczeniu tego słowa. Gdyby jeszcze chwilę zatrzymała na mnie wzrok, moja koszula z pewnością stanęłaby w płomieniach.
- Dobrze - warknęła, odwracając oczy. - Skoro tak musi być, to proszę!
Ledwo złapałem przedmiot, którym we mnie cisnęła. Była to ozdobna, pięknej roboty flaszeczka, wypełniona burą, bulgocącą cieczą.
- Co to jest? - spytałem, zdumiony.
- Co to jest, co to jest! - Przedrzeźniała mnie, a z jej oczu dosłownie sypały się snopy iskier. - To moja kara, ot co! Duch w butelce dla kochanego zięciunia! Przyjmujesz dar?!
Spróbowałbym odmówić! Widziałem, że jest gotowa na wszystko, a to, że w ogóle musiała się do mnie odezwać stanowi dodatkową, niewysłowioną katuszę. Była skrajnie zdesperowana, a z takimi lepiej nie zadzierać. Zresztą, jakby na to nie spojrzeć, dar był bardzo cenny.
- Przyjmuję.
- To dobrze. - Wyraźnie jej ulżyło. W tym momencie pożałowałem, że nie byłem twardszy. Może gdybym odmówił, kara byłaby znacznie surowsza i jeszcze bardziej dotkliwa? Teściowa jednak już się odwróciła na pięcie i wyszła, wyładowując całe niezadowolenie na drzwiach.
Okazało się, że wyrokiem Kapituły została skazana na dwie kary - dyscyplinarną w postaci degradacji do rangi młodszej adeptki sztuk oraz zwyczajową, polegającą na obdarowaniu bardzo cennym przedmiotem osoby najbardziej znienawidzonej. Z początku próbowała wmówić trybunałowi, że takim człowiekiem jest sołtys, którego zresztą faktycznie nienawidzi jak parszywego psa, ale jednak trochę mniej niż mnie. A czarownice niełatwo oszukać, nawet jeśli jest się jedną z nich. Dzięki temu stałem się posiadaczem niezwykle cennej rzeczy.
Butla stała na półce przeszło tydzień, zanim dojrzałem do decyzji. Nie wiedziałem, co o tym sądzić, a przede wszystkim, czy jednak nie kryje się w prezencie jakiś podstęp. Z czasem obawa słabła, a ciekawość brała górę. Ostatecznie szalę przeważyło zdanie żony.
- Zrozumże, jełopie, że mamusia może chcieć zrobić krzywdę tobie, ale na pewno nie mnie! Niemożliwe, żeby to, co jest w butli, było w jakikolwiek sposób groźne!
W końcu się przemogłem. W niedzielny poranek, odczekawszy, aż wszyscy sąsiedzi udadzą się do kościoła, bo to przecież nigdy nic nie wiadomo, zerwałem pieczęć z korka, po czym wybiłem go, uderzając w spód butelki nasadą dłoni. Pochwyciłem przy tym niechętne spojrzenie żony - wyraźnie nie przypadła jej do gustu wprawa, z jaką obchodziłem się z flaszką. Ledwo korek wyskoczył, w naczyniu coś zabulgotało, oślepiająco błysnęło, zagrzmiało i zaśmierdziało. Mój przyjacielu, gdybyś wiedział, jak te wszystkie demony okropnie śmierdzą... Wprost nie do uwierzenia! Ten, który wytaskał się z butelki, wyglądał jak skrzyżowanie wielkiego psa z małpą, świnią i diabli wiedzą, czym jeszcze.
- Czego?! - huknął, aż podskoczyły naczynia na stole, a spod powały sypnął się kurz.
- Czy - z trudem przełknąłem dławiącą kulę w gardle - czy jesteś duchem z butelki?
- Co za pytanie - zarechotał grzmiąco. - A czy ty jesteś kompletnym idiotą?!









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-11-20 (1469 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej