Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Dracula: Nieumarły
 
Katalog - dodano
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 Ale z naszymi umarłymi
- Jacek Dehnel
 Jednookie walety
- antologia
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Zamek Lorda Valentine'a - Robert Silverberg

Rozdział 1


I wtedy, po całodziennym marszu przez złociste opary wilgotnego ciepła, oblepiającego ciało niczym delikatne runo, Valentine znalazł się na odkrytej skalistej grani. Tam w dole leżała stolica prowincji, Pidruid, największe miasto, do jakiego dotarł od... od... Od kiedy? No, w każdym razie największe w czasie całej wędrówki.
Przysiadł na krawędzi białej kruchej skały i grzebiąc butem w zwietrzałym kamieniu patrzył w dół. Zdawało mu się, że wciąż ciążą mu na powiekach resztki długiego snu. Zamrugał. Do zmierzchu letniego dnia było jeszcze bardzo daleko, chociaż słońce przeszło już na zachodnią stronę Pidruid i wisiało teraz nad Morzem Wielkim. Odpocznę chwileczkę, pomyślał, a potem zejdę na dół i poszukam noclegu.
I kiedy tak odpoczywał, usłyszał stukot toczących się z góry kamyków. Niespiesznie spojrzał za siebie. Drogą, którą przed chwilą przyszedł, jechał konno młody pastuch, chłopiec o słomianych włosach i piegowatej twarzy. Za nim podążało piętnaście, może dwadzieścia purpurowoskórych wierzchowców, spasionych i lśniących, niewątpliwie dobrze zadbanych. Wierzchowiec chłopca był starszy i chudszy od tamtych, sprawiał za to wrażenie roztropnego, nawykłego do trudów stworzenia.
- Hej! - zawołał chłopiec. - Dokąd podążasz?
- Do Pidruid. A ty?
- Ja też. Jadę sprzedać konie na targu. Pić się chce człowiekowi przy takiej robocie. Masz może wino?
- Trochę - odrzekł Valentine. Stuknął palcem w butelkę uwiązaną na biodrze, w miejscu, w którym bardziej krewcy mężczyźni noszą broń. - Dobre czerwone wino z głębi kraju. Szkoda tylko, że się kończy.
- Daj mi łyk, to zabiorę cię do miasta.
- Zgoda - powiedział Valentine.
Podniósł się i wyciągnął butelkę w stronę chłopca, który tymczasem zsiadł z konia i zbliżał się do niego. Pastuch nie miał więcej niż czternaście, piętnaście lat i choć był muskularny, z dobrze rozwiniętą klatką piersiową, Valentine’owi sięgał zaledwie do łokcia. A przecież Valentine, silny, barczysty mężczyzna o dużych zręcznych rękach, był wzrostu zaledwie nieco powyżej średniego.
Chłopiec potrząsnął butelką, powąchał ze znawstwem wino i skinąwszy głową na znak aprobaty pociągnął duży łyk. Westchnął z ulgą.
- Przez całą drogę z Falkynkip nałykałem się niemało kurzu. I ten parny upał - można się udusić! Jeszcze godzina o suchym gardle, a zupełnie bym się wykończył. - Zwrócił butelkę Valentine’owi. - Mieszkasz tutaj?
Valentine zmarszczył brwi.
- Nie.
- Idziesz na festyn?
- Jaki festyn?
- To ty nic nie wiesz?
Valentine potrząsnął przecząco głową. Czuł, że chłopiec przewierca go bystrym, kpiącym wzrokiem. Zmieszał się.
- Podróżowałem - powiedział wymijająco. - Nie śledziłem nowinek. To w Pidruid będzie festyn?
- Tak, w tym tygodniu - odrzekł chłopiec. - Zacznie się w Dniu Gwiazdy. Będzie wielka parada, cyrk, prawdziwie królewska uroczystość. Spójrz na dół! Nie widzisz, że on właśnie wkracza do miasta?
Valentine podążył wzrokiem za wyciągniętą ręką chłopca i mrużąc oczy wpatrywał się w południowe obrzeża Pidruid, ale zobaczył tylko ciasno spiętrzone zielone dachy domów i gmatwaninę starych wąskich uliczek. Potrząsnął głową raz jeszcze.
- Tam! - powiedział chłopiec niecierpliwie. - Obok portu. Widzisz okręty? Pięć potężnych okrętów, z powiewającymi na dziobach jego banderami? Trochę dalej widać orszak, popatrz, właśnie mija Smoczą Bramę i wkracza na Czarny Gościniec. A ten rydwan pod Łukiem Marzeń, to chyba jego. Naprawdę nie widzisz? Czy coś jest nie tak z twoimi oczami?
- Nie znam miasta - odparł łagodnie Valentine. - Ale oczywiście widzę i port, i pięć okrętów.
- Świetnie. No to popatrz trochę dalej, w głąb lądu. Widzisz kamienną bramę? A przebiegający pod nią szeroki gościniec? A tamten łuk powitalny?
- Tak, teraz widzę.
- A jego proporzec na rydwanie?
- Czyj proporzec? Wybacz, nie bardzo wiem, o co chodzi, ale...
- Czyj, czyj! Proporzec Lorda Valentine’a! Rydwan LordaValentine’a! Straż przyboczna Lorda Valentine’a, maszerująca ulicami Pidruid! To nic nie wiesz o przyjeździe Koronala?
- Nie, nie wiem.
- A festyn? Z jakiego powodu urządzano by festyn o tej porze, jeśli nie na jego cześć?
Valentine uśmiechnął się.
- Podróżowałem. Jak widać, ominęły mnie najnowsze wieści. Chcesz jeszcze wina?
- Niewiele ci zostało - powiedział chłopiec.
- Bierz. Wypij do końca. Kupię sobie w Pidruid.
Podał chłopcu butelkę i znów powędrował spojrzeniem w dół zbocza, poprzez drewniane przedmieścia, poprzez rojowisko śródmiejskich domów i dalej, ku zabudowaniom portu, ku wielkim okrętom, banderom, maszerującym wojownikom, rydwanowi. Musiała to być podniosła chwila w dziejach Pidruid, ponieważ władza Koronala zaczynała się gdzieś hen daleko, na Górze Zamkowej, na drugim końcu Majipooru i obejmowała tak rozległe przestrzenie, że zarówno władca, jak i świat, którym rządził, zdawały się boskie, bardziej legendarne niż rzeczywiste. Koronal Majipooru nieczęsto zjawiał się na zachodnim kontynencie. Dziwne, ale Valentine wcale nie był poruszony obecnością tam w dole swojego znamienitego imiennika. On to on, a ja to ja, pomyślał. On tej nocy będzie spał w jednym ze wspaniałych pałaców władców Pidruid, a ja na jakiejś stercie siana. Potem odbędzie się wielki festyn. Ale co to mnie obchodzi? Poczuł się jednak nieco winny, iż nie podzielał podniecenia chłopca. Chyba był niezbyt uprzejmy.
- Wybacz mi - rzekł. - Tak mało wiem o tym, co działo się na świecie przez ostatnie miesiące. Dlaczego Koronal tu przybywa?
- Robi wielki objazd - odpowiedział chłopiec. - Odwiedza każdy zakątek królestwa, by obwieścić o objęciu przez siebie władzy. Rozumiesz, dopiero od dwóch lat zasiada na tronie. To brat nieżyjącego Lorda Voriaxa. O tym, że Lord Voriax umarł i że Lord Valentine jest naszym Koronalem, musiałeś już chyba słyszeć.
- No tak, słyszałem - odpowiedział Valentine z niepewną miną.
- Więc to on właśnie jest tam na dole, w Pidruid. Objeżdża królestwo po raz pierwszy, od kiedy osiadł na Zamku. Poprzedni miesiąc spędzał na południu, w prowincjach pokrytych dżunglą; wczoraj zaś przybił do brzegu w Pidruid, a dzisiaj uroczyście wkracza do miasta, gdzie z tej okazji odbędzie się festyn: dużo jedzenia i picia dla każdego, gry, tańce, różne uciechy i wielki jarmark, na którym dobrze sprzedam moje wierzchowce. Po tym wszystkim ruszy dalej, przez cały Zimroel, od stolicy do stolicy, i przejedzie tyle tysięcy mil, że na samą myśl o tym boli mnie głowa, a ze wschodniego wybrzeża kontynentu pożegluje z powrotem na Alhanroel i osiądzie na Górze Zamkowej, i nikt z nas nie zobaczy go na Zimroelu przez następnych dwadzieścia lat albo i więcej. Być Koronalem, to dopiero coś. - Chłopiec zaśmiał się. - Miałeś dobre wino. Nazywam się Shanamir. A ty?
- Valentine.
- Valentine? Valentine? Z takim imieniem można zajść daleko.
- Jest raczej dość pospolite.
- Dodaj „Lord” na początku i będziesz Koronalem!
- To nie takie łatwe. A poza tym, po co mi to?
- Jak to, po co? - zdziwił się Shanamir. - Władza, piękne stroje, jedzenie, wino, klejnoty, pałace, kobiety...
- Odpowiedzialność - dorzucił posępnie Valentine. - Ciężar. Czy myślisz, że Koronal nic nie robi, tylko pije złociste wino i uczestniczy w procesjach na swoją cześć? Myślisz, że ta podróż sprawia mu przyjemność?
Chłopiec pomyślał chwilę.
- Może i nie.
- On rządzi miliardami ludzi, na obszarach, których ogromu nie jesteśmy w stanie ogarnąć umysłem. Wszystkie obowiązki spadają na jego barki. Wprowadzanie w życie dekretów Pontifexa, utrzymywanie porządku, przestrzeganie sprawiedliwości w każdym kraju... Już samo myślenie o tym mnie męczy, chłopcze. I musi pilnować, żeby świat nie pogrążył się w chaosie. Nie zazdroszczę mu. Ach, zostawmy w spokoju jego i jego sprawy!
Shanamir milczał chwilę, zanim się odezwał.
- Nie jesteś tak głupi, jak mi się zdawało, Valentine.
- Naprawdę sądziłeś, że jestem głupi?
- No, może naiwny, beztroski. Masz przecież swoje lata, a tak mało wiesz o pewnych rzeczach, że ja, o połowę od ciebie młodszy, muszę ci je tłumaczyć. Ale może się mylę. No, to zjeżdżajmy do Pidruid.

Rozdział 2

Valentine mógł przebierać w prowadzonych na targ wierzchowcach, ale nie dostrzegał między nimi różnicy, toteż wziął pierwszego z brzegu i lekko wskoczył na jego grzbiet. Po tak długim marszu jazda okazała się prawdziwą przyjemnością. Wierzchowiec był wygodny, to zrozumiałe, gdyż te zwierzęta od tysiącleci hodowano właśnie dla ludzkiej wygody. Wynalezione w dawnych czasach, były silne, spokojne, nie okazywały zmęczenia i zadowalały się byle jaką strawą. Ale umiejętność ich sztucznego wytwarzania dawno już poszła w zapomnienie i teraz rodziły się same, tak jak zwierzęta naturalne. Poruszanie się po Majipoorze inaczej niż na ich grzbiecie było właściwie nie do pomyślenia.
Jeszcze dobrą milę jechali wysoką granią aż do miejsca, w którym droga gwałtownie opadała w dół ostrymi zakosami aż do nadbrzeżnej doliny. Valentine milczał, pozwolił mówić chłopcu. Shanamir przybywał z północnego wschodu, z okolicy odległej o dwa i pół dnia drogi lądem, gdzie wraz z ojcem i braćmi hodowali wierzchowce, by je sprzedawać na targu w Pidruid. Nieźle im się z tego żyło. On sam miał trzynaście lat i wygórowane mniemanie o sobie. Nigdy nie był poza granicami prowincji, której stolicą było Pidruid, ale któregoś dnia miał zamiar ruszyć dalej, przemierzyć cały Majipoor, udać się z pielgrzymką na Wyspę Snu i uklęknąć tam przed Panią, przepłynąć Morze Wewnętrzne i pokonać wzniesienie Góry Zamkowej, zejść z niej, pójść na południe, może aż za strefę dusznych tropików, dotrzeć do wypalonych przez słońce jałowych włości Króla Snów - no bo jaki ma się pożytek z życia i zdrowia na świecie tak pełnym cudów jak Majipoor, jeśli się po nim nie podróżuje?
- A ty, Valentine - zapytał niespodziewanie - kim ty jesteś? Skąd się tu wziąłeś? Dokąd idziesz?
Valentine, oszołomiony paplaniną chłopca i ukołysany miarowym rytmem wierzchowca schodzącego w dół wijącą się drogą, nie był przygotowany na tyle pytań. Wydusił z siebie jednak kilka zdań.
- Przybywam ze wschodniej prowincji. Poza odwiedzinami w Pidruid nie mam innych planów. Zostanę tu tak długo, aż znajdę wystarczające powody, by powędrować dalej.
- Dlaczego właśnie tu?
- A dlaczego nie?
- Och - westchnął Shanamir - niech ci będzie. Widzę, że coś ukrywasz. Pewnie jesteś młodszym synem księcia z Ni-moya albo z Piliploku, zesłałeś na kogoś złośliwy sen, przyłapano cię na tym i twój ojciec dał ci worek pieniędzy, bylebyś tylko zniknął gdzieś na drugim krańcu kontynentu. Mam rację?
- Co do joty. - Valentine mrugnął porozumiewawczo.
- I masz pełne sakwy rojali i koron, i idziesz pożyć w Pidruid niby jakiś książę, popić, pojeść, zabawić się, aż wydasz ostatnią monetę. Wtedy najmiesz się do pracy na statku i popłyniesz na Alhanroel, a ja z tobą jako twój giermek. Zgadza się?
- Zgadza się, mój przyjacielu. Z wyjątkiem pieniędzy. Nie zadbałem, by i one pasowały do twojej historii.
- Ale masz jakieś pieniądze? - zainteresował się Shanamir poważniejąc. - Nie wyglądasz na żebraka. Ci z Pidruid są dla nich bardzo surowi. Nie wpuszczają do miasta żadnych włóczęgów.
- Mam kilka monet - odparł Valentine. - Chyba starczy, by przeżyć festyn, a nawet, parę dni dłużej. Co będzie potem, zobaczymy.
- Jeśli naprawdę wyruszysz na morze, Valentine, weź mnie ze sobą.
- Dobrze, jeśli wyruszę, to z tobą.
Byli już w połowie drogi. Miasto Pidruid leżało w wielkiej przybrzeżnej niecce, ze wszystkich stron otoczonej niewysokimi szarymi wzgórzami. Niewielka przerwa w ich łańcuchu sprawiała, że morze wdzierało się w głąb lądu, tworząc zatokę, nad którą rozłożył się wspaniały miejski port. Gdy w to późne letnie popołudnie Valentine znalazł się na poziomie morza, poczuł, jak owiewa go przybrzeżna bryza, jak chłodzi go i odświeża, łagodząc całodzienny upał. Od zachodu napływały już ku brzegowi kłęby mgły, a powietrze miało słony posmak, jak gdyby było przesiąknięte wodą, w której jeszcze przed godziną pływały ryby i morskie smoki. Valentine przestraszył się rozmiarów leżącego przed nim miasta. Nie pamiętał, czy kiedykolwiek widział większe; co prawda, nie pamiętał również wielu innych rzeczy.
Tu kończył się kontynent. Za plecami miał cały Zimroel, a z tego, co wiedział, przemierzył go, rozpoczynając wędrówkę od jednego z największych wschodnich portów - od Ni-moya czy też może Piliploku. Choć to dziwne: był za młody, by zdążyć odbyć tak długą podróż, i to pieszo, bo nie przypominał sobie, by do dzisiejszego popołudnia dosiadał jakiegokolwiek wierzchowca. A jednak wprawa, z jaką wskoczył na szeroki grzbiet konia, świadczyłaby o tym, że przynajmniej pewną część drogi odbył konno. Mniejsza o to. Był tam, gdzie był, i nie miał powodu do niepokoju. Skoro w jakiś bliżej nieokreślony sposób przybył w to miejsce, pozostanie w nim tak długo, jak długo będzie miał na to ochotę. Nie czuł w sobie takiego głodu podróży jak Shanamir. Świat był tak rozległy, że nie potrafił nawet o tym myśleć: trzy wielkie kontynenty, dwa olbrzymie morza, bezmiar przestrzeni, który dawał się w pełni objąć jedynie w snach, a i wtedy część prawdy o nim pozostawała nieuchwytna. Mówiono, że Lord Valentine mieszka w zamku, który ma osiem tysięcy lat i w którym co roku przybywa pięć pokoi. Że ten zamek stoi na górze sięgającej nieba, kolosie trzydziestomilowej wysokości. Że na stokach tej góry znajduje się pięćdziesiąt miast tak wielkich jak Pidruid. Nie mieściło się to w głowie. Świat był zbyt duży, zbyt stary, zbyt obficie zaludniony jak na jeden ludzki rozum. Będę mieszkał w mieście Pidruid, pomyślał Valentine, znajdę jakiś sposób, by zarobić na jedzenie i kwaterę, i będę szczęśliwy.
- Oczywiście nie masz zamówionego łóżka w żadnej gospodzie - wyrwał go z zadumy Shanamir.
- Oczywiście nie mam.
- Jakżeby inaczej. A w mieście wszystkie gospody są zajęte z powodu festynu i obecności Koronala. Gdzie zatem będziesz spał, Valentine?
- Byle gdzie. Pod drzewem. Na stercie szmat. W parku. To mi wygląda na park, ten kawałek zieleni z wysokimi drzewami - tam, na prawo.
- Czy pamiętasz, co ci mówiłem o włóczęgach w Pidruid? Znajdą cię i zamkną w lochu na miesiąc, a gdy wypuszczą, to tylko po to, żebyś sprzątał łajno na ulicach. Będziesz musiał odkładać pieniądze na zapłacenie grzywny, co przy zarobkach zamiatacza zabierze ci resztę życia.
- Sprzątanie łajna to przynajmniej stałe zajęcie - powiedział Valentine, ale nie rozśmieszył tym Shanamira.
- Jest tu gospoda, w której zatrzymują się kupcy z gór. Znają mnie tam, a raczej mojego ojca. Jakoś cię w niej urządzimy. No i co byś zrobił beze mnie?
- Zostałbym zamiataczem łajna, nie inaczej.
- Wydaje mi się, że naprawdę nie miałbyś nic przeciwko temu. - Chłopiec dotknął ucha swego wierzchowca, zatrzymując go w ten sposób. Spojrzał towarzyszowi podróży prosto w oczy. - Czy dla ciebie, Valentine, nic na tym świecie nie ma znaczenia? Nie mogę cię rozgryźć. Nie wiem, czy jesteś głupi, czy tylko najbardziej lekkomyślny ze wszystkich ludzi na Majipoorze.
- Sam chciałbym to wiedzieć - odrzekł Valentine.
U stóp wzgórza górska droga dołączyła do szerokiego gościńca biegnącego z północy dnem doliny i zakręcającego na zachód, do Pidruid. Po obu stronach ustawione były niskie białe słupki, z wybitym podwójnym herbem Pontifexa i Koronala - labiryntem i gwiazdą. Nawierzchnię gościńca stanowiło niebieskoszare tworzywo, elastyczne, lekko sprężynujące, bez jakichkolwiek pęknięć czy dziur. Droga była doskonała, bo zrobiono ją zapewne w czasach starożytnych, a wszystko, co po nich przetrwało, nadal było doskonałe. Na przykład wierzchowce. Wciąż stąpały niestrudzenie. Owe syntetyczne stworzenia nie wiedziały, co to zmęczenie, i mogły człapać od portu Pidruid do portu Piliplok bez odpoczynku i bez jednej skargi. Od czasu do czasu Shanamir spoglądał do tyłu, sprawdzając, czy idąc luźno nie pogubiły się, ale one grzecznie tkwiły w szeregu - tępy pysk za szorstkim ogonem, szorstki ogon przed tępym pyskiem - tuż przy skraju gościńca.
Słońce, lekko zamglone, nabierało złocistych tonów zachodu. Miasto leżało przed nimi jak na dłoni, ale podróżnych zachwycił widok rosnących po obu stronach drogi drzew. Były wspaniałe. Miały niebieskawe wysmukłe pnie, przewyższające człowieka co najmniej dwudziestokrotnie, a w miejscu koron ogromne, ciemnozielone, lśniące pióropusze o długich, wąskich jak sztylety liściach i zdumiewających kiściach czerwonych kwiatów. Te kwiaty płonęły wzdłuż drogi niczym szpaler latarni morskich.
- Co to za drzewa? - spytał Valentine.
- To palmy, które tutaj nazywają ognistym deszczem - odpowiedział Shanamir. - Pidruid z nich słynie. Rosną tylko na wybrzeżu i kwitną przez jeden tydzień w roku. Zimą spadają z nich cierpkie owoce, z których robi się mocne wino. Jutro będziesz je pił.
- Koronal wybrał niezły moment na przyjazd.
- Myślę, że nieprzypadkowo.
Szpaler olśniewających drzew ciągnął się w nieskończoność, a oni jechali wzdłuż niego tak długo, aż otwarte pola ustąpiły miejsca bogatym wiejskim zagrodom, te z kolei podmiejskim terenom o bardziej zwartej i skromniejszej zabudowie, potem pojawiła się strefa zakurzonych fabryczek, aż w końcu stanęli przed starożytnymi murami właściwego Pidruid, sięgającymi połowy wysokości ognistych palm. Wykuta w nich brama miała kształt łuku i była zwieńczona starymi blankami.
- Brama Falkynkip - obwieścił Shanamir. - Wejście do Pidruid od strony wschodniej. Za chwilę znajdziemy się w stolicy. Wśród milionów istot, Valentine, wszystkich ras Majipooru - i to nie tylko ludzkich. Nie, tutaj zobaczysz zbiorowisko wszystkiego, co żyje. Skandarów, Hjortów, Liimenów i całą resztę. Mówi się nawet, że jest tu mała grupa Zmiennokształtnych.
— Zmiennokształtnych?
- Tak, to taka stara rasa. Tubylcy.
- My nazywamy ich trochę inaczej. - Zdawało się, że Valentine szuka w pamięci odpowiedniego słowa. - Metamorfowie, czy tak?
- Tak, to ci sami. Słyszałem, że tak nazywają ich na wschodzie. Masz dziwny akcent, wiesz o tym?
- Nie dziwniejszy od twojego, przyjacielu.
- Ale to twój akcent brzmi obco. Ja mówię normalnie. Ty wymawiasz słowa w dziwaczny sposób. My nazywamy ich Metamorfami - powtórzył, przedrzeźniając Valentine’a. - Czy w taki sposób mówią w Ni-moya?
Valentine wzruszył ramionami. Shanamir ciągnął dalej.
- Boję się ich, tych Zmiennokształtnych. Tych Metamorfów. Nasza planeta byłaby bez nich szczęśliwsza. Czają się wszędzie, podszywają pod innych, wyrządzają szkody. Wolałbym, żeby trzymali się swojego miejsca.
- Większość z nich tak właśnie robi, nie uważasz?
- Większość może i tak, ale wiadomo, że jest ich trochę w każdym mieście. Mamy przez nich coraz to nowe kłopoty. - Pochylił się ku Valentine’owi, schwycił go za ramię i przyjrzał mu się badawczo. - Takiego to wszędzie można spotkać. Choćby na grani. Siedzi tam sobie w gorące popołudnie i gapi się w dół na miasto.
- A więc myślisz, że jestem przebranym Metamorfem?
Chłopiec zachichotał.
- To udowodnij, że nie jesteś!
Valentine namyślał się chwilę, w jaki by tu sposób się bronić, ale nic mu nie przychodziło do głowy. Wobec tego wykrzywił twarz w potworną maskę: rozciągnął policzki, jakby były z gumy, wygiął usta i wywrócił gałki oczu.
- Oto moje prawdziwe oblicze - powiedział. — Rozszyfrowałeś mnie.
- Roześmieli się zgodnie i weszli przez Bramę Falkynkip do stołecznego miasta Pidruid.
Za murami miejskimi wszystko wydawało się starsze. Domy, zbudowane ongiś w osobliwym stylu kanciastych pudeł, domy o ścianach pełnych wybrzuszeń od podstaw aż po same dachy, których dachówki, przeważnie złuszczone i połamane, były poprzerastane wielkimi kępami pospolitego zielska, potrafiącego zapuścić korzenie w każdej szczelinie i w każdym skrawku ziemi. W powietrzu wisiała gęsta mgła, a pod nią zapadał chłodny zmrok, rozjarzony światłami prawie wszystkich okien. Główny gościniec rozwidlał się i dzielił bez końca. Shanamir prowadził teraz swoje zwierzęta wąską uliczką, ale wciąż jeszcze taką, której były podporządkowane inne, jeszcze węższe. Ulice były zatłoczone. Tłum działał na Valentine’a dziwnie niepokojąco; nie mógł sobie przypomnieć, by kiedykolwiek miał blisko siebie tak wielu ludzi. Cisnęli się pod kopyta, cmokali na jego wierzchowca, przepychali się między sobą, poszturchiwali. Tłum tragarzy, kupców, marynarzy, sprzedawców, ludzi z gór jak Shanamir, prowadzących zwierzęta albo niosących na targ swoje wyroby, turystów we wspaniałych, skrzących się brokatem szatach. Wszędzie pod nogami plątały się dzieci. Czas festynu w Pidruid! Z okien wyższych pięter przeciągnięto w poprzek ulic jaskrawe proporce uszyte ze szkarłatnej tkaniny, ozdobione gwiezdnym herbem i jasnozielonymi napisami pozdrawiającymi i witającymi Lorda Valentine’a, Koronala, w jego najdalej na zachód wysuniętej metropolii.
- Daleko jeszcze do twojej gospody? - spytał Valentine.
- Pół miasta. Jesteś głodny?
- Trochę. Bardziej niż trochę.
Shanamir dał ręką znak i idące za nim zwierzęta posłusznie skierowały się w brukowaną uliczkę. Zatrzymały się tam, gdzie im kazał, pod arkadami, a on zsiadając ze swojego wierzchowca wskazał Valentine’owi niewielki, lepiący się od brudu stragan po drugiej stronie ulicy. Nad płonącym węglem drzewnym skwierczały nadziane na szpikulce kiełbaski. Stragan obsługiwał Liimen, przysadzisty, z głową jak obuch, z twarzą szarawą, dziobatą, w której, niczym węgle w kraterze, jarzyło się troje oczu. Chłopiec pokazał mu coś na migi i Liimen podsunął im dwa szpikulce z kiełbaskami, po czym napełnił dwa kufle jasnym, bursztynowym piwem. Valentine wygrzebał z sakiewki monetę i położył ją na kontuarze. Moneta była solidna, błyszcząca. Z karbowanymi brzegami, ale Liimen popatrzył na nią tak, jak gdyby Valentine położył przed nim skorpiona. Shanamir pośpiesznie schwycił monetę, a w zamian za nią podsunął Liimenowi jedną ze swych własnych - miedzianą, kanciastą, z wybitym pośrodku trójkątnym otworem. Tamtą zwrócił Valentine’owi. Wzięli swoje porcje i wrócili do wierzchowców.
- Czy to była zła moneta? - spytał Valentine.
- Mógłbyś za nią kupić Liimena, wszystkie jego kiełbaski i jeszcze piwa na cały miesiąc! Skąd ją masz?
- Jak to skąd? Z sakiewki!
- Jest w niej więcej takich?
- Być może - odpowiedział Valentine. Przyjrzał się z zainteresowaniem monecie, która na awersie miała wizerunek starego mężczyzny o posępnej, zasuszonej twarzy, a na rewersie tryskające energią oblicze młodego. Było to pięćdziesiąt rojali.
- Czy ma zbyt dużą wartość, by ją gdziekolwiek wydać? - spytał. -Właściwie, co za nią można kupić?
- Pięć moich wierzchowców - odpowiedział Shanamir. - Noclegi w książęcej kwaterze przez rok. Przejazd okrętem na Alhanroel i z powrotem. Cokolwiek z tych rzeczy, a może nawet więcej. Dla wielu z nas byłaby to zapłata za wielomiesięczną pracę. Czy nie masz żadnego pojęcia o cenach?
- Na to wygląda - odpowiedział Valentine speszony.
- Te kiełbaski kosztują dziesięć wag. Sto wag daje jedną koronę, dziesięć koron daje rojala, a to jest pięćdziesiąt rojali. Nadążasz za mną? Rozmienię ci ją na targu. Tymczasem dobrze ją ukryj. Pidruid to dość porządne miasto, ale z sakiewką pełną takich monet kusisz los. Dlaczego nie powiedziałeś mi, że nosisz przy sobie majątek? - Shanamir szeroko rozłożył ręce. - Dlatego, że sam o tym nie wiesz. Tak przypuszczam. Z ciebie wprost bije naiwność, Valentine. Przy tobie czuję się jak mężczyzna, a przecież jestem chłopcem. To ty wyglądasz na dziecko. Co ty w ogóle wiesz? Wiesz przynajmniej, ile masz lat? No, kończ piwo i ruszamy dalej.
Valentine skinął głową. Sto wag daje koronę, pomyślał, dziesięć koron daje rojala. Zaczął się również zastanawiać, co odpowiedziałby Shanamirowi, gdyby ten przycisnął go bardziej pytając o wiek. Dwadzieścia osiem lat? Trzydzieści dwa? Nie miał pojęcia. A co będzie, jeśli ktoś na serio weźmie go na spytki? Trzydzieści dwa, zdecydował. To brzmi nieźle. Tak, mam trzydzieści dwa lata, dziesięć koron daje rojala, a ta błyszcząca moneta, na której widnieją podobizny starego i młodego mężczyzny, ma wartość pięćdziesięciu rojali.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-12-03 (1441 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej