Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Psy z Rygi
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Przemytnik cudu - Jakub Małecki



Tłum wzbierał nieustannie i po dwa kolejne piwa Hubert musiał stać znacznie dłużej. Inna sprawa, że czuł się wtedy już dużo lepiej, a w głowie uformowała się zdecydowana myśl, że to, co słyszał w pomieszczeniu sejfowym było tylko idiotycznym wytworem umysłu. Kiedy doszedł do baru, postanowił kupić jednak trzy piwa – dwa dla siebie i jedno dla zdołowanego faceta. Kiedy wrócił do stolika, mężczyzna trzymał ręce na blacie i starał się powstrzymać ich drżenie.
– Dla pana, mistrzu – powiedział Hubert, stawiając kufel przed zmartwionym facetem. – Trzeba jakoś żyć. Mimo wszystko.
Mężczyzna nawet nie drgnął. Ani jeden mięsień nie poruszył się na jego twarzy. Hubert usiadł i upił prawie pół kufla od razu, czując, że piwo lada moment zacznie rozsadzać mu pęcherz.
– Dzięki – odezwał się w końcu mężczyzna i chwycił za kufel. Miał bladą twarz i worki pod oczyma.
– Przez pracę czy kobietę? – Hubert czuł, że za chwilę będzie zwarzony na cacy. Zmęczenie po pracy skutkowało między innymi tym, że można było nawalić się trzema piwami.
– Zamiast kobiety mam w domu anioła – odparł tamten i uśmiechnął się lekko.
– Czyli przez robotę?
– Wczoraj ją straciłem.
– Kobietę? – spytał Hubert.
– Nie, robotę. Do wczoraj byłem kierowcą autobusu.
– Chujowo. Jakiś wypadek?
– Nie, od dwudziestu lat jeżdżę i nawet nikogo nie drasnąłem. Tysiąc siedemset brutto za wożenie dziesiątek ludzi każdym kursem przez miasto zajebane samochodami prowadzonymi przez synków bogatych tatusiów, niedzielnych kierowców, dziadków w okularach grubych jak mój kciuk... Nie, nigdy nie miałem stłuczki i nikogo nie potrąciłem. Bóg mi świadkiem.
– No więc...
Facet wziął potężny łyk i zaczął mówić, przyglądając się własnym dłoniom.
– No więc z poniedziałku na wtorek, kiedy prowadziłem nocny, nie wiem jakim cudem, ale jednemu z pasażerów coś odcięło stopę.
– Kurczę, słyszałem ostatnio o takim numerze...
– Numerze... Niezły mi numer. Żebyś ty człowieku widział, ile tam było krwi... Jakby świniaka zaszlachtowali, przysięgam.
Upił kolejny łyk piwa, wzrokiem gdzieś odpłynął. Po chwili zaczął mówić. Nie kierował słów do Huberta, jakby po prostu opowiadał tę historię komukolwiek lub po prostu sobie, jakby chciał się jej pozbyć i wyrzucić ją z siebie.
– Jechałem dwieście czterdziestką, z Kaponiery na Kaczą, lubię tę trasę, bo nie jeździ nią tylu rozwrzeszczanych studentów, co na Pestce czy w kierunku Rataj. Tego dnia było w ogóle mało ludzi, bo imprez w poniedziałek też jest niewiele, a nikt inny poza imprezowiczami nocnymi przecież nie jeździ. No i przejechałem Szylinga i Polną, na Grodziskiej wysiadła chyba z połowa i zostało zaledwie kilku. I wtedy zatrzymałem się na Marcelińskiej. Przede mną świeciły okna tego nowego wysokiego biurowca Raiffeisen Banku, po obu stronach ulicy tylko baraki i małe sklepy. I na przystanku stoi facet tak gruby, że wydawało mi się to niemożliwe. Spaślak, jakiego w życiu nie widziałem, do tego zarośnięty jak małpa, z czarną brodą i skudlonymi włosami prawie do pasa. A na szyi wisi mu identyfikator empekowego kanara. Zatrzymałem się, facet spojrzał na mnie w lusterku, a ja przysiągłbym wtedy, że ma czarne oczy – czarne jak smoła, jakby coś mu je wypaliło i gapiły się na mnie same puste oczodoły. Wsiadł do autobusu. Sekundę później usłyszałem wrzask, jakby kogoś właśnie ze skóry obdzierali. Darła się dziewczyna, która siedziała zaraz za mną. Nie miała pół nogi, jucha się lała jak skurwysyn. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. Wryłem hamulec w podłogę i wybiegłem z kabiny. Ta dziewczyna, ładna była skubana i co chwila na nią zerkałem, blondyneczka z dużym tyłkiem i dużymi cyckami, ładna buźka i duże, śliczne oczy. Przysięgam, że jeszcze chwilę wcześniej miała obydwie nogi całe.
Hubert opróżnił trzecie piwo i poczuł, że pęcherz woła o pomstę do nieba. Nie chciał przerywać facetowi.
– Miała dwie całe i zgrabne nogi, a chwilę później krwawiła jak zarzynany wieprz – ciągnął mężczyzna. – Ułamek sekundy i ciach, nie ma! Pojęcia nie mam, jak to się stało. Przecież sama se tej nogi nie upierdoliła.
Ponury kierowca dopił piwo i bez pytania sięgnął po „zapasowy” kufel Huberta, który ten zostawił sobie na później.
– Jak tylko zobaczyłem, co się dzieje, pomyślałem sobie o tym grubasie, ale kiedy rozejrzałem się po wnętrzu pojazdu, okazało się, że faceta nigdzie nie ma. Rozpłynął się, skurwiel, a daję głowę, przysięgam, że go widziałem. Wsiadał na Marcelińskiej i miał na szyi identyfikator kontrolera. W ułamek sekundy zniknął, a dziewczyna siedząca tuż za mną straciła całą stopę. Tej też oczywiście nie udało się znaleźć. Zupełnie jakby coś tę stopę ucięło i zabrało. W ciągu sekundy.
Facet wydoił prawie cały kufel i z powrotem wbił mętny wzrok w ścianę.
– I co, wyjebali pana za to? – zapytał Hubert, patrząc ze smutkiem na wypite piwo.
– Za to, że nie poinformowałem nikogo, że ktoś właśnie odcina dziewczynie stopę. Że niby mógłbym być w zmowie albo bać się tego, kto jej to zrobił. Teraz się dopiero zaczną przesłuchania, pytania, ja pierdolę...
– Straszna sprawa. A co z tą dziewczyną?
– Nie wiem, chyba jest nadal w szpitalu. – Facet wzdryg­nął się mimowolnie. – Z tego, co mówił ratownik, który opatrywał ją na miejscu, rana wyglądała tak, jakby powstała na skutek silnego uderzenia ciężkim i ostrym narzędziem. Na przykład siekierą.
Hubert nie wytrzymał i w końcu musiał pójść do toalety. Kiedy wrócił, kierowca siedział w tym samym miejscu, a przed nim złotym kolorem mieniły się dwa kolejne kufle piwa.
– Jedno dla ciebie – rzucił, po raz pierwszy spoglądając Hubertowi w oczy. Miał zrezygnowany, oddalony wzrok, w którym widać było pustkę i strach przed przyszłością, a raczej jej brakiem.
– Dzięki.
– Wiesz, co ci powiem? – odezwał się ponownie mężczyzna i tym razem sprawiał wrażenie bardziej przytomnego. – Ten facet, grubas, który jakimś pieprzonym cudem zniknął, miał oczy czarne jak węgle, ale po gębie nie powiedziałbyś, że to zły człowiek. A ta dziewczyna bredziła, że ją przepraszał. Tak... Żebyś ty, człowieku, słyszał, jak ona się darła. Wrzeszczała, że facet uciął jej stopę za grzechy, że wsadził do worka i wyszedł. Tak jej się z przerażenia we łbie poprzestawiało, że nie szło tego słuchać. Potworne rzeczy mówiła, że on ją przepraszał za to, co zrobił, że musiał, bo był przemytnikiem, czy coś takiego... Nie pamiętam już dokładnie.
Wypili jeszcze po jednym piwie (tym razem każdy zapłacił za swoje), ale zrobili to w milczeniu, facet popadł bowiem z powrotem w odrętwienie i nie dałoby się wydobyć z niego ani słowa. Hubert nie miał zresztą większej ochoty na dalszą rozmowę: w głowie szumiało mu jak na autostradzie i czuł, że zamiast ciała ma na sobie ciężki worek.
Wyślizgnął się z pubu w głośną krzykami poznaniaków noc. Latarnie wokół rynku rozrzedzały ciemność, witryny sklepów, barów i kilku banków oświetlały chodniki upaprane czarnymi śladami po gumach do żucia i kebabowym sosem. Hubert musiał powstrzymywać się, żeby nie podbiec i splunąć na plakaty, na których uśmiechnięte ryje reklamowały „najtańszy kredyt mieszkaniowy” czy „lokatę Twoje Ogromne Zyski”. Dotarcie do Ronda Kaponiera zajęło mu mniej czasu niż zwykle na trzeźwo. Zszedł do przejścia podziemnego i natknął się na bijatykę.
Trzech typów z rodzaju dzieci-kwiaty-z-zielonymi-
-ple­cakami-w-kosteczkę-i-naszywkami-na-całym-ubra­niu łoiło jakiegoś upośledzonego chłopaka. Hubert ­zatrzymał się, obok niego przystanął inny przechodzień w sportowych spodniach i bluzie z kapturem.
– Ty... – powiedział Hubert i skinął głową w kierunku bijących, Zrobił to tylko dlatego, że był pijany. Na trzeźwo w życiu nie wdawałby się w taką drakę.
– No – zabrzmiała odpowiedź spod kaptura.
Ruszyli.
Jeden z napastników – gość w brudnych dredach i z kolekcją kolczyków na twarzy – kopał chłopaka, pozostała dwójka pochylała się nad ofiarą i waliła pięściami.
– Ej, co jest? – krzyknął Hubert i tamci odwrócili się jak na komendę. W tym samym czasie podbiegły dwie dziewczyny, każda z psem na smyczy. Jedną z nich, wyższą i obciętą na zapałkę, Hubert znał z widzenia. Zawsze, kiedy chodził do Społem przy 27 Grudnia, ta siedziała przed sklepem i żuliła na wino. Była okropnie brzydka, szczękę miała jak Schwarzenegger i cuchnęło od niej ­kałem.
– Ej, fłopaki! Ej, ten koleś się zaczął! – krzyknęła. Zęby miała popsute i żółte, – Ej, fłopaki, ej, ten koleś na serio się zaczął. Podbiegł i chciał nam zajebać gitarę!
Gitara rzeczywiście stała pod ścianą. Była brudna, obdrapana i cała oklejona kolorowymi nalepkami. Hubert nie wziął by jej nawet, gdyby ktoś chciał mu za to zapłacić.
– Ale co, po co mu gitara?
– No ej, nie wiem, fłopaki! No jakiś, kurwa, pojeb!
– Hej, puśćcie go – powiedział chłopak stojący przy Hubercie i ściągnął z głowy kaptur. Był ogolony na zero, z tyłu na skórze głowy miał tatuaż przedstawiający jakieś poskręcane symbole i wzory. – Puść go, kurwo, bo cię dojadę zaraz.
Podszedł do jednego z napastników i chlasnął go z otwartej ręki w twarz. Policzek uderzonego zabarwił się na czerwono.
– Wypierdalaj, gnoju! – krzyknął chłopak stojący z tyłu. – O chuj ci chodzi?
– No, właśnie ej – wtrąciła się dziewczyna o twarzy konia. – Tamten chciał nam zabrać gitarę. Fłopaki, zostawcie się.
– Zamknij ryj, bazylu – powiedział idealnie spokojnym tonem wytatuowany i dopiero, kiedy Hubert odwrócił się z powrotem w kierunku centralnego punktu tej dziwnej pseudobijatyki, zobaczył, kto był tym niedoszłym złodziejem bezwartościowej gitary.
Leżał na ziemi skulony niczym embrion, sponiewierany, jak walające się dokoła ulotki i darmowe gazety. Tamci trzej odsunęli się od niego w obawie, że dresiarz obok Huberta za chwilę straci nad sobą panowanie i zacznie walić po gębach kogo popadnie. Chłopak, którego jeszcze przed chwilą bito, miał zniekształconą twarz i powykręcane jakimś przedziwnym, przedwczesnym artretyzmem dłonie. Cała jego sylwetka wyglądała jak przepuszczona przez maszynkę do mięsa i zszyta z powrotem przez ślepca. Stawy powyginały się w strony, w które według podręczników anatomii nie powinny były się wyginać, dłonie pokryte były wielkimi wypustkami i naroślami, skronie chłopaka rozjaśniały krótkie siwe włosy.
Kiedy się odezwał, okazało się, że ma również wadę wymowy.
– P-p-przecież ja chciałem tylko sprawdzić. B-b-bo ja szukam. Ja szukam ich, ja szukam – wyjąkał, rozglądając się po twarzach zebranych nad nim ludzi. – Szukam tylko.
– Nie wiem, kogo szukasz, ale lepiej po prostu stąd spierdalaj – poradził mu dresiarz. – I nie bierz się za cudze rzeczy, nawet jak to jest jakaś rozjebana gówniana gitara.
– Ej! – odezwał się jeden z dzieci kwiatów płci męskiej, który stał dotąd bez słowa. Miał wytatuowane przedramiona i mnóstwo ubytków w uzębieniu. – To jest gitara po moim starym. Nie jest gówniana.
– Współczuję staremu, że coś takiego z kija spuścił – odparł dresiarz i klepnął Huberta w ramię. – Dalej, bujamy stąd, człowieku. Zaraz psy się zjadą i będzie jakiś gnój. Nie chcę znowu iść na cztery osiem.
Pobity chłopak dobiegł do jednego z wyjść na powierzchnię, podeszły do niego dwie postaci i Hubert dałby głowę, że wyglądały identycznie jak tamten. Powykręcane ramiona, chude torsy, siwiejące włosy.
Koleś w dresie pociągnął Huberta za kurtkę i zosta­wili bandę dzieci kwiatów w spokoju. Pod wpływem orzeźwiającego przypływu adrenaliny, świat dokoła wydawał już się nieco mniej powyginany. Wyszli na powierzchnię, gdzie powitał ich smród spalin wydalanych bezwstydnie przez stojący na przystanku autobus. Mdłe światło sączyło się przez niektóre szyby Merkurego.
– Bosak jestem – przedstawił się chłopak z tatuażem na głowie i wyciągnął wielką jak łopata grabę.
– Hubert.
– Wiesz, nie chcę się napierdalać, bo siedziałem w pierdlu dwa razy i bez sensu za taki szit tam trafić znowu, tej.
– Łe, no to kibel, faktycznie.
– Wiesz, jak zerwałem z dupą, to miałem taką wiksę, że łaziłem, kurwa, po mieście, tej, i się napierdalałem. Ale mi przeszło i wiesz, suki się zaraz by zjechały i chuj. Nie ma sensu.
– No... – Hubert poczuł, że lepiej będzie, jak właśnie w tym momencie zakończy tę ciekawą znajomość. – Słuchaj, ja spadam na teatralkę, trzymaj się.
– No, do zobaczenia.
Mam nadzieję, że nie, pomyślał Hubert i wbił ręce w kieszenie. Na moście Teatralnym wpakował się w ostatni tramwaj i pojechał do domu przekonany, że oto właśnie przeżył jeden z najdziwniejszych dni swojego życia.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-11-30 (1485 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej