Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Zakon Krańca Świata t.1 (wyd.2)
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Polaris - Jack McDevitt

Prolog


I

To nie wyglądało już jak słońce. Kiedy przybyli, zaledwie parę dni temu, Delta Karpis była standardową gwiazdą klasy G, rozjaśnioną, spokojną, dryfującą w ciszy wraz ze swoim układem planetarnym, jak robiła to od sześciu miliardów lat. Teraz była niekształtnym workiem, wleczonym przez noc niewidzialną ręką. Wyglądała, jakby jej masa skurczyła się pod wpływem sił pływowych, a strumień świecącego gazu o długości milionów kilometrów wylatywał z otworu worka, łącząc unicestwioną gwiazdę z błyszczącym punktem.
Punktem. Chek Boland przyglądał mu się przez dłuższą chwilę, zastanawiając się, jak coś tak małego, że prawie niewidocznego, mogło być tak potężne, że dosłownie odkształciło słońce.
Jeszcze niczego nie widziałeś, powtarzali astronomowie z innych statków. Jeszcze się nie zaczęło.
Zwrócił się do Klassnera.
– Zostało dziewięć godzin, Marty – rzekł. – Czas na przedstawienie.
Klassner siedział w swoim ulubionym fotelu, szarozielonym z małym stolikiem, z roztargnieniem patrząc na gródź. Po chwili zamrugał i odwrócił się w stronę Bolanda.
– Tak – przytaknął i zapytał: – Przedstawienie? Jakie przedstawienie?
– Zderzenie.
Przybrał zaskoczony wyraz twarzy, który ostatnio za często oglądali.
– Mamy się z czymś zderzyć?
– Nie. Karzeł zderzy się z Deltą K.
– Tak – odparł. – To niezwykłe. Dobrze, że tu przylecieliśmy.
Teleskopy ujawniły, że punkt to ciemna, czerwona tarcza, otoczona pierścieniem świecącego gazu. Był to biały karzeł, nagie jądro gwiazdy, która uległa kolapsowi. Jej elektrony zostały oderwane od jąder atomowych i zgniecione, tworząc obiekt nieróżniący się wiele od czarnej dziury. Rok temu pojawił się w tym układzie planetarnym, rozrzucając planety i księżyce, a teraz stał się sztyletem wymierzonym prosto w serce samej Delty Karpis.
Poprzedniego wieczoru Klassner był dość przytomny i rozmawiali o ludzkiej skłonności do doszukiwania się osobowości w przedmiotach nieożywionych. Wytworzyć poczucie lojalności wobec statku. Sądzić, że dom z lat dziecinnych nas przywita. Teraz nie mogli opanować uczucia smutku, obserwując śmiertelną walkę gwiazdy, jakby była czymś żywym, świadomym tego, co się z nią dzieje.
W rozmowie brała udział Nancy White. Nancy była popularyzatorką nauki i tworzyła programy, które oglądały miliony ludzi. Powiedziała, że to jakiś nonsens, że nie potrafiłaby oddawać się takim fantazjom, kiedy dochodzi do prawdziwej katastrofy na trzeciej planecie układu, gdzie są wielkie zwierzęta, żywe oceany i olbrzymie lasy. Pod wpływem nagłego impulsu nazwali tę planetę Kissoff. Kissoff, jak dotąd, przeżyła zawieruchę w układzie spowodowaną pojawieniem się intruza. Jej orbita stała się nieco nieregularna, ale to nie znaczyło nic w porównaniu z tym, co miało się stać z jej biosferą. W ciągu kilku godzin oceany miały wyparować, a atmosfera miała ulecieć.
Z drugiej strony, obserwowanie zbliżającego się końca Martina Klassnera także było bolesne. Klassner wykazał, po tysiącach lat spekulacji, że alternatywne wszechświaty naprawdę istnieją. Był to przełom, który wszyscy dotąd uważali za niemożliwy. A jednak istniały, a Klassner przewidział, że pewnego dnia możliwe będzie przeniesienie się do nich. Teraz nazywano je wszechświatami Klassnera.
W zeszłym roku zachorował na syndrom Bentwooda, który objawiał się występującymi od czasu do czasu halucynacjami i zanikami pamięci. Jego długie, cienkie ręce cały czas drżały. Choroba była śmiertelna i przypuszczano, że nie przeżyje nawet roku. Naukowcy pracowali nad tym i byli bliscy wynalezienia leku, ale Warren Mendoza, jeden z dwóch lekarzy naukowców na pokładzie, twierdził, że Klassner już tego nie dożyje. Chyba że rozwiązanie kryje się w badaniach Dunningera.
– Kage – zwrócił się do SI Klassner – jaka jest prędkość? – Miał na myśli prędkość białego karła.
– Wzrosła nieznacznie do sześciuset dwudziestu kilometrów, Martinie. Tuż przed zderzeniem wzrośnie jeszcze o cztery procent.
Właśnie skończyli jeść obiad. Zderzenie miało nastąpić o 16:14 czasu pokładowego.
– Nigdy nie sądziłem – rzekł Klassner, patrząc na Bolanda szarymi, wilgotnymi oczami – że będę mógł coś takiego zobaczyć. – Wrócił. Było naprawdę zdumiewające, jak jego osobowość znikała i pojawiała się ponownie.
– Nikt z nas nie sądził, Marty. – Takie zdarzenia w pobliżu szlaków komunikacyjnych przytrafiają się raz na pół miliarda lat. I oto się zdarzyło. Niewiarygodne. – Bóg był dla nas bardzo łaskawy.
Słychać było oddech Klassnera. Brzmiał jak szept, chropawy, ciężki.
– Szkoda jednak, że to nie jest zderzenie dwóch prawdziwych gwiazd.
– Biały karzeł to jest prawdziwa gwiazda.
– Nie. Niezupełnie. To wypalone zwłoki.
Jednym z objawów związanych z syndromem Bentwooda było, poza innymi skutkami, widoczne zmniejszenie inteligencji. Kiedyś niezwykły intelekt Klassnera nieomal żarzył się w jego oczach. Wystarczyło na niego spojrzeć i widać było, jaki to błyskotliwy człowiek. A teraz czasem sprawiał wrażenie, jakby funkcjonował na automatycznym pilocie, jakby za sterami nie było nikogo. Nie można powiedzieć, że jego spojrzenie stało się bezmyślne, ale jego geniusz, poza krótkimi przebłyskami, gdzieś znikł. I on o tym wiedział, wiedział, jak było kiedyś. Wypalone zwłoki.
– Szkoda, że nie możemy podejść bliżej – rzekł Boland. Mieli połączenie z mostkiem i uwaga ta była przeznaczona dla Madeleine English, ich pilota.
– Moim zdaniem – odparła – już jesteśmy za blisko. – Miała chłodny i szorstki głos. Sześć osobistości, które znalazły się na liście pasażerów „Polaris”, nie robiło na niej wrażenia.
„Wartownik” znajdował się gdzieś nad biegunem północnym Delty K; „Rensilaer” wisiał po drugiej stronie białego karła. Na pokładzie obu znajdowały się tłumy naukowców, mierząc, licząc, rejestrując, zbierając dane, które specjaliści mieli analizować przez całe lata. Jednym z głównych celów misji było zmierzenie naturalnej krzywizny czasoprzestrzeni.
Podczas przygotowań, rozmowy między statkami były coraz bardziej entuzjastyczne. Widziałeś kiedyś coś takiego? Mam wrażenie, że wszystko, co w życiu zrobiłem, było po to, żeby się tu znaleźć. Patrz tylko na tego drania. Cal, jaki masz odczyt przyspieszenia? W ciągu ostatnich kilku godzin jednak wszystko zamarło. Nastała cisza na łączach, a nawet towarzysze Bolanda nie mieli za wiele do powiedzenia.
Po obiedzie wszyscy udali się do swoich kajut, by czytać albo pracować, lub jakoś inaczej wypełnić czas, jaki pozostał do zderzenia. Instynkt stadny jednak zwyciężył i jeden po drugim wracali. Mendoza w białych spodniach i pulowerze, zawsze zamyślony, zaabsorbowany rozgrywającym się na niebie dramatem tak, że nie zauważał niczego innego. Nancy White, pomiędzy wymianą zdań z Tomem Dunningerem, kolegą Mendozy, zapisywała coś w notesie. Oboje byli mikrobiologami. Dunninger zdobył wielką sławę w swojej dziedzinie. Ostatnio zajmował się poszukiwaniem metod spowolnienia procesów starzenia. A Garth Urquhart od dwóch kadencji był jednym z siedmiu radnych Państw Stowarzyszonych.
Na ekranie tortury Delty Karpis uległy nasileniu. Słoneczny worek stał się coraz bardziej rozciągnięty.
– Kto by pomyślał – rzekł Mendoza – że coś takiego można aż tak rozciągnąć i nie wybuchnie.
– Jeszcze chwila – rzekła White.
Godziny mijały, a rozmowa cały czas skupiała się na widowisku. A w sumie ile waży to coś? Zmienia kolor, czy to tylko moja wyobraźnia? Pierścień dookoła białego karła jaśnieje.
Wkrótce przed północą ustawiono zimny bufet. Spacerowali wokół stołów, próbowali owoców i serów. Dunninger otworzył butelkę wina, a Mendoza wygłosił toast na cześć umierającego na zewnątrz giganta.
– Niezauważony przez sześć miliardów lat – rzekł. – Tak długo na nas czekał.
W przeciwieństwie do pasażerów „Wartownika” i „Rensilaera” byli zaledwie przypadkowymi obserwatorami. Nie prowadzili żadnych prac, nie wykonywali zapisów, nie dokonywali pomiarów – nikt z nich. Przylecieli tu po prostu, żeby dobrze się bawić na kosmicznym spektaklu, oglądając transmisję z trzech statków oraz kilkunastu sond i satelitów. Siedzieli czasem w milczeniu, czasem żywiołowo dyskutując, i patrzyli. Społeczność badawcza i naukowa i tak im podziękuje za ich wrażenia.

„Polaris” nie została zaprojektowana jako statek badawczy. Była transportowcem pomocniczym, luksusowym pojazdem (według spartańskich standardów Agencji), służącym do wożenia różnych ważniaków, na których dyrektor chciał zrobić wrażenie. Zwykle byli to jacyś politycy. Teraz jednak sprawa wyglądała całkiem inaczej.
Obrazy Delty Karpis i białego karła wyświetlane na ekranie ściennym były znacznie lepsze, niż gdyby je oglądać okiem nieuzbrojonym. A mimo to Boland, który był psychiatrą, zauważył, że ludzie wolą tłoczyć się przy iluminatorach, jakby tylko tak dało się naprawdę wziąć udział w zdarzeniu.
Na powierzchni słońca wykwitały czasem potężne eksplozje i w ciemność kosmosu płynęły potężne fale świecącego gazu.
Obok karła pojawiło się pasmo białego światła.
– Wygląda, jakby kawałek się odłamał – podsunął Urquhart.
– To niemożliwe – odparł Klassner. – Nic nie może się oderwać od powierzchni białego karła i odlecieć. To tylko gaz.
Boland był najmłodszym z pasażerów. Miał jakieś czterdzieści lat, czarne włosy, był przystojny i pewny siebie w taki sposób, że zawsze przyciągał uwagę kobiet. Zaczął karierę pracując nad praniem mózgu i rekonstrukcją osobowości u szczególnie niebezpiecznych przestępców i zdołał przekształcić ich jeśli nie w zadowolonych, to przynajmniej w przestrzegających prawa obywateli. Zasłynął jednak dopiero dzięki pracom z dziedziny neurologii i modelowi Bolanda, który został uznany za najbardziej wyczerpujący opis działania ludzkiego mózgu, jaki kiedykolwiek stworzono.
Pozostałe planety Delty K przesuwały się spokojnie na orbitach, jakby nic niezwykłego się nie wydarzyło. Z wyjątkiem pierwszej od słońca – ta zbliżyła się do gazowego giganta tak bardzo, że praktycznie przepłynęła przez zewnętrzne warstwy jego atmosfery. To była Delta Karpis I. Nie miała innej nazwy, a teraz prawie jej już nie było; połknęły ją płomienie. Widzieli, jak to się stało. Zanurzyła się w nim, ale po drugiej stronie wynurzyło się już tylko kilka księżyców.
Rok temu, kiedy pojawił się biały karzeł, Delta K miała układ planetarny składający się z pięciu gazowych gigantów, sześciu planet podobnych do Ziemi i kilkuset księżyców. Najbardziej oddalona od gwiazdy planeta nadal była na swoim miejscu: kryształowo błękitny świat z połyskującymi srebrnymi księżycami i zaledwie trzema satelitami. Boland pomyślał, że to najpiękniejsze ciało niebieskie, jakie widział w życiu.
Kissoff była także stosunkowo mało dotknięta katastrofą. Jej oceany pozostały niewzburzone, a niebo było spokojne, jeśli nie liczyć huraganu na jednym z południowych mórz. Dopiero powstał, ale nie będzie mieć szans, żeby się rozwinąć. Większość zewnętrznych planet została wywleczona z orbit i teraz oddalała się. Delta Karpis IV była planetą podwójną: dwa światy podobne do Ziemi, ale o zamarzniętej atmosferze. Zostały rozdzielone i teraz oddalały się prawie w zupełnie przeciwnych kierunkach.
Karzeł był mniejszy od Rimway, mniejszy nawet od Ziemi. Ważył jednak więcej niż Delta K, a Boland wiedział, że gdyby jakimś cudem dotarł na jego powierzchnię, ważyłby tam miliardy ton.

O 2:45 karzeł i jego świecący pierścień pogrążyły się w chaosie i znikły. Urquhart powiedział, że nie obchodzi go, co mówią wszyscy inni; coś tak małego nie mogło uniknąć zniszczenia w pożodze. Tom Dunninger stwierdził, że równie dobrze mogłoby to być jedno ze słońc ogrzewających jakąś planetę Konfederacji.
– To przerażający moment – rzekł. – Człowiek uświadamia sobie, że nikt nie jest bezpieczny.
Komentarz był sarkastyczny i Boland zaczął się zastanawiać, czy miał znaczyć coś więcej.
Potężne eksplozje rozerwały powierzchnię udręczonego słońca, a SI zameldowała, że jego temperatura gwałtownie rośnie. Dawna żółtopomarańczowa barwa przeszła w biel. Na Kissoff zapłonęły lasy. Z oceanów podnosiły się olbrzymie kłęby pary. Obraz nagle zgasł.
– Utrata sygnału – zameldowała SI.
Delta K V dryfowała, ściągana w stronę miejsca zderzenia. Dawniej była pokryta lodem i miała tylko cienką warstwę atmosfery. Lód jednak stopniał, a jej niebo pokryły grube, szare chmury. Dwa z satelitów krążących wokół gazowego giganta Delta K VII zderzyły się. Jego pierścienie, brązowozłote jak zachód słońca, zaczęły błyszczeć i rozpadać się.
W głośniku komunikatora rozległ się głos Maddy.
– Na „Rensilaerze” mówią, że słońce w ciągu najbliższej godziny wypromieniuje tyle energii co przez ostatnie sto milionów lat.
„Wartownik” doniósł, że otrzymuje większą dawkę promieniowania, niż prognozowano, i wycofuje się. Jego kapitan poinformował Madeleine w transmisji, którą z powodu omyłki usłyszeli wszyscy pasażerowie, żeby uważała.
– Pogoda na zewnątrz jest kiepska.
Madeleine English została na mostku. Zwykle chętnie dołączała do pasażerów we wspólnej sali, kiedy okoliczności na to pozwalały, ale w tej chwili musiała tkwić na posterunku w fotelu pilota. Była piękną kobietą: błękitne oczy, bujne jasne włosy, doskonała figura. Nie było w niej jednak ani odrobiny miękkości, niczego, co sugerowałoby, że ma jakieś słabe punkty.
Mendoza spytał, czy nie są za blisko.
– Znajdujemy się w bezpiecznej odległości – odparła Maddy. – Proszę się nie martwić. Przy pierwszej oznace zbyt dużego natężenia promieniowania ewakuujemy się.
Godzinę i osiem minut później wszystko zmieniło się w piekło, a biały karzeł znów się pojawił. Przemieszczał się dokładnie przez samo słońce, przelatywał przez nie, zdaniem ekspertów na pokładach innych statków, jak kamień przez mgłę. Układ słoneczny, który rozciągnął się podczas zbliżania się gwiazdy, znów się zapadł i pogrążył w turbulencji, a po drugiej stronie utworzył się nowy, przyciągnięty potężną grawitacją umierającej gwiazdy. Potem obraz wypełniła gigantyczna eksplozja.
– Zamykam iluminatory – oznajmiła Maddy. – Od tej chwili możecie oglądać wyłącznie obraz z kamer. Nie chcę, żeby ktoś oślepł, jeśli wybuchnie trochę wcześniej.

Dunninger drzemał. Co dziwne, Mendoza też. Nancy White wyglądała na zmęczoną. Próbowała trochę odpocząć w ciągu dnia, ale okazało się, że to bez sensu. Rytmy dobowe były, jakie były, a czas pokładowy nie różnił się od panującego na Andiquarze, więc naprawdę zbliżała się czwarta rano. Wzięła coś, żeby nie zasnąć. Boland nie wiedział, co to było, ale rozpoznawał objawy.
Zdziwił się, gdy poczuł pracę silników. Madeleine pojawiła się na krótko w drzwiach, by poinformować, że „na zewnątrz robi się trochę gorąco” i muszą odsunąć się na bezpieczną odległość.
– Proszę wszystkich o zapięcie pasów.
Przypięli Mendozę i Dunningera, nie budząc ich. Potem Boland wsunął się we własną uprząż.
To niewiarygodne, ale wyglądało to tak, jakby karzeł zwalniał. Wlókł za sobą wnętrzności słońca. Boland pomyślał, że wygląda to na rozrywanie krówki ciągutki na skalę kosmiczną.
Główny ekspert od zderzeń gwiazd przebywał na pokładzie „Wartownika”. Przewidywał, że słońce zapadnie się podczas tego zdarzenia. Do ostatecznego zniszczenia dojdzie, przewidywał, kiedy różne siły wywołane przejściem karła będą miały dość czasu, by przebić się przez zewnętrzne warstwy. Delta Karpis była cięższa niż ich macierzyste słońce o jakąś jedną czwartą i cięższa od Sol o jedną trzecią.
Maddy przełączyła się na jednego z ekspertów z „Rensilaera”:
– To się teraz może stać w każdej chwili
Obudzili Mendozę i Dunningera.
– Zaczyna się – rzekł Klassner. – Najpierw zobaczycie ogólne zapadanie się.
Chwilę później znów opadła go zmiana osobowości i stał się kimś innym. Najpierw wyglądał na zaskoczonego, później na sennego. Boland patrzył, jak opadają mu powieki. Po paru minutach Klassner spał.
Najpierw zobaczyli jasne, białe światło, które przyćmiło wszystko inne, co było widać na monitorach. Ktoś wciągnął głęboko powietrze, ale nikt się nie odzywał. Mendoza, który siedział obok Klassnera, zerknął na Bolanda i ich spojrzenia się spotkały. Boland doskonale znał Mendozę. Od dawna byli przyjaciółmi, ale w tej chwili nastąpiło między nimi coś głębszego, jak między towarzyszami stojącymi na mrocznym brzegu.

Przeskoczyli za orbitę piątej planety, w ustalone wcześniej miejsce, gdzie dołączyli do pozostałych statków. Klassner obudził się podczas skoku i wyglądał na zrozpaczonego, kiedy pozostali powiedzieli mu, że już po wszystkim.
– Przespałeś wszystko, Marty – rzekł Mendoza. – Próbowaliśmy cię budzić, ale mocno spałeś.
– Nic nie szkodzi – wyjaśniła mu White. – Będziesz miał drugą okazję.
Z tej odległości eksplozja jeszcze nie wystąpiła, miała się wydarzyć dopiero za czterdzieści minut, więc naukowcy przygotowywali się do następnego widowiska. Klassner pogodził się jakoś z rozczarowaniem i skomentował, że jego córka nie będzie ani trochę zdziwiona, kiedy jej powie, co się stało. Boland wiedział, że Klassner nie ma dzieci.
W normalnych okolicznościach Delta Karpis wyglądałaby z tej odległości jak stosunkowo niewielka tarcza. Ale teraz znikła: zastąpiła ją żółta plama, poskręcana, trochę przypominająca kształtem gruszkę.
Nancy White siedziała z notesem i spisywała swoje wrażenia; pewnie któregoś dnia je opublikuje. Stała się sławna jako autorka i prezenterka dwóch programów: „Pogawędki przy kominku z Nancy White”, w którym rozmawiała z publicznością o nauce i filozofii, i „Czas minął” – w tym programie rozmawiała z symulacjami postaci historycznych, od Hammurabiego przez Adriana Cuttera po Myrę Kildare, i omawiała kwestie współczesne. Ten program nigdy nie był bardzo popularny, ale – jak mawiali producenci – lubili go ludzie, którzy się liczyli.
Urquhart rozmawiał cicho z Mendozą. Dunninger otworzył książkę, ale widać było, że nie czyta.
Odliczali i wszystko wydarzyło się po raz kolejny. Tylko że oglądane z tej odległości jakoś mniej bolało. Gruszka uległa deformacji, a światło docierające przez bulaje na zmianę jaśniało i ciemniało, aż wreszcie przeszło w nieprzyjazną, czerwoną poświatę.
Jakie to dziwne, przeżywać to samo wydarzenie dwukrotnie. Cóż, umożliwiały to podróże z prędkością nadświetlną. Kiedy można prześcignąć światło, można też podróżować w czasie.
W ciągu dwóch godzin Delta Karpis znikła, a światło w tym układzie słonecznym zgasło. Została tylko połyskliwa poświata i jasny, złocisty pierścień wokół karła. Patrzyli, a biała gwiazda w ciszy podążała swoją drogą.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-11-28 (1427 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej