Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Droga donikąd
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Charakternik - Jacek Piekara



Więc waćpan jesteś Myszkowski, a waćpan Szczurowicki? – Opasły szlachcic objął rozbawionym spojrzeniem siedzących przed nim mężczyzn. – A toście się, waszmościowie, można rzec, dobrali niczym w korcu maku.
– Wielcem rad, żeśmy waści rozbawili – powiedział łagodnie, nie unosząc nawet oczu, pan Myszkowski.
Tęgi szlachcic wyglądał może na kpa, ale za kpa na pewno się nie uważał, a przynajmniej nie w sprawach, kiedy chodziło o całość jego skóry. Tymczasem w głosie rozmówcy usłyszał coś, co potrafiło usłyszeć jedynie nad wyraz wyczulone ucho: świst szabli lub huk wystrzału z krócicy. I wcale mu się to nie spodobało.
– Wybaczcie śmiałość, waćpanowie – rzekł szybko. – Lecz zaraz łacno pojmiecie, co miałem na myśli. Otóż matka moja, świętej pamięci, była de domo Jeziorkowska, a ojciec Żytowiecki, jak i ja Korabiem się pieczętujący. Skąd wywiedziono, że się zrodziłem, kiedy łódź na jezioro wpłynęła. – Roześmiał się tubalnie, a haftowany pas zatrząsł się na jego brzuchu. – Od tej też pory szczególną moją uwagę przykuwają nazwiska. W żadnym jednak razie czci waćpanów ani czci ich familii uchybić nie zamierzałem, a jeśli tak nieświadomie uczyniłem, to pokornie suplikuję o wybaczenie.
Pan Żytowiecki zachował się tak obyczajnie, gdyż był człowiekiem z gruntu dobrodusznym i poczciwym, przynajmniej póki kto go nie zaczepił grubym żartem lub nieprzyzwoitym słowem. Lubił dobrze zjeść oraz dobrze wypić (a poznać to było po ogromniastym brzuszysku, które z największym już trudem podtrzymywał ciężki słucki pas), a jak przyszła ochota, to znaleźć chwilę zadowolenia między nogami jednej czy drugiej służebnej dziewki. Ambicji szczególnych nie miał, kontentował się dwoma niewielkimi majątkami, które oddał w dzierżawę w województwie sandomierskim, a sam peregrynował po Polsce, a to odwiedzając krewniaków, a to goszcząc u dawnych towarzyszy z lat wojny tureckiej, którzy zawsze chętnie go przyjmowali i podejmowali. Nosił się bez ostentacji, jednak bogato i patrząc na niego, znać było na pierwszy rzut oka, że nie ma się do czynienia z byle kim. Nauczył się jednak nie oceniać ludzi po zawartości sakiewki, gdyż wiedział, że często całkiem miło można spędzić czas w towarzystwie szaraczków, bo przecież niejeden w Rzeczypospolitej znalazłby się powiat, w którym byle szlachetka z zaścianka więcej miał godności i prawości niż majętny kasztelan lub starosta.
Poza tym zagranicznych nowinek nie lubił i zawsze chodził w kontuszu, łeb wysoko podgalał, a wąsiska miał takie, że najstarszy wiślany sum by się ich nie powstydził. Szczególnie gardził francuską modą oraz francuskimi obyczajami, zgadzając się ze słowami poety, że Francuzi to „przedawczykowie i gamratowie, wykrętnikowie, królobójcowie” i że za grosz nie ma w tym narodzie cech szlachetnych Rzymian, które jeno Sarmaci odziedziczyli.
– Napijże się z nami, panie Żytowiecki. – Pan Myszkowski uniósł kubek. Paznokcie miał grube, połamane i brudne, jakby dłońmi orał sandomierski czarnoziem. – Kto by tam się gniewał na tak zacnego i wymownego kawalera?
Opasłemu szlachcicowi zimny dreszcz przebiegł od nasady karku aż po krzyże. I sam nie wiedział dlaczego. Przecież pan Myszkowski ani nie wyglądał na charakternika, ani nie miał barów niczym niedźwiedź, ani nie przyszedł otoczony zbrojną służbą. Ale w jego twarzy widziało się coś niepokojącego. I wcale nie to, że twarz ta była na prawym policzku przecięta zastarzałą blizną. I nie to, że tuż obok tej blizny widać było przyczernione miejsca, jakby ktoś obsypał je pieprzem – niechybny znak, iż wypalono doń z przyłożenia z krócicy. Na domiar złego pan Myszkowski wzrostu był raczej nikczemnego, a z oblicza na pewno bardziej przypominał węszącego lisa niźli srogiego lwa. A jednak coś się czuło w nim takiego, co pan Żytowiecki słusznie uznał za zapowiedź kłopotów.
– Miałem przyjemność poznać imć Hieronima Myszkowskiego, który Jastrzębcem się pieczętował i posiadał zacny mająteczek nieopodal Lwowa. Czy aby nie krewny waszmości? – spytał uprzedzająco grzecznie.
– Myszkowskich w naszej Rzeczypospolitej niczym myszy we młynie – odrzekł obojętnie zapytany, który sobie samemu zezwalał żartować z własnego nazwiska. – Toteż wybacz, mości panie, nie każdego mogę znać. Ja jednak jestem herbu Pilawa.
– Tak jak margrabiowie Gonzaga-Myszkowscy – zauważył pan Żytowiecki.
– Zważ, mości panie, u nas w Rzeczypospolitej nie ma książąt, hrabiów i margrabiów – stanowczo stwierdził kompan pana Myszkowskiego, lecz nie podnosił głowy. – Wszyscy my jesteśmy panowie bracia, tacy sami wobec prawa i króla, który między nami jest jedynie primus inter pares. I ty, waszmość panie, i ja nie tylko równi jesteśmy elektorom niemieckim, ale w dodatku każdy z nas polskim monarchą może być obrany, a przez to piastować najwyższą godność przyznaną przez najzacniejszy z narodów. – Przerwał perorę i zwilżył usta trunkiem. – A jak panowie Myszkowscy chcieli tytuł z rąk ichmości cesarza niemieckiego przyjąć, to ich rzecz – dodał znacznie ostrzejszym tonem.
– Daj waść pokój, daj waść pokój – zmitygował towarzysza pan Myszkowski. – Ja pod cudze nazwiska i herby się nie podszywam, choć wielu znam takich, co szukaliby wśród Gonzagów stryjców, dziadów czy wujów. Ja, panie Żytowiecki, z chudopachołków Myszkowskich się wywodzę, a nie wstyd mi tego, gdyż nie złotem mierzy się wartość człowieka, a zacnością serca, poczciwością uczynków i gotowością, by wszystkie siły oddać w służbę miłej ojczyźnie.
Gruby szlachcic ujęty tymi słowami, jakże przecież słusznymi, gorliwie przytaknął.
Towarzysz pana Myszkowskiego uniósł twarz. Prawy policzek miał podziurawiony śladami po ospie, a nos skrzywiony tak mocno, jakby nauczył się nim poruszać niczym elefantus trąbą. Długie czarne włosy kładły mu się niemal na ramiona i już na pierwszy rzut oka widać było, że ten człowiek za kąpielą nie przepada, a jego czupryna szczotkę lub grzebień widziała całe lata temu. Zresztą przy tych skołtunionych i przetłuszczonych kłakach, tak bujnych jednocześnie i gęstych, to zgrzebło by się przydało, nic innego! A że był on przy tym wszystkim bardzo wysoki, bardzo szczupły i ramiona ciągle garbił, wypisz, wymaluj pasował do sadu, by szpaki od czereśni odganiać.
Pan Żytowiecki szybko umknął wzrokiem, nie wiedząc, czy rozmówca nie uzna za despekt takiego bezceremonialnego wgapiania się w jego oblicze.
- Panu Myszkowskiemu za cały majątek - podjął chudzielec - musi starczyć ta szabla, którą w służbę znękanej naszej ojczyźnie oddał jeszcze za lat pacholęcych. I nie dla zasług ani geldu jej służył, lecz pro publico bono, tak jak i dzisiaj omnia relinąuit seware Rempublicam.
Jego rozmówca, słysząc te słowa, westchnął szczerze i żałośnie.
- Ano w Bogu nadzieja, że wojennego pana obierzemy za monarchę, bo srogie terminy znów przyszły na Rzeczpospolitą.
- I moja szabla kreskę za kim trzeba, tam postawi -mruknął pan Szczurowicki. - A jak łeb komu wypadnie rozpłatać, by go do Piasta nakłonić, to i rozpłatamy.
Pan Żytowiecki łyknął do dna i odetchnął głęboko.
- Cóż ten Żyd niecnota wam podał, mości panowie? -zmienił temat.
A zmienił go dlatego, gdyż sam zamierzał optować za księciem Kąckim, który chociaż wywodził się ze zniewieściałego narodu francuskiego, to sam był doświadczonym wodzem, a przy tym bratem króla Francji – monarchii po Polsce najpotężniejszej w całym chrześcijaństwie! Ale jak zauważył, w tym towarzystwie nie należało głośno mówić o politycznych gustach. W końcu niejedna beczka szlacheckiej krwi już się polała i niejedna miała się polać, kiedy panowie bracia dyskutowali o przyszłości Rzeczypospolitej i wyborze monarchy.
Pan Myszkowski uniósł głowę i bez słowa spojrzał w stronę grubego szlachcica.
– Toż hultaj ma zacnego węgrzyna w piwniczce, a was takim cienkuszem uraczył? – Pan Żytowiecki starał się ukryć satysfakcję, z jaką czasem przyjmuje się drobny afront wyrządzony bliźniemu.
– Nie poznał się na ludziach, nie poznał... – mruknął pan Myszkowski, jakby usprawiedliwiał karczmarza, lecz grubemu szlachcicowi znów dreszcz przebiegł po plecach.
Kiedy pan Myszkowski odsunął zydel i wstał, okazało się, że jest nawet niższy, niż można byłoby sądzić. W żadnej mierze nie był to wzrost, z którego można pokpiwać, lecz rosłemu panu Żytowieckiemu nowo poznany towarzysz sięgał ledwie do ramienia.
Jakbym go pochwycił, jak gałąź bym połamał, pomyślał i natychmiast zdał sobie sprawę z tego, jak głupio pomyślał. Bo chwytanie pana Myszkowskiego byłoby zapewne tak samo bezpieczne co łapanie wściekłego kota. Pan Żytowiecki nie uważał się za charakternika, ani też za człeka szczególnie odważnego. Co prawda chodził na Turka z królem Janem (gdzie dorobił się znacznego majątku), a na sejmikach nie był od tego, by bardziej zapalczywym panom braciom studzić głowy za pomocą zimnej stali. Ale kiedy przyjrzał się uważnie idącemu w stronę arendarza panu Myszkowskiemu, pomyślał, że gdyby ten człowiek na szabelki go poprosił, to, Bóg mu świadkiem, w rzyć by sobie honor szlachecki wraził i umykał byle dalej. I sam aż zatrząsł się, że taki strach odczuł, dodatkowo zły, iż nie umiał rozumnie wytłumaczyć swej obawy przed człowiekiem, którego dopiero co poznał i o którym przecież nic nie wiedział.
– Ot, i będzie się działo – westchnął pan Szczurowicki, po czym opróżnił zarówno swój kubek, jak i kubek kompana. Potem przeżegnał się szeroko prawosławnym krzyżem.
– Co waść masz na myśli? – spytał niespokojnie pan Żytowiecki, który nie lubił karczemnych burd.
Wyjść na majdan i poszczerbić kogoś w otwartym polu, to tak. Ale bijatyka w ciasnocie, wśród ław i stołów, latających dzbanów, w gryzących oczy oparach prochu – nie, to nie była dlań walka. W czasie takiej awantury nie można przecież wykazać się szermierczym kunsztem, popisać wyuczonymi zastawami, cięciami i fintami. Taka zwada dobra jest dla chamstwa, któremu za jedno, czy trzyma w ręce szablę, widły, ławę czy poszczerbiony kufel. Poza tym pan Żytowiecki lubił dobrze pojeść i dobrze popić, a co za tym idzie – wiedział, że może polegać raczej na swej sile i doświadczeniu, a nie na tym, że będzie się kręcić zręcznie jak fryga i skakać pomiędzy wrogami niczym cyrkowiec.
– Ano, zobaczysz waść – odparł zapytany. – Albo będziemy tu zaraz mieć kilka flaszeczek najprzedniejszego węgrzynka, albo... – urwał i westchnął znowu.
– Albo? – pan Żytowiecki nie doczekał się zakończenia zdania.
– Albo nie – lakonicznie odpowiedział wysoki szlachcic.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-12-05 (1729 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej